The End of the F***ing World – seria 1

UWAGA!

Tekst zawiera pewne ilości spojlerów, więc czytacie na własną odpowiedzialność!!!

Na pierwszy rzut oka to typowa produkcja o młodych ludziach, wchodzących w dorosłe życie wręcz z impetem. Ale poznajcie tą parkę 17-latków: James uważa się za psychopatę, jest bardzo wycofany i lubi zabijać zwierzątka. Marzy mu się wejście na wyższy poziom, czyli zabicie człowieka. Alyssa ma matkę, która się nią nie interesuję, ojciec ją zostawił, zaś ojczym ma ją w dupie. Oboje w końcu decydują się uciec razem, lecz ona nie wie, że on chce ją zabić.

end of f world1

Serial Netflixa zrobiony wspólnie z Channel 4 to wywrotowa mieszanka kina inicjacyjnego, dramatu, kryminału i czarnej komedii. I jak wiele miksów, serial duetu Jonathan Entwistle/Lucy Tcherniak początkowo może być dość trudny do przyswojenia. Punkt wyjścia całej opowieści wydaje się dość pokręcony i dziwaczny, nawet za dziwaczny. Ale z tego całego zwariowanego, nie do końca normalnego świata, z czasem zaczyna się wyłuskiwać opowieść o pierwszej miłości, poczuciu bliskości oraz tworzeniu więzi między dwójką dość ekscentrycznych nastolatków. Zapomnijcie jednak o czymś w stylu Wesa Andersona, choć jest to specyficzne kadrowanie, gdyż po drodze dojdzie do paru mrocznych i brutalnych rzeczy (próba gwałtu, morderstwo, kradzież), dość szybkie przebitki montażowe oraz dorośli, którzy głównie rozczarowują, zamiast być drogowskazem i wsparciem dla młodych. Widać to najmocniej w przypadku Alyssy, mieszkającej z matką, nowym ojczymem oraz dwójką niemowlęcego rodzeństwa. Zaś ona sama jest traktowana jak śmieć przez dominującego w domu nowego męża. W końcu sam ojciec, który okazuje się być zwykłym dupkiem, co ułożył sobie nowe życie (ukrywając to przed córką, która go wielbi). A ojciec Jamesa (matka popełniła samobójstwo) jest bardzo wycofany i nie ma zbyt dobrego kontaktu z synem, chociaż się stara.

end of the f world2

Sporo jest tutaj bardzo specyficznego humoru z jakiego znana jest Matka Anglia: od absurdu i groteski (para naszych pań detektyw) po zderzenie charakterów (wewnętrzne monologi wygłaszane przez naszą parkę). Nie brakuje też krwi i przemocy, ale nie jest ona ani przerysowana, ani skrajnie naturalistyczna. I to przez pierwsze 3 odcinki może stanowić pewną barierę nie do przeskoczenia. Tak samo może drażnić bardzo otwarte zakończenie, chociaż odgłos strzału na koniec jest strasznym cliffhangerem. Na szczęście sama historia, skupiona na ewoluującej relacji Alyssy i Jamesa jest na tyle intrygująca, poprowadzona bez popadania w mielizny, że wierzę im. W tle jeszcze gra muzyka w duchu klasycznego rock’n’rolla oraz popu z lat 60., co tworzy jeszcze większe zamieszanie.

end of the f world3

Także aktorsko jest fantastycznie, choć nie ma tutaj znanych twarzy. Błyszczy tutaj duet Alex Lawther/Jessica Barden jako nasi główni bohaterowie, których relacja coraz bardziej zaczyna ewoluować: od obojętności przez coraz powolniejsze docieranie aż po szczerą miłość. Znakomicie wykorzystują scenariusz dający im spore pole do popisu. Każda postać (nawet epizodyczna jak kasjer Frodo czy wykładowca-gwałciciel) zapada tutaj w pamięć, ze szczególnym wskazaniem na duet śledczych (świetne Gemma Whelan i Wunmi Mosaku), stanowiących idealny kontrast dla siebie czy pozornie wyluzowanego ojca (Brian Ward), skrywającego pewną tajemnicę.

end of the f world4

Ciężko jest ocenić coś tak pokręconego jak „Koniec zj****ego świata”. Początkowo wydaje się dość dziwaczny i specyficzny, jednak z każdym odcinkiem zaczyna nabierać silnego rozpędu, dając wiele satysfakcji oraz zaskoczeń. Tylko ten finał wydaje się taki wkurzający, przez co trzeba czekać na ciąg dalszy. Chociaż czy powinien być?

7,5/10

Radosław Ostrowski

Noc iguany

Wszystko zaczyna się od pewnego kościoła, gdzie posługę kapłańską pełni pastor Lawrence Shannon – człowiek słaby, przeżywający załamanie nerwowe oraz kryzys wiary. Podczas mszy doprowadza do poważnego incydentu, przez co zostaje usunięty z parafii. Teraz jest pilotem wycieczek dla biura podróży po Meksyku, gdzie jego klientkami są starsze panie oraz pewna młoda dziewczyna o imieniu Charlotte, która chce uwieść byłego duchownego. I ta relacja sprowadza na niego kłopoty, zwłaszcza z powodu „przyzwoitki” towarzyszącej Charlotte, która chce za wszelką cenę zniszczyć Shannona. Mężczyzna podstępem zmusza wycieczkę do przyjazdu do podskórnego i lekko podniszczonego motelu, prowadzoną przez dawną znajomą. Do tego samego miejsca przybywa portrecistka z swoim ojcem, pracującym nad nowym wierszem.

noc iguany1

Zawsze trudnym zadaniem jest przeniesienie na ekran sztuki teatralnej, zwłaszcza jeśli jest napisana przez wybitnego autora. Ale John Huston wiele razy pokazywał w swojej karierze, że nie boi się wyzwań, więc adaptacja sztuki Tennessee Williamsa nie wydawała się jakimś szaleństwem. Szczególnie, że już wcześniej przenoszono na ekran sztuki tego dramaturga. I znów mamy do czynienia z ludźmi, walczącymi ze swoimi tłumionymi pragnieniami, demonami oraz przewartościowaniem swojego życia. Nie ma tutaj klasycznie rozumianej akcji, zaś postacie poznajemy dzięki świetnie napisanym dialogom oraz relacjom. Tutaj reżyser bardzo spokojnie prowadzi wszystkich, pozwalając odkryć ich tajemnice. Bo i kogo tu nie ma: mierzący się z alkoholizmem oraz kryzysem wiary były duchowny Shannon, który chce sobie (oraz innym) coś udowodnić, ciągle apetyczna właścicielka hotelu Maxine, pełna silnego charakteru, młoda lolitka o imieniu Charlotte potrafiąca zdobyć każdego mężczyznę, jej opiekunka panna Fellowes, mocno tłumiąca w sobie uczucie wobec Charlotte (nie jest to powiedziane wprost, ale wydaje mi się, iż jest ona homoseksualistką). No i jest jeszcze tajemnicza Hannah – malarka, wędrująca z ojcem po całym świecie, sprawia wrażenie delikatnej, bardzo empatycznej persony, łatwo tworząc więź z Shannonem.

noc iguany2

Huston nie stosuje jakichś skomplikowanych formalnych sztuczek (może poza zbliżeniami na twarzach oraz drobnych masterszotach), jednak ten teatralny rodowód kompletnie nie przeszkadza. Osadzenie akcji w Meksyku podczas lata w motelu z dala od cywilizacji też buduje klimat pewnego odcięcia, rodzaju duszności, zaś emocje zaczynają z każdą chwilą gęstnieć. Jednak nie ma tutaj jakieś mocnego uderzenia, a zakończenie wydawało mi się troszkę zbyt radosne.

noc iguany3

Ten zwykły dramat nie miałby takiej siły ognia, gdyby nie znakomite aktorstwo z najwyższej półki. Richard Burton kolejny raz błyszczy jako rozedrgany, przechodzący kryzys duchowny, kochający mocne trunki i nie mający siły oprzeć się dziewczynom. Jednak dla mnie film skradły absolutnie magnetyzujące panie: pociągająca Ava Gardner (Maxime), bardzo stonowana Deborah Kerr (Hannah) oraz wręcz ekspresyjna Grayson Hall (panna Fellowes). Odstaje od tej reszty Sue Lyon, powtarzając niejako swoją kreację z „Lolity”, ale bez tej głębi.

noc iguany4

Huston kolejny raz pokazuje, że bardzo uważnie przygląda się ludzkiej duszy oraz wewnętrznym niepokojom. „Noc iguany” to kolejny przykład fantastycznego prowadzenia aktorów, którzy dają z siebie wszystko, ale jednocześnie nie czuć tak mocno bariery jaką często dają adaptacje sztuk teatralnych. Wiele dialogów (m.in. o błękitnym diable) to perełki, jakie zostaną długo po seansie.

7,5/10

Radosław Ostrowski

nadrabiamhustona1024x307

Doktor Freud

Zygmunt Freud – jedna z najważniejszych postaci przełomu XIX i XX wieku, tworzący silne fundamenty pod współczesną psychologią. Jego teoria dotycząca „kompleksu Edypa” była przełomem dla nauki, choć początkowo była odrzucona przez środowisko naukowe. Wreszcie o jego pracy postanowili sięgnąć filmowcy, zaś jednym z pierwszych był John Huston.

dr freud1

Cała opowieść zaczyna się w momencie, kiedy Freud popada w konflikt ze swoim przełożonym w Wiedniu, dr Meynerta. Wszystko dotyczy histerii – wówczas uważanej za chorobę kobiecą, będącą źródłem nerwic. Zygmunt decyduje się wyjechać do Paryża, gdzie poznaje profesora Charcota, mającego inne zdanie oraz wykorzystujący hipnozę do leczenia pacjentów (a to było nieuznawane za środowisko). Wraca do Wiednia, gdzie pojawia się na jego drodze dr Breuer, który prosi go o pomoc przy badaniu swoich pacjentów.

dr freud2

Scenariusz do filmu napisał znawca naukowca, słynny francuski filozof Jean-Paul Sartre, jednak mający ponad tysiąc stron tekst nie za bardzo nadawał się do ekranizacji. Twórcy skupiają się na pięciu latach badań Freuda, doprowadzających do odkrycia, że świadomość a myśli to nie jest to samo. A co jest źródłem histerii i czy dotyka tylko kobiet? Odpowiedzi na te pytania są poznawane bardzo powoli, zaś kluczowe są tutaj dwa wątki: badanie pacjentki Cecylii Koertner (kobieta cierpi na paraliż nogi i bezsenność) oraz męcząca tajemnica Freuda, która męczy go od momentu pogrzebu ojca (lekarz mdleje przed bramą cmentarza). Obydwa te „dochodzenia” są prowadzone za pomocą dialogów oraz ciągle odkrywanych retrospekcji z lekko „zasmugowanymi” ujęciami. Dla mnie problemem było – troszkę wrzucone na siłę – wątki dotyczące żony Freuda, które tak naprawdę niczego dla mnie nie wnosiły. Wrażenie za to robią monochromatyczne zdjęcia, bardzo szczegółowa scenografia oraz wyrazista muzyka Jerry’ego Goldsmitha (jedna z pierwszych dużych prac kompozytora), wykorzystująca elektronikę.

dr freud3

Wszystko tak naprawdę trzyma na barkach Montgomery Clift w tytułowej roli. Bardzo wycofany, wręcz powściągliwy, ale konsekwentnie dociekliwy i skupiony. Zwłaszcza podczas rozmów z pacjentką (mocna Susannah York) oraz ze swoim przyjacielem Breuerem (świetny Larry Parks), potrafi wyczuć swoją postać. No i ma pewne własne demony do poskromienia.

„Doktor Freud” to jeden ze spokojniejszych, bardziej kameralnych filmów w dorobku Hustona. Solidna biografia, skupiona przede wszystkim na naukowych dokonaniach lekarza, z wybijającą się rolą Clifta (jedną z ostatnich w karierze).

7/10

Radosław Ostrowski

nadrabiamhustona1024x307

 

Skłóceni z życiem

Kiedy poznajemy Roselyn rozwodzi się ze swoim mężem. Mieszka ze swoją najlepszą przyjaciółką i próbuje na nowo poukładać sobie życie. Przypadkowo poznaje w barze dwóch przyjaciół: kierowcę i pilota Guido oraz kowboja Gaya. Panowie razem polują na dzikie konie, sprzedając je handlarzom. Kobieta dość szybko zaprzyjaźnia się z mężczyznami i dołącza do kolejnej wyprawy. Razem z nimi dołącza stary znajomy Guya, uczestniczący w rodeo Perce’a Howlanda.

skloceni z zyciem1

John Huston w 1961 roku postanowił pójść w zupełnie innym kierunku niż zwykle. Zamiast kina gatunkowego, mamy poważny dramat psychologiczny skupiony na trzech facetach oraz jednej kobiecie. Niby dwóch z nich to kowboje, ale w dzisiejszych czasach to słowo ma inne znaczenie niż teraz. Może i przestrzeń pozostała niezmieniona (tylko koni jakoś mniej niż zwykle), ale zamiast wolności jest samotność, nałogi oraz wręcz pustka życia. Guy poluje na konie, które potem zostają przerobione ma pokarm dla psów, niby ma dwie córki, ale ich nigdy nie widzi. Guido nadal prowadzi samolot i mieszka w domu, gdzie zmarła jego żona. Z kolei Perce jest wręcz uzależniony od rodeo i nie może pogodzić się ze śmiercią ojca oraz ślubu matki z nowym facetem. Z tego powodu nie może już być ranczerem. Każdy z tej trójki nie chce dostosować się do nowych czasów („wszystko jest lepsze od etatu”), ale zamiast wolności, tkwią w kolejnej pułapce, stając się niejako wyrzutkami społeczeństwa. I do nich trafia młoda kobieta na rozstaju dróg, ale ona ma jeszcze wszystko przed sobą. Ma jeszcze wybór, tylko co zrobi?

skloceni z zyciem3

Trudno mówić tutaj o fabule, bo Huston skupia się na relacjach między bohaterami. Przyjaźń zostaje tutaj mocno wystawione na próbę, zaś obecność młodej, troszkę naiwnej kobiety zmusza do weryfikacji oraz budzi pewne tłumione emocje. Miłość, zazdrość, nieufność – wszystko to zaczyna wyłazić, chociaż reżyser wszystko prowadzi w sposób stonowany. Nie brakuje chwytających momentów (scena tańca Roselyn z Guido, rodeo), ale mi najbardziej w pamięci pozostanie finałowe polowanie. Tutaj dochodzi do ostatecznego zdarcia romantycznego spojrzenia na wizerunek kowboja. Zamiast poczucia wolności – samotność, lęk, poczucie zmęczenia. Wszystko podane w fantastycznych dialogach, pewnej (choć spokojnej) reżyserii, okraszonej świetną muzyką.

skloceni z zyciem2

I do tego mamy prawdziwe spotkanie na aktorskim szczycie. Największą niespodziankę robi tutaj Marilyn Monroe prezentując (chyba) najdojrzalszą kreację w swojej karierze. Niby nadal wydaje się mieszanką naiwności, nieporadności ze szczerością oraz urokiem, ale tutaj dosłownie chwyta ze serce i wierzy się jej. A jednocześnie nie kipi seksapilem, co jest zaskoczeniem. Klasę za to prezentują znakomici Clark Gable oraz Montgomery Clift. Obaj dość zmęczeni życiem, znający się niemal jak łyse konie i mają wiele demonów przeszłości, tkwiąc niejako w swoim niby-wolnym życiu. Bardzo wyraziste postacie, z najlepszymi dialogami. W podobnym tonie nadaje Eli Wallach jako żyjący przeszłością Guido, tworząc tragiczną postać.

skloceni z zyciem4

Polskie tłumaczenie idealnie oddaje klimat oraz charakter filmu Hustona. Filmu o przemijaniu, życiu w nieprzyjemnych czasach niczym niedopasowane kawałki puzzli. Jeden z najmocniejszych, wręcz drapieżnych filmów amerykańskiego reżysera, plasujący się w ścisłej czołówce.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

nadrabiamhustona1024x307

Człowiek, który zabił Hitlera i Wielką Stopę

Tytuł tego filmu rzuca się w oczy, czy się to komuś podoba, czy nie. I wiele osób już sobie wyobrażało (w tym i ja), że będzie to jakieś zwariowane, zakręcone kino klasy B w stylu „Iron Sky” czy jakiegoś innego „Kung Fury”. Tylko, że debiut Roberta Krzykowskiego idzie w zupełnie inną stronę niż można się było tego spodziewać. Ale po kolei.

czlowiek, ktory zabil hitlera1

Poznajcie Calvina Barra – na pozór wydaje się zwyczajnym, starszym panem z wąsami oraz przyprószonymi włosami. Mieszka sam, prowadzi spokojne życie emeryta i w zasadzie na nic już specjalnie nie czeka. Problem w tym, że nasz bohater skrywa głęboko tajemnicę. W czasie wojny dokonał (na zlecenie rządu) zabójstwa Adolfa Hitlera, co zostało utajnione przez obie strony konfliktu. Ale rząd znowu prosi mężczyznę o wykonanie trudnego zadania. W okolicy panoszy się Wielka Stopa, która roznosi śmiertelnie groźną chorobą, zaś Barr – jako nieliczny jest odporny na chorobę – jest jedyną nadzieją na zabicie monstrum.

czlowiek, ktory zabil hitlera2

Może i opis fabuły brzmi jak coś szalonego i niepoważnego, to jednak reżyser idzie w stronę czysto kampowego, niepoważnego kina. Ale „Człowiek, który zabił…” jest przede wszystkim dramatem skupionym na Barrze – zmęczonym, troszkę zgorzkniałym człowiekiem, który nie jest dumny z tego, co zrobił, choć wydaje się być traktowany niczym mityczny heros przez ludzi władzy. Jednak to miało pewną cenę w postaci zerwania kontaktów, rozstania z ówczesną dziewczyną, zgorzknieniem. Przeplatanka retrospekcji z teraźniejszością działa tutaj dobrze, mieszając ze sobą klimat przygody, akcji i melancholii. To się powinno gryźć i nawzajem wykluczać, lecz jakimś dziwnym cudem zazębia się w spójną całość. Nie brakuje akcji (zamach na Hitlera wzięty z niemal jakiegoś wariackiego kina szpiegowskiego – zrobienie broni to jakieś wariactwo czy atak na złodziei), pięknych kadrów (widok martwej strefy i polowanie na Wielką Stopę) oraz surviwalowej walki (ostatnie pół godziny).

czlowiek, ktory zabil hitlera3

Do tego trudno przyczepić się do filmu pod względem realizacyjnym. Zgrabnie odtwarza zarówno okres przedwojenny oraz realia lat 70. (sprzęt wojskowy), do tego muzyka też odpowiednio buduje nastrój, ale jest też odpowiednio epicka. No i sam stwór stworzony przy pomocy legendarnego Douglasa Trumbulla (tworzył efekty specjalne m.in. do „Blade Runnera” czy „2001: Odysei kosmicznej”), sprawiający wrażenie niezłomnej bestii.

czlowiek, ktory zabil hitlera4

Jednak to wszystko by nie zadziałało, gdyby nie grający główną rolę Sam Elliott (i będący jego młodszym wcieleniem Aidan Turner) – bardzo wycofany, małomówny, ale mający w sobie sporo siły oraz determinację i wiele demonów do pokonania. Jest to bardzo złożona postać, choć na pierwszy rzut oka nie wygląda. Swoje robi też solidny Ron Livingston jako agent FBI oraz Caitlin Fitzgerald jako miłość Calvina.

Choć tytuł zapowiadał coś zwariowanego, film Krzykowskiego tylko ociera się o kino campowe, stając się pełnokrwistym dramatem psychologicznym z miejscami odjechanymi pomysłami realizacyjnymi. Powinno się to gryźć ze sobą, ale reżyserowi udaje się stworzyć spójne, intrygujące kino. Mam dziwne wrażenie, że jeszcze o reżyserze usłyszymy.

7/10

Radosław Ostrowski

Ogród rodzinny. Dezerter

Rok 1948, powoli w Czechosłowacji zaczynają instalować się komuniści. A jak radzą sobie bohaterowie „Ogrodu rodzinnego”? Odnalazł się w końcu zaginiony Otta, tylko że twarz ma dość zmasakrowaną i wraca do swojego salonu fryzjerskiego. Vilma z Jindrichem oczekują kolejnego dziecka, a mężczyzna pracujący w kontroli lotów ma problemy z powodu antykomunistycznego nastawienia. Jako taka trzyma się właściciel szklarni Milos, który dzięki wsparciu rodziny jest w stanie prowadzić swój interes. Kto jednak stanie się tytułowym dezerterem?

ogrod_rodzinny_21

Jan Hrebejk ze scenarzystą Petrem Jarchovskim wracają do naszej rodziny i tym razem przygląda się, jak poszczególni bohaterowie odnajdują się w nowej rzeczywistości. „Dezerter” stylistycznie kontynuuje ścieżkę obraną przez pierwszy film. Nadal wrażenie robi warstwa wizualna (salon i szklarnia wygląda świetnie), stylizowane zdjęcia oraz powolna, spokojna narracja. Ale coraz więcej tutaj widać mroku oraz wpływu polityki. Naklejane plakaty, namawiające do głosowania na komunistów, cieć będący komunistą (mocna scena, gdy Jindrich ostro wykłada mu swoje przekonania), zmiana władzy w salonie – tutaj widać, jak mechanizmy historii mają wpływ na naszych bohaterów. Jednak Hrebejk skupia się przede wszystkim na Otcie, który najciężej znosi wszelkie perturbacje, za które będzie musiał zapłacić. Więcej wam z fabuły nie zdradzę, ale będzie parę niespodzianek, nie zabraknie odrobiny humoru (wizyta radzieckich towarzyszy oraz psikus dokonany przez Karlika – śmiech i przerażenie idą tu ręka w rękę) oraz miejscami gorzkich obserwacji.

ogrod_rodzinny_22

Hrebejk tutaj zyskuje na polu obyczajowym, co najbardziej widać w rodzinie Jindricha. Żona wydaje się niby ugodowa, może bardziej dyplomatką, ale mężczyzna nie tylko może odpędzać swoją niezłomną postawą, która przynosi tylko więcej komplikacji. Ale jego podejście do córki jest dość oschłe, co może wynikać z długiej nieobecności, ale także z silnego pragnienia syna. Także podziały polityczne bywają mocne, co doprowadza do pewnej nieufności, nawet nienawiści (spięcie między Karelem a Jindrichem zakończone dość bolesną puentą). Nie mniej reżyser próbuje zrozumieć swoich bohaterów, nawet jeśli dokonują niezrozumiałych dla nas decyzji.

ogrod_rodzinny_23

Tak jak poprzednia część, to był popis Anny Geislerovej (tutaj też obecnej na drugim planie), tak ta należy w całości do Jiriego Machaczka. Aktor bardzo dobrze pokazuje zmieniający się charakter Otty – od bardzo serdecznego, niemal króla życia aż po niemal wrak człowieka, coraz bardziej pozbawionym ducha, charakteru, chęci do czegokolwiek. Pozostali aktorzy nadal prezentują się bardzo dobrze (szczególnie Martin Finger, David Novotny oraz Sabina Remundowa), podtrzymując poziom poprzednika.

„Dezerter” to zdecydowanie mocniejszy i poważniejszy film od poprzednika, gdzie Hrebejk wprowadza wiele mroku. Historia i polityka coraz mocniej wchodzą z butami, ale nadal reżyser troszkę wprowadza humoru. Niemniej wydźwięk całości jest bardzo dramatyczny, co potrafi parę razy uderzyć. Jaki będzie ciąg dalszy? Przekonamy się wkrótce.

8/10

Radosław Ostrowski

Wysokie loty

Wiecie, co to jest lockout? To taka sytuacja w rozgrywkach NBA (i nie tylko), kiedy liga nie gra, bo zawodnicy i kluby nie dogadały się ze sobą w kwestii wynagrodzeń z zysków. Coś jakby przymusowy zakaz pracy. Tracą na tym wszyscy: gracze, widzowie, telewizja, menadżerowie i agenci sportowi. Kimś takim jest niejaki Ray Burke, znający ten świat jak własną kieszeń. Próbuje pomoc swojemu klientowi – młodemu, obiecującemu zawodnikowi, Erickowi Scottowi. Ma on kontrakt, ale nie może grać z powodu lockoutu. Ale nasz agent ma pewien plan, by przełamać impas.

wysokie_loty1

Netflix robi kolejny film okołosportowy i w zasadzie można by olać ten temat. Ale kiedy kręci ten film Steven Soderbergh, sprawy nagle stają się poważniejsze. Reżyser znowu decyduje się kręcić całość na iPhonie, co tworzy bardzo specyficzny klimat, niejako jeszcze bardziej wprawiając w stan osaczenia.  Próbuje się przyjrzeć światowi wielkiego sportu i jeszcze większych pieniędzy, gdzie zawodnik jest jedynie maszynką przynoszącą dochody, każdy może nim manipulować oraz sterować tak, by zarabiał więcej. Cała intryga jest skupiona na dialogach, podjazdowych zagrywkach i lawirowaniu mocno na granicy prawa. Można się w tym wszystkim pogubić, zwłaszcza nie znając zwrotów lockout czy draft, ale reżyser stara się wszystko pokazać w sposób przystępny.

wysokie_loty2

Soderbergh nadal robi to, co potrafi najlepiej, czyli bawi się sprzętem, filmuje czasami pod dziwnymi kątami i stosuje długie ujęcia. Niemniej może parę osób się od tego odbić. Dla mnie jednak problemem były wplecione wywiady zawodników NBA o tym, jak się czuli na początku swojej kariery, o swoich najbliższych itp. Miałem wrażenie, że są troszkę zbędne i troszkę łopatologicznie uzupełniają to, co się dzieje na ekranie. Także ostatnie 15-20 minut, gdzie dochodzi do retrospekcji, potrafiło wybić mnie z rytmu. Nie mniej ogląda się to naprawdę dobrze m.in. dzięki świetnym dialogom oraz trafnemu portretowi tego świata.

wysokie_loty3

No i reżyser ma jeden mocny atut w talii: fantastycznego Andre Hollanda w roli Raya. Ten facet to prawdziwy lawirant, wnikliwie obserwujący cała sytuację i zgrabnie manipulujący ludźmi w osiągnięciu celu. Troszkę przypominał Franka Underwooda, choć nie był aż tak bezwzględny. Zna się na ludziach, chociaż czasami miałem wrażenie, że sytuacja może go przerosnąć. Równie świetna jest Zazie Beets jako Sam, asystentka/nie asystentka i powiernica Raya, całkiem nieźle sobie radząca w całym tym rozgardiaszu, a także Billy Duke w roli trenera Spencera (cytowanie formułki, gdy padają jakiekolwiek skojarzenia z niewolnictwem – perełka).

Soderbergh nie zamierza przechodzić na emeryturę i kolejny raz potrafi zaskoczyć. Świetnie prowadzi pozornie stateczną intrygę, serwuje rozbrajające dialogi, ciągle zaskakuje, a jednocześnie skłania do myślenia. Bardzo porządna robota.

7/10 

Radosław Ostrowski

Kler

Chyba żaden inny film w Polsce nie wywoływał takich emocji, oczekiwań albo kontrowersji jak „Kler”. Czy Wojciech Smarzowski wywołał słusznie ten ferment oraz silne spięcia między ludźmi? Hmm. Zacznijmy od początku. Było ich trzech, niczym w legendarnej „Autobiografii” Perfectu. Parę lat temu przeżyli pożar kościoła i od tej pory co jakiś czas się spotykają, ale ich losy jeszcze nawzajem się przetną. Ksiądz Kukuła poza działalnością w parafii jest katechetą i trenerem szkolnej drużyny piłkarskiej. Ale po mszy jeden z ministrantów traci przytomność, trafia do szpitala i nie wygląda to najlepiej. Ksiądz Trybus zaś pochodzi z małej parafii gdzieś na wsi, a o pieniądze niełatwo. Ten duchowny żyje w dość niebezpiecznym trójkącie: Bóg, gorzała, gosposia o imieniu Hanka. A w drodze jest dziecko. No i ten, który ich ocalił w pożarze – ksiądz Lisowski, pomocnik arcybiskupa Mordowicza, który blokuje mu szansę kariery w Watykanie.

kler1

Jeśli ktoś spodziewał się aktu oskarżenia pokroju „Spotlight”, to… nie do końca jest to film, jakiego szukacie. Reżyser próbuje zrozumieć naszych duchownych, którzy miotają się ze swoimi demonami, mają pewne problemy, które zmuszają ich – przynajmniej niektórych – do pewnych decyzji czy weryfikacji. Ale jednocześnie ich losy oraz opowieści mają pokazać, jak wiele grzechów oraz brudów ma na swoim koncie Kościół jako instytucja: pedofilia (i jej ukrywanie), uciszanie mediów i innych niewygodnych, łapówkarstwo, stosowanie przemocy wobec dzieci, bardzo silne powiązania z polityką oraz próba wyciągnięcia jak największych korzyści i przywilejów. Można dorzucić jeszcze hipokryzję do zestawu, ale to dotyczy każdego człowieka stykającego się z władzą. Nie brakuje tutaj mocnych scen oraz prztyczków w nos („przesłuchanie” ofiary pedofila przez biskupa, reklama z ofiarami przeplatana z „ostatnią wieczerzą” czy opowieść księdza Kukuły), ale… nie mogłem odnieść wrażenia, że to wszystko jest jakieś płytkie, wygląda jak wyważanie otwartych drzwi. Ale z drugiej strony, nie chodziło tutaj o akt oskarżenia (albo nie tylko o to), lecz o pokazanie niedoskonałości, że księża też są ludźmi, a nie tylko moralnymi autorytetami czy osobami mającymi „kontakt” z Najwyższym. W końcu to film Smarzowskiego, a u niego nie ma tak naprawdę jednoznacznie dobrych ani złych postaci.

kler2

Fabuła dla mnie była najciekawsza, gdy skupiała się wokół oskarżeń Kukuły w sprawie domniemanej pedofilii oraz politycznych intryg Lisowskiego. Opowieść księdza Trybusa wydaje się toczyć niejako obok wielkich wydarzeń, co dla wielu może wydawać się nudna – inaczej – bardziej przyziemna, ale też jednocześnie dość łatwo się można z tą postacią identyfikować. Innym problemem był dla mnie montaż. I nie chodzi tylko o krótkie przebitki, pokazujące sceny z przeszłości czy szybkie ścinki, mające pokazać pewną repetycję, ale można było parę minut spokojnie wyciąć. Do tego jeszcze przebijają się jakieś medialne przekazy czy dialogi dotyczące samej instytucji Kościoła. Niby ma to osadzić całość w naszej rzeczywistości, ale wydawały mi się nie potrzebne. I jeszcze to nieszczęsne zakończenie z nachalną symboliką w ostatnich kadrach. Nie ogarniam jak w takiej masowej uroczystości nie było strażaków ani gaśnicy. Więcej wam nie zdradzę, ale to mnie bolało i te zwieńczenie było niepotrzebne.

kler3

Jeśli jest coś, co może przyciągnąć uwagę widzów do samego końca, to jest to świetne aktorstwo, podnoszące poziom filmu. Zaskakuje Robert Więckiewicz jako Trybus, którego dawno nie widziałem tak wyciszonego, wręcz stonowanego, ale widać pewne rozdarcie i konflikt. W końcu też jako jedyny ze wszystkich duchownych robi to, co powinni: bierze odpowiedzialność za swoje czyny. Świetny i poruszający jest Arkadiusz Jakubik jako Kukuła, który wydaje się zaangażowanym, porządnym księdzem (może poza kwestiami pieniędzy) z dość mrocznym piętnem przeszłości. Ale całość kradnie Jacek Braciak w roli Lisowskiego, który ma z rudym zwierzęciem więcej wspólnego niż się wydaje. Manipulator, pociągający za sznurki niczym gangster, działający kilka kroków do przodu i mówiący bardzo spokojnym głosem. Choć potrafi wykorzystywać swoje talenty do czynienia dobrych rzeczy (organizowanie zakupów konsol dla dzieci ze szpitala czy pomoc w adopcji, liczy się tak naprawdę tylko jedno: kariera w Watykanie. Poza tym wyrazistym tercetem, na drugim planie wybija się cudnie szarżujący Janusz Gajos w roli śliskiego arcybiskupa Mordowicza oraz Joanna Kulig jako Hanka, gosposia księdza Trybusa. Poza tym jeszcze kilka rozpoznawalnych i znanych twarzy, którzy pojawiają się w drobnych epizodach, przez co można ich przeoczyć.

Ciężko mi jednoznacznie ocenić „Kler”. Z jednej strony czuć rękę Smarzowskiego oraz jego styl, ale nie mogłem pozbyć się wrażenia zmęczenia materiału, a także dotknięcia niewygodnych tematów dla Kościoła. Może liczyłem na większe szarpnięcie, silniejsze uderzenie, a dostałem coś zupełnie innego.

6,5/10 

Radosław Ostrowski

Żona

Rok 1992. Niemłode już małżeństwo Castlemanów jest bardzo rozpoznawalną parą w wyższych sfera. Ona – wyciszona, skromna, elegancka pani domu, on – uznany, wybitny pisarz z bardzo bogatym dorobkiem. Wieczorem przychodzi telefon z informacją, że mąż otrzyma literacką Nagrodę Nobla. Wyjazd do Szwecji stanie się dla kobiety szansą do bilansu życia.

zona1

„Żona” to pozornie film obyczajowy, gdzie tak naprawdę trudno znaleźć coś, co wyróżniałoby się mocno. Ale tak naprawdę ta obyczajowa historia ma swoje drugie dno. Pamiętanie takie przysłowie, że za sukcesem każdego mężczyzny stoi mądra kobieta. Tutaj zostało to potraktowane bardzo dosłownie, ponieważ jest pewna mroczna tajemnica związana z dziełami noblisty. Bo tak naprawdę książki pisała jego żona, a on tylko nanosił poprawki. Dlaczego kobieta obdarzona takim talentem nie zdecydowała się na karierę? Wplecione retrospekcje mocno pokazują jak to było w latach 50. i 60., gdzie kobiet zwyczajnie nie wydawano, albo one nie odnosiły takich sukcesów jak mężczyźni. Więc niejako dostosowała się do reguł społeczeństwa, tylko czy aby na pewno to była właściwa decyzja? Czy warto było podtrzymywać ego swojego partnera?

zona2

Reżyser spokojnie opowiada swoją historię, by pokazać pewne rysy tego małżeństwa z długim stażem: romanse i zdrady męża, spięcia na linii ojciec-syn, który też próbuje swoich sił jako literat oraz ukrywane pretensje żony, tłumione przez te wszystkie lata. Momenty małżeńskich kłótni należą do najlepszych fragmentów tego filmu, tak samo jak porządnie wykonanie retrospekcje z lat młodości przyszłej pani Castleman. Niby wiemy jak to się skończy, ale finał i tak potrafił zaskoczyć. Ta kameralność z jednej strony może wydawać się bardzo teatralna, ale same dialogi oraz praca kamery pozwala wejść w ten świat oraz mocniej się zaangażować.

zona3

„Żona” byłaby jednym z wielu filmów obyczajowych, gdyby nie świetna kreacja Glenn Close. Pozornie bardzo stonowana, wręcz wyciszona pani Castleman może wydawać się nudna, w zasadzie jest na ekranie. Ale w oczach i na twarzy malują się tłumione, niewypowiedziane emocje – ból, poświęcenie, poczucie bycia tą gorszą, przez co nie można oderwać oczu. Równie cudowny jest Jonathan Pryce jako błyszczący na salonach mąż, z bardzo giętkim językiem oraz wieloma demonami w sobie. To połączenie potrafi zaintrygować i przykuć uwagę do samego końca. Pozytywnie mnie za to zaskoczył Christian Slater jako śliski „biograf” Nathaniel Bone, niejako kradnąc każdą scenę i pokazując wysoką dyspozycję, tak samo Max Irons jako syn z ambicjami literackimi.

„Żona” na pierwszy rzut oka wydaje się skromnym, przewidywalnym dramatem obyczajowym o męskim ego oraz tłumionych ambicjach kobiety. Bardzo gorzki, sprawnie opowiedziany oraz tak cudownie zagrany, że wznosi to całość na wyższy poziom.

7/10 

Radosław Ostrowski

Umysł w ogniu

Sam początek jest więcej niż tajemniczy. Widzimy młodą kobietę w szpitalu, z jakimiś przewodami na głowie. Niby nic dziwnego, ale jest ona przykuta i przywiązana do łóżka. Dlaczego? co się stało? I kim ona jest? Cofamy się wstecz i odkrywamy, że dziewucha to Susannah Cahalan i zaczyna swoją pracę jako dziennikarka The New York Post. Mieszka z chłopakiem (muzykiem), całkiem nieźle sobie radzi, ale coś dziwnego zaczyna się dziać – obraz się rozmazuje, dźwięk dochodzi zniekształcony, wreszcie ataki psychotyczne. Badania lekarskie jednak nie wykazują kompletnie nic.

umysl_w_ogniu1

Debiutancki film Geralda Barletta jest oparty na prawdziwej historii Calahan oraz jej walki z tajemniczą chorobą, o której istnieniu lekarze praktycznie nie mieli pojęcia. Wszystko toczy się tutaj bardzo powolnym tempie, skupiając się na bohaterce. Pokazanie zaburzeń percepcji u chorej osoby daje się sporym polem do popisu i tutaj twórcy chętnie z tego korzystają. Twarz naszej bohaterki bywa rozmyty, kilka razy słyszymy jakieś niewyraźne szumy, słowa odbijają się niczym echo i widzimy, że coś się dzieje nie tak. Problem w tym, że każda wizyta u lekarza niczego nie wyjaśnia. Badania wykazują, że jest zdrowa, ale zachowanie sugeruje coś innego. Każdy atak, każda słowna zaczepka czy gwałtowna eksplozja w wykonaniu Susannah jest jak granat wyrzucony do pomieszczenia, w którym jesteśmy. Wali to po oczach, trzyma za gębę i wywołuje poczucie niepewności, bo nie wiadomo, co może stać się dalej. Te momenty w filmie robią największe wrażenie, niczym w rasowym thrillerze. Choć mam wrażenie, że pewne relacje można było głębiej zarysować (zwłaszcza między nasza dziewczyną a jej chłopakiem), ale i tak ogląda się ten film naprawdę nieźle.

umysl_w_ogniu2

Reżyser potrafi mocno uderzyć, ale też pokazuje – niejako przy okazji – funkcjonowanie służby zdrowia, która szuka możliwe najprostszych rozwiązań, nie zawsze adekwatnych do problemu. Troszkę tak, jakby się chciano problemu pozbyć. Skutki nadmiernego stresu? Syndrom odstawienia alkoholu? A może to choroba psychiczna? Zupełnie tak, jakby ci ludzie chcieli dopasować każdego pacjenta do jakiegoś z góry określonego szablonu. Przy prostych przypadkach to działa, ale przy bardziej skomplikowanych trzeba patrzyć troszkę szerzej.

umysl_w_ogniu3

Niby nie jest to nic nowego w temacie osób z nietypowymi chorobami, ale potrafi wciągnąć i zaangażować. Duża w tym zasługa dającej z siebie wszystko Chloe Grace Moretz, która jest absolutnie rewelacyjna oraz bardzo sugestywna w tej kreacji. A że bardzo łatwo było ją przeszarżować, to tym bardziej należy się uznanie, że nie przekroczyła tej cienkiej granicy (zwłaszcza w tych bardziej ekspresyjnych momentach jak euforia w pracy czy wybuch wściekłości podczas śniadania). Nieprawdopodobna kreacja. Dobrze się sprawdzają jako rodzice Carrie-Ann Moss oraz Richard „prawie jak Hugh Jackman” Armitage, pozytywnie zaskakuje Tyler Perry w roli naczelnego, zaś troszkę humoru przemyca Jenny Slate (Margo).

„Umysł w ogniu” dostał dużo ostrych słów na swój temat, choć moim zdaniem, nie zasłużył sobie na takie słowa. Porządna historia walki z chorobą, okraszona wspaniałą główną rolą, wznoszącą całość na wyższy poziom. Ciarki gwarantowane.

7/10 

Radosław Ostrowski