Narodziny gwiazdy

Ile było już wariacji „Pigmaliona”? Podobno widownia najbardziej lubi to, co już zna, dlatego tak często zdarzają się remake’i. Nie inaczej jest z „Narodzinami gwiazdy”, które zostały przeniesione na ekran po raz czwarty. Jednak tym razem stanął kompletnie nieznany reżyser, Bradley Cooper, który zastąpił na tym stołku samego Clinta Eastwooda. Czy to mogło się udać?

Historia jest bardzo prosta jak konstrukcja cepa, czyli jest o miłości, muzyce oraz miłości do muzyki. On jest już bardzo rozpoznawalnym artystą, który swoje najlepsze lata ma już za sobą. Jackson Maine oprócz muzyki, kocha też alkohol oraz dragi. Po jednym z koncertów poszedł do baru w jednym celu i w jednym celu tylko. Ale wtedy na scenie w knajpie pojawiła się ona – Ally. Lubi śpiewać, ale raczej nie jest nastawiona na karierę. Zaczyna się od zwykłej rozmowy, ale kończy się to na scenie. I nie chodzi mi tylko o estradę.

narodziny_gwiazdy1

Innymi słowy, raczej szału nie ma. Ale reżyser jest tego w pełni świadomy i stara się skupić na dwóch elementach. Po pierwsze, na relacji między Jacksonem a Ally – początkowo to przypomina motyw mentor-uczeń, ale to ulega ciągłej zmianie. Może i jest to potraktowane (przynajmniej na początku) po łebkach, wręcz skrótowo, lecz czuć mocną chemię między tymi bohaterami. Przy okazji reżyserowi udaje się pokazać miejscami bezwzględne mechanizmy rządzące show-biznesem, gdzie zachowanie swojego charakteru jest bardzo ciężkie. Momenty, gdzie widzimy solową karierę Ally, która zaczyna się zmieniać w kolejną gwiazdkę pop (obecność tancerzy na scenie, nauka choreografii, sesja fotograficzna), jakich na tej scenie jest tysiące. Ta refleksja jest bardzo gorzka, czego w tym romansie się nie spodziewałem.

narodziny_gwiazdy2

Drugi mocny punkt to sama muzyka, która jest bardzo różnorodna: od mocnego rocka przez akustyczne ballady („Shallow”) po muzykę pop. Każdy z utworów bardziej lub mniej chwyta i zapada mocno w pamięć, pięknie łącząc się z ekranem. To dodatkowy kopniak do tej – ogranej – opowieści o blasku i cieniach kariery, która nie jest w żadnym wypadku usłana różami. Tak samo jak miłość pomieszana z zazdrością o rozwój kariery, doprowadzając do coraz większych spięć. Wtedy jest troszkę mięska na ekranie.

narodziny_gwiazdy3

Cooper-reżyser zdecydował się obsadzić w roli głównej Coopera-aktora, a ten dał z siebie wszystko. Nauczył się grać na gitarze i śpiewać (a głos ma naprawdę mocny), zaś jego bohater zwyczajnie porusza zarówno na scenie, jak i w momentach, gdy mierzy się ze swoimi demonami (lub z nimi tańczy), właściwie wydaje się bezbłędny. Jeszcze bardziej mnie zaskoczyła (aktorsko) niejaka Lady Gaga, która świetnie sobie radzi jako zakompleksiona dziewczyna z wokalnym talentem, która staje się muzyczną diwą. Chemia między nimi byłaby w stanie zasilić całe województwo (nie przesadzam). Przez chwilę film kradnie zaskakujący Dave Chappelle jako przyjaciel Jacka oraz Sam Elliott w roli brata, Bobby’ego i trzymają fason.

Cóż mogę powiedzieć? „Narodziny gwiazdy” nie są czymś, czego nie widziałem w kinie. To kompilacja znanych motywów z filmów, gdzie miłość, kariera i sława krążą wokół siebie. Ale jest to na tyle porządnie wykonane, świetnie zagrane i zaśpiewane, że chce się tego oglądać.

7/10 

Radosław Ostrowski

6 balonów

Wszystko skupia się w ciągu niemal jednego wieczora, gdzie ma dojść do przyjęcia-niespodzianki wobec chłopaka naszej bohaterki. Katie wydaje się być spokojną, poukładaną dziewuchę, tylko że jest jeden szkopuł: brat Seth, który jest narkomanem. Na odwyku był multum razy, a nawet opieka nad 2-letnią córką nie jest w stanie go zmienić. Dziewczyna próbuje zapisać brata na odwyk, co nie będzie takie łatwe.

6_balonw1

Netflix znowu próbuje opowiedzieć skromną historię na poważny temat. Wiecie, jak łatwym tematem wydaje się uzależnienie od narkotyków? Jak bardzo pociągającym dla filmowców? Mógłbym wymienić tutaj bardzo długą listę, więc co ciekawego w tej materii ma do zaoferowania „6 balonów”? Po pierwsze, skondensowanie całej opowieści do jednego zdarzenia oraz skupieniu się na jednym wątku, czyli bardzo toksycznej relacji rodzeństwa. Nie mamy tutaj pokazania przyczyny tej sytuacji, dlaczego brat zaczął ćpać i czemu próbuje podjąć się rolę bycia ojcem. Wszystko się skupia na próbie zapisania Setha na odwyku, a po drodze jeszcze odebranie tortu oraz pójście po towar (tytułowe sześć balonów). Sama historia jest dość krótka przez co nie ma mowy o przynudzaniu, a krótki czas pozwala na intensyfikację wydarzeń. Ale też bardzo widać, jak ta relacja działa destrukcyjnie na najbliższych. Może jest to pokazane dość nachalnie (czytany rozdział jakiegoś poradnika oraz „tonący” samochód), niemniej potrafi to zadziałać.

6_balonw2

Jednak „6 balonów” ma jedną, bardzo poważną wadę – nie opowiada niczego nowego w tym temacie. Wszystko to przypomina wyważanie otwartych drzwi, przez co nie byłem specjalnie zaangażowany w całą tą historię. Podejrzewałem, jak to się skończy, a seans był dla mnie zbyt nudny. Może, gdyby był dużo młodszy i zaczynałbym oglądanie filmów z narkotykowym nałogiem, pewnie zmiótłby mnie. Być może taki był zamysł, żeby trafić do młodego odbiorcy. I pewnie zrealizuje ten zamysł.

Z obsady najbardziej znany jest Dave Franco, który tutaj wciela się w uzależnionego Setha. Jest odpowiednio irytujący, żałosny, budzący współczucie. Całkiem nieźle za to wypada Abbi Jacobson w roli Katie i w zasadzie to ona dźwiga ten film na swoich barkach. I czuć tutaj chemię miedzy postaciami, choć Setha bardzo trudno polubić.

Innymi słowy jest to solidny film, tylko że nie ja jestem głównym celem dla twórców. Czy dotrze do młodych ludzi? Nie wiem, ale dla mnie to tylko powtórzenie znanych mi już prawd.

6/10

Radosław Ostrowski

Fokstrot

Fokstrot to taki dość prosty taniec, którego kroki powodują, że wracasz do punktu wyjścia. Że cokolwiek byś nie zrobił, wracasz do początku. Ale film Samuela Moaza nie jest filmem tanecznym, lecz historią z wojną w tle. Wszystko zaczyna się w momencie, kiedy do mieszkania niemłodego małżeństwa – państwa Feldmann, przychodzą żołnierze. Kiedy dowiadujemy się, że ich syn Jonathan służy w armii, wszystko wydaje się jasne. Czyli syn poległ na wojnie, co staje się dość ciężkim doświadczeniem przede wszystkim dla ojca.

foxtrot1

Chciałbym powiedzieć wam trochę więcej o fabule, ale „Fokstrot” opiera się na kilku woltach, które zaskakują i wywracają wiele rzeczy do góry nogami. By jeszcze bardziej wprowadzić mętlik, akcja zostaje przeniesiona na posterunek graniczy, gdzie służy Jonathan (syn). Pozornie opowieść wydaje się prosta niczym konstrukcja cepa, jednak nie o nią tak naprawdę tu chodzi. Reżyser za pomocą warstwy formalnej zmusza do skupienia, pokazując niemal absurdalność całej sytuacji. Wojskowi na początku sprawiają wrażenie urzędników, mówiących wyuczone na pamięć formułki, mające pomóc przetrwać. Niby wydaje się psychologicznym dramatem, gdzie mamy skrywane traumy, mroczne tajemnice z przeszłości oraz to, jaki wpływ wojna ma na ludzi. I nie chodzi tutaj tylko o tych obecnych wojaków jak Jonathan, gdzie stoją w jakimś wygwizdowie. Tylko, że tej wojny tutaj mamy tyle, co kot napłakał. Cała sytuacja (przechodzący wielbłąd) wydaje się tak absurdalna i niedorzeczna, że aż można się złapać za głowę.

foxtrot2

Dużo jest tutaj niemal groteskowych scen z niezapomnianą sceną tańca na posterunku z karabinem w dłoni (w tle gra odpowiednia do tego muzyka) czy bardzo mocna scena z puszką (nie powiem wam, co tam się dzieje), co tylko podkreśla absurdalność wydarzeń oraz jeden bardzo istotny fakt, o jakim często zapominamy. Że nie na wszystkie wydarzenia mamy wpływ, a przypadek potrafi wyciąć taki numer, jakiego nigdy się nie spodziewaliśmy (ostatnie pół godziny). Jest też nawet animowana wstawka, niemal przypominająca „Walc z Bashirem” w formie komiksu.

Niby pozornie nie dzieje się tu zbyt wiele, ale sama realizacja to coś nieprawdopodobnego. Sama praca kamery jest absolutnie cudowna (zwłaszcza kadry z góry, gdzie widzimy ruch postaci), kompozycja kadrów niemal jest dopieszczona. Ta finezja działa tutaj na zasadzie kontrastu, gdzie słyszymy jedno, a widzimy czasem coś zupełnie innego. Przez co „Fokstrot” działa i jako dramat pokazujący bezsensowność wojny w skali mikro, a także jako polityczną satyrę na armię oraz biurokrację.

7,5/10 

Radosław Ostrowski

Brexit: Dzika wojna

Chyba żadne inne słowo w 2016 roku nie wywołało takiego spustoszenia na Wyspach Brytyjskich jak Brexit. Referendum mające doprowadzić do najważniejszej decyzji w historii tego kraju zakończyło się zwycięstwem eurosceptyków, co wywołało wielką konsternację. Politycy do tej pory jeszcze tej żaby nie połknęli, ale bardziej interesujące jest jedno pytanie: jakim cudem do tego doszło? O tym opowiada brytyjska produkcja telewizyjna.

brexit1

Całą kampanię zorganizował niejaki Dominic Cummings. Nie znacie go? Ja też o nim nie słyszałem, bo jest to postać mocno działająca w cieniu. I to właśnie do niego przyszedł lobbysta Matthew Elliot oraz poseł Douglas Carswell, by pomógł poprowadzić eurosceptyków do zwycięstwa. Do tej pory kampanie polityczne czy referendalne na Wyspach były raczej prowadzone w sposób spokojny, wręcz elegancki. Jednak reżyser pokazuje działanie kampanii z perspektywy tych, którzy chcieli w końcu doprowadzić do wyjścia Brytanii z Unii. Tutaj dochodzi do zderzenia dwóch sposobów myślenia, czyli konserwatywnej, tradycyjnej formuły z wykorzystywaniem nowoczesnej technologii (algorytmy informatyczne, łączenie Facebooka i Twittera z precyzyjnymi mailami). I to bardzo pięknie pokazuje, jak bardzo łatwo można manipulować faktami, materiałami oraz ograniczeniem wszystkiego do prostych, chwytliwych haseł – jak zresztą przy każdym referendum. Zaś politycy tutaj, nawet jeśli są przekonani o słuszności swoich działań, są pozbawionymi jakiegokolwiek planu kretynami.

brexit2

Reżyser potrafi przykuć uwagę widza, nawet przy korzystaniu skomplikowanych terminów, w czym zdecydowanie pomaga świetny, bardzo rytmicznym montaż. Pod tym względem miałem skojarzenia z „Big Short”, gdzie dialogi, złośliwości, ironii zderzone z kontrastowymi scenami (nie tylko w finale) tworzą prawdziwą mieszankę wybuchową. Na dłoni widać, jak bardzo łatwo można manipulować naszymi emocjami, wątpliwościami, lękiem. Cała kampania to niemal starcie serca z rozumem, co dobitnie pokazuje próba przeprowadzenia badania na wybranej grupie ludzi przez reprezentantów społeczeństwa. Nawet napisy końcowe są w stanie doprowadzić do kilku konsternacji, pokazując brudne zagrywki kampanii politycznej.

Pojawiają się znane postaci ze sceny politycznej jak Boris Johnson (burmistrz Londynu), Nigel Farrage (szef UKIP) czy premier David Cameron. Ale tak naprawdę tutaj liczy się Cummings zagrany przez rewelacyjnego Benedicta Cumberbatcha. Lekko łysiejący mężczyzna, będący mieszanką inteligencji, arogancji oraz pewności siebie początkowo może wydawać się kreacją przypominającą poprzednie dokonania aktora. Ale jednocześnie nadal posiada kilogramy charyzmy, przez co nie można (nadal) oderwać od niego oczu, napędzając całą akcję.

Może i widać telewizyjny budżet, jednak „Brexit” wsysa do końca, pokazując kolejny raz, jak bardzo łatwo swoimi wyborcami można manipulować. No i że nie zawsze za każdą dobrą ideą stoi człowiek z planem.

7,5/10 

Radosław Ostrowski

Wielki Mike. The Blind Side

Wiele już filmów opartych na faktach, bo – jak powszechnie wiadomo – życie jest w stanie napisać najbardziej pokręcone scenariusze. Nie inaczej jest tutaj, bo mamy historię młodego chłopaka z tzw. dzielnicy nędzy i rozpaczy Memphis. Nazywa się Michael Oher i wygląda niczym wielki taran, jest czarny, ale ma duży problem z nauką. W końcu trafia do liceum, gdzie trener decyduje się go przyjąć, na co wpływ mają jego umiejętności, ale wtedy na drodze naszego wielkoluda pojawia się niejaka Leigh Anne Touly – architektki wnętrz, która podejmuje się opieki nad nim.

blind_side1

Historia brzmi jak amerykański sen i może wydawać się nieprawdopodobna. Ale o dziwo reżyser John Lee Hancock nie boi się korzystać z klasycznych klisz, gdzie widzimy powolną przemianę naszego troszkę nie kontaktowego Wielkiego Mike’a nie tyle w dobrego zawodnika, ale i powoli odnajdującego swoje miejsce człowieka. Wszystko tu jest poprowadzone po sznureczku, przebieg fabuły jest bardzo przewidywalny, przez co nie byłem w stanie całkowicie się zaangażować.  Także i postacie są dość schematyczne: empatyczni nauczyciele (poza jednym bucem z języka angielskiego), wspierająca go nowa rodzina (zwłaszcza młodszy brat S.J., który szybko nawiązuje z nim kontakt), uproszczony portret dawnego domu, gdzie przebywa zagubiona matka oraz dawni kumple, upaprani w gangsterkę. No i jeszcze trener, który nie potrafi się dogadać z nowym zawodnikiem. Wszystko wydaje się takie miłe, delikatne, może nawet troszkę cukierkowe.

blind_side3

Owszem, pojawia się nawet odrobinka humoru (nie pozbawiona złośliwości), zaś sceny meczy futbolu amerykańskiego wygląda naprawdę porządnie, lecz cały ten obyczajowy wątek specjalnie nie angażuje. Może zbyt wiele opowieści o ludziach znikąd, którzy dostają szansę na lepsze życie i (nie bez problemów) ją wykorzystują, przez co było mi to znane aż za dobrze. Takich inspirujących filmów było już setki i tysiące, ale tutaj niewiele rzeczy na mnie podziałało. A wszystko jeszcze takie uproszczone i skrótowe.

blind_side2

Jedyną wybijającą się rzeczą (troszkę) jest Sandra Bullock w roli Leigh Anne. Jest to pozornie normalna kobitka, ale nie daje sobie w kaszę dmuchać, uparcie dąży do celu i twardo stąpa po ziemi. A jednocześnie budzi sympatię, powoli przełamując kolejne problemy Mike’a. Sam Oher w wykonaniu debiutującego Quintona Aarona wypada dobrze, choć początkowo może drażnić swoją smutną miną zbitego psa. Jeszcze bardziej mnie zaskoczył drugi plan, gdzie mamy m.in. Raya McKinnona (trener Cotton), Kim Dickens (nauczycielka biologii) czy w epizodzie Kathy Bates (korepetytorka, panna Sue), choć nie mieli zbyt wiele do roboty. Ale zawsze dobrze na nich popatrzeć.

„Wielki Mike” zrobił spore zamieszanie w USA, co wynika ze względu na specyficzny sport oraz ich wiarę w dokonywanie niemożliwych rzeczy. Tylko, że to wszystko jest tak schematyczne i zwyczajnie nudne, iż nie byłem w stanie w to uwierzyć.  

5/10

Radosław Ostrowski

Król Lear

William Szekspir jest tak ważną postacią dla kultury, że jego wpływ jest nie do przecenienia. A ilości adaptacje jego sztuk na ekranie liczy się w tysiącach (najpopularniejsze są „Hamlet”, „Makbet” oraz „Romeo i Julia”), głównie dokonywanych przez telewizję BBC. Tym razem jednak do gry wszedł Amazon Prime Video, który zatrudnił Richarda Eyre’a do zmierzenia się z „Królem Learem”.

Fabuła tej opowieści wydaje się prosta. Podstarzały król decyduje się podzielić między swoje córki całe królestwo: najstarszą Gonerylę, Regan oraz najmłodszą Kordelię. Kiedy ta ostatnia nie chce wymawiać pochlebstw, zostaje wygnana z domu oraz bierze za męża króla Francji. Jednak dwie siostrzyczki delikatnie mówiąc, kochają swojego ojca, lecz tylko swoimi słowami, nie czynami. Jednocześnie nieślubny syn lorda Gloucester, Edmund planuje intrygę w celu zniszczenia swojego ojca oraz zdobycia jego włości.

krol_lear1

Pierwsze, co robi reżyser to trzyma się mocno tekstu pierwowzoru, jednocześnie uwspółcześniając całe miejsce akcji. Więc zamiast koni i rycerzy, mamy samochody, żołnierzy z karabinami, zaś jedna z potyczek toczy się na gołe pięści i przypomina walki MMA. I choć początkowo taki zabieg wydaje się wywoływać pewien zgrzyt, bo archaiczny tekst zmieszany ze współczesną rzeczywistością wywołuje pewną sztuczność. Ale można się do tego łatwo przyzwyczaić. Mimo, że nie znałem tekstu Szekspira oraz bardzo specyficznego stylu, pełnego ozdobników, nie czułem się zdezorientowany i wydaje mi się, że zrozumiałem przebieg fabuły. Choć całość wygląda niczym teatralny spektakl, to jednak dość dynamiczna praca kamery (pełna zbliżeń oraz niemal w ciągłym ruchu) oraz montaż czynią ten seans o wiele bardziej przystępnym. Nawet sceny monologów zyskują głównie, dzięki realizacji jak choćby przełamując czwartą ścianę (pierwsza wypowiedź Edmunda) czy niemal skupiając się na samych twarzach. I to pozwala wybrzmiewać wielu kwestiom, dotyczącym posłuszeństwa, ciągłemu popadaniu w obłęd, przeznaczeniu czy poczuciu osamotnienia. Wiem, że dla wielu ten język może wydawać się niezrozumiały, nieczytelny, wręcz archaiczny. Niemniej warto dać szansę temu tytułowi.

krol_lear2

Zwłaszcza, że zachętą jest tu naprawdę wspaniałe aktorstwo. Najbardziej zaskakuje tutaj Anthony Hopkins, który jest w kapitalnej dyspozycji, balansując między majestatem, zgrywą, bólem a obłędem. Wszelki rodzaj emocji jest tutaj poprowadzony bezbłędnie, z niesamowitą mową ciała oraz błyskiem w oczu, jakiego nie widziałem u tego aktora od dawna. Równie wyraziste są tutaj te „dobre” siostry poprowadzone przez Emmę Thompson (zimna Goneryla) oraz Emily Watson (bardziej spokojniejsza Regan), tworząc bardzo mroczny duet, symbolizujący wyrachowanie, intryganctwo oraz działanie na własnej korzyści, a także John Macmillan jako żądny zemsty Edmund. Takiego koncertu dawno nie widziałem, zaś nawet postacie poboczne (królewski błazen) mają swoje przysłowiowe pięć minut.

krol_lear3

„Król Lear” kolejny raz przypomina, że Szekspir byłby najlepszym scenarzystą, gdyby żył w dzisiejszych czasach. Może intryga może wydawać się mętna, zaś język jest mocno niedzisiejszy, niemniej pierwszorzędne aktorstwo oraz bardzo mocna realizacja są w stanie zrekompensować te drobne wady.

8/10 

Radosław Ostrowski

Mój piękny syn

Narkotyki – wszyscy wiemy, że to jest zło, że działają destrukcyjnie nie tylko na organizm osoby uzależniającej, ale też dokonują sporego spustoszenia w rodzinie takiej osoby. Filmów i książek na ten temat powstało mnóstwo i powstawanie kolejnych może wydawać się dość prostą kliszą wyeksponowany przez kulturę. Dlatego troszkę byłem sceptyczny wobec filmu „Mój piękny sen”, chociaż nadzieję dawała obsada oraz reżyser Felix Van Groeningen („W kręgu miłości”).

Cała ta historia opiera się na relacji ojca Davida Sheffa (dziennikarza „Rolling Stone”) oraz jego nastoletniego syna Nica, który jest uzależniony od metamfetaminy. Początkowo ojciec nie zauważa, że coś jest z synem nie tak, wydaje się utrzymywać z nim dobry kontakt. Ale prawda okazuje się bardziej skomplikowana, a nałóg staje się wielkim ciężarem i przeciwnikiem. Tylko, czy miłość rodzicielska jest w stanie powstrzymać i pokonać uzależnienie?

moj_piekny_syn1

Muszę przyznać, że sam początek tego filmu jest dość problematyczny. I nie chodzi tu o tematykę, lecz o bardzo chaotyczny montaż. Przeskoki w czasie są tutaj dość spore, przez co nie do końca byłem w stanie się zorientować, czy widzę teraźniejszość, czy retrospekcję. Ten rozgardiasz trwa przez niemal cały film, ale najbardziej problematyczne i trudne do przełknięcia jest niemal pierwsza połowa. Przeskoki są bardzo gwałtowne i mimo kilku mocnych scen (rozmowa w restauracji czy wizyta u dra Browna), ciężko było mi się zaangażować w tą historię. Jeszcze bardziej zaskoczył mnie fakt, że scen upadku czy przebywania w jakichś brudnych toaletach (poza jedną z ostatnich scen), spelunach czy komunach. Scen zażywania narkotyków jest tylko trzy, a reżysera bardziej interesuje stan psychologiczny oraz mowa ciała niż nachalne sceny pokazujące ćpanie. Pozornie film wygląda bardzo łagodnie, wręcz niczym ciepły film obyczajowy, ale nie znaczy to jednak, że nie ma tutaj scen pełnych mroku, przerażenia czy lęku (reanimacja dziewczyny, która przedawkowała).

moj_piekny_syn2

Dla mnie jednak największą wartością jest tutaj bardzo przekonująca relacja ojca z synem. Z jednej strony jest to miłość bezwarunkowa, oparta na zaufaniu, szczerości i wsparciu. Problem jednak w tym, że nawet ona nie była w stanie zauważyć pierwszym symptomów i staje się pewnego rodzaju emocjonalną pułapką, jaką może wykorzystywać uzależniony wobec rodziny. Ojciec bardzo walczy (przez bardzo długi czas) o zdrowie swojego dziecka, a jednocześnie próbuje go zrozumieć i odkryć, gdzie popełnił błąd w wychowaniu (choć nie jest to powiedziane wprost). Jednak najmocniejsze momenty zaczynają się od drugiej połowy, gdzie Nic powoli zaczyna wychodzić na prostą. Muzyka dobrana jest świetnie, montaż już tak nie dezorientuje, a emocje coraz bardziej zaczynają kipieć aż do finału.

moj_piekny_syn3

Tak naprawdę największą siłę rażenia wywołuje znakomity duet prowadzący. Steve Carell kolejny raz potwierdza klasę w dość wyciszonej roli ojca. Z jednej strony wydaje się być bardzo ciepły, pełen empatii, a jednocześnie zagubiony, walczący niczym zwierzę o swoje dziecko, które okazuje się być kimś niby znajomym, lecz kompletnie obcym. Te sprzeczności są wygrywane zarówno mową ciała, ale też w oczach widać tą wewnętrzną walkę (najbardziej w scenie rozmowy przez telefon, gdzie odmawia synowi przyjścia do domu). Jeszcze lepszy jest Timothee Chalamet w roli syna. Mimo iż nie widać zbyt wielu scen brania dragów, to za pomocą ciała i sposobem mówienia pokazuje stan nałogowca. Wspólne sceny obydwu panów są bardzo intensywne, pełne miejscami mocnych słów, ale też bardzo silnej chemii między postaciami.

Pozornie „Mój piękny syn” wydaje się niezbyt odkrywczym podejściem do kwestii uzależnienia, lecz jest to angażujące, szczere oraz dające mocnego kopa (od połowy) kino. Aktorstwo wznosi całość na wyższy poziom, mimo pewnej dość chaotycznej formy, która dla wielu może się być dość trudna. Niemniej warto dać szansę i spróbować zmierzyć się z troszkę innym spojrzeniem na ten temat.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Ucieczka z Dannemory

Ile to razy widzieliśmy na ekranie filmy czy seriale opowiadające o ucieczce z więzienia? Ostatnią taką popularną produkcją było „Prison Break” o braciach Burrows. Jednak ta sensacyjna historia nie umywa się do tego, co wydarzyło się w 2015 roku w Dannemorze, stan Nowy Jork. To właśnie stamtąd uciekło dwóch zbiegów – Richard Matt oraz Dawid Sweat. I o tym opowiada miniserial stacji Showtime. Sam początek jest bardzo mylący, bo trafiamy na… przesłuchanie przez generalną inspektor pewniej niezbyt urodziwej kobiety. Jak się okazuje, pani Mitchell (zwana Tilly) pracowała jako kierownik w więzieniu, gdzie odpowiadała za szycie. Problem w tym, że wpadł jej w oko jeden z więźniów, skazany za zabójstwo gliniarz Sweat. Sytuację próbuje wykorzystać drugi więzień, Richard Matt, tworząc bardzo specyficzny trójkąt erotyczny. Powoli Matt, który potrafi załatwić różne rzeczy, postanawia uciec i prosi Sweata o pomoc.

dannemora1

Cała akcja tego serialu toczy się bardzo powoli. Może nie ospale, ale dla miłośników kina stawiającego na pościgi, strzelaniny, tutaj nie ma zbyt wiele do roboty. Bardziej twórców interesuje budowanie relacji między bohaterami, skupienie się na ich portretach oraz bardzo metodyczne podchodzenie do realizacji ucieczki. Sam plan nie powstaje od tak i już w pierwszym odcinku widzimy jego realizację. O nie, nie, nie – tak dobrze to nie ma. Czasem pojawiają się pewne komplikacje jak przeniesienie Sweata do innego bloku czy problemy zawodowe Tilly, jednak to wszystko ma swoją podbudowę i rzutuje na pewne zdarzenia. Dodatkowo jeszcze twórcy pozwalają na retrospekcje, dzięki którym poznajemy naszych bohaterów przed trafieniem do więzienia (przedostatni odcinek), dodając im głębi.

dannemora2

Nie oznacza to jednak, że mimo dość ogranej tematyki nie próbują pokazać opowieści w interesujący sposób. Bardzo ciekawie bawią się montażem, przeplatając równolegle dwie sceny (zakupy Tilly oraz tworzenie przez Matta materiału do podpalenia celi) czy wykorzystując bardzo znane przeboje jako tło. I jeszcze ta cudowna scena próbnego wyjścia sfilmowana w jednym ujęciu, gdzie kamera dosłownie obraca się dookoła. Jak tego nie oglądać bez zachwytu. A wszystko bardzo dobrze wyreżyserowane przez – uwaga, uwaga – Bena Stillera. Spodziewaliście się tego? Bo ja nie. Może troszkę sceny  (spojler) na wolności mogą działać troszkę usypiająco, ale zakończenie i kilka mocnych zdarzeń powodują, że myślę o wiele cieplej na temat tego tytułu.

dannemora3

Największe wrażenie, poza świetną realizacją oraz pewną reżyserią zrobiło aktorstwo. Film bezczelnie kradnie Patricia Arquette, która jest tu nie do poznania. Jej Tilly to pozornie zwykła szara myszka, z mężem i synem, ale tak naprawdę jest bardzo niespełniona oraz z bardzo niezaspokojonym apetytem. Ona chce tylko jednego – by patrzeć na nią z pożądaniem, jak na kobietę, by być zauważaną, pożądaną. Z jednej strony chce się ją potępić, ale tak naprawdę pod koniec było mi zwyczajnie żal i wydawało mi się, że ją rozumiałem. Niezapomniana kreacja. Tak samo jak bardzo mocne kreacje Benicio Del Toro, czyli sprytnego, manipulującego Richarda Matta oraz Paula Dano w roli spokojnego, trzymającego głowę na karku Sweata. Czuć chemię między tymi postaciami, którzy dość szybko się dogadują, mimo różnic charakterów. W ogóle aktorsko jest tutaj fantastycznie, a fason trzyma zarówno David Morse (Gary Palmer), jak i cudowny Eric Lange (bardzo naiwny Lyle Mitchell) zawłaszczając drugi plan.

dannemora4

Jeśli jeszcze nie widzieliście tego serialu, to zobaczcie koniecznie. „Ucieczka z Dannemory” może nie wywraca konwencji więziennych opowieści do góry nogami, ale jest zaskakująco świeżą pozycją w tym gatunku. Angażuje, jest kapitalnie zagrany, świetnie wykonany oraz bardzo przyjemny dla oka. Nie mogłem uwierzyć, że coś takiego naprawdę się wydarzyło i można było opowiedzieć coś, co wydawało się nieprawdopodobne.

8/10

Radosław Ostrowski

Roma

Nie dajcie się zwieść temu tytułowi, bo akcja nie toczy się w Rzymie, lecz w dzielnicy Mexico City zwanej Romą. Jest końcówka roku 1970, a cała historia krąży wokół pewnej rodziny. Jest matka, czworo dzieci, mąż-naukowiec, babcia oraz dwie służące, siostry (ale nie zakonnice) Cleo i Adela. Podglądamy zwykłe, szare i nieciekawe życie, które dla Cleo oraz pani domu zostaje nagle wywrócone do góry nogami. Pierwsza odkrywa, ze jest w ciąży, druga czeka na swojego męża, przebywającego na długich badaniach.

roma1

Alfonso Cuaron to reżyser, który ostatnimi czasy bardziej skręcał ku dużym produkcjom jak „Grawitacja” czy „Ludzkie dzieci”, gdzie widowiskowość oraz techniczna perfekcja mieszała się z kameralnością, wręcz niemal intymnym klimatem. Dlatego dla wielu „Roma” może być zbyt wielkim zaskoczeniem. Trudno powiedzieć cokolwiek o fabule, bo tak naprawdę jest bardzo szczątkowa. Jest to taki typ kina, które jedni nazwą snujem, gdzie klasycznie rozumianej akcji nie było albo zwyczajnie kinem kontemplacyjnym, które wizualnie jest olśniewający. Oczywiście, jest to czarno-białe dzieło (przez co wygląda bardziej artystycznie), jednak to w żadnym przypadku wadą. Zwłaszcza, że reżyser bardzo często korzysta z długich ujęć, co akurat nie dziwi. A niejako w tle widzimy poważny tumult dziejący się na ulicach (protesty studentów), zaś wydarzenia poznajemy z perspektywy Cleo. Przez co dostajemy dość szczątkowe informacje dotyczące tego, co się naprawdę dzieje w domu.

roma2

Ta szczątkowa narracja może wywołać znużenie albo zmęczenie dla kinomana, nastawionego na jakoś głęboko rozrysowane postacie czy złożona intrygę. Bo tak naprawdę widzimy zwykłe czynności dnia codziennego: sprzątanie (także po psie), czyszczenie posadzki, prace kuchenne. Czasem były też drobne wydarzenia jak wizyta w kinie, obserwacja kursu sztuk walki czy scena zabawy u krewnych. Niby nic, czego byśmy nie widzieli czy robili w dniu codziennym, ale jednocześnie jest to zrobione w taki sposób, że nie wygląda to jak coś zwykłego, codziennego. Te długie ujęcia w wielu scenach (próba ukrycia się jednego z młodych ludzi w sklepie meblowym, poród – bardzo mocna scena czy scena na plaży) miejscami potrafią podbić miejscami napięcie i oczarowują pewnym klimatem. Chociaż początkowo nie byłem w stanie wejść w ten klimat, niemniej z czasem zacząłem łapać ten rytm.

roma3

Do tego kompletnie nieznane twarze (z cudowną Yalitzą Aparicio na czele) tworzące bardzo wyraziste postacie, naturalnie brzmiące dzieci, a jednocześnie jest to bardzo pewnie, spokojnie zrealizowane. Nie jest to arcydzieło, jak głosi większość recenzentów, ale to zdecydowanie jedna z ciekawszych, ambitniejszych dzieł zrobionych przez Netflixa. Jeden z bardziej zaskakujących filmów Cuarona.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Przebudzenia

Rok 1969, Bronx. Tutaj znajduje się szpital, gdzie pacjentami są chronicznie chorzy pacjenci zwani tutaj warzywkami. Dawno stracili kontakt z otoczeniem, nie reagują na bodźce, można rzec – wegetują. Ale pojawia się nowy lekarz – dr Malcolm Sayer, neurolog bardziej skupiający się na pracy naukowej niż pracy z pacjentami. Odkrywa, że kilkoro z pacjentów miało zdiagnozowane w dzieciństwie zapalenie opon mózgowych, przypominające objawy Parkinsona. Lekarz decyduje się na eksperymentalną terapię za pomocą nowego leku zwanego L-dopa, wykorzystując jednego pacjenta – Leonarda Lowe’a jako królika doświadczalnego.

przebudzenia2

Nakręcony w 1990 roku film Penny Marshall wydaje się na pierwszy rzut oka produkcją, która najwyżej mogłaby trafić do telewizyjnego cyklu „Okruchy życia”. To bardzo skromne kino, pozbawione (od strony formalnej) jakiś wodotrysków, ale angażujące emocjonalnie. I tutaj dochodzi do zderzenia dwóch światów: lat 60., czyli bardziej współczesnego bohaterów oraz tych ludzi, którzy zachorowali jako dzieci i zapadli się jak kamień w latach 20. i 30. Tylko, czy powrót do tego świata po tak długiej przerwie nie wywoła psychicznego szoku. Reżyserka zaczyna też pokazywać więź jaka się tworzy w relacji między Sayerem a Lowe’m – ta przyjaźń staje się impulsem do postawienia pytania, kto tu tak naprawdę śpi. I nie chodzi tu tylko o fizyczny sen, ale ten bardziej mentalny. Wszystko jest tutaj zgrabnie zbalansowane między dramatem a humorem, czyniąc ten seans bardzo pokrzepiającym doświadczeniem.

przebudzenia1

Ale pojawia się jeszcze jedno pytanie, związane z tym, jak doszło do tego „przebudzenia” i dlaczego choroba nawróciła, mimo używania leku. Mimo lat, to pytanie pozostaje nadal bez odpowiedzi. Jest tutaj kilka naprawdę poruszających scen („przebudzeni” na dyskotece, pierwszy spacer Leonarda z Sayerem, recytowany wiersz Rilkego), które pozostaną ze mną na dłużej. Może nawet na zawsze. Każdy z wątków, nawet jeśli wydaje się lekko zarysowane (jak relacja między Leonardem z dziewczyną, która przychodzi odwiedzać swojego ojca).

przebudzenia3

Ale to wszystko trzyma na swoich barkach dwie znakomite kreacje. Bardzo pozytywnie zaskakuje Robin Williams w roli bardzo empatycznego, choć pozornie nieporadnego lekarza. Z każdą sceną coraz bardziej zaczyna nabierać pewności siebie, próbuje dotrzeć do każdego z pacjentów, bo mu na nich zależy. Widać to w jego oczach, pewnych drobnych nieporadnościach, ale to bardzo sympatyczna postać, którą każdy pacjent chciałby poznać. Ale tak naprawdę tutaj błyszczy Robert De Niro w roli Lowe’a. Aktor znakomicie prezentuje swoją postać człowieka, który na nowo odkrywa świat, chcący czerpać z niego garściami. Jednak największe wrażenie robią sceny, gdzie widać nawrót choroby – nerwowe tiki, problemy z poruszaniem, porozumiewaniem się. Bardzo łatwo było tą rolę przeszarżować, ale to wszystko zostaje utrzymane w rysach, bez popadania w karykaturę. Absolutnie totalna rola, bez cienia fałszu. Także pozostali aktorzy w rolach „przebudzonych” pacjentów wypadają bardzo dobrze, chociaż bardzo krótko ich poznajemy, zaś drobne epizody Maxa von Sydowa (dr Ingram, który pierwszy badał pacjentów) czy Petera Stormare’a (chemik) dodają smaczku.

Jeśli jeszcze nie widzieliście „Przebudzeń”, to zobaczcie je koniecznie. O takich filmach zwykło się mawiać jako „małe wielkie kino”. Niby niepozorne, delikatne i może wydawać się bardzo drobna, jednak potrafi zaangażować, jest bardzo głęboko humanistyczny w duchu. Krzepiące, kapitalne kino, który wydaje się być ponadczasowe.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski