Rzeka ocalenia

Jesteśmy w małym miasteczku leżącym gdzieś na pograniczu amerykańsko-kanadyjskim. Jest to mała okolica, gdzie ludzie żyją dość spokojnie, wiążąc koniec z końcem. Kimś takim jest też Ray – samotna matka z dwójką dzieci. Ojciec poszedł zaszaleć, gdyż jest nałogowym hazardzistą i znów go wcięło. I to przed świętami Bożego Narodzenia. Przypadek, a właściwie kradzież samochodu, doprowadza do nawiązania znajomości z Lilą – Indianką, zajmującą się przemytem ludzi.

rzeka_ocalenia1

Courtney Hunt tak naprawdę zrealizowała pełnokrwisty dramat, a nie rasowy kryminał, jak można było się spodziewać. Najważniejsze są tutaj losy naszych bohaterek, które nie potrafią spełnić swoich marzeń w sposób uczciwy. Dlatego panie chcąc związać koniec z końcem, by spłacić długi lub odzyskać swojego dzieciaka, zabranego dawno temu. I jeszcze jest zima, która potęguje poczucie beznadziei, depresji. Troszkę klimatem przypominało „Do szpiku kości”, które też działo się w małym miasteczku, też była tajemnica oraz aura beznadziei i walki mimo wszystko. Walki o przetrwanie i utrzymanie się na powierzchni. Sam scenariusz to bardziej obserwowanie otoczenia oraz krótkie, aczkolwiek intensywne sceny przemytu. Od połowy atmosfera robi się coraz gęstsza, m.in. dzięki nie do końca racjonalnemu zachowaniu. Bo żeby zostać torbę tylko dlatego, że przemyca się parę Pakistańczyków (wiadomo, każdy ciapaty to potencjalny terrorysta, a może mieć ze sobą bombę) – ok, rozumiem, spanikowała. Pewnie wiele osób by tak pomyślało, ale to wyglądało po prostu fałszywie i nieprzekonująco. Tak samo jak finał, gdzie… a nie, tego wam nie zdradzę.

rzeka_ocalenia2

Troszkę niepewny scenariusz, reżyseria dość konsekwentna, jednak bardzo wolne tempo oraz dość monotonne sceny działają nużąco. I tak naprawdę, gdyby nie świetna Melissa Leo film rzuciłbym w diabły. Ray w jej wykonaniu to zdesperowana kobieta, walcząca niemal ze wszystkimi – podłym losem, starszym synem nie do końca posłusznym. W oczach widać ból, bezsilność, ale i determinację. Nawet jeśli miałoby to kosztować życie. Drugą taką postacią jest Lila (mocna Misty Upham) – pozbawiona dziecka kobieta. Obie wiele przeszły i dostały mocno po dupie od życia, ale nie poddają się, mają tą drobną iskierkę nadziei, że jeszcze będzie lepiej. Być może dlatego między nimi czuć tak silną chemię, która wybija film od reszty.

rzeka_ocalenia3

Nie jest to film łatwy, lekki i przyjemny, tylko kolejny portret Ameryki jako „kraju nie dla starych ludzi”. Widziałem takich tytułów wiele, ale i ten potrafi chwycić za gardło. Szkoda, że robi to dopiero w drugiej połowie.

6/10

Radosław Ostrowski

Skutki miłości

Titta Di Girolamo jest pozornym, niewyróżniającym się panem w średnim wieku, mieszkającym w szwajcarskim hotelu. Rozwiódł się z żoną, ma troje dzieci, które nie chcą mieć z nim niczego do czynienia. Prowadzi dość spokojne, monotonne życie jako posłaniec mafii, dostarczający ich pieniądze do banku i oddając się narkotykom (wstrzykuje je sobie raz na tydzień). I tak już od kilku lat, aż przyjeżdża do niego brat. Wtedy spokojne życie zostaje wywrócone do góry nogami.

skutki_mioci1

Z Paolo Sorrentino jest mi troszkę pod górkę – na pewno to ciekawy reżyser, który nie zawsze jest w stanie skupić moją uwagę do samego końca. Wie, jak posługiwać się montażem, by nadać odpowiednie tempo, ale nawet to nie zawsze jest w stanie zamaskować nudy. Dopiero przy „Boskim” doszło do przełomu, co skłoniło mnie do uważniejszego przejrzenia się dorobku Włocha. „Skutki miłości” z 2004 roku to mieszanka dramatu psychologicznego z kryminałem. Najważniejszy jest tutaj Titta – skryty, tajemniczy, małomówny, ale zawsze obecny. Pozornie nudny i nieciekawy, okazuje się niepozbawionym sprytu i wrażliwości bandytą, schowanym w pancerzu obojętności. I wszystko to znakomicie pokazuje Toni Servillo, grający tą rolę.

skutki_mioci2

Wielu jednak może odstraszyć dość wolne tempo, które jednak zostaje w paru miejscach podkręcone szybkim montażem oraz niemal oniryczną elektroniczną muzyką. Dodatkowo jeszcze akcję w finale, gdzie poznajemy przyczyny dramatycznej decyzji Titty, zmieniającą nasze nastawienie do tej postaci. Dodatkowo w wielu scenach montaż działa na korzyść – czy to w scenach w banku, zwykłym kładzeniu się spać (kamera wtedy jest niejako na głowie Titty) czy podczas oczyszczania krwi. To tworzy dość odrealnioną aurę, której nie jestem w stanie opisać słowami.

skutki_mioci3

„Skutki miłości” to dziwaczne kino dla tych, którzy liczą na czystą sensację czy produkcję stricte artystyczną. Połączenie tych estetyk skupiło uwagę podczas festiwalu w Cannes, chociaż jest to dzieło wymagające skupienia. Wtedy odpłaca się z nawiązką, dając ogromną satysfakcję – jakby sama gra Servillo nie była wystarczającą rekomendacją. I ten finał, który mnie chwycił za gardło. Dla poszukiwaczy nieoczywistości.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Intruz

Tytułowym „intruzem” jest John – młody chłopak, który wychodzi z poprawczaka. Jest wychowywany przez ojca, wprowadza się do jego domu, gdzie mieszka także z bratem. Blond włosy chłopiec także wraca do szkoły, jednak jest traktowany jako obcy.

intruz1

Debiutujący na dużym ekranie absolwent łódzkiej filmówki, czyli polski reżyser Magnus von Horn zrobił iście skandynawski dramat. Pamiętacie taki film „Polowanie” z Madsem Mikkelsenem? Tutaj reżyser próbuje stworzyć podobną aurę zaszczucia, stawia pytania o genezę zła. Jeśli jednak myślicie, że będzie to zapodane w łatwy i przystępny, zapomnijcie o tym. Ujęcia są długie, tempo jest bardzo powolne, a karty odsłaniane stopniowo. Na szczęście, pojawiają się pewne poboczne watki związane z bratem Johna, jego chorym dziadkiem. To jednak drobiazgi, a całość jest strasznie duszna, wręcz nieprzyjemna. Wiele scen i ujęć pokazuje sytuacje poza kadrem (pobicie Johna w nocy czy zastrzelenie psa), a czasami jesteśmy bardzo blisko bohatera. Ale w tym chłodnym stylu jest metoda, gdyż kilka scen jest tak intensywnych, naszpikowanych emocjami, że nie wiedziałem, co się tak naprawdę stanie. Tak było w finale, gdy bohater odwiedza kobietę ze strzelbą w ręku.

intruz2

John (fantastyczny Urlik Montier) to trudna w ocenie postać – przez większość czasu jest wyciszony, spokojny, małomówny, niemal delikatny. Gdy jednak pojawia się szansa na bliższą relację, przypomina wystraszone zwierzę, które zaczyna atakować. Zaczyna wtedy krzyczeć, nawet bić, chociaż wydaje się, że sytuacja jest opanowana. Ale mieszkańcy pamiętają zło wyrządzone przez Johna – jego obecność staje się wyrzutem, przypominającym najgorsze. Dlatego reakcje uczniów w klasie mnie nie dziwią, ale z tego grona jest ktoś zainteresowany chłopcem. To Malin (intrygująca Loa Ek), ale i ona w końcu się odwróci – strach i lęk jest silniejszy. Nawet ojciec (Mats Blomgren) nie do końca wie, jak się zachować, trzyma się na dystans.

intruz3

To nie jest łatwe, lekkie i przyjemne kino, ale „Intruz” ma w sobie coś takiego, że nie pozwala o sobie zapomnieć. Jest jak zadra, która zostaje. Do „Polowania” niewiele zabrakło, jednak skandynawski klimat zachowano. I dla niego warto się zmierzyć z tym tytułem.

