To był zwykły przypadek

Pierwszy raz pojawiłem się na festiwalu filmowym w moim mieście, czyli WAMA Film Festival. O tyle warto wybrać się na tą imprezę, bo wejściówki są (za pomocą rezerwacji przez internet) za darmo. Dla mnie to brzmi jak uczciwa cena. I dzięki temu udało mi się zobaczyć przedpremierowo tegorocznego zdobywcę Złotej Palmy w Cannes, czyli najnowsze dzieło irańskiego reżysera Jafara Panahiego.

„To był zwykły przypadek” zaczyna się niepozornie. Widzimy rodzinę jadącą samochodem nocą – ojciec za kółkiem, obok niego żona, z tyłu córka. W trakcie jazdy dzieją się dwie rzeczy: najpierw przejechany zostaje pies, co wyskoczył kompletnie znienacka, a następnie auto staje. Na szczęście pomoc oferuje mechanik, jednak drugi Vahid (Vahid Mobasheri) przygląda się z oddali, ukrywając się. Dlaczego? Sposób poruszania się klienta sprawia, że mężczyzna rozpoznaje w nim oficera policji Eghbah (Ebrahim Azizi), który go torturował podczas przesłuchania dotyczących protestów antyrządowych. Wskutek tych działań mężczyzna ma mocno wyniszczone nerki i obolałe plecy, więc decyduje porwać się swojego oprawcę oraz… zakopać go żywcem. Problem w tym, że zaczyna mieć wątpliwości co do tożsamości porwanego. Zwraca się o pomoc do przyjaciela, a ten daje namiar do innej ofiary, fotograf Shivy (Mariam Afshari).

Reżyser opowiada bardzo powoli, w zasadzie niewiele zdradzając na początku, bez walenia ekspozycją jak szalony. Dialogi są zdawkowe, proste, z kamerą niemal przyklejoną do postaci. Jednak atmosfera staje się coraz gęstsza, tonalnie skręcając raz w stronę thrillera, raz w mocno absurdalną komedię. Bo w całą tą historię zostają wrzuceni także państwo młodzi (przyszła żona też była ofiarą gliniarza) oraz najbardziej narwany Hamid. Cała ta grupa zostaje znowu zderzona z brutalną przeszłością, która zostawiła silne piętno. I co z tym wszystkim zrobić? Zapomnieć oraz iść dalej, czy może wziąć sprawy we własne ręce? Panahi oskarża irański reżim za opresyjność i terror – same opowieści przesłuchań mrożą krew w żyłach. Ten ból, ta wściekłość i gniew trzyma za gardło. A wszystko zmierza ku bardzo silnemu emocjonalnie finale, niemal pokazany w jednym, statycznym kadrze. Tak samo zapada mocno w pamięć ostatni kadr i dźwięk, przypominający, że jakiekolwiek działanie nie pozwoli zachować spokoju.

Chyba będę musiał bliżej poznać filmografię samego Panahiego oraz irańskiego kina. „To był zwykły przypadek” jest jak bomba z opóźnionym zapłonem – powolna, lecz konsekwentnie zmierzająca do eksplozji. Oficjalnie film do kin wchodzi pod koniec stycznia przyszłego roku, ale jeśli będziecie mieli okazję zobaczyć przedpremierowo, nie wahajcie się. Fantastycznie zagrany, świetnie napisany, pełen napięcia oraz silnego zakończenia. To nie był zwykły film.

8/10

Radosław Ostrowski

Pętla

Jaka jest pętla każdy widzi. Łatwa jest do zrobienia, narysowania, wykonania. I równie łatwa jest do nałożenia sobie na szyję, nawet nie zawsze zdając sobie z tego sprawę. Taką sytuację pokazuje Wojciech Jerzy Has w swoim pełnometrażowym debiucie z 1958 roku.

„Pętla” jest zapisem jednego dnia Kuby Kowalskiego (Gustaw Holoubek). Ten facet kiedyś miał przed sobą wszystko: karierę, młodość, szczęście. Jest z nim kobieta Krystyna (Aleksandra Śląska) i ma więcej cierpliwości niż zasługuje. Ale jest jeszcze trzecia osoba w tym trójkącie, towarzysząca zbyt długo, trzymająca naszego bohatera zbyt mocno w pysk: alkohol. Jednak ma on zniknąć z życia mężczyzny, bo tego dnia o 18 ma pójść do przychodni, wziąć pastylki i zakończyć dotychczasowy żywot pijusa. Tylko, że jest ósma rano i do tej 18 jest jeszcze tyle godzin. Czy będzie on w stanie tyle wytrzymać? W końcu po którymś telefonie decyduje się wyjść na zewnątrz.

Reżyser opiera się tutaj na opowiadaniu Marka Hłaski, odpowiedzialnego także za dialogi i to jest jeden z mroczniejszych filmów lat 50. I nie chodzi tylko o wizualną inspirację kinem noir czy niemieckim ekspresjonizmem. Dominuje tutaj czerń tak lepka, że wręcz można jej dotknąć. Samo mieszkanie Kuby wydaje się dziwnie puste, jakby przez nikogo nie zamieszkiwane. Nawet wychodząc na zewnątrz świat wydaje się nieprzyjemny, zimny, z obdartymi kamienicami. A czas płynie tak powoli, niczym rozciągnięty w nieskończoność. Wszystko widzimy z perspektywy człowieka, mierzącego się z alkoholizmem, co jeszcze bardziej podkręca koszmar takiego życia.

Zaś każde spotkanie Kuby z innymi ludźmi pozwala dawkować pewne drobne informacje na jego temat. Jednak nie liczcie, że poznacie przyczynę tego stanu. Każdy z tych dialogów i monologów brzmi i jest zagrany świetnie, bez żadnego poczucia sztuczności czy fałszu. Ale każda rozmowa zaczyna coraz bardziej odzierać Kubę z nadziei. Nadziei, że da się wyrwać z kręgu uzależnienia, że można zacząć nowe, „czystsze” życie. I wrócić do czasów sprzed znajomości z butelką procentów. Tą atmosferę podbijają też bardzo rzadkie wejścia muzyki z nasilającym się fortepianem.

Do tego miksu jeszcze dochodzi bardzo powolna, lecz wnikliwa reżyseria oraz fantastyczne aktorstwo. W samym centrum znajduje się Gustaw Holoubek, tworzący bardzo mocną kreację pijaka, znajdującego się na skraju wytrzymałości. Wszystko to pokazuje samymi oczami (parę razy są wręcz wytrzeszczone), bardzo sztywną mową ciała oraz rzadkimi momentami wybuchu. Nawet nie wypowiadając słowa, przykuwa uwagę, co nie jest takie łatwe. Poza nim jest tutaj masa wyrazistych epizodów: od rewelacyjnego Tadeusza Fijewskiego (były saksofonista Władek – jego monolog o tym, że picie to „bal bez mety” – majstersztyk) przez bardzo dobrą Teresę Szmigielównę (dawna dziewczyna Kuby) aż po niezapomniany epizod Stanisława Milskiego (Rybicki) i Ignacego Machowskiego (sierżant milicji, co widział zbyt wiele).

„Pętla” po ponad 65 latach pozostaje bardzo przerażającym studium nieskończonego koszmaru nałogu. Życie pijaka Has pokazuje niczym zapętlony w nieskończoność dzień, który będzie cały czas się powtarzać i powtarzać, zaś wyrwać się można tylko w jeden, ostateczny sposób. Szarpiące, gorzkie kino.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Życie Chucka

Co mogło powstać z połączenia sił dwóch specjalistów od horroru – filmowego i literackiego? Mike Flanagan to twórca znany głównie z serialowych miniseriali grozy jak „Nawiedzony dom na wzgórzu”, „Nocna msza” czy „Zagłada domu Usherów”. Stephen King – cóż, tego pana fanom straszenia przedstawiać nie trzeba. Już dwa razy ich drogi się przetarły: najpierw w powstałej dla Netflixa „Grze Geralda” oraz w „Doktorze Sen”, czyli karkołomnej kontynuacji „Lśnienia”. Teraz pojawia się kolejne wspólne (chyba można tak to nazwać) dzieło – „Życie Chucka”. I to jest zupełnie inna bestia.

Cała historia opowiedziana jest w trzech aktach, zaczynając od… końca. Widzimy świat, który zaczyna przechodzić katastrofę. Kolejne części świata są albo zalewane powodziami, niszczone przez wulkany, trzęsienia ziemi i reaktory nuklearne. Co doprowadza do zniknięcia ludzi, także braku Internetu, telefonów komórkowych, a nawet telewizji. Do tego wszędzie pojawiają się reklamy, banery związane z niejakim Charlesem Krantzem (Tom Hiddleston) z okazji 39 wspaniałych lat. Ale kim jest Chuck?

Sama historia opowiedziana od końca łączy ze sobą postać Chucka – księgowego, ze smykałką do tańca. Flanagan odwracając chronologię, próbuje pokazać pokręcone losy człowieka oraz jego małego wszechświata. Czyli ludzi mających wpływ na niego, drobnych momentów z życia aż po śmierć na raka. Mamy tu zarówno wychowujących go dziadków: wnikliwego księgowego (Mark Hamill) oraz babcię, co w liceum była królową parkietu (Mia Sara). Jest też nauczycielka wf’u, pani Rohrbacher (Samantha Sloyan) czy właściciel domu pogrzebowego (Carl Lumbly), niespełniony prezenter pogody. Pewne postacie, miejsca (strych zamknięty na klucz), a nawet zdania w każdym akcie się powtarzają niczym w pętli. Jednak ta opowieść kompletnie mnie nie zaangażowała. I to z dwóch powodów.

Po pierwsze: ta dziwaczna konstrukcja, gdzie każdy akt jest osobną opowieścią (wizja końca świata, nagły moment z życia Chucka parę miesięcy przed chorobą oraz dojrzewanie i wychowanie u dziadków), wywoływał na początku dezorientację. Dopiero w drugim akcie coś się przestawiło i obraz zaczął ożywać, jednak zakończenie mnie nie usatysfakcjonował. Drugi problem to narracja z offu – nie dlatego, że źle brzmi. W końcu wypowiada ją sam Nick Offerman, ale miałem poczucie przeładowania nią. Zbyt wiele rzeczy jest nią niejako maskowane, a za mało pokazane. I samego dorosłego Chucka w wykonaniu Hiddlestona jest zwyczajnie malutko (za to scena tańca na ulicy z grającą perkusją oraz Annalisse Basso – rewelacyjna, od zdjęć przez montaż aż po choreografię).

Aż sam nie chce wierzyć, że to piszę, ale „Życie Chucka” to pierwsze rozczarowanie w dorobku Flanagana. Czy to wynika z tego, że reżyser zbyt wiele czasu spędził w telewizji, przez co powrót do krótszej formy był wyboisty, czy może sam materiał źródłowy nie był zbyt dobry – nie umiem rozstrzygnąć. Film ma swoje momenty, jest dobrze zagrany i ładnie wygląda, ale nie potrafił mnie emocjonalnie zaangażować. Pierwszy duży zawód tego roku.

6/10

Radosław Ostrowski

F1: Film

Coś ostatnio chyba wracają do kin produkcje o sportach motoryzacyjnych jak „Wyścig”, „Le Mans 66” czy „Gran Turismo”. Teraz do grona rajdowych filmów dołącza „F1”, czyli najnowsze dzieło Josepha Kosinskiego o Formule 1. Czy twórca „Top Gun: Maverick” i tym razem dowiózł imponujący spektakl filmowy?

Głównym bohaterem jest Sonny Hayes (Brad Pitt) – kiedyś obiecujący kierowca Formuły 1, jednak jeden wypadek zmienił wszystko. Od tamtej pory przez 30 lat bierze udział w różnych rajdach, przegrywał kasę w kasynach i mieszka w wozie kempingowym. Po wygranym wyścigu Daytona pojawia się jego dawny kolega, Ruben Cervantes (Javier Bardem). Obecnie jest szefem zespołu wyścigowego Apex GP, walczącego w wyścigach Formuły 1 i nie radzi sobie zbyt dobrze. Jest wręcz tragicznie, bez żadnego wygranego wyścigu, bardzo słabym bolidem oraz obiecującym zawodnikiem, Jamesem Piercem (Damson Idris). Ruben chce zatrudnić Sonny’ego jako… drugiego kierowcę w drużynie, wręczając mu bilet do Londynu. Początkowo rajdowiec nie jest zainteresowany udziałem.

Zawiązanie akcji brzmi tak banalnie jak to tylko jest możliwe, ale… to wszystko jest tylko zasłoną dymną. Kosinski ze scenarzystą Ethanem Krugerem wykorzystują znajome schematy oraz klisze, by nimi się zabawić. Mamy stawiającego na jedną kartę szefa firmy, starego i doświadczonego (choć bezczelnego) wilka, młodego (równie bezczelnego) wilczka, szefową inżynierów (z potencjalnym romansem wiszącym w powietrzu) oraz niemal wszechobecne problemy. Od niezbyt dobrego modelu bolida przez bardzo ostrą rywalizację między dwoma kierowcami (bardziej doświadczony i skupiony na wyścigach kontra młody, bardziej zajęty social mediami i menadżerem Pearcem) po wyścigi, gdzie poczucie zagrożenia jest ciągle namacalne. Nieważne, czy mówimy o wyścigu z dużą stawką, czy o treningowej jeździe – każda taka droga może skończyć się kraksą, zderzeniem lub czymś gorszym. Choć pojawiają się pewne oczywiste klisze w rodzaju członka zarządu firmy, próbującego doprowadzić do upadku zespołu czy wątek romansowy (zaczynający się spokojnie, by potem skręcić w oczywistym kierunku), to jednak ta opowieść potrafi złapać.

A propos scen wyścigowych, Kosiński robi „Top Gun” na kółkach, czego akurat się spodziewałem. Sporych ilości scen na kokpit kierowcy, podkręcony do maksimum dźwięk opon i silników oraz bardzo dynamicznego montażu. Do tego dostajemy zaskakująco stonowaną muzykę Hansa Zimmera z paroma świetnymi kawałkami (początek z wyścigiem Daytona oraz hitem Led Zeppelin). Muszę przyznać, że te momenty (razem z momentami testów bolidów, analizowania i symulatorów) podkręcały adrenalinę, przyspieszały mi bicie serducha, zaś ostatni wyścig w Abu Zabi to prawdziwy majstersztyk. Szczególnie moment, gdy w trakcie jazdy Hayesa słyszymy tylko jego oddech, zaś kamera pokazuje jazdę przeskakując z widoku kierowcy na POV od pojazdu. Czysta magia.

Pozornie nie ma tutaj dla aktorów zbyt wiele do zagrania, ale i tak radzą sobie lepiej niż mieli prawo. Brad Pitt wygląda jak ciągle młody bóg i nadal ma charyzmę mierzoną w cysternach. Jego postać to mieszanka brawury, opanowania, błysku w oku oraz ogromnego doświadczenia. Choć początki na torze są niełatwe (delikatnie mówiąc), staje się mocnym sercem ekipy. Równie wyrazisty jest nieznany mi Damson Idris w roli młodego, zdolnego Pearce’a. Bardzo przebojowy, z równie dużym ego i mniej pokorny zawodnik (niczym dowolny piłkarz polskiej reprezentacji w piłkę nożną), zaś dynamika jego postaci z Hayesem daje dodatkowe paliwo. Choć finał tej relacji wydaje się oczywisty, droga do niego już niekoniecznie. Równie mocno film kradną Javier Bardem (Ruben) oraz Kerry Condon (Kate, główna inżynier) – każde z nich tworzy ciekawą więź z postacią graną przez Pitta. To te relacje dają dodatkowy ciężar dla tego dzieła.

Czy „F1” Kosiński to najlepszy film wyścigowy czy najlepszy film o Formule 1? W obu wypadkach odpowiedź brzmi: nie. Nadal „Wyścig” Rona Howarda pozostaje niepokonanym w tej kategorii, jednak reżyser nadal tworzy imponujący technicznie szoł. Może i historia czasami bywa zbyt znajoma, dialogi bywają sztampowe, zaś niektóre wyścigi zbyt efekciarskie, to bawiłem się świetnie niczym młody dzieciak. Jeśli szukacie świetnego blockbustera na początek sezonu letniego, może to być świetny początek tego okresu.

8/10

Radosław Ostrowski

Wonderstruck

Z filmami Todda Haynesa ja mam relację dość niełatwą, bo w większości mnie nie angażują zbyt emocjonalnie. Niemniej trudno nie odmówić im mocnej warstwy wizualnej, przez co sam seans nie jest najgorszym doświadczeniem. Czy tak też jest w przypadku adaptacji powieści Briana Selznicka „Wonderstruck”?

Akcja toczy się w dwóch przestrzeniach czasowych: w 1977 oraz 1927. W pierwszym śledzimy losy Bena (Oakes Fegley) – młodego chłopca, który stracił matkę i mieszka u wujostwa. Swojego ojca nigdy nie poznał, co wywołuje w nim pewną frustrację oraz poczucie braku miejsca na świecie. Jednak wskutek pewnego wypadku traci słuch. Mając pozostawioną książkę poświęconą muzeum i zakładkę księgarni, wyrusza do Nowego Jorku. Druga linia dotyczy głuchej dziewczynki Rose (debiutująca Millicent Simmonds), mieszkającej z ojcem-lekarzem. Ma ona obsesję na punkcie aktorki Lilian Mayhem (Julianne Moore), przez co ucieka z domu i wyrusza do niej. Czy jej się uda? I jak te dwie historie się łączą?

Te dwie opowieści wywołują początkowo konsternację swoimi przypadkowymi wpleceniami, pozbawionymi jakiegoś sensu. Jednak im dalej w las, tym Haynes jednak parę razy wykazuje się kreatywnością w przeplataniu czasem. Obydwie linie czasowe są zróżnicowane stylistyczne: lata 70. mają mocno funkową muzykę w tle oraz mocną zieleń i żółć w scenach nocnych oraz czarno-białe, pozbawione dźwięku kadry z lat 20. W tym drugim przypadku brakowało do szczęścia jeszcze plansz z wypowiadanymi dialogami, ale ponieważ bohaterka jest niesłysząca, brak dźwięku jeszcze bardziej pogłębia poczucie jej samotności oraz izolacji. Sama ta estetyka robi piorunujące wrażenie, zaś cudowna muzyka Cartera Burwella tworzy piorunującą mieszankę (szczególnie w historii Rose). Zaś zakończenie jest szczególnie poruszające i kreatywne.

Problem jednak w tym, że te dwie opowieści emocjonalnie nie angażują zbyt mocno. Bardziej mnie pociągał wątek Rose, ze względu na swoją stylistykę oraz zachwycającą Simmonds. Jej obecność przyciągała jak magnez i samą mową ciała wyrażała bardzo dużo. Nie oznacza to, że Fegley wypadł słabo czy nie dawał rady, wręcz przeciwnie. Ale jakoś ta historia kompletnie mnie nie zaangażowała mnie tak bardzo jak bym chciał.

Nie mogę złego słowa powiedzieć o braku ambicji Haynesa czy wizualnej estetyce, która pieści oczy i uszy. Jednak „Wonderstruck” sprawia wrażenie pustej wydmuszki, nie potrafiącej zaangażować emocjonalnie, a nawet wywołuje zagubienie oraz dezorientację. Chciałbym się polubić bardziej z tym filmem, jednak zwyczajnie nie potrafię, ale będę dawał szansę reżyserowi.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Utrata równowagi

Coś się ostatnio namnożyło dobrych debiutów w naszym kraju. Po takich filmach jak „To nie mój film”, „Rzeczy niezbędne” czy animowany „Smok Diplodok” dołącza „Utrata równowagi”. Czyli ciężkie spojrzenie na środowisko aktorów, bez żadnego lukrowania i słodzenia.

Bohaterami są ostatniego roku, którzy szykują się do spektaklu dyplomowego. Wśród nich jest Maja (Nel Kaczmarek), która po wielu castingach, próbach przebicia się i dostania jakiejkolwiek roli zamiast rzucić tą profesję w diabły. Zamiast tego marketing i zarządzanie, a w przyszłości prowadzenie własnego baru niż pracowanie w nim. Sytuacja (może) jednak ulec zmianie, kiedy pięć miesięcy przed dyplomem pojawia się Jacek (Tomasz Schuchardt) – reżyser teatralny i decyduje się wystawić z nimi… „Makbeta” Szekspira. Problem jest taki, że kiedy on wcześniej ze studentami wystawił tą sztukę, jedna z aktorek (grająca Lady Makbet) popełniła samobójstwo. Nie ma to jak być w dobrych rękach reżysera, jednak tym razem ma być inaczej, a wszystkie próby są filmowane kamerą. Zaś Maja ma wcielić się w lady Makbet.

Debiutujący Korek Bojanowski podejmuje temat, który od paru lat rozpalał środowisko aktorskie, czyli mobbingu oraz toksyczności wobec aktorów przez „mistrzów”. Gdzie znajduje się granica między prowadzeniem aktora a manipulowaniem, znęcaniem się oraz upokarzaniem. A także jak ta dynamika odbija się nie tylko na jednej osobie, lecz na całym otoczeniu. Atmosferą i klimatem przypomina „Whiplash”, gdzie bardzo niejasna relacja uczeń-mistrz znajduje się w centrum. Doprowadzając do wewnętrznej rywalizacji, wrogości między Mają a pozostałą, wydawałoby się zgraną paczką. Reżyser zaskakująco prosto buduje intensywną atmosferę, nie tylko sporą ilością zbliżeń na twarz, stroboskopowymi światłami, ale też bardzo kreatywnie używając dźwięku (podczas paru dialogów zostaje wyciszone tło, dając większy ciężar) oraz montażowych cięć.

Wszystko brzmi to bardzo naturalnie, bez poczucia sztuczności, nadmiernej ilości ekspozycji oraz pewnych niedopowiedzianych rzeczy. Cały czas napięcie wisi w powietrzu, wszystko kręcone z dość sporą ilością czerni, psychologicznymi gierkami aż do mocnego finału. Każdy z aktorów tutaj daje z siebie wszystko, zaś w większości mamy tutaj mniej znane i ograne twarze, co działa zdecydowanie na plus. Jednak najważniejsza jest tutaj rewelacyjna para Nel Kaczmarek/Tomasz Schuchardt. Ona początkowo wydaje się sfrustrowana, bardzo niepewna siebie, jednak z każdą sceną zaczyna pokazywać prawdziwy pazur oraz bardzo sprzeczne emocje. Na ile w tym próba pozostania w porządku, a na ile egoizmu, odpowiedź trzeba wyszukać sam. Z postacią Schuchardta jest podobnie. Jego Jacek to bardzo charyzmatyczny, budzący sympatię twórca, jednak podczas prób jego twarz przypomina maskę, za którą kryje się niewiadoma. Oboje są niesamowici, tworząc absolutnie niezapomniane role. Z drugiego planu wyróżniłbym trzymającego poziom Mikołaja Matczaka (wiecznie spóźniający się na próby Kuba), świetną Angelikę Smyrgałę (Anka) oraz Oskara Rybaczyka (Piotrek, chłopak Mai), choć reszta też wypada co najmniej bardzo dobrze.

Bardzo mnie zaskoczyła „Utrata równowagi”. Jest zaskakująco drapieżna, intensywna i precyzyjna w swojej realizacji, z absolutnie cudownym aktorstwem. Nie uniknie porównań z innymi produkcjami w kwestii mobbingu w świecie artystycznym („Whiplash”, „Tar”) oraz sprowokuje do dyskusji, ale to także dramat, trzymający w napięciu niczym rasowy thriller.

8/10

Radosław Ostrowski

Prawdziwe życie aniołów

Podobno między ludźmi żyją anioły, a najwięcej jest ich w Krakowie. Przynajmniej tak uważał przez długie lata reżyser Artur „Baron” Więcek, odpowiedzialny m.in. za „Anioła w Krakowie”. Teraz po wielu wraca z nowym filmem, gdzie znowu są anioły, znowu gra Krzysztof Globisz. Jednak nie jest to trzecia część historii anioła Giordano, lecz mocno inspirowana historią Globisza opowieść o walce z chorobą oraz jak ważne jest w niej wsparcie najbliższych.

„Prawdziwe życie aniołów” dzieje się w niejako dwóch rzeczywistościach, ale obie łączy Adam (Krzysztof Globisz) – ceniony aktor i pedagog. W pierwszej, czyli prawdziwej mężczyzna pada ofiarą udaru, który doprowadza go do paraliżu połowy ciała oraz afazji (problemów z komunikacją za pomocą mowy). Próbuje mu pomóc żona Agnieszka (Kinga Preis), choć lekarze nie dają mu zbyt wiele nadziei. Jest jednak druga rzeczywistość, czyli świat tworzony w jego głowie. Tutaj pojawiają się odwiedzający go przyjaciele, pracownicy personelu szpitala, a w większości przestrzeń stanowią góry oraz góralska chata.

Więcek traktuje tą historię bardzo osobiście, chcąc oddać hołd swojemu przyjacielowi. I widać tutaj mocno wie rzeczy: że podchodzi do sprawy z szacunkiem oraz nadal czuć inspirację filozofią księdza profesora Józefa Tischnera. Czyli muszą pojawić się pewne proste, dla wielu może banalne, mądrości na temat życia oraz całej reszty. Na szczęście, reżyser potrafi odpowiednio zbalansować powagę z lekkością, jednocześnie nie zapominając o emocjonalnym ciężarze. Humor tutaj działa, choć sama opowieść brzmi jak jedna z tysiąca. To, co mnie skupiało moją uwagę to były sceny rehabilitacji oraz dziejące się w głowie Adama. Pojawiają się przebitki z przeszłości, moment samego udaru oraz miejscami surrealistyczne momenty. Przeplatane są wypowiedzi samego Globisza w kwestii afazji, wywiad w formie kwestionariusza czy scenki z… „Anioła w Krakowie”, co dodaje dodatkowego kontekstu. Nie brakuje też odrobiny mroczniejszych momentów oraz pretensji – nie tylko wobec okoliczności, lecz samego bohatera. Zbyt większa uwaga poświęcona karierze, bardziej „towarzyskie” życie – takie pęknięcia czynią naszego protagonistę bardziej ludzkim.

Jeśli chodzi o aktorstwo, „Prawdziwe życie…” to tak naprawdę Krzysztof Globisz Show i nic tego nie jest w stanie zmienić. Jego postać to wypadkowa jego samego z fikcyjną wariacją, zaś wplecione wypowiedzi z wywiadów czynią go o wiele bardziej pogłębionego niż mogłoby się wydawać (szczególnie w kwestii fascynacji afazją). Nawet jak nic nie mówi, to samą twarzą wypowiada bardzo dużo. Reszta postaci w zasadzie jest, co nie oznacza słabego występu. Kinga Preis jako żona prezentuje się solidnie, mieszając wsparcie, frustrację i determinację, zaś na drugim planie wybijają się przeuroczy Michał Majnicz (Józek) oraz pełen ciepła Jerzy Trela (Leon) w swojej ostatniej roli.

„Prawdziwe życie aniołów” to powrót reżysera Więcka do formy po długiej przerwie. Nie będzie to aż tak kultowe dzieło jak filmy o aniele Giordano, jednak Globisz absolutnie magnetyzuje na ekranie. Pozostaje mieć nadzieję, że uda mu się odzyskać zdrowie i będziemy mogli częściej go oglądać.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Diva Futura

Na pierwszy rzut oka włoska „Diva Futura” jest filmem o kręceniu pornografii. Jednak dzieło Giulii Steigerwalt jest czymś o wiele więcej, bo to historia niepoprawnego romantyka, pozbawiona pruderii i wulgarności, ale potrafi być dziwacznie nostalgiczna.

Całość oparta jest na książce Sandry Attanasio (Barbara Ronchi), która pełniła w firmie Diva Futura rolę sekretarki. A czy zajmowała się tytułowa firma? Prowadziła agencję do łowienia talentów, kręceniem filmów pornograficznych oraz prowadzeniem nocnych klubów ze striptizem. Za tym wszystkim stał niejaki Riccardo Schicchi (Pietro Castellitto) – młody facet, który od dziecka był zafascynowany kobietami. I nie chodzi tylko o czytanie świerszczyków czy podglądanie sąsiadek, ale o… jakby to ująć, poczucie estetyki oraz piękna kobiecego ciała. I dzięki niemu udało się „wypromować” parę znajomych twarzy jak Ilona Staller „Cicciorina” (Lidija Kordić), próbującą potem działać w polityce Moanę Pozzi (Denise Capezza) oraz swoją przyszłą żonę, Evę Henger (Tesa Litvan). I to z perspektywy całej piątki krąży ta opowieść – od wielkiej popularności aż do upadku oraz zamknięcia.

Reżyserka opowiada ta historią ze zdecydowanym poczuciem lekkości, wręcz jowialności oraz braku pruderyjności. Udaje się przekonująco pokazać realia epoki, czyli lat 80. i 90., kiedy jeszcze pornografia nie była aż tak dostępna oraz tak ostra. Wielu pewnie powie, że taka wizja jest zbyt romantyczna i marzycielska, ale trudno jej nie ulec. Tutaj robienie filmów dla dorosłych bardziej przypomina robienie sztuki w najbardziej elegancki sposób, jak to jest możliwe. Twórcy nie boją się pokazywać nagości, lecz nią nie szczują i nie czynią z niej głównej atrakcji. Bywa miejscami naprawdę gęsto od wydarzeń (całość przeplatana jest narracjami z offu, przeskokami czasowymi), gdzie sukces w tej branży wydaje się tylko pozorny. Doprowadza do wrogości, stygmatyzowania przez resztę społeczeństwa i poważniejszych kłopotów. Nie tylko z prawem, ale też ze zmieniającymi się regułami branży, miłością (paradoksalnie) oraz zderzeniem z rzeczywistością.

Mimo pewnego poczucia chaotyczności w narracji oraz różnych perspektyw, całość ogląda się zaskakująco przyjemnie. I nie chodzi mi tylko o kobiece ciała (choć to też – nie wstydźmy się tego), ale też bardzo stylowe zdjęcia, cieszącą oko scenografię oraz kostiumy. Steigerwalt ma bardzo mocne oko i wygląda to zjawiskowo, miejscami wręcz cukierkowo, budując lekko nostalgiczną atmosferę. Jak dodamy do tego kawał więcej niż dobrego aktorstwa (ze szczególnym wskazaniem przeuroczego Pietro Castellitto oraz pozostałą czwórkę pań), mamy cholernie porządny kawałek kina.

„Diva Futura” dla wielu może budzić skojarzenia z „Boogie Nights” Paula Thomasa Andersona, pokazując branżę porno w bardziej niewinny i – jakkolwiek to zabrzmi – uroczy. Co nie oznacza, że nie ma tutaj ciemniejsze strony tego biznesu. Bywa trochę chaotyczny i pozbawiony skupienia (pewnie jako serial byłby lepszy), niemniej potrafi parę razy uderzyć emocjonalnie. Jedna z większych niespodzianek tego roku.

7/10

Radosław Ostrowski

Szaleńczy zjazd

Każdy znał Michaela Ritchie jako reżysera dwóch części „Fletcha” oraz komedii „Złote dziecko”, czyli dzieł z lat 80. Dorobek Amerykanina jest jednak o wiele bogatszy, choć pod koniec bardziej skupiał się na telewizji. Niemniej realizował także kino sportowe, co pokazał już w swoim debiucie z 1969 roku.

„Szaleńczy zjazd” skupia się wokół amerykańskiej reprezentacji narciarstwa alpejskiego pod wodzą Eugene’a Claire’a (Gene Hackman). Grupka działa od paru lat, biorąc udział w różnych zawodach po Europie. Wskutek wypadku jednego z zawodników zwalnia się miejsce. Pojawia się w kadrze niejaki Dave Chappellet (Robert Redford). Cholernie uzdolniony zawodnik, co pokazuje na pierwszych zawodach. Zajmuje czwarte miejsce, jednak nie należy do zespołowych graczy. To zaczyna wywoływać poważne spięcia w drużynie, a jego forma bywa… niestabilna.

Sam film jest w zasadzie pełen różnych wątków, ale skupia się głównie na Chappelecie. I wierzcie mi, to nie jest facet budzący sympatię. To raczej prosty facet z bardzo dużym ego, dla którego liczy się tylko jazda. Nie ważne, czy sprowokuje kolegę do durnego ścigania się, niemal doprowadzając do zderzenia ze ścianą; będzie się wymądrzał czy próbował podrywać Carol (przepiękna Camilla Sparv). Nawet wracając do domu wydaje się jakby myślami gdzieś zupełnie indziej. Zupełnie jakby chcąc desperacko wyrwać się z małomiasteczkowego środowiska oraz rodzinnej farmy. Ale mamy po drodze jeszcze inne rzeczy: rywalizację z innymi zawodnikami, propozycja wsparcia nowych nart, obiecujący romans. Jakby debiutant chciał złapać kilka srok za ogon i chciał podążyć we wszystkie kierunki.

Trzeba jednak przyznać, że sceny zjazdów narciarskich nadal potrafią robić wrażenie. Ritchie sięga po niemal dokumentalną formę: kamera czasami wręcz nie nadąża za zawodnikiem, z dwa razy obraz jest przyspieszany. Jednak najbardziej imponujące są ujęcia zjazdów pokazane „z oczu”. Wtedy słychać tylko szuranie nart (a przy pierwszym zjeździe Dave’a nawet słychać jego dyszenie i łapanie oddechu), obraz jest niestabilny, zaś adrenalina potrafi podskoczyć w górę. Dorzućmy do tego kreatywny montaż (pokazanie ostatniego momentu zjazdu przez ekrany telewizorów), a dostajemy zapadające w pamięć momenty.

Wszystko to trzyma na swoich barkach jeszcze młody Robert Redford. Już rozpoznawalny aktor bardzo przekonująco pokazuje swojego zbyt pewnego siebie Dave’a, choć wiele swoich emocji nie wyraża słowami. Sporo tutaj w jego wykonaniu milczenia, co mówi więcej niż jakiekolwiek słowo. Najdobitniej to czuć przy rozmowie z Carol czy w szpitalu. Z drugiego planu najbardziej wybija się tutaj Gene Hackman w roli trenera, choć jest ona zaskakująco drobna. Niemniej on też ma swoje momenty jak konfrontacja z Dave’m po wypadku jednego z zawodników. Mocna i soczysta kreacja.

Z dzisiejszej perspektywy „Szaleńczy zjazd” może wydawać się zagubiony w tym, co chce opowiedzieć. Z tego powodu tempo jest bardzo nierówne, wątki pojawiają się i znikają, przez co czasem ciężko się skupić. Niemniej wygląda świetnie, jest dobrze zagrany, zaś sceny narciarskie nadal mają potężną dawkę energii. Ciekawe, czy byłby lepszy, gdyby nakręcił go – jak początkowo planowano – Roman Polański, ale na to pytanie odpowiedzi nie poznamy.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Cyrk straceńców

Na pierwszy rzut oka w przypadku filmu o skoczkach spadochronowych można spodziewać się dzieła skupionego na popisach kaskaderskich. Ale „Cyrk straceńców” okazuje się zupełnie innym doświadczeniem niż oczekiwania. Czy to dobrze czy źle – musicie się sami przekonać, postaram się pokazać swoje spojrzenie.

Było ich trzech, w każdym z nich inna krew… – tak można opisać naszych bohaterów. Weterana Mike’a Rettiga (Burt Lancaster), bardzo rozgadanego Joe Browdy’ego (Gene Hackman) oraz młodego Malcolma (Scott Wilson). Razem występują jako skoczkowie, wykonujący powietrzne popisy kaskaderskie i z tego zarabiają. Kasa nie jest jednak duża, sława też niekoniecznie, więc dlaczego to robią? Teraz trafiają do małego miasteczka, skąd pochodzi najmłodszy członek ekipy. Jednak chłopak od dawna nie czuje się związany z tą okolicą. Wszyscy trzej zamieszkują u wujostwa Malcolma, Elizabeth (Deborah Kerr) i Allena (William Windon) Brandonów. Kobieta wpada w oko Mike’owi, co wywołuje pewne komplikacje.

Za kamera stanął John Frankenheimer, który w latach 60. był płodnym twórcą. Zaczynając od politycznych thrillerów („Przeżyliśmy wojnę”, „Siedem dni w maju”) przez więzienny dramat („Ptasznik z Alcatraz”) po kino sportowe („Grand Prix”). Tutaj pozornie jest to opowieść o powietrznych akrobatach, ale tak naprawdę to dramat obyczajowy, który skupia się na psychologicznych portretach. Zderzenie małomiasteczkowej społeczności z pozornie bardziej wyzwolonymi mężczyznami. Jednak każdy z nich jest zupełnie inny – od wrażliwego młodzieńca z bardzo mroczną przeszłością przez bardzo rozgadanego szołmana, żyjącego tu i teraz aż po wyciszonego weterana. Ale mają pewną wspólną cechę (poza pasją) – każdy wydaje się mierzyć ze śmiercią. Czy jest to próba zaspokojenia adrenaliny, a może tylko w ten sposób czują się wolni. A może chodzi o coś zupełnie innego? Reżyser bardzo powoli przygotowuje bohaterów i nas do kaskaderskiego szoł, ale w powietrzu wisi coś jeszcze. W końcu pani domu wydaje się być znudzona swoim monotonnym, niespełnionym życiem, zaś Mike pierwszy raz od dawna zaczyna czuć coś więcej. Tylko czy zaryzykuje?

Bo wydaje się, że o to tak naprawdę chodzi Frankenheimerowi. O pokazanie, co to znaczy podejmować ryzyko oraz jaka może być za to cena. Najdobitniej wybrzmiewa to w trzecim akcie, gdzie widzimy naszą trójką wykonującą kaskaderskie popisy. Lotnicze zdjęcia zrobione m. in. przy użyciu kamer przyklejonych do hełmów potrafią zrobić wrażenie, a jednocześnie czułem, że całe to szoł może skończyć się tragicznie. Jest sporo zbliżeń na twarze i – jako osoba cierpiąca na lęk wysokości – czułem przerażenie. Świetnie zagrana rzecz, gdzie moim faworytem jest Gene Hackman. Pełen energii, niemal ciągle w ruchu, pełniący rolę takiego menadżera. Sprawia wrażenie nieustraszonego, jednak to wszystko fasada. Stonowany Lancaster nawet nie mówiąc wyraża wszystko i ma bardzo silną prezencję, zaś Wilson uzupełnia ten duet.

Bardzo delikatny i niedoceniony film w dorobku Frankenheimera. Choć może wydawać się powolny oraz nudny, to pod powierzchnią kryje się coś o wiele ciekawszego i głębszego. Niemniej wymaga on sporo cierpliwości, by dotrwać do ekscytującego trzeciego aktu, który wynagradza tempo.

7/10

Radosław Ostrowski