Manglehorn

Być może Al Pacino swoje najlepsze lata ma już za sobą, ale jeszcze nie zamierza przechodzić na emeryturę. Nawet jeśli nie jest w swojej życiowej formie i trafia na niezbyt dobre scenariusze. Czasem jednak pojawia się taki film, jakiego nie jestem w stanie mocno ugryźć.

manglehorn1

A.J. Manglehorn jest człowiekiem, który jest ślusarzem. Samotnik, mieszkający z perskim kotem, wycofany człowiek, ciągle żyjący przeszłością. Nie potrafi zapomnieć o kobiecie swojego życia, niejakiej Claire. Poza tymi informacjami obserwujemy jego dzień powszechni: wizyta w banku i rozmowa z kasjerką, a to wizyta u syna, spacer w parku czy granie na jednorękim bandycie. Trudno mi w przypadku filmu mówić o fabule, bo to ciąg scenek z życia Manglehorna. Człowieka skrywającego poważną tajemnicę, bardzo wycofanego i w relacjach z ludźmi bardzo szorstkiego. Brzmi jak coś co mogło wypalić? Problem w tym, że scenariusz zwyczajnie wydaje się dziwny. Sama historia jest niemal klasycznym snujem, zaś informacje o naszym bohaterze poznajemy w dwójnasób. Pierwsza to czytane z offu listy do Claire, zwracane do adresata. Drugi zaś sposób to opowieści o Manglehornie, przekazywane przez innych ludzi (syn-biznesmen, kasjerka, były uczeń – obecnie właściciel solarium). I wtedy robią przebitki na opowiadacza, na dwie sekundy wracamy do Manglehorna i tak przez parę minut. Wygląda to dość dziwacznie, tam samo jak nakładające się na siebie przejścia montażowe, co wywołuje jeszcze większą konsternację.

manglehorn2

Niby chce być bardzo poetycki (jak „Paterson”) i parę powtarzających się momentów – przyklejony do skrzynki, przewijające się balony, jakiś mim – z drugiej mamy to serwowane skrawki informacji o Manglehornie, solidnie granym przez Ala Pacino. I to właśnie ten aktor przykuwa uwagę samą obecnością na ekranie, wcielając się kolejny raz w zmęczonego, zgorzkniałego starca. Jedyną wybijającą się postacią jest kasjerka prowadzona przez Holly Hunter, która próbuje przebić się do skorupy naszego bohatera, co nie jest wcale takie proste.

To trudny film, którego realizacja mocno przypomina jakieś amatorskie, niezależne kino, próbując przypomnieć o klasie Pacino. Ten cel się udał, ale sama historia zwyczajnie nie angażuje i wygląda bardzo partacko (zwłaszcza w montażu), co utrudnia czerpanie frajdy z seansu.

5/10

Radosław Ostrowski

Takie nasze życie

Po wielkim sukcesie jakim był debiutancki „Sokół maltański”, reżyser John Huston w ciągu zaledwie roku pokazał swoje drugie dzieło. Ku zaskoczeniu wszystkich nie był to „męski” film, lecz obyczajowy dramat oparty na powieści niejakiej Ellen Glasgow. Zaś na głównym planie są dwie postacie kobiece. Wszystko toczy się wokół dwóch rodzin, które prowadziły firmę zajmującą się produkcją tytoniu (firma Fitzroy-Timberlake). Tam mieszkały przez pewien czas dwie kobiety – opanowana, rozważna, stabilna Roy oraz dość rozpuszczona, lubiąca zabawę Stanley. Wszystko zaczyna się w momencie, kiedy decyduje się porzucić swojego narzeczonego (mecenas Craig) i zabiera ze sobą Petera – świetnego lekarza oraz… narzeczonego jej siostry. Bierze z nim ślub i ucieka aż do Baltimore.

takie_nasze_zycie1

Reżyser opowiada historię dwutorowo, z perspektywy obydwu pań, pokazując dwie strony wychowania. Z jednej strony spokojną, ale powoli dochodzą do swojej ścieżki Roy oraz bardzo egoistyczną, skupioną na zabawie, pozbawionej poczucia odpowiedzialności Stanley. Każda z tych ścieżek prowadzi do innych kierunków. Ale tak naprawdę najważniejsza jest ścieżka blondwłosej siostry, której los pozostawał dla mnie najciekawszy. Dlaczego? Bo nie było do końca wiadomo, czy w końcu weźmie odpowiedzialność za swoje czyny, czy dalej będzie próbowała uciekać. Nawet jeśli w jej życiu dochodzi do coraz bardziej dramatycznych sytuacji.

takie_nasze_zycie2

Więcej nie chcę wam zdradzić, bo to na nich opiera się cała opowieść. Bardzo statycznie wykonana, niemal w bardzo teatralnym stylu. Akcja ograniczona do kilku miejscu, gdzie pojawia się maksymalnie około 5 postaci (a nawet mniej), w całości opartej na niezłych dialogach. Problem w tym, że ta konwencja do mnie nie dotarła, a reżyser nie potrafił docisnąć gazu tam, gdzie trzeba było. Choć całość wygląda naprawdę nieźle, kompletnie nie byłem w stanie się zaangażować, zaś przebieg wydawał mi się dziwnie łatwy do przewidzenia. Może nie koniecznie w szczegółach, ale ogólny zarys już tak.

takie_nasze_zycie3

Mimo upływu lat aktorsko wypada więcej niż przyzwoicie, a każda postać jest sensownie napisana, zagrana i wyrazista. Największe wrażenie wywołuje ekspresyjna Bette Davis (Stanley), której zwyczajnie było mi żal, chociaż ekspresyjna jest bardzo (w momentach, kiedy wszyscy chcą jej pomóc, ale odbiera to jako atak oraz szczucie), bez popadania w karykaturę czy przerysowanie. Równie wyrazisty jest Charles Coburn (wuj William) – pełen temperamentu, niepozbawiony sprytu kapitalista, przekonany o swojej sile oraz lękiem do lekarzy. Kontrastem dla tej pary jest pozornie spokojna Olivia de Havilland (Roy), która dość szybko zbiera się do kupy, coraz bardziej rozedrgany Dennis Morgan (dr Peter) oraz zachowujący spokój Frank Craven (Asa Timberlake).

„Takie nasze życie” z dzisiejszej perspektywy może wydawać się statycznym, nudnym dramatem obyczajowym, gdzie z góry wiadomy jest przebieg wydarzeń. Huston zrobił dość solidne kino obyczajowe w lekko teatralnym stylu. Tylko, że niezbyt to angażuje.

6,5/10 

Radosław Ostrowski

nadrabiamhustona1024x307


Sprawa Gorgonowej

To była najgłośniejsza sprawa kryminalna w historii II RP. Noc z 30 na 31 grudnia wydawała się być spokojna w willi inżyniera Zaremby w Brzuchowicach. Jednak to właśnie tam zostało popełnione morderstwo. Szybko ruszone śledztwo (oparte na poszlakach) wytypowało jako podejrzanych samego inżyniera oraz jego kochankę (i wychowawczynię jego dzieci) Ritę Gorgonową. Tylko czy aby na pewno była to jej robota?

gorgonowa1

Reżyser Janusz Majewski znany jest z tego, że większość swoich filmów osadza w przeszłości, czasach dawno minionych. Opierając się na prawdziwych wydarzeniach dokonuje rekonstrukcji samego dochodzenia oraz dwóch procesów: lwowskiego i krakowskiego. Jeśli ktoś jednak liczył na znalezienie odpowiedzi na pytanie: kto zabił?, może o tym zapomnieć. Bardziej skupia się na odtworzeniu działań wymiaru sprawiedliwości, przy okazji wytykając wiele błędów, które nie pozwoliły sprawy wyjaśnić do końca (pominięcie wielu istotnych dowodów, medialny rozgłos, wywołujący ogromne poruszenie, narzędzie zbrodni oraz dość ryzykowne przesłuchanie chłopaka, bardziej sugerujące odpowiedź). Majewski zachowuje przy tym dystans do całej sprawy, nie wydaje wyroków, nie sugeruje odpowiedzi, tylko rzuca kolejne wątpliwości oraz niejasności. Jednocześnie pokazuje jak bardzo łatwo można było doprowadzić do zaszczucia oskarżonej, jeszcze zanim zapadł wyrok. Niewątpliwy wpływ miała na to postawa prowadzącego śledztwo prokuratora, rozgłaszającego całą sprawę oraz bardzo silnie żerujących na tym zdarzeniu dziennikarzy.

gorgonowa2

Majewski niemal z pietyzmem oraz przywiązaniem do detali odtwarza wszystkie wydarzenia, cały czas trzymając w napięciu. Kolejne wyciągane informacje, dowody, przesłuchania doprowadzają do kompletnego mętliku w głowie i siejąc kolejne wątpliwości. Wreszcie są sceny sądowe, na które tak naprawdę czekamy od początku. I obydwa te procesy bardzo diametralnie się różnią od siebie: zarówno reakcjami publiczności w sądzie, jak i próbą podważenia pewnych dowodów (przeprowadzenie wizji lokalnej, powołanie biegłych), czyniąc całość jeszcze bardziej wciągającą. Każdy dialog, każde słowo nie jest zbędne, zaś przesłuchania oraz repliki prawników podkręcają temperaturę. W połączeniu z porządnymi zdjęciami oraz płynnym montażem tworzy to koktajl Mołotowa.

gorgonowa3

Wielu może rozczarować zakończenie, ale reżyser wolał oprzeć się na wykorzystaniu faktów niż serwować jakiekolwiek przypuszczenia. Zamiast kropki nad i pojawia się znak zapytania, bo czy można skazać bez cienia wątpliwości osobę, mając tylko poszlaki? To pytanie reżyser stawia cały czas, a odpowiedź wydaje się jedna: skoro nie ma niezbitych dowodów, należy oskarżonego uniewinnić.

gorgonowa4

Majewski znakomicie prowadzi całą narrację, zaś aktorzy (nawet w drobnych epizodach jak Marek Kondrat, Włodzimierz Boruński czy Wojciech Pszoniak) tworzą bardzo wyraziste, mocne kreacje. Największe wrażenie zrobiła na mnie Ewa Dałkowska w roli tytułowej. Gorgonowa w jej wykonaniu wydaje się być silna, niemal niewzruszona, bardzo pewna siebie. Ale nawet ona nie jest w stanie znieść coraz bardziej nerwowej atmosfery i pod koniec zaczyna pękać. Kapitalny jest Roman Wilhelmi, czyli przez większość filmu pogrążony w bólu Zaremba, bardzo wycofany, wręcz bierny, ale jednocześnie nie jest do końca taki potulny. Trudno też nie wspomnieć opanowanego i zachowującego rozsądek sędziego śledczego (Andrzej Łapicki), mecenasa Axera (Aleksander Bardini) czy bardzo śliskiego prokuratora Krynickiego (Mariusz Dmochowski).

Janusz Majewski tworzy bardzo soczysty, mocny dramat pozbawiony łatwych odpowiedzi na pytanie o winę/niewinność Gorgonowej, pełen świetnych dialogów, wyrazistych postaci oraz wiernego odtworzenia realiów epoki. Zastanawia mnie czemu później niewielu twórców mierzyło się z dramatem sądowym.

9/10 + znak jakości 

Radosław Ostrowski

Debiutantka

Kiedy poznajemy Ewę, wysiada z pociągu w Trójmieście. Wygląda jak chłopczyca (krótka fryzura, dżinsowe spodnie), nosi duży plecak i wydaje się, że troszkę czasu tu spędzi. Została zatrudniona przez Jerzego – wielkiego mistrza architektury. Pracuje nad swoim nowym dziełem, czyli projektem muzeum morskiego. Powoli zaczyna zdobywać zaufanie Jerzego, który proponuje wprowadzenie się do jego domu. Tam przebywa jego młoda żona, a także jest asystentka, co tworzy dość dziwny układ.

debiutantka1

Barbara Sass uważana była za specjalistkę od tzw. kina kobiecego, czyli filmów z postaciami żeńskimi w rolach głównych. Nie inaczej jest w „Debiutantce”, czyli psychodramie rozpisanej na trzy kobiety oraz jednego mężczyznę, który – w pewnym sensie – ma nad nimi władzę. I ta dziwaczna, toksyczna relacja zostaje zaburzona z pojawieniem się Ewy. Młoda, ambitna, twardo dążąca do celu kobieta staje się zagrożeniem dla Marii, bardzo silnie związana z Jerzym, niemal kontrolująca jego życie, pracę. Niby jest jeszcze bardzo młoda żona, jednak jest tak naiwna, wręcz dziecinna. Nawet nie zauważa, że jej mąż ma kochankę. Ale to wszystko jest widoczne w drobnych scenkach, gestach oraz spojrzeniach, pozornie nieistotnych (scena, gdy Maria „tańczy” przy drzwiach), jednak coraz bardziej atmosfera robi się nieprzyjemna. To musi się skończyć w jeden sposób, czyli któraś z pan nie wytrzyma tego stanu rzeczy.

debiutantka2

Sama intryga sprawia wrażenie pokazanej w bardzo chłodny, wręcz zimny sposób, przez co wiele rzeczy może umykać. Sass wiele rzeczy nie pokazuje w kadrze i to dla wielu osób może być dezorientujące, niemniej warto skupić się podczas seansu. Wszystko okraszone jest krótkim tematem muzycznym, który rzadko się pojawia, ale zawsze w istotnych momentach. Reżyserka przy okazji zadaje bardzo ważne pytanie: czy warto wszystko poświęcić dla mężczyzny? Zwłaszcza, jeśli on traktuje je w sposób dość mechaniczny, egoistyczny? Wymagając od niej pełnego oddania oraz poświęcenia się? Niby to retoryczne pytanie, ale odpowiedź nie jest wcale taka prosta.

debiutantka3

I mamy tutaj prawdziwy koncert aktorski. Błyszczy bardzo powściągliwa Dorota Stalińska, chociaż w sposobie mówienia słychać pewne rozedrganie. Absolutnie porywa jako kobieta próbująca zachować niezależność, ale jest zafascynowana geniuszem mężczyzny. Równie świetna jest Elżbieta Czyżewska w roli Marii – pozornie chłodnej, ostrej w języku kobiety. Jednak to wszystko jest tak naprawdę tylko maską, skrywającą nieszczęśliwą, wręcz przyzwyczajoną do pewnego stanu rzeczy osobą. Jedyną odstającą postacią jest żona (Bożena Adamek), ale to wynikało z faktu, że nie byłem w stanie polubić tej postaci. No i wisienka na torcie w postaci niezawodnego Andrzeja Łapickiego w roli Jerzego – człowieka otoczonego wielkim kultem, ale tak naprawdę działającego bardzo destrukcyjnie na wszystkich dookoła. Obojętny, nie idący na układy, sprawiający wrażenie troszkę nieporadnego, w rzeczywistości wymaga najbardziej oddania oraz posłuszeństwa.

„Debiutantka” może być dobrym tytułem, od którego zaczęłaby się przygoda z Barbarą Sass. Niby czasy się zmieniły, ale jak widać pewne pracownicze praktyki oraz skomplikowane relacje damsko-męskie pozostają ponadczasowe, co podkreśla słodko-gorzki finał. I to nadal potrafi uderzyć.

7/10

Radosław Ostrowski

Zabicie świętego jelenia

Zdarzają się filmy, które inspirują się czy są współczesnymi wersjami tragedii antycznych, greckich mitów czy biblijnych motywów. Jedni walą nimi prosto w oczy („mother!” Aronofsky’ego), a inni są o wiele, wiele subtelniejsi. Kimś takim próbuje być udający Greka Yorgos Lanthimos w „Zabiciu świętego jelenia”.

Jesteśmy gdzieś we współczesnej Ameryce, gdzie w jednym ze szpitali pracuje dr Steven Murphy. Jest kardiochirurgiem, jego piękna żona jest okulistką w tym szpitalu i mają bardzo uzdolnioną dwójkę dzieci. Szczęście, sielanka, ogólna radość. Ale jest jeden mały szczegół: Steven od pewnego czasu spotyka się z pewnym chłopakiem o imieniu Martin, którego traktuje jak syna. Kim on jest i co go łączy z doktorem? Tajemnica powoli zostaje odkrywana, a chłopak zmusza mężczyznę do podjęcia dramatycznej decyzji, gdzie stawką jest życie członków jego rodziny.

zabicie_swietego_jelenia2

Sama opowieść to mieszanka losów Hioba z Agamemnonem, tylko osadzona we współczesnych realiach. Lanthimos już we wcześniej filmach prezentował rzeczywistość mocno odrealnioną, dość groteskową, jednak tutaj jest zupełnie inaczej. Bohaterowie niby posiadają jakieś tło oraz zarysowane portrety psychologiczne, jednak nie mogłem się pozbyć wrażenia, jakbym oglądał dukające roboty. Ich barwy głosu sprawiają, że każdy dialog brzmi sztucznie, bardzo odpychająco. Owszem, ta sztuczność była obecna w „Lobsterze”, ale ona dotyczyła świata przedstawionego, nie zaś bohaterów. Tych kompletnie nie czułem, jakbym oglądał je przez szybę. Dlatego kompletnie mnie nie obchodziły kolejne zaskakujące wydarzenia, jakie przydarzają się rodzinie Murphych. Coraz bardziej pogarszające się zdrowie, odkrywane tajemnice oraz niejednoznaczna postać Martina, który jest dość dziwaczny. Dialogi miejscami są tak dziwaczne (swobodna rozmowa między lekarzami o okresie, o włosach pod pachą), że aż nie wierzyłem swoim uszom.

zabicie_swietego_jelenia3

Sama realizacja jest więcej niż porządna, bo kamera tutaj działa bardzo płynnie. Nie brakuje zarówno perspektywy z „oka Boga”, jak i długich kadrów podczas poruszania się bohaterów na korytarzach. Są też momenty, gdzie obiektyw zaczyna się coraz bardziej przybliżać i/lub oddalać. Do tego jeszcze w tle mamy bardzo świdrującą uszy muzykę, wywołującą wręcz surrealistyczny klimat, pełen sprzecznych emocji. Aktorstwo jest tutaj bardzo trudne w ocenie, bo i bohaterowie są bardzo trudni do polubienia. Niby starają się pokazać głębsze emocje, zwłaszcza w postaciach dzieci pod koniec filmu, gdzie ich los jest w nie swoich rękach (zabawa w „kto jest ulubieńcem tatusia”) czy próbującej doszukać się głębiej żony (nadal pięknie wyglądająca Nicole Kidman). Jednak i tak ekran kradnie Keoghan, rozstawiając wszystkich po kątach.

zabicie_swietego_jelenia1

Trudno mi bardzo jednoznacznie ocenić nowe dzieło Lanthimosa, który nadal robi dość hermetyczne, dziwaczne kino. Od tego tytułu odbiłem się niczym samochód podczas zderzenia z ciężarówką. Albo jestem zwyczajnie za głupi, albo reżyser tak odleciał, że zapomniał zabrać mnie za sobą. Zimny, wydumany, przeładowany nieczytelnym drugim dnem oraz kompletnie nieangażujący.

4/10 

Radosław Ostrowski

Druga strona wiatru

Kino zna historie filmów, których realizacja jest o wiele ciekawsza niż ostateczne dzieło. I trochę się obawiałem, że  z tym filmem będzie podobnie. „Druga strona wiatru” to ostatni, niedokończony za życia twórcy film Orsona Wellesa. Kręcony (z przerwami) w latach 1970-76 zawierał ponad 100 godzin materiału, ale filmu nie udało się zmontować, zaś taśmy zaginęły. Dopiero w 2014 udało się znaleźć rolki z filmem, a prawa wykupił Netflix. Ekipa pod wodzą montażysty Boba Murowskiego („The Hurt Lokcer”) oraz Petera Bogdanovicha zaczęła realizować wizję Wellesa, przy okazji poddając obraz cyfrowej obróbce.

Film jest ubrany w formę dokumentu, w którym poznajemy reżysera Jake’a Hannaforda. To już starszy facet, próbujący po latach wrócić do świata swoim nowym filmem „Druga strona wiatru”. Pokaz tego dzieła ma się odbyć w ranczu filmowca, do którego zjeżdżają krytycy, kinomani oraz najbliżsi współpracownicy, w tym Brooks Otterlake (Peter Bogdanovich) – twórca tego dokumentu.

druga_strona_wiatru1

Sama koncepcja filmu jest dość intrygująca, chociaż początek wywołuje ogromną dezorientację. Z jednej strony mamy bardzo enigmatyczne fragmenty filmu, gdzie nie pada ani jedno słowo. Z drugiej są filmujący wszystko dziennikarze, pasjonaci, którzy próbują bliżej poznać Hannaforda oraz zaczynamy odkrywać pewną tajemnicę wokół tego filmu. Bo praca nad nim nie jest zbyt prosta z dwóch powodów: brakuje forsy na dokończenie materiału oraz zniknął grający główną rolę aktor. Żeby jeszcze bardziej namieszać nam w głowie, reżyser bawi się formą po całości: zmiana kolorystyki z kolorowej (film Hannaforda) na czarno-białą, przechodząca w kolor, dużo zbliżeń, bardzo szybki montaż, przeskok z postaci na postać i początkowo ciężko jest złożyć to wszystko do kupy.

druga_strona_wiatru2

Reżyser bardzo złośliwie odnosi się do samego środowiska, które troszkę niczym sępy, chce jak najwięcej odkryć, poznać, zrozumieć. Obrywa się przemądrzałym krytykom, którzy – jak nie wiedzą – mówią zbyt dużo, nieufnym producentom oraz troszkę po części samemu reżyserowi, będącemu mitomanem, realizującym kino w troszkę partyzancki sposób: bez scenariusza, mocno wyciskając z aktorów wszystkie soki, zmuszając do posłuszeństwa. Wszystko poznajemy jedynie w rozmowach, dialogach, gdzie jest wiele niedopowiedzeń, kolejno odkrywanych kart, konfliktów, pretensji oraz niejasnych układów. I wiem, że dla wielu ten seans może być bardzo męczący, ale warto zaryzykować. A największe wrażenie i tak robią sceny z filmu – bardzo wysublimowanego wizualnie, z kilkoma operatorskimi trickami (scena z lustrzanymi odbiciami na wystawie) oraz zabawą oświetleniem (bardzo zmysłowa scena erotyczna podczas jazdy samochodem, gdzie widzimy tylko kobietę z przodu, a światło pulsuje niczym u Davida Lyncha) oraz eleganckim jazzem w tle. Ale gdybyście mnie chcieli zapytać o czym to było, nie umiałbym wam odpowiedzieć, bo byłem kompletnie zahipnotyzowany kadrami, a także bardzo enigmatycznymi kreacjami Oli Kodar i Roberta Randona.

druga_strona_wiatru3

Także grający tutaj główne role John Huston (Hannaford) oraz nieznany mi z tej strony Peter Bogdanovich (Otterlake) tworzą bardzo wyraziste kreacje, początkowo przypominającą relację mistrz-uczeń. Ale im dalej w las, tym więcej jest tutaj niejasności, skrywanej zazdrości oraz wrogości, dodającej wiele toksyn do tego dziwnego duetu. Welles w postaci reżysera pokazuje niejako samego siebie, czyli będącego poza głównym nurtem wizjonera, próbującego dotrzeć do współczesnej widowni.

Czy „Druga strona wiatru” ma szansę przebicia się dla kinomanów nie znających w ogóle postaci Orsona Wellesa? Czy będzie czymś więcej niż ciekawostką dla filmoznawców? Dla pewnego wąskiego grona widzów jak najbardziej, zaś kilka kadrów bardzo mocno zapadnie w pamięć. Welles potrafi uwieść, zaintrygować, zaskoczyć, nie zawsze dając odpowiedzi.

7/10 

Radosław Ostrowski

Nie jestem czarownicą

Witajcie w Zambii – afrykańskim państwie, gdzie nowe zachodnie obyczaje zostały scalone z dawnymi, kulturowymi przesądami. I właśnie tutaj żyją czarownice; nie, nie przesłyszeliście się, wzrok nadal macie dobry. Mają przywiązane wstążki do ciał, a one są do takich wielkich szpul, by nie odleciały. Jak zostajesz czarownicą, to zazwyczaj jesteś atrakcją turystyczną i pracujesz na plantacjach. Wystarczy być oskarżonym imasz wtedy wybór albo jesteś czarownicą albo kozą i każdy może cię zabić, tak po prostu. Tak się stało z pewną 9-letnią dziewczynką, która zostaje oskarżona o rzucanie czarów.

nie_jestem_czarownica1

Debiutująca reżyserka Rungano Nyoni jest Brytyjką z zambijskimi korzeniami, która pokazuje tak nieprawdopodobną historię, że musi być prawdziwa. To bardzo spokojny dramat, gdzie wiele scen dzieje się poza kadrem. Ale nawet to, co widzimy wydaje się dość dziwaczne, niezrozumiałe, pokręcone. Bo jak inaczej nazwać sytuację, gdy niby mamy XXI wiek, a nadal ludzie wierzą w czary, szamanów i inne zabobony. I nie chodzi nawet o szamana, który jakimś rytuałem decyduje, czy ktoś jest czarownicą (potrzebna do tego kura, krąg z jakiegoś proszku). Jak inaczej fakt, że Shula (tak zostaje nazwana dzioucha) jest wykorzystywana do wskazywania przestępców czy wymodlenia deszczu dla ministra. Dziwne i niejasne relacje między szamanami oraz czarownicami, żyjącymi w dwóch państwach (czarownice mają swoją królową), wywołują konsternację, niedowierzanie, szok. Bo o dziwo, działania Shuli przynoszą profity, jakie zamierza wykorzystać jej nowy „opiekun” (minister kultury), ale jednocześnie trzeba ją edukować.

nie_jestem_czarownica2

Pozornie historia jakoś się tam toczy i opowiedziana jest nie zawsze wprost, pokazując pewne sprzeczności rządzące Afryką. Z jednej strony bieda, susza i nędza, z drugiej artykuły związane z dobrobytem (magnetofon, telefon komórkowy, peruki znanych celebrytek), bogaty dom ministra. „etniczny” posmak, który służy do sprzedania magii kontynentu lub zwykłych towarów (scena w telewizyjnym talk-show) oraz ludzka zawiść, która wystarczy do oskarżenia o czary, zaś słowo feminizm praktycznie nie istnieje, jest pozbawiony praktycznego zastosowania.

Film jest świetnie zagrany przez kompletnie nieznanych aktorów, którzy są bardzo autentyczni, zwłaszcza bardzo wycofana Maggie Mulubwa (Shula) oraz Henry P.J. Bhiri (pan Banda), tworząc najbardziej wyraziste kreacje: od próbującej się powoli wyrwać ze schematu dziewczynki oraz bezwzględnie wykorzystującego ją pana i władcy. Niesamowite, bardzo magnetyzujące postacie.

Nie dziwię się, że Wielka Brytania wystawiła ten film do walki o Oscara za film nieanglojęzyczny. Mocny, bardzo prowokujący do refleksji nad dzisiejszym światem, którego coraz bardziej nie da się zrozumieć. Jak łatwo można wykorzystać zabobony i wiarę w budowaniu porządku tego dziwacznego świata.

7/10

Radosław Ostrowski

Kobieta w kapeluszu

Poznajcie Ewę – to bardzo młoda dziewczyna, pracująca jako aktorka w teatrze w dużym mieście. Choć ma talent oraz spore predyspozycje, to jednak nie zdarzyła się jakaś poważniejsza, duża rola, dająca jej szansę na przebicie. Ale pojawia się szansa, związana z reżyserem Lewickim, które chce wystawić samego „Króla Leara” i chciałby obsadzić Ewę jako Kordelię.

kobieta_w_kapeluszu1

Kolejne spotkanie ze Stanisławem Różewiczem, czyli mamy psychologiczny dramat, będący także obserwacją środowiska artystycznego. Czyli świata teatru, które już reżyser obserwował w filmu „Drzwi w murze”. Ale zamiast dramaturga, mamy niespełnioną aktorkę, która chce się przebić. Problem jednak w tym, że sam talent nie wystarcza – potrzebne są znajomości (najlepiej z dyrektorem), przyjaźnie oraz wszelkiego rodzaju układy. Ewentualnie trzeba zwyczajnie czekać, aż los da szansę. O ile w ogóle zamierza to zrobić, bo może zdarzyć się wszystko. Różewicz przygląda się teatrowi jako miejscu nie tyle skostniałemu, co nierentownemu, przegrywającego rywalizację z telewizją czy filmem. Jednocześnie jest pewna tajemnica związana z przeszłością naszej bohaterki, a konkretnie jej ojcem, ale tego nie zamierzam wam zdradzić. Konstrukcją bardzo przypomina „Anioła z szafy”, czyli mamy zbiór scenek związanych z pracą Ewy, odwiedzanymi postaciami (starszą panią, którą się opiekuje, rozmów z koleżanką Magdą, siostrą czy swoją nauczycielką) ewentualnie w domu, gdzie jest sama.

kobieta_w_kapeluszu2

Reżyser w tej swojej obserwacji zadaje jedno, bardzo ważne pytanie o sens pracy, gdzie nie ma się szansy na rozwinięcie skrzydeł, gdzie dostajesz najwyżej epizody (tytułowa kobieta w kapeluszu), choć pragniesz sięgnąć gwiazd. I ta rutyna, zawierzenie losowi zaczyna naprawdę uwierać. I co zrobić? Dostosować się do panujących reguł, lekko niszcząc swoją wrażliwość? Wpychać się łokciami? A może zwyczajnie zrezygnować i poszukać innej pracy? Pytania zostają bez odpowiedzi, ale samo zadanie może skłonić do zastanowienia. Jest tu kilka magicznych scen (powtarzany „taniec marionetek” w połączeniu z dość pokręconą muzyką Jerzego Satanowskiego działa wręcz piorunująco czy finał na plaży), które zostaną na długo, choć wielu może się strasznie wynudzić. Ale realizacyjnie trudno się do czegokolwiek przyczepić, bo dobrze to wygląda, wyraźnie wszystko słychać, choć nie ma tutaj zabawy formą.

kobieta_w_kapeluszu3

Do tego jeszcze naprawdę świetne aktorstwo, gdzie mamy bardzo rozpoznawalne twarze takich osób jak Henryk Machalica (aktor Jan), Paweł Wawrzecki (Zbyszek) czy Krzysztof Gosztyła (fotograf). Ale drugi plan dominuje w drobnej rólce Marek Kondrat w roli reżysera, który nie potrafi się odnaleźć w sztuce ani nie posiada jakiejś konkretnej wizji. Jednak wszystko trzyma na swoich barkach Hanna Mikuć. Pozornie nie rzucająca się w oczy, ale nie można oderwać od niej oczu – mieszanka wrażliwości, lęku, pasji oraz tajemnicy. Potrafi zaskoczyć lekkością („wywiad” z Magdą), by wejść w poważniejsze tony, co jest nieprawdopodobne. Piorunująca mieszanka.

„Kobietę w kapeluszu” można potraktować jako film, który mógłby spokojnie wejść do kina moralnego niepokoju, ale Różewicz bardziej skupia się na portrecie psychologicznym niż dylematach moralnych. Mimo dość epizodycznej konstrukcji, potrafi zaintrygować, wciągnąć i wydaje się uniwersalny, mimo realiów PRL-u.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Wilcza skóra

Gdzieś w górach Hiszpanii żyje Martinon – myśliwy, który utrzymuje się z tego, co upoluje. Za zrobione skóry kupuje sobie odpowiednie artykuły. Ale po stracie swojego psa, coraz bardziej doskwiera mu samotność. Wreszcie decyduje się „kupić” sobie żonę od młynarza Ubaldo – jego starszą córkę Pascualę. Ta jednak nie wytrzymuje surowych warunków i umiera, więc myśliwy żąda zwrotu pieniędzy. Młynarz jednak proponuje mu za żonę młodszą córkę, Adelę.

wilcza_skora1

Kolejny film Netflixa, ale tym razem z hiszpańskiego otoczenia. Dzieło Sama Fuentesa jest bardzo wyciszonym, wręcz surowym dramatem, gdzie niemal cała akcja toczy się w otoczeniu bezwzględnej naturze. Akcja toczy się tutaj bardzo powoli, dialogów jest praktycznie niewiele, a wszystko jest zdominowane przez imponującą przyrodę – las i góry ze śniegiem oraz domostwo myśliwego. Sama historia jest bardzo prosta, bo mamy mężczyznę zderzonego z przyrodą, troszkę zachowującego się niczym zwierzę, a także wejście w ten świat kobiety. Najpierw schorowanej, ciężarnej Pascuali oraz młodszej Adeli, nie chcącej się w żaden sposób podporządkować się swojemu obecnemu mężowi. Wszystko to jednak pokazane jest w gestach, spojrzeniach oraz działaniach, a nie w oszczędnych dialogach. I ta surowość dla wielu może okazać się bardzo ciężką barierą do przeskoczenia, zmuszając do większego skupienia w trakcie seansu.

wilcza_skora2

Trudno jednak cokolwiek zarzucić realizacji, bo film potrafi zrobić imponujące wrażenie. Nie tylko scenami przyrodniczymi (że się tak wyrażę), ale też montażem równoległym, bardzo nastrojowej muzyce oraz bardzo spokojnej reżyserii. Może za spokojnej, bo „Wilcza skóra” nie zawsze potrafi zaangażować i bardzo wolne tempo działa czasem wręcz usypiająco.

wilcza_skora3

Sytuację częściowo ratują aktorzy – kompletnie nieznane twarze, którzy budują swoje postacie jedynie za pomocą gestów, spojrzeń. Ale udaje się wykreować postacie z krwi i kości, co na pewno nie było prostym zadaniem. Najbardziej wybija się Mario Casas, czyli nasz myśliwy, coraz bardziej przyzwyczajony do surowych warunków. Może i na pierwszym razem sprawia wrażenie szorstkiego, a głos ma bardzo spokojny, jednak to bardzo twardy mężczyzna, nie pozbawiony jednak ludzkich odruchów. Partnerujące mu panie (Ruth Diaz i Irene Escolar) dopełniają, tworząc różne oblicza kobiecości: podporządkowanej oraz zbuntowanej.

Zaskakująco solidne kino, chociaż wymaga bardzo wiele, zaś surowość bywa wadą, jak i zaletą. Ale jest w „Wilczej skórze” coś, co nie pozwoliło mi odwrócić oczu od seansu. Może też dacie szansę hiszpańskiemu tytułowi.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Szczęściarz

Rzadko zdarza się osiągnąć 90 lat i nadal być sprawnym fizycznie, zachowującym świeżą energię. Taki szczęściarzem jest Lucky – bardzo starszy pan, co mieszka sam, pali za dwóch i jego rozkład dnia w większości wygląda tak samo: poranna gimnastyka, wizyta w kawiarni, sklepie z papierosami, by wieczorem zajść do baru. Rutyna dnia codziennego, aż pewnego dnia upada. Tak zwyczajnie, bez przyczyny, a badania nic nie wykazują. I to zdarzenie zmusza Lucky‘ego do pewnych przemyśleń.

lucky1

Pewnie nie kojarzycie Johna Carrolla Lyncha? To jeden z takich charakterystycznych aktorów, co pojawiają się na krótką chwilę, zapada w pamięć ich twarz, lecz nazwisko już niekoniecznie. Grał m.in. w takich filmach jak „Zodiak”, „McImperium” czy serialu „Anatomia zbrodni”. „Lucky” to był jego debiut reżyserski, który jest takim bardzo spokojnym kinem obyczajowym. Nikt nigdzie się tu nie spieszy, wszystko wręcz płynie swoim rytmem. Czy to znaczy, że „Lucky” jest nudnym, nie ciekawym filmem? Absolutnie nie, bo w tym wszystkim jest pewien urok oraz magia. W zwykłych rozmowach, pozornie o niczym, jednak tak naprawdę dzieje się tu dużo. Każdy bohater (nawet drobny epizod) jest bardzo wyrazistą postacią – nieważne, czy to prawnik, weteran wojenny czy szefowa sklepu. Tych rozmów słucha się z przyjemnością, nie popadają w pretensjonalne filozofowanie, a nawet są okraszone odrobiną humoru (kwestia zaginionego… żółwia).

lucky2

Nawet te proste sceny (początek dnia Lucky’ego czy impreza urodzinowa) mają w sobie wiele ciepła oraz momentów chwytających zwyczajnie za serce. Nie ważne czy mówimy o śpiewaniu „Volver” przez Lucky’ego w towarzystwie mariachi, rozmowach o prezydencie Roosevelcie czy dialogu o swoim dziecku. W tle przygrywa folkowo-westernowa muzyka, krajobrazy miejscami wyglądają jakby wzięte z Dzikiego Zachodu (co nie jest wadą), co tworzy fajny klimat. Reżyser prowadzi to bardzo delikatnie oraz spokojnie.

lucky3

Największą furorę robi Harry Dean Stanton, który bardzo rzadko grywał główne role w karierze. Tutaj w roli głównej magnetyzuje, choć jest to postać bardzo tajemnicza, o której nie wiemy zbyt wiele. Z czasem dostrzegamy w tej postaci kolejne fragmenty z życia samotnika, choć wiele rzeczy pozostaje zagadkowymi (rozmowy przez telefon). Ten aktor wystarczy, że pojawiał się na ekranie i już skupiał na siebie uwagę. Dla mnie film jednak ukradł David Lynch w roli Howarda, który okazuje się niezłym źródłem humoru, choć jeden jego monolog potrafi poruszyć jak diabli. Nie można też zapomnieć drobnych ról Toma Skeritta (weteran), Rona Livingstone’a (adwokat) czy Jamesa Darrena (Paulie), wnoszących wiele życia w tym filmie.

„Szczęściarz” okazał się pożegnaniem Harry’ego Deana Stantona z kinem i jednocześnie bardzo ciepłym, bezpretensjonalnym kinem obyczajowym. Po jego obejrzeniu – jakkolwiek to zabrzmi – poczujecie się lepiej i będziecie chcieli mieć tyle siły w sobie, co Lucky.

7/10 

Radosław Ostrowski