7/10

Radosław Ostrowski

Obce niebo

Marek i Basia są młodym małżeństwem mieszkającym w Szwecji razem z córką Ulą. On trenuje dziewczyny w szkole, ona masuje i zajmuje się domem. Przeszli już wiele burz i w miarę dobrze dają sobie radę w obcym kraju. Do czasu, kiedy nauczycielka zwraca uwagę na – jej zdaniem – nerwowe zachowanie dziewczynki. Wtedy do akcji wkracza opieka społeczna, która zabiera Ulę rodzicom i oddaje ją w opiekę rodzinie zastępczej (do czasu procesu).

obce_niebo1

Zrealizowany wspólnie ze Szwedami film Dariusza Gajewskiego inspirowany jest prawdziwą historią i o tym, jak może skończyć się zderzenie dwóch odmiennych kultur, gdzie zachowania jednych są inaczej interpretowane przez drugich. Jedno niewinne kłamstwo wywołuje lawinę dramatycznych zdarzeń, w które zostają wplątani nie tylko rodzice Uli, ale i zastępczy opiekunowie nie znając całej sprawy. Opieka Społeczna nie podaje powodów swojej decyzji, a walka o odzyskanie córki przypomina sytuację bez wyjścia. Czy można przejść obojętnie wobec takiej sytuacji? Rodzice nie wiedzą niczego, trzymani są na dystans i traktowani jak podejrzani.  Aurę strachu i bezsilności potęguje też skandynawski, chłodny krajobraz oraz kamera chodząca za bohaterami, przez co film ogląda się jak rasowy thriller.

obce_niebo2

Opieka społeczna jest pokazana jako bezduszna instytucja, gdzie jakiekolwiek emocje są traktowane jako coś negatywnego. Dlatego mieszkający Szwedzi sprawiają wrażenie zimnych maszyn, chociaż wiele w nich kipi, wiele przeszli i pogodzonych ze swoim losem. Nasi bohaterowie podejmują walkę, niemal desperacko próbując dotrzeć do miejsca pobytu dziecka, a pomoc właściwie nie istnieje. Niby chodzi tu o dobro dziecka, ale miałem wrażenie, iż opieki społecznej to nie interesuje (wiadomo, kłamstwo powtarzane tysiąc razy staje się prawdą). Można przyczepić się tej zerojedynkowości świata przedstawionego, ale „Obce niebo” chwyciło mnie za gardło.

obce_niebo3

Swoje zrobili też aktorzy. Co do Bartłomieja Topy nie miałem wątpliwości i aktor podołał, ale kompletnie zaskoczyła mnie Agnieszka Grochowska, której nie byłem wielkim fanem. Aktorka świetnie pokazała bezradność Basi, zmieniającej się w gryzącego psa. Oboje kochają swoje dziecko, ale mocno przekonają się, że miłość nie zawsze wystarczy. Za to najmocniejszym atutem są tutaj aktorzy szwedzcy, z Ewą Frohling jako chłodną Anitą z opieki społecznej na czele.

obce_niebo4

„Obce niebo” pokazuje jak trudno jest się zaadaptować w innym świecie i choćbyście nie wiem, jak się starali, zawsze będziecie tymi obcymi. Kawał mocnego kina, trzymającego w napięciu do końca.

7/10

Radosław Ostrowski

Król życia

Edward to był gość – chciał być bokserem, ale teraz pracuje w Mordorze. I niestety, nie jest statystą w kolejnej adaptacji prozy Tolkiena, tylko pracownikiem korporacji. Zarabia dużo, ale jest sfrustrowany, ma mało czasu dla rodziny i czuje się wypalony. I tak dzień w dzień, ale wszystko się w końcu zmienia. Wszystko przez wypadek samochodowy i lekko uszkodzony mózg, przez co Edward „przestawia się”, dostrzegając inne wartości życia.

krol_zycia1

Ktoś doszedł do wniosku, że w Polsce potrzebny jest tzw. feel-good movie, czyli ku pokrzepieniu i z pozytywną energią. Zadanie realizacji tego dzieła podjął się ceniony operator Jerzy Zieliński, debiutujący w roli reżysera. Mocno tutaj czuć inspirację filmem „Odnaleźć siebie” Mike’a Nicholsa, opierającego się na podobnym pomyśle. A pomysł jest taki, że poważny wypadek fizyczny, zmienia całą psychikę i mentalność bohatera. Z cynicznego, zmęczonego życiem pracownika korpo w pogodnego, ciepłego, uśmiechniętego wariata – bez pracy, ambicji i kariery. Wydaje się słusznym kierunkiem, ale dla mnie to wszystko jest za proste i za łatwe. Poza wątpliwościami żony o stan Edwarda oraz strachu przed kończącymi się pieniędzmi, brakuje tutaj mocy. Wiem, miało być optymistycznie i pogodnie, a kilka scen jak Edward robiący za worek treningowy wobec sfrustrowanych ludzi to rewelacja, jednak czegoś mi tu zabrakło. Nawet krytyka Mordoru i tego stylu życia jest jakaś płytka i mało ciekawa, sprowadzona do bezsensownego owczego pędu i źródła frustracji.

krol_zycia2

Ten film byłby kolejnym średniakiem, gdyby nie Robert Więckiewicz, robiący tutaj wszystko, by uwiarygodnić ten świat. I jako Edward sprawdza się świetnie, tworząc dwa sprzeczne portrety (frustrat/optymista) człowieka odnajdującego złoty środek. Odskocznią i odrobinę luzu daje tutaj Bartłomiej Topa w roli menela „Kapsla”, który dzięki Edwardowi zmienia się na lepsze (świetna „indiańska” scena) oraz – jak zawsze – piękna Magdalena Popławska. Nawet drobne epizody Piotra Głowackiego (biznesmen), Jana Peszka (lekarz) i Jerzego Treli (ojciec) tylko dodają smaczku.

krol_zycia3

Nie jest to bez wątpienia najgorszy polski film i wiem, że nie miał ambicji poza wprawieniem w dobry nastrój. Jednak „Król życia” mnie znudził, a kilka realizacyjnych pomysłów (majaki Edwarda przypominające niemy film) nie zawsze kleją się w spójną całość. Jest tylko nieźle, a mam wrażenie, iż mogłoby być lepiej.

6/10

Radosław Ostrowski

Chemia

Nie raz i nie dwa słyszałem, że życie pisze najlepsze scenariusze. Ale nie zawsze te scenariusze przekuwają się na dobre filmy. Takim przykładem stała się „Chemia” – film inspirowany życiem Magdaleny Propokowicz, założycielki fundacji Rak’n’Roll, kobiety z nowotworem, która mimo choroby urodziła dziecko i żyła pełnią życia.

chemia1

W filmie „Chemia” Magda to Lena – zwykła dziewczyna, która odchodzi z korporacji i przypadkiem poznaje Benka – fotografa, niepogodzonego ze śmiercią ojca. Przypadkowe spotkanie, które staje się dla dwojga tylko niezobowiązującą znajomością. Przynajmniej na początku – ciąża, ukrywany przez facetem rak, wreszcie ślub, chemioterapia i walka do końca. Wydawałoby się, że to istny samograj, ale Polacy są w stanie nawet takie proste rzeczy spier****.

chemia2

Debiutujący w roli reżysera operator Bartosz Prokopowicz – tak, zbieżność nazwisk nieprzypadkowa, nie do końca wiedział chyba jak ugryźć tą historię. Rozumiem, że to była próba pokazania w innym, mniej przygnębiającym stylu. Dlatego mamy dużo kolorów, bieganinę na plaży, ślub iście góralski z kuligiem i delikatne piosenki w tle (Hozier, Czerwone Gitary, Mikromusic). A żeby było jeszcze bardziej intrygująco, pojawiają się rysowane wstawki pokazujące działanie raka w organizmie. Kłótnie, bezsilność, brak wsparcia – tylko, że jakieś takie nieangażujące, zbyt lightowe. Swoje lęki Benek z Leną piszą sprajem w ciemnym domu albo próbują wykrzyczeć swój ból czy chodzenie od lekarza do lekarza bez nadziei na cokolwiek.

chemia3

„Chemia” także pod względem aktorskim rozczarowuje. I nie jest to wina aktorów, tylko bardzo, BARDZO miałkiego scenariusza. Agnieszka Żulewska z Tomaszem Schuhardtem miotają się na ekranie i próbują wykrzesać emocje z papierowych, niewiarygodnych bohaterów. Tak naprawdę z całej obsady broni się ironiczna Danuta Stenka (dr Sowa) oraz niezawodny Eryk Lubos (ks. Panda, brat Benka), którzy ubarwiają ten film.

chemia4

Chciałbym powiedzieć coś dobrego, ale „Chemia” jest tak słaba i interesująca niczym obrady Sejmu. Wiele krzyku, treść skąpa, a satysfakcja znikoma. Niech pan Prokopowicz zostanie przy zdjęciach, gdyż to mu lepiej wychodzi.

3/10

Radosław Ostrowski

Sufrażystka

Rok 1912 to czasy, gdy w Wielkiej Brytanii kobiety nie miały praw wyborczych oraz pełnych praw obywatelskich. Można rzec, że psa lepiej się traktowało od nich. Jednak musiał przyjść moment, gdy trzeba było powiedzieć dość i wziąć sprawy w swoje ręce, zrzeszając się w konspiracyjny ruch sufrażystek kierowany przez Emmeline Pankhurst. Przypadkowo w ten ruch zostaje wplątana Maud Watts – zwykła pracownica pralni, mieszkająca z synem i mężem. Dlaczego przypadkowo? Miała być tylko słuchaczką przemówienia koleżanki przed premierem Davidem George’m, jednak gdy została ona pobita, Maud sama zeznaje. To początek jej walki, która wywróci jej życie do góry nogami.

sufrazystka1

Produkcja niejakiej Sary Gavron to film ku pokrzepieniu oraz lekcja historii na temat ruchu feministycznego z początku XX wieku. Są to czasy, gdy kobieta musiała spełniać polecenia mężczyzn, zarabiając mniej od nich, nie mając prawa do opieki (samodzielnej) nad dziećmi. I jeśli kobiety miały zawalczyć o swoje, to trzeba było użyć mocnych środków: rzucanie kamieniami w wystawy, demonstracje, wreszcie podkładanie ładunków. Policja jednak nie pozostawała dłużna, stosując różne środki presji – bicie, aresztowania, zmuszanie do jedzenia, odwożenie kobiet prosto pod dom, by mężowie się nimi zajęli. Brzmi ciekawie? Niby tak, ale zwyczajnie film nie angażuje, a nawet zwyczajnie przynudza.

sufrazystka2

„Sufrażystka” niby zgrabnie przedstawia działania ruchu feministycznego, jednak jest to mocno uproszczone i zero-jedynkowe. Jakby tego było mało, wątki związane z życiem kobiet tego czasu, ograniczono do kilku scenek, nie drążąc i nie wykorzystując w pełni potencjału. I pokazać (tylko na jednej osobie) jak wiele trzeba poświęcić oraz jak system doprowadza do tego, że zwykły szarak staje się wojownikiem. Solidnie wykonana robota reżyserki oraz ekipy technicznej – scenografia i kostiumy są dobrze zrobione, muzyka Desplata ładnie przygrywa w tle.

sufrazystka3

Całość byłaby średnio strawną agitką, gdyby nie dobre aktorstwo. Kompletnie zaskoczyła mnie Carey Mulligan, która pozornie wydawała się papierową postacią. Zwykła szara kobieta, która pod wpływem okoliczności staje się niezłomną wojowniczką. A robi to tylko po to, by odzyskać dawne życie, co nie będzie wcale proste. Aktorka bardzo przekonująco pokazała tą przemianę, za pomocą oszczędnych środków. Równie mocna jest Helena Bohnam Carter jako w pełni zaangażowana oraz sprytna aptekarka Edith oraz niezawodny Brendan Gleeson wcielający się w inspektora Steeda, zajmującego się infiltracją sufrażystek. Za to zawiodła mnie Meryl Streep wcielająca się w panią Pankhurst, ograniczając się do wygłoszenia płomiennego przemówienia. Takiej aktorki nie powinno się zatrudniać do tak drobnego epizodu.

sufrazystka4

„Sufrażystkę” należy potraktować tylko i wyłącznie jako kino edukacyjne, które w pobieżny sposób przedstawia problem. Być może będzie czas, gdy o tej walce, której nie był w stanie powstrzymać nawet Sherlock Holmes, powstanie ciekawy oraz bardziej złożony tytuł. Ale na to przyjdzie jeszcze poczekać.

6/10

Radosław Ostrowski

Wstrząs

Wrzesień 2002, Pittsburgh. Miasto utrzymuje się dzięki wsparciu NFL – ligi futbolu amerykańskiego. Sport ten w Stanach traktowany jest niemal na równi z Bogiem, jednak wśród byłych i obecnych zawodników dzieją się dziwne rzeczy. Dostają ataków szału, biorą nadmiar leków, słyszą glosy i w końcu zabijają się. Kiedy w wieku 50 lat umiera znany zawodnik Mike Webster, wielu się zastanawia. Dla miejscowego patologa, dr Benneta Omalu to tylko kolejny pacjent, któremu trzeba przeprowadzić sekcję. Ale nawet on był w szoku, gdy odkrywa przyczynę zgonu – wstrząsy od uderzeń doprowadziły do wyniszczenia mózgu. Po Websterze, pojawiają się kolejni martwi zawodnicy.

wstrzas1

Już ten opis zapowiada, że będzie to kino na ważny temat oraz przedstawiający kolejne starcie z potężną instytucją, mającą ogromne środki, tysiące prawników i wielkie wpływy. Próbujących swoich sił jako reżyser Peter Landesman – scenarzysta świetnego „Wyroku za prawdę”, niestety, potyka się i stworzył film dość nierówny. Z jednej strony jest to niemal klasyczny kryminał z wątkiem sportowy oraz wojną z korporacją. Nie brakuje tutaj faktów, mocnych scen związanych z dziwacznym zachowaniem sportowców, a także klasycznego tuszowania prawdy oraz prób kneblowania ust. Mimo klisz, ten wątek ogląda się nieźle.

wstrzas2

Jednak wątek związany z przyszłą żoną Omalu, zwyczajnie nudzi, jest strasznie melodramatyczny (w zbyt amerykańskim stylu), jakby z innego filmu wzięty i przepełniony banalnymi dialogami, co osłabia siłę tego filmu. Landerman mocno trzyma się faktów, jednak brakuje we „Wstrząsie” emocji i ognia, a próba złapania kilku srok za ogon, musi skończyć się porażką.

wstrzas3

I byłoby tragicznie, gdyby nie cholernie dobre aktorstwo. Will Smith, który został pominięty w oscarowym wyścigu, tworzy bardzo solidną postać troszkę naiwnego, ale prawego lekarza. Może irytować to naiwne podejście do świata, jednak udaje się stworzyć aktorowi wiarygodną postać, co widać w scenie jego zeznań w sądzie jako koronera. Poza nim jednak jest ciekawszy drugi sort, znaczy plan. Najbardziej zapadł mi w pamięć świetny Alec Baldwin jako dręczony wyrzutami sumienia były lekarz sportowy, dr Bailes, stający się wsparciem dla młodego doktorka. Nie sposób nie wspomnieć mocnego Davida Morse’a, który w kilku scenach pokazuje „połamanego” człowieka przez wstrząsy czy będącego mentorem, niezawodnego Alberta Brooksa.

wstrzas4

„Wstrząs” nie jest niczym oryginalnym w materii człowiek vs korporacja, ma kilka mocnych scen i jest dobrze zagrany, ale brakuje jakiego mocnego uderzenia. Nie jest odkrywcze, że dla kasy wiele osób jest w stanie pójść po trupach, jednak przykład „Spotlight” pokazuje, że taki ograny temat można pokazać w ciekawy sposób. Tutaj skończyło się na kilku wstrząsach.

6/10

Radosław Ostrowski

Ja i ty

Lorenzo jest młodym, pryszczatym nastolatkiem, który uwielbia jedną rzecz – samotność i brak kontaktu z innymi ludźmi. Kiedy jego klasa ma uczestniczyć w wycieczce szkolnej w góry, on jako jedyny nie wpłaca pieniędzy. Zamiast tego, ukrywa się w piwnicy domu, gdzie mieszka, planując spędzić tam czas. Wtedy pojawia się przed drzwiami kuzynka Olivia, która wprasza się nieproszona. I tak wbrew woli musi z nią spędzić tydzień.

ja_i_ty1

Ostatni film Bernardo Bertolucciego, który nie trafił do polskich kin, powstał w 2012 roku i jest bardzo współczesną historią z dojrzewaniem w tle. Dwoje outsiderów, którzy niby są rodziną, ale nie znają się zbyt dobrze to ciekawy materiał, dający pole do popisu, a zamknięta przestrzeń zmusza ich do otworzenia się. Narcystycznego chłopaka i dziewczynę-ćpunkę łączy więcej niż się wydaje na pierwszy rzut oka – samotność, słabe relacje z rodzicami i ukrywanie się. Zderzenie tej dwójki musi wywołać silną reakcję, który zmusi ich do weryfikacji swoich postaw. Kompletnie zaskakuje realizacja tego filmu, bardziej przypominająca kino niezależne niż dzieło doświadczonego reżysera – trzęsąca się kamera, nieostre zbliżenia na twarze (scena, gdy Lorenzo przygląda się śniącej Olivii), skupienie się na detalach, pojawiających się na chwile (zniszczenie siedliska mrówek), wplecione piosenki (m.in. The Cure i David Bowie). Nie brakuje mocnych scen, związanych m.in. z głodem narkotycznym czy bójki miedzy naszymi bohaterami, jednak muszę przyznać, iż trudno polubić naszych bohaterów od razu.

ja_i_ty2

Jednak z każdą sceną i rozmową, oboje zaczynają zyskiwać w oczach. Zaczyna się tworzyć nic porozumienia, a nawet sympatii (scena tańca w rytm piosenki Davida Bowie). Grający swoje role Jacopo Olmi Antinori oraz Tea Falco radzą sobie cholernie dobrze, odsłaniając kolejne twarze – od narwanych samotników po szukających bliskości ludzi, trzymając ten film na swoich barkach.

ja_i_ty3

Zgoda, „Ja i ty” to nie jest nic nowego w tematyce kina inicjacyjnego, jednak sposób realizacji nie jest typowy dla Bertolucciego, co daje odrobinę świeżości. Szkoda, że sparaliżowany włoski mistrz raczej nie zrobi już niczego nowego, bo poniżej pewnego pułapu nie schodzi. Solidna robota i tyle.

7/10

Radosław Ostrowski

nadrabiam_Bertolucciego


Marzyciele

Paryż 1968 roku był bardzo gorącym okresem i to nie tylko dlatego, że zbliżało się lato. Odejście dyrektora Paryskiej Filmoteki doprowadziło do zamieszek. To właśnie podczas tych wydarzeń w Paryżu pojawia się amerykański student Matthew. I w tym mieście ucząc się francuskiego i oglądając filmy poznaje rodzeństwo – Theo i Isabelle. Gdy ich rodzice wyjeżdżają na wieś, troje nastolatków zaczyna spędzać coraz więcej czasu ze sobą. Także w sypialni.

marzyciele2

Powracający po kilkuletniej przerwie Bernardo Bertolucci wraca do swoich ulubionych tematów: wchodzenia w dorosłość oraz polityczne tło. To pierwsze interesuje go nawet bardziej, gdyż polityka zostaje zepchnięta na dalszy plan – wspominana jest wojna w Wietnamie i działalność Mao, jednak najważniejsza staje się inicjacja, kinofilia oraz… seksualny trójkąt, który – prędzej czy później – musi się rozpaść. Wszystko toczy się dość spokojnym rytmem, wplecione zostają fragmenty filmów (brawo dla montażysty), które są cytowane i przypominane przez bohaterów, a w tle przygrywa muzyka z lat 60. (Joplin, Hendrix, The Doors – i to niekoniecznie największe przeboje). A co robią nasi bohaterowie? Dyskutują na wszelkie tematy – od kina do polityki, po drodze prowadząc grę, w której odkrywają seks. Nie brakuje odważnych scen erotycznych, jednak wszystko zostało zrobione ze smakiem i bez wulgarności, chociaż nie brakuje nieprzyjemnej atmosfery, gdy nasz trójkąt nie opuszcza domu, jedząc resztki ze śmietnika.

marzyciele1

Finał może wydawać się oczywisty i przewidywalny, jednak „Marzycieli” dobrze się ogląda, co jest zasługą naprawdę dobrych kreacji aktorskich, ze szczególnym wskazaniem na dwójkę: Michael Pitt oraz Eva Green. Oboje młodzi, poszukujący i uwodzący na ekranie swoimi osobowościami, mieszanką niewinności z odrobiną perwersji, nie mogąc oderwać od nich oderwać wzroku. Troszkę blado przy tej dwójce prezentuje się Louis Garrel, co nie znaczy, że jest zły.

„Marzyciele” potwierdzają, że Bertolucci w realizowaniu filmów z zabarwieniem erotycznym nie ma sobie równych. Może nie szokuje tak jak „Ostatnie tango w Paryżu” i ma tej zmysłowości z „Ukrytych pragnień”, jednak pozostaje kawałkiem interesującego, ciekawego kina. Zwłaszcza dla młodego, jednak dorosłego odbiorcy.

7/10

Radosław Ostrowski

nadrabiam_Bertolucciego