Drzwi w murze

Wiktor Zawadzki przyjeżdża do Gdańska, gdzie jest wystawiana jego sztuka. Choć zarezerwował pokój w hotelu, nie może się wprowadzić, gdyż… przyjechał za wcześnie i nie może teraz wejść, ale w zamian zostaje zaproponowana prywatna kwatera. Tak poznaje Krystynę oraz jej matkę, którą się zajmuje. Mężczyzna stara się raczej nie wchodzić w życie kobiety, ale zaczyna dostrzegać pewne dziwne rzeczy.

Kolejna podróż ze Stanisławem Różewiczem, który tym razem przygląda się współczesności. Cała fabuła toczy się na dwóch wątkach, które się przeplatają ze sobą. Pierwszy dotyczy pracy nad sztuką, której ani reżyser, ani aktorzy nie do końca potrafią ją ugryźć. Bo to sztuka bardzo awangardowa, pozbawiona jakiejkolwiek treści, gdzie postacie są marionetkami, a reżyser próbuje znaleźć sens w tym wszystkim. Tylko, że próby wychodzą dość słabo, aktorzy (zwłaszcza grającą główną rolę) nie potrafią jej zrozumieć, proponują kolejne poprawki, co wywraca kompletnie sens dzieła. I tutaj zaczynają się pojawiać pytania o sztukę, przystępność, przy okazji pokazując pewne rozgoryczenie autora, twórcy zderzonego z artystami, którzy okazują się być ludźmi.

drzwi_w_murze1

Ale o wiele ciekawszy był dla mnie wątek obyczajowy, czyli bardzo toksyczna relacja matki z córką, której mężczyzna staje się obserwatorem mimo woli. Przez dłuższy czas reżyser podpuszcza i pokazuje najpierw kilka zdarzeń (matka z przywiązaną do stołu nogą, dziejącą się poza kadrem kłótnię z oskarżeniami o trucie), by coraz bardziej utwierdzić w przekonaniu, że coś z tą postacią jest nie tak. Coraz bardziej postępująca choroba psychiczna czynią tą postać coraz bardziej przerażającą, chociaż wiele jej zachowań ma na celu niemal całkowitą kontrolę nad życiem swojej córki (celowo wyrzuca talerz z zupą, udając swoją niezdarność czy zalanie wanny do pełna), stając się coraz większym ciężarem.

drzwi_w_murze2

Różewicz nadal nie bawi się w szybkie prowadzenie fabuły, bardziej interesując się psychologicznym portretem Zawadzkiego (świetny Zbigniew Zapasiewicz) – autora, który wydaje się być bardziej przyziemnym człowiekiem. Ale bardzo mocno uderza bierność, wręcz wycofanie wobec wydarzeń. Jakby było mu wszystko jedno, jakby nie chciał marnować czasu oraz energii na jałowe dyskusje i nie dopuszczając nikogo do siebie. To dość zagadkowa postać, co podkreśla jeszcze scena snu. Jednak film kradnie absolutnie niesamowita Ryszarda Hanin, swoją obecnością serwując prawdziwą huśtawkę emocji: od współczucia po przerażenie, niemal dominując ekran. Przy tej parze pewnym tłem wydaje się kreacja Wandy Neumann (Krystyna), ale nie jest to poznać nijaka. Coraz bardziej przytłumiona, wycofana, w postaci nowego gospodarza zaczyna dostrzegać pewną szansę na wyrwanie się (a może to moja nadinterpretacja?), lecz ten klincz wydaje się bardzo silny, by się od niego uwolnić.

drzwi_w_murze3

„Drzwi w murze” jest zaskakująco aktualnym studium zarówno choroby psychicznej, jak i pewnej emocjonalnej pustki otaczającej naszego autora. Na ile jednak jest to jego prawdziwe ja, a na ile jest to pewnego rodzaju kreacja – na to trzeba sobie samemu odpowiedzieć, bo kropki nad i tutaj nie znajdziecie.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Duże zwierzę

Znowu wskoczyłem do małego miasteczka, gdzie ludzie żyją ze sobą dobrze i każdy zna każdego. Jednym z takich zwykłych ludzi jest Zygmunt Sawicki – bankowy urzędnik, mieszkający z żoną-przedszkolanką. I dalej by prowadzili swoje zwykłe, szare życie, ale pojawił się… wielbłąd z cyrku. Jak się pojawia po raz pierwszy, wręcz wynurza się z mgły niczym istota nie z tego świata. I wtedy życie państwa Sawickich zmienia się. I to bardziej niż mogliby sobie wyobrazić.

duze_zwierze1

To, że Jerzy Stuhr jest świetnym aktorem, nie trzeba nikogo przekonywać. W którymś momencie aktor stwierdził, iż samo granie to za mało i – jak wielu aktorów przed nim oraz po nim – sam chwycił za kamerę. Nakręcone w 2000 roku „Duże zwierzę” to było czwarte podejście, tym razem oparte na zaginionym (przynajmniej tak się wydawało) scenariuszu Krzysztofa Kieślowskiego, który został poddany sporym modyfikacjom. Ale nadal czuć tutaj ducha kina moralnego niepokoju, czyli filmów, gdzie bohater stara się żyć po swojemu, mimo presji otoczenia, płacąc za to (zazwyczaj) sporą cenę. Tutaj symbolem tej inności staje się wielbłąd – zwierzę bardzo egzotyczne, jak na nasze położenie geograficzne. Samo w sobie nie musi być przyczyną spięć, ale postawa Sawickiego wobec tego zwierzaka. Że nie chce się z nim dzielić – a to fotograf chce go wykorzystać jako „narzędzie”, a to reżyser proponuje udział w reklamie, a to strażacy by go chcieli jako fant na loterii, a to dzieci chcą na nim usiąść albo chociaż pogłaskać. A pan Sawicki mówi nie, więc trzeba mu dołożyć, bo to NASZ wielbłąd.

duze_zwierze2

I reżyser krótkimi scenkami pokazuje zmieniający się stosunek ludzi do wielbłąda, jak i do jego właściciela: od zwykłej ciekawości przez ogromne zainteresowanie aż po wrogość. Wizyty w urzędzie, na sesji rady, wreszcie zmniejszenie się ilości dzieci w przedszkolu. To wszystko jest skontrastowane z niemal poetyckimi ujęciami dnia codziennego Sawickich (obiad przy oknie czy spacer z wielbłądem poza miastem), co budziło we mnie skojarzenie z… Jimem Jarmushem. Nawet te czarno-białe zdjęcia nie są zbiegiem okoliczności: w tych kadrach wielbłąd wybija się jeszcze bardziej, wnosząc w rodzinę Sawickich – co jest pewnym paradoksem – więcej kolorów do ich życia. I ta właśnie radość staje się źródłem zawiści, wrogości oraz kolejnych szykan (urzędnicy, weterynarz, nawet orkiestra). Niby to już znamy i było multum razy, jednak Stuhrowi udaje się zaangażować w tą całą opowieść, mimo iż jest schematyczna oraz dość krótka (nieco pond godzinę). Zaś ostatnia scena wręcz porusza – tak samo jak muzyka debiutującego Abla Korzeniowskiego.

duze_zwierze3

Ten film jednak by się nie udał, gdyby nie trzy fantastyczne kreacje. Po pierwsze: Jerzy Stuhr – bardzo empatyczny wobec zwierzęcia, które traktuje tak, jak członka rodziny (te rozmowy na spacerach – poezja), ale jednocześnie pozostaje prostolinijny i nie zapatrzony w zysk czy wykorzystywanie do własnych celów. Podobnie życzliwa jest Anna Dymna w roli żony, tworząc bardzo piękny duet na ekranie. No jak nie polubić tej pary? Jednak nawet oni musieli ulec znakomitemu Fabio, czyli tytułowemu bohaterowi. Zwierzę wygląda przepięknie, kamera bardzo go uwielbia, a porusza się z godnością niczym monarcha. Od dawna nie pamiętam tak świetnej kreacji zwierzęcej.

„Duże zwierzę” nie jest, jak się wydaje, wypocinami po kinie moralnego niepokoju, nie mającym już dzisiaj racji bytu. To historia ludzi, którzy starają się żyć po swojemu, lecz małe miasteczko nagle staje się dla nich za małe, za ciasne. A wszystko z powodu pewnego wielbłąda, będącego tutaj pięknym ptakiem, dodając wiele życia w szarej rzeczywistości. Małe, ale piękne kino.

7,5/10 

Radosław Ostrowski

Iluminacja

Czym jest tutaj tytułowa „Iluminacja”? Według filozofów to stan poznania wiecznych praw za pomocą duchowego oświecenia. Czegoś takiego szuka nasz bohater – Franciszek Retman. Kiedy go poznajemy kończy liceum i chce studiować fizykę. Dlaczego? Bo tam są reguły, które pomagają poznać i zrozumieć rzeczywistość. Ale ona ma pewne plany i kolejne wydarzenia zmuszają do pewnych wątpliwości.

iluminacja1

To jest moje pierwsze spotkanie z Krzysztofem Zanussim – reżyserem o bardzo szerokim wykształceniu, zainteresowaniach. I nie byłem do końca pewny czego się spodziewać: filmu w takim sensie jaki znamy czy czegoś w rodzaju wykładu, pełnego rozważań naukowych z bardzo pretekstową fabułą. Nakręcona w 1972 roku „Iluminacja” jest eksperymentem. Niby jest tutaj jakaś fabuła, skupiona wokół rozterek Retmana oraz konflikcie: nauka kontra szukanie sensu życia, kariera kontra rodzina. Bo rzeczywistość lubi weryfikować nasze przekonania oraz kierunek. Pewne spotkanie osoby: pierwsza kobieta, przyjaciele z wypraw górskich, przyszła żona, dziecko – one wywołują coś w rodzaju wątpliwości. Bo ścieżek do poszukiwań prawdy jest wiele i reżyser nie faworyzuje żadnej z nich. To może być praca naukowa (fizyka, matematyka, biologia), praca zarobkowa (kontroler butli medycznych, królik doświadczalny przy badaniach), poszukiwania duchowe (wizyta u karmelitów) – jest tutaj tyle możliwości i samemu trzeba dokonać wyborów.

iluminacja2

Ale to, co najbardziej uderza i zaskakuje to strona formalna. Zanussi zrobił film bardziej wyglądający niczym podglądanie preparatów pod mikroskopem. Emocjonalnie jest bardzo zimny, wręcz opisujący wydarzenia w sposób bardzo skrótowy, z wieloma cięciami montażowymi. Sam bohater przedstawiony jest za pomocą… dokonywanych badań i testów (badanie oczu, reakcji na impulsy, badania wagi, wzrostu), wręcz w ekspresowym tempie. Każda scenka jest tylko krótkim wycinkiem (zakochanie się, pierwszy seks, kłótnia, wyprawa w góry, śmierć przyjaciela), co dla wielu kinomanów może być barierą nie do przeskoczenia. Tak samo wplecione dyskusje oraz wykłady naukowe dotyczące iluminacji, czym jest elita, kwestii przyszłości czy mechanizmów biologicznych. Nie jest to jednak strasznie przeintelektualizowane kino, tylko dla wybrańców z tytułem doktora czy profesora, bo wszystko jest przedstawione w przystępny sposób. I to robi niesamowite wrażenie, co jest niepojęte, tak jak praca kamery (wręcz niemal reporterska) oraz niesamowita muzyka Kilara.

iluminacja3

Aktorstwo może wydawać się tutaj najmniej istotnym elementem, bo bohaterowie – poza Retmanem w wykonaniu operatora Stanisława Latałło – nie są zbyt rozbudowani ani zarysowani. Niemniej jednak udaje się stworzyć bardzo naturalne postacie, z których najbardziej wybija się Małgorzata Pritulak (Małgosia) oraz Edward Żebrowski (lekarz).

To jeden z najbardziej zaskakujących filmów, jaki kiedykolwiek widziałem. Naukowy styl, chłodna i nieszablonowa narracja, wymagające skupienia dialogi (tutaj wszystko trzeba wyłuskać) oraz bardzo otwarte zakończenie – wszystko stwarza ciekawą, nieoczywistą mieszankę. Porzućcie wszelkie wątpliwości i sięgnijcie śmiało.

8/10 

Radosław Ostrowski

Jak narkotyk

Jest rok 1980. Dla Anki to czas końca nauki w liceum, prób stworzenia własnych wierszy, czyli powolny czas wchodzenia w dorosłość. Jest jednak jeszcze jedna rzecz: coraz bardziej osłabione serce, które coraz bardziej daje o sobie znać. Lekarze dają jej góra 2 lata życia, chyba że dojdzie do operacji. Ale w kraju nikt się tego nie może podjąć. Poza tym pojawia się mężczyzna – artysta Jacek, w którym się zakochuje.

jak_narkotyk1

Sam film Barbary Sass to dziwny dramat psychologiczny, próbujący pokazać życie młodej kobiety z góry wyznaczonym wyrokiem. Jednak „Jak narkotyk” ogląda się dość ciężko, nie z powodu dwóch godzin trwania, tylko sama historia wydaje się być bardzo hermetyczna. Reżyserka próbuje skupić się na samej bohaterce, przez co przeskakujemy z jednego zdarzenia do drugiego bez bezpośredniego ciągu przyczynowo-skutkowego, wywołując kompletne zagubienie. Kolejne postacie, kolejni mężczyźni, drobne sceny zabarwione onirycznym klimatem (głównie w zielonych filtrach czy sceny, gdzie są recytowane wiersze), alkohol, seks, wiersze – miesza się tutaj wiele, a przeskoki w czasie są dość spore, przez co nie byłem w stanie się zawsze zorientować, w którym momencie życia obserwujemy bohaterkę. Ile dokładnie trwa pobyt w Londynie? Kiedy Anka zostaje wykładowcą akademickim? Kim jest tajemnicza dziewczynka, która się pojawia i znika? Wszystkiego trzeba się domyślać, co samo w sobie nie musi być złe, ale nadmiar znaków zapytania potrafi szkodzić.

jak_narkotyk2

Z jednej strony coś, co można na siłę nazwać czerpaniem z życia garściami, bo czasu jest malutko. Z drugiej strony to wszystko przypomina pęd ku autodestrukcji, jakby wszystko nie było istotne. I to wywołuje jeszcze większy chaos, zaś zachowanie Anki miejscami wydaje się niezrozumiałe, wręcz okrutne (spotkanie z Jackiem w mieszkaniu oraz rozmowy telefoniczne z nim). I nie potrafiłem tego zrozumieć, co było dla mnie przeszkodą nie do przeskoczenia. Miejscami też montaż serwuje krótkie repetycje niektórych scen tuż po sobie, sprawiając wrażenie niechlujstwa, tak jak rzadkie ujęcia z ręki, przez które niewiele widać.

jak_narkotyk3

Sytuację próbuje ratować grająca główna role Magdalena Cielecka i ta rola robi bardzo mocne wrażenie. Mieszanka radości, cynizmu, skłonności autodestrukcyjnych z delikatnością, (nad)wrażliwości jest tutaj pokazania wiarygodnie, bez cienia fałszu, tylko że trudno wejść do końca w psychikę bohaterki, co jest winą scenariusza. Z dalszego planu najbardziej wyróżnia się świetny Krzysztof Pieczyński w roli niewidomego Jacka, przykuwając uwagę samą tylko obecnością oraz obsadzony w podwójnej roli Bartosz Opania (neurotyczny Piotr oraz pewny siebie Jurek).

„Jak narkotyk” pozostaje reliktem swoich czasów, czyli lat 90., próbując się odnaleźć w nowych realiach. Próbuje coś powiedzieć w sposób bardziej ambitny, jednak fabuła po pewnym czasie zaczyna się rozmywać, przez co skupienie się jest bardzo ciężkie. Jeśli warto to tylko dla Cieleckiej, grającej wbrew późniejszemu emploi, co bardzo cieszy.

6/10

Radosław Ostrowski

Jowita

Kraków, miasto tak znane i znajome, że już bardziej się nie da. To tutaj żyje niejaki Marek Arens – bardzo młody i zdolny chłopak. Studiuje architekturę i jest bardzo dobrym biegaczem. Jest oczytany, ma wiele uroku, co sprawia, że kobiety do niego lgną niczym ćma do światła. Ale on sam nie potrafi się odnaleźć w tym całym świecie. Wszystko się jednak zmienia podczas balu przebierańców, gdzie pojawia się tajemnicza piękność w woalce. Przedstawia się jako Jowita i chce, żeby zaczekać po balu. Tylko, że ona nie pojawia się, a zamiast niej jest równie intrygująca Agnieszka.

jowita1

Dla wielu kinomanów Janusz Morgenstern zawsze pozostanie twórcą kojarzonym z produkcjami wojennymi, głównie robionymi dla telewizji („Stawka większa niż życie”, „Kolumbowie”, „Polskie drogi”). Dlatego seanse jego filmów dziejących się w czasach współczesnych realizacji mogą wprawić w sporą konsternację. „Jowita” oparta jest na bardzo popularnej w tym czasie powieści Stanisława Dygata „Disneyland” i jest to opowieść skupiona na psychice młodego bohatera. Z jednej strony jest to człowiek odnoszący sukcesy, ale nie czuje się szczęśliwy, spełniony. Wydaje się bardzo apatyczny, wręcz dryfujący po życiu, sterowany przez innych: trenera Księżaka, poprzedniego trenera Szymaniaka (bokser), który popełnia samobójstwo, wreszcie przez kobiety. Całość płynie dość powoli skupiając się na kolejnych rozmowach (niektórzy mogą się czepić, że za bardzo literackie) – zazwyczaj prowadzonych między Arensem i Agnieszką – gdzie zaczynamy odkrywać kolejne maski, twarze oraz marzenia. Nie ma tutaj tej naiwności znanej z „Do widzenia, do jutra”, pojawia się więcej cynizmu (ale nie aż tyle, co w „Trzeba zabić tę miłość”), wyrachowania oraz coraz bardziej złożonych obrazów tego, co można nazwać miłością.

jowita2

Formalnie reżyser też zaskakuje, bo całość wydaje się dwiema dużymi retrospekcjami, zaś wszystko toczy się podczas koncertu symfonicznego. Na początku to może wywołać konsternację oraz poczuciem dezorientacji, jednak to odczucie mija bardzo szybko, zaś kilka formalnych pomysłów (scena balu okraszona dźwiękowo tylko za pomocą muzyki, gra oświetleniem w scenach nocnych, krótkie zbitki montażowe) nadal robi imponujące wrażenie. Tak samo jak przepiękna, liryczna muzyka Jerzego Matuszkiewicza (temat przewodni chwyta za serducho) oraz mocny finał.

jowita3

Ten film nadal zachwyca także tym, jak jest fantastycznie zagrany. Nadal wrażenie robi Daniel Olbrychski w roli Arensa – bardzo czarującego, inteligentnego, ale jednocześnie bardzo płytkiego emocjonalnie. Widać, że czegoś szuka, tylko czego? Idealnej kobiety, o ile ona w ogóle istnieje? Stabilizacji, sensu? Wszystkie te deklaracje mogą się wydawać pretensjonalne, choć kilka zdań (m.in. kłótnia z Księżakiem czy odwiezienie przez milicję) potrafi chwycić i poruszyć. Jeszcze bardziej pociągającą była Barbara Kwiatkowska jako Agnieszka – urocza, niegłupia z pięknymi oczami. Czuć tutaj chemię między tą dwójką, co podnosi wartość filmu. Poza nimi jest bardzo bogaty drugi plan ze Zbigniewem Cybulskim (trener Księżak) i Kaliną Jędrusik (Księżakowa) na czele.

Mimo prawie 50 lat na karku, „Jowita” ma w sobie nadal masę uroku, klimatu tamtych lat i trafnie opisuje zagubienie młodego człowieka, który może osiągnąć dużo. Tylko, czy będzie mu się chciało, czy będzie mógł się zmienić i stworzyć siebie od początku? Pierwszy krok chyba zrobił, a zakończenie nie daje odpowiedzi. Coraz bardziej mnie zaskakuje ten Morgenstern.

8/10

Radosław Ostrowski

Przesłuchanie

Rok 1950, czyli czas już powojenny. Okres, gdy można w miarę spokojnie żyć, gdzie socjalizm zaczyna się coraz lepiej wdrążać, zaś ludzie żyją szczęśliwi. Jedną z takich osób jest artystka Antonina Dziwisz – występuje w różnych miejscach, zarówno w kolektywie na wsiach i wioskach, jak i na ważnych uroczystościach. Któregoś wieczoru, mocno podchmielona zostaje odwieziona przez dwóch dżentelmenów. Gdy już odzyskuje przytomność okazuje się, że trafiła do więzienia podejrzana o współpracę z wrogiem narodu, majorem Olszą. Zaczyna się ciąg przesłuchań i tortur.

przesluchanie1

Film Ryszarda Bugajskiego otoczony jest statusem legendy, jaki za nim krąży. Dzieło, które zostało skazane na półki (gdyby nie upadek systemu w 1989 roku, pewnie dalej by tam siedział), podczas kolaudacji – odbyła się ona w środku stanu wojennego – żądano wręcz zniszczenia taśmy, realizujący dzieło Zespół Filmowy X został rozwiązany, zaś reżyserowi wręczono bilet w jedną stronę. Już same te fakty mogą rozpalać wyobraźnię, że to może być kino bardzo ostre, mocne, antysystemowe. Wielu twórców (w tym sam Bugajski) później też opowiadało o tym okresie oraz tych, którzy mieli wątpliwą przyjemność zostać osadzonymi w więzieniach. Tylko, że to byli ludzie, jakich dzisiaj zwykło się nazywać bohaterami (rotmistrz Pilecki, Kazimierz Moczarski, Danuta „Inka” Siedzikówna).

Tutaj mamy zupełnie inny przykład, bo ofiarą jest osoba politycznie neutralna: nie należy do organizacji antypaństwowych (AK, NSZ), nie jest członkiem partii, nie jest wierząca. Tonia jest zwykłym szarakiem, wrzuconym do trybów maszyny, z której wyjście jest prawdopodobnie jedno: śmierć. No chyba że zrobisz to, co ci każą: podpiszesz każde zeznanie (nawet jeśli jest w nim coś, czego nie powiedziałeś), obciążysz swoich przyjaciół i wtedy będziesz miał spokój. Ale na to, nie ma żadnych gwarancji – twoje życie jest już poza twoją kontrolą.

przesluchanie2

Bugajski zrobił bardzo surowy film pod względem formalnym: areszt jest ciasny, cele po kilka osób oraz pokój przesłuchań z biurkiem i krzesłem. Im dalej w las, tym bardziej widzimy kolejne sceny pokazujące okrucieństwo tego systemu. Nawet osoby mocno w niego wierzące są tutaj ofiarami własnych przekonań, co widać na przykładzie Witkowskiej oskarżonej o szpiegostwo („Nie byłam szpiegiem subiektywnie. Byłam szpiegiem obiektywnie, udowodnili mi to.”). Mimo złamania oraz zderzenia z aparatem, nadal pozostaje wierna systemowi, co może budzić paranoję. Dalej będą kolejne metody: zastraszanie, wyzwiska, „kąpiele”, pobicia, psychiczne znęcanie się. Im dalej w las, tym bardziej wydaje się to przerażające, ciągle zastanawiając się nad jednym: jakie jeszcze metody są wykorzystane i czy Tonia w końcu się załamie? Nie brakuje mocnych, wręcz naturalistycznych scen (pierwsza kąpiel czy próba samobójcza), sen z rzeczywistością się mieszają (świetny montaż), a poczucie izolacji potęguje nieobecna muzyka oraz zdjęcia, niemal skupione na twarzach i zbliżeniach.

przesluchanie3

A całość ożywia fantastyczne aktorstwo. Tutaj błyszczy najbardziej Krystyna Janda, chociaż można odnieść wrażenie, że jej nadekspresyjność początkowo może wydawać się dużym ciężarem. Od słowotoku, nerwowości można oszaleć, ale z każdą sceną coraz bardziej zaczynamy dostrzegać wyciszenie, obojętność, balansowanie na granicy obłąkania. I jednocześnie zastanawiałem się, co daje jej aż tyle siły, wręcz uporu. Jeszcze bardziej wybijają się przesłuchujący bohaterkę Janusz Gajos oraz Adam Ferency. Ten pierwszy wydaje się opanowanym, elegancko ubranym dżentelmenem, ale w każdej chwili potrafi zmienić się w bezwzględnego brutala, jednak to Ferency w roli Morawskiego tworzy bardziej nieoczywistą kreację: idealisty wierzącego w system, który… zaczyna w ten system wątpić. Więcej wam nie zdradzę, bo ewolucja bohatera zostaje poprowadzona w sposób bardzo przekonujący. Poza tym triem warto wspomnieć Annę Romantowską (wycofana Mira), Bożenę Dykiel (energiczna Honorata) czy… Agnieszkę Holland (Witkowska), która daje sobie radę jako aktorka.

Mimo lat, film Bugajskiego nadal potrafi chwycić za gardło z kilkoma mocnymi scenami. Brudny, szorstki, miejscami brutalny dramat szarego człowieka zderzona z nieomylnym systemem władzy ludowej – nieomylnej, słusznie sprawiedliwej, działającej zgodnie ze swoimi szczerymi ideami. No i zakończenie, które pozostaje otwarte, stawiając pytanie: co dalej?

7,5/10

Radosław Ostrowski

Płoty

Filmów opartych na sztukach teatralnych jest całe multum, tylko że tych udanych jest bardzo niewiele. Wielu widzów zniechęca ograniczona ilość lokacji, masa dialogów oraz brak klasycznie rozumianej akcji, gdzie najważniejsze są czyny i działania (w końcu kino to RUCHOME obrazki). Jednak zdarzały się film teatralne w formie, ale potrafiące zaangażować, utrzymać w napięciu („Dwunastu gniewnych ludzi”, „Glengary Glen Ross”, „Wściekłe psy”, „Rzeź”), zapominając o swoim rodowodzie. Tego samego zadania postanowił podjąć się dwa lata temu Denzel Washington.

Jesteśmy w Pittburghu lat 50., czasach bardzo rasistowskich. Naszym przewodnikiem po tym świecie jest Troy Maxson, pracownik firmy odpowiedzialnej za utylizację. Co robi nasz bohater? Jedzie z tyłu ciężarówki i wrzuca do niej śmieci, razem z przyjacielem Jimem Bono. Bo cóż innego może robić? Wcześniej siedział w więzieniu, gdzie nauczył się grać w baseball. Potem poznał kobietę o imieniu Rose, z którą już jest 18 lat i ma z nią syna, Croya. Życie płynie dość powoli, zaś wszystko dotyczy sprawy zbudowania płotu przez Troya. Nie zdradzając zbyt wiele, ten spokój nie potrwa długo.

ploty1

Powiem jedną rzecz od razu: uwielbiam Denzela Washingtona, którego uważam za jednego z najlepszych oraz najbardziej charyzmatycznych aktorów, jakich spłodziła Matka Ameryka. Ale występowanie przed kamerą to jedno, a reżyserowanie to już zupełnie inna para kaloszy. Washington-reżyser postanowił bardzo wiernie przenieść tekst sztuki Augusta Wilsona (takie mam wrażenie), gdzie mamy masę monologów, dialogów, w których poznajemy wydarzenia z życia rodziny, prawie rzadko opuszczając jej dom. To dzięki nim poznajemy skrywane tajemnice z życia Troya (kryminalna przeszłość, okres młodości), skrywane marzenia (Cory chcący grać w drużynie) oraz tło poszczególnych bohaterów jak upośledzony wujek Gabe, chodzący po ulicy z trąbką czy syna Troya z poprzedniego związku. I z każdym wypowiadanym słowem, film zaczyna nabierać większego ciężaru, dotykając bardzo poważnych problemów: rasizm, zderzenie marzeń z rzeczywistością, potrzeba akceptacji od strony ojca, dążenie do swoich marzeń. I to wszystko jest pokazywane bez cienia fałszu, ale trzeba uważnie oglądać oraz wsłuchać się w słowa.

ploty2

Dzięki bogatemu materiałowi, aktorzy dostali tutaj bardzo duże pole do popisu i w pełni je wykorzystali. Ale zanim zaczniecie się rzucać, że niektóre (bardziej ekspresyjne sceny kłótni) wyglądają tak, jakby odtwórcy mówili: „Dajcie mi tego Oscara, goddamit” powiem jedną rzecz: trudno sobie wyobrazić kłótnię bez rzucania ważnymi słowami, krzykiem, wyciąganiem żalów i pretensji. One zawsze (w większości przypadków) są one bardzo ekspresyjne. Jeśli myślicie, że Denzel Washington już niczym nie zaskoczy, to tutaj tworzy GENIALNĄ kreację. Początkowo Troy w jego wykonaniu wydaje się bardzo sympatycznym, ciepłym, wręcz uśmiechniętym człowiekiem, pełnym emocji oraz poważnie podchodzący do bycia odpowiedzialnym za swoje czyny. Jednak im dalej w las, tym bardziej poznajemy jego mroczne oblicze: wymagającego posłuszeństwa tyrana, bardzo szorstkiego w obyciu. Z drugiej jednak poznając jego przeszłość oraz czasy, w jakich żył trudno go jednoznacznie potępić (jego opowieść o młodości – przerażające). Zupełnie jakby anioł i diabeł znajdowały się w jednym ciele – coś nieprawdopodobnego.

ploty3

Nie oznacza to, ze reszta aktorów nie ma tutaj nic do roboty. Viola Davis kolejny raz potwierdza klasę jako pani Maxson, dodając wiele ciepła, ale też ma swoje bardziej poruszające fragmenty, dodając sporo ciężaru. Chciałbym powiedzieć więcej, ale musiałbym spojlerować, a to by zepsuło przyjemność z oglądania tego filmu. Równie wyrazisty jest Mykelti Williamson jako upośledzony wuj Greg (bez przeszarżowania) oraz Stephen Henderson, czyli przyjaciel rodziny, Jim Bono.

„Płoty” potrafi zaangażować, tylko że wymaga on maksimum skupienia. Wynagradza to jednak rewelacyjnym aktorstwem oraz bardzo poruszającą historią. Takiego teatru chciałbym w filmie jak najwięcej i nie jest to żart.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Matka Teresa od kotów

Pozornie kolejny polski film o tragedii, patologii i dramacie. Tym razem debiutujący reżyser Paweł Sala wywraca chronologię do góry nogami, czyli idziemy od końca do początku. Wszystko zaczyna się od momentu, gdy policjanci zgarniają dwóch chłopaków: Artura oraz Marcina. Co takiego zrobili? Zabili swoją matkę. Dlaczego? No właśnie.

matka_teresa1

Odwrócenie chronologii, gdzie cofamy się najpierw po dniu, a potem po tygodniu wstecz daje szeroką perspektywę. Reżyser nie daje odpowiedzi wprost, zaś pytania budzą skojarzenia z „Musimy porozmawiać o Kevinie”, gdzie padają pytania o genezę zła. Czy człowiek rodzi się zły ze swoją zwichrowaną psychiką? A może to otoczenie go kształtuje? Dlaczego matka się go boi? Czemu ojca nie ma w domu? O co tu tak naprawdę chodzi? Reżyser powoli zaczyna rzucać kolejnymi informacjami, ale brutalnych scen nam oszczędza. Samego morderstwa matki nie widzimy. Nie oznacza to jednak, że ogląda się ten film spokojnie. Coraz bardziej podkręcane jest napięcie, zachowanie chłopaka jest coraz bardziej irracjonalne, zaś źródło pozostaje ciągle zagadką. Widać, jak bardzo ma silny wpływ na młodszego brata, który jest nim zafascynowany. Przestaje chodzić do szkoły, wierzy w jego „nadprzyrodzone” moce (pierścień, dotyk, co leczy kota, przewidział wypadek kelnerki), wierzy, bo chce w to wierzyć. Bo brat ma więcej charakteru niż wracający z wojny ojciec (wycofany Mariusz Bonaszewski), bo nie jest taki spokojny jak przerażona matka (świetna Ewa Skibińska) i jest pełen gniewu wobec otaczającego go świata.

matka_teresa2

Ta relacja braci jest najmocniejszym punktem tego filmu. Mateusz Kościukiewicz i Filip Garbacz są absolutnie znakomici. Artur w wykonaniu pierwszego to bardzo niejednoznaczna postać, skrywająca w sobie wiele mroku, pozostając do samego końca łamigłówką. Pełen wściekłości, gniewu, tłumionej agresji oraz skłonności do manipulacji, wywołuje różne reakcje: od niezrozumienia i wściekłości aż po żal. Garbacz wydaje się bardziej stonowany w roli tego młodszego, który chce zdobyć akceptację brata i jest w niego wpatrzony jak w obrazek, ignorując matkę. Więź między nimi budzi silny niepokój, którego nie da się w żaden sposób stłumić.

Kolejny przykład mrocznego, niepokojącego dramatu, kompletnie rezygnując z klasycznej konwencji kryminału czy thrillera. Sala w pozornie skromnym filmie, buduje bardzo gęstą atmosferę, prowokując do pytań o to, skąd się bierze zło. Tylko, że odpowiedź nie jest wcale taka prosta, o ile w ogóle taka jest.

7,5/10 

Radosław Ostrowski

Serce miłości

Kino i sztuka współczesna to dość ryzykowne połączenie. Bo sztuka współczesna (zwłaszcza dla polskiego widza) jest bardzo trudna, hermetyczna, niezrozumiała i nieczytelna. Nie znaczy to, że nie próbowano przybliżyć tej tematyki, co próbował przedstawić duet Łukasz Ronduda/Maciej Sobieszczański w „Performerze”, prezentując fragmenty dorobku Oskara Dawidzkiego. W podobnym stylu próbuje pierwsza połówka tego duetu w samodzielnym „Sercu miłości”.

Tym razem jednak bohaterami jest para artystów, których nazwiska takiemu szaremu Kowalskiemu nic nie powiedzą. Oboje są performerami, z czego on (Wojciech Bąkowski) tworzy muzykę, zaś ona także rysuje, prowadzi bloga (Zuzanna Bartoszek). Spotkali się na jego koncercie, a jemu spodobały się jej ilustracje. Potem zamieszkali razem i zaczęli tworzyć, zarówno sztukę, jak i dość niecodzienną relację.

serce_milosci1

Reżyser w zasadzie to samo, co w poprzednim dziele, czyli próbuje w sposób przystępny pokazać samą sztukę, jak i dzieło tworzenia. Fabuły jako takiej może nie tyle nie ma, ile nie jest ona poprowadzona w klasyczny sposób. To jest ciąg niekoniecznie powiązanych ze sobą scen, które w dość kluczowym momencie (kłótnia) zostają gwałtownie przerwane, przez co trudno się połapać kto, co i kiedy. Wiemy, że przyczyną kłótni jest wykorzystywanie cudzych pomysłów, przez co Bartoszek (ta mniej znana) ma problem z przebiciem się szerzej, a dla Bąkowskiego (już rozpoznawalnego) pożywką. Oboje chcą się rozwijać, są też samcami alfa w tej relacji – aż dziwne, że się nie pozabijali.

serce_milosci2

Poza tym są tutaj wplecione występy obojga – zarówno wokalne, melorecytacyjne popisy Bąkowskiego, wykorzystującego dźwięk wszelkiej maści (scena, gdy dzwoni na policję i powtarza komunikat z telefonu czy finałowy występ o „odkochaniu się”) czy stosującą wszelkiej maści instalacje Bartoszek (tytułowe „Serce miłości”, magnetyzujący taniec w klubie czy pozostawione w mieszkaniu włączone wszystkie sprzęty AGD) mogą zaintrygować, ale też wprawić w stan kompletnego zakłopotania. Bo czy poza tymi występami w ogóle jest coś ciekawego? Niby próbuje się tu pokazać historię związku oraz zaskakujących relacji sztuka-życie, ale sam film jest zwyczajnie za krótki, zostawiając jedynie pewne poszlaki. Tylko trzeba oglądać bardzo uważnie oraz rozumieć i czuć sztukę współczesną, bo inaczej nic z tego nie wyjdzie.

Sytuacje próbują ratować kreacje Jacka Poniedziałka oraz Justyny Wasilewskiej, których chemia jest bardzo silna. Oboje wyglądają wręcz jak klony (nie chodzi mi tylko o zgolone głowy, ale też sposób ubierania się, mowę ciała), ale oboje działają na zasadzie kontrastu: on spokojny, ona bardziej ekspresyjna. Ale to Wasilewska, dokonując totalnej metamorfozy, bardziej mnie intrygowała, zaskakiwała i była absolutnie nieobliczalna.

„Serce miłości” to kino bardzo specyficzne, do którego trzeba mieć bardzo szeroką głowę oraz przynajmniej próbę podjęcia kontaktu ze sztuką współczesną, performancem. Być może bardziej pasowałby do galerii sztuki, niemniej warto spróbować, bo to rzadkie doświadczenie.

6/10 

Radosław Ostrowski

Arcyoszust

Pieniądze – coś czego wszyscy pragniemy, ale nie każdy dostaje tyle, ile by chciał. Zwłaszcza, jeśli powierzy je osobie nie godnej tego zaufania. Słyszeliście o Bernardzie Madoffie? Człowiek, który współtworzył NASDAC, właściciel dużego funduszu inwestycyjnego, mąż, ojciec i dziadek. Osoba godna zaufania, prawda? Ale w roku 2008 wszystko się posypało, a wszelkie inwestycje były jednym wielkim pierdoleniem. I o tym wszystkim postanowił opowiedzieć dla HBO Barry Levinson.

Punktem wyjścia są rozmowy Madoffa już siedzącego w więzieniu z dziennikarką Dianą Henriques, obserwującą całą sprawę od początku. Sama akcja toczy się niejako dwutorowo. Z jednej strony mamy Madoffa oraz jego próby przekonywania klientów, początek szwindlu zrobionego z niejakim Frankiem DiPascali. Z drugiej widzimy reperkusje tego całego interesu na rodzinie, nie mającej kompletnie zielonego pojęcia o interesach. Reżyser próbuje też przedstawić cały mechanizm piramidy finansowej i znaleźć odpowiedź na jedno niepokojące pytanie: jak to jest możliwe, że przez tyle lat nikt niczego nie zauważył? Że rodzina, to jeszcze jestem w stanie wyjaśnić, ale żadne kontrole, rządowe agencje, urzędy skarbowe? Całość przeplatana jest retrospekcjami, pokazującymi pewne istotne wydarzenia z ostatnich lat życia (50. rocznica ślubu, kontrola z 2005 roku, gdzie Madoff podał numer do kontroli i… nic z tego nie wyszło), pokazując pewne silne spięcia oraz toksyczność Madoffa z synami oraz żoną, która bez niego kompletnie nie potrafi żyć.

arcyoszust1

Levinson bardzo sprytnie lawiruje między wydarzeniami, czasami rzuci ekonomicznym żargonem, jednak wszystko pozostaje bardzo klarownie i czytelnie przedstawione. A to w tej tematyce jest bardzo dużym wyzwaniem. Nie brakuje też kilku montażowych sztuczek (finał, gdy Bernie próbuje się dodzwonić do żony, losy ofiar przekrętów w formie szybko zmontowanych fotek układających się w twarz finansisty czy pogarszający się stan psychiczny Marka i ciągłe wydzwanianie do bliskich) i zabaw z formą jak w scenie, gdy Madoff z żoną próbują odebrać sobie życie za pomocą leków, co kończy się dość psychodeliczną sceną, które uatrakcyjniają ten bardzo ponury dramat. Z miejscami wręcz dokumentalnymi zdjęciami, muzyką bardziej przypominającą oprawę do jakiegoś horroru, co tylko potęguje klimat.

arcyoszust2

Reżyser dokonał jeszcze jedną świetną decyzję: wybrał bardzo dobrych aktorów i dał im ogromne pole do popisu. Jeśli już chcielibyście skreślić Roberta De Niro za kilka ostatnich kiksów w karierze, tutaj rehabilituje się oraz wraca do bardzo wysokiej dyspozycji. Madoff w jego wykonaniu to człowiek dźwigający na sobie bardzo wielkie brzemię, ale jednocześnie uznawany jest za człowieka sukcesu. Był oszustem i naciągaczem, ale pozostaje człowiekiem, nie przerysowanym szwarccharakterem czy innym pomiotem szatana. Zaskoczyła mnie za to Michelle Pfeiffer jako żona Madoffa – dawno nie widziałem aktorki tak wycofanej, wręcz powściągliwie poprowadzonej, ale z bardzo skomplikowaną psychologią. Poza nimi trudno nie zapomnieć zarówno Hanka Azarię (charakterny i cwany Frank), Alessandro Nivolę (zabiegający o akceptację ojca Mark) czy Nathana Darrowa (bardziej niezależny Andrew). Trudno się tutaj do kogokolwiek przyczepić, bo każdy aktor dostaje tutaj swoje pięć minut.

arcyoszust3

„Arcyoszust” to dość nietypowe spojrzenie na kryzys ekonomiczny. Zamiast pójść na łatwiznę i pokazać Madoffa tylko jako bezwzględnego oszusta, Levinson pokazuje go jako człowieka, bez osądzania, prób wybielania czy ocieplania. Wnioski zostaje nam samym, a jednocześnie potrafi zaangażować, wciągnąć, zmusić do przemyśleń.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski