Makbet

William Szekspir od zawsze interesował filmowców. Praktycznie każda jego stuka była co najmniej raz przeniesiona na ekran. Nie inaczej było z „Makbetem”, którego najsłynniejszą wersją kinową była ta zrealizowana przez Romana Polańskiego w 1971 roku. Teraz jednak własną interpretację przedstawia Justin Kurzel.

makbet_2015_1

I muszę przyznać, ze ta wersja podoba mi się bardzo. Reżyser stawia na surowy realizm, brud i krew. Imponuje zwłaszcza scenografia i piękne szkockie plenery, spowite mgłą, pełne lasów. Wszystko to tworzy wręcz oniryczny klimat, którzy wyczuwalny jest od początku. To we mgle Makbet walczy ze zdrajcami swojego króla Duncana, to we mgle widzi wiedźmy, co przepowiadają mu przyszłość. I wreszcie we mgle zabarwionej krwią zmierzy się ze swoim przeznaczeniem. Kurzel bardzo starannie dobiera kolory: dominuje chłodna zieleń w scenach leśnych, mocna czerwień podczas scen akcji i zabijania (albo podczas scen w kościele, gdzie jest pełno świec). Dla wielu nadal problemem może być archaiczny (z dzisiejszej perspektywy) dialogi oraz monologi bohaterów, pełne kwiecistego stylu. Dlatego zawsze należy wczytywać się między słowami, by zrozumieć moralne rozterki Makbeta, rozdartego między żądzą władzy a oddaniem prawości.

makbet_2015_2

Imponują świetnie zrealizowane sceny zbiorowe: egzekucja rodziny Makduffa, potyczki, wreszcie ceremonia koronacji w pięknie oświetlonej katedrze. Co jednak najciekawsze jedna scena zmienia kontekst zachowania lady Makbet. Tak, ona nadal popycha męża ku zbrodniczej drodze, ale nawet ona zaczyna się swojego męża bać, przez co pogrąża się w szaleństwie. A otwierająca całość scena pogrzebu dziecka państwa Makbet mogła być katalizatorem obłędu. Kurzel niczym w transie skupia całą swoją uwagę, w czym pomaga świdrująca uszy muzyka oraz bardzo rytmiczny montaż.

makbet_2015_4

Ale tak naprawdę nową wersję bronią też świetni aktorzy. Tym razem Makbet ma aparycje Michaela Fassbendera, który tak płynnie mówi szkockim akcentem (jak cała obsada), jakby to był jego naturalny język. A w oczach ma ten błysk szaleństwa, którego nie można w żaden sposób zignorować. Jednak dla mnie „Makbet” to film Marion Cotillard, która zupełnie inaczej przedstawia postać lady Makbet (interpretację wspomniałem wcześniej). I to ten duet bardzo mocno wybija się z grona zacnej obsady, która solidnie wywiązała się ze swoich zadań.

makbet_2015_3

Justin Kurzel wie jak robić historię z klimatem, a jego wersja „Makbeta”, choć surowa, wnosi duży powiem świeżości. Ogrywa teatralność oryginału, za pomocą klimatycznych zdjęć oraz montażu, przez co nie ma miejsca tutaj na nudę. Ale wymaga w zamian skupienia, uwagi, bo łatwo można przeoczyć pewne detale.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Baby bump

Filmy o nastolatkach to w 90% banalne i naiwne opowiastki ludzi, który ich nie rozumieją, sprawiają wrażenie zwykłego skoku na ich pieniądze, robiąc z nich kompletnych idiotów. Czasami jednak zdarzają się dość udane próby takie jak „Wyznania nastolatki” czy „Cudowne tu i teraz”. Do grona takich ambitnych opowieści o dojrzałości próbuje dołączyć „Baby bump” zrealizowany przez Kubę Czekaja.

baby_bump1

Bohaterem tego dzieła jest niejaki Mickey House – młody chłopak wychowywany przez Mamuśkę. Wiadomo, że ma problemy z dojrzewaniem, bo słyszy głosy. A dokładnie jeden głos, należący do animowanej myszy, niejakiej Jerba Mouse. Fabuły jako takiej tu nie ma, ale największym problemem chłopca są nienaturalnie długie uszy, które odrastają i wyrastają. Żeby było jeszcze mało kłopotów, to handluje moczem w szkole, która jest poddawana ostrzejszym kontrolom na obecność narkotyków. I jeszcze zaczynają szaleć hormony, przez co mu staje (pewien wiadomy organ), zwłaszcza gdy ma przed oczami jej piersi oraz myszkę (swojej mamuśki). Jeśli jeszcze do tej pory, nie poczuliście wstrętu, to w trakcie seansu będziecie mieli. Od samego początku towarzyszy nam poczucie schizofrenii – bohaterowie mówią polskim i angielskim językiem, w tle widzimy (pisane po angielsku) teksty piosenek przewijających się w tle, przez co mamy poczucie kompletnej dezorientacji.

baby_bump2

Dodatkowo jeszcze jest kompletnie odrealniona rzeczywistość, co podkreślają sceny choćby w szkole. Tam są duże bramki na metal, kręcą się gliniarze (jeden z nich niejaki porucznik, któremu coś wyje ze spodni) – wszystko jest tutaj przerysowane, wyolbrzymione. Tylko ja mam jedno pytanie: o co tu k****a chodzi? Mam pewne przypuszczenia, ale im dalej w las, tym mniej w tym wszystkim sensu. Mamy cmentarz, palenie ubrań, dziki seks porucznika z Mamuśką, zabijanie kury i wielkie jajo wzięte z ciała Mickeya, seks-rozmowy Mamuśki z szefem. Wszystko to zrealizowane wręcz obłędnym montażem i w rytm alternatywnej muzyki, przypominając senny koszmar. I na co jeszcze te sceny z usuwaniem sobie uszu czy niszczeniem żeńskich organów płciowych (!!!) na ciele House’a za pomocą kombinerek plus – jakby było mało obrzydliwości – wyrywanie penisa (fuj!!).

baby_bump3

Wygląda to jak podróbka Davida Cronenberga podlana obscenicznym językiem Kevina Smitha. Tylko, że pod tym obrzydliwościami u tych twórców było drugie dno. Ja u Czekaja widzę tylko dno, pozbawione jakiegokolwiek sensu. Owszem, wygląda to niesamowicie, ale samo w sobie jest pustą wydmuszką. Aż strach pomyśleć, co pokaże Czekaj w „Królewiczu Olchu”. A dla takiego wyjątkowego filmu, ocena też będzie wyjątkowa.

2/10

Radosław Ostrowski

Spotkanie

Walter Vale od wielu lat mieszka w Connecticut, gdzie pracuje jako wykładowca akademicki. Mieszka sam, próbuje nauczyć się gry na fortepianie (umiała to jego zmarła żona) – taki zwykły szaraczek, znużony i zmęczony życiem. Więc niechętnie zgadza się na przyjazd do Nowego Jorku na konferencję naukową. Tym większe jest jego zdumienie, gdy odkrywa, iż jego nowojorskie mieszkanie zostało już zamieszkane. Lokatorami jest młode małżeństwo nielegalnych imigrantów – Tarek i Zainab. Pozwala im zamieszkać, co ma mocny wpływ na jego życie.

spotkanie1

Thomas McCarthy jest jednym z uważnych obserwatorów codziennego życia ludzkiego. Potwierdził to debiutanckim „Dróżnikiem” i kolejnymi tytułami, gdzie pozorny brak tempa pozwala uważniej przyglądać się ludziom oraz ich życiu. Tu mamy powtórkę schematu z debiutu – skryty i nieufny człowiek poznaje obcych sobie ludzi, którzy wnoszą kolor do swojego życia i zmuszają do przewartościowania pewnych rzeczy. Nie inaczej jest tutaj, tylko ze tutaj tymi innymi są imigranci, marzący o stabilizacji oraz spokojnym bytowaniu w USA. W czasach, gdy ciągle mówi się o terroryzmie, a inność wywołuje strach, przerażenie, nienawiść. Czy w takiej sytuacji jest szansa na przeskoczenie tych barier? Tutaj reżyser pokazuje dwie ścieżki – empatia oraz muzyka. Życzliwość nie kosztuje byt wiele, chociaż dla wielu osób może być ciężkim wysiłkiem, a muzyka jest językiem międzynarodowym, zrozumiałym dla całej ludzkości, nawet jeśli jest to afrykański bębenek. To pozwala wejść w kompletnie inny, ale tak bardzo znany świat. Ta interakcja ubarwia i wnosi sporo ciepła do filmu, aż do punktu krytycznego – aresztowania Tareka.

spotkanie2

Wtedy następuje brutalna konfrontacja z zimnym światem urzędnika, dla którego człowiek jest kartką papieru, numer w ewidencji, nikim. Chłodne pomieszczenia, niemal mechaniczne odpowiedzi człowieka za okienkiem, to budzi poczucie strachu i bezsilności. Mimo tych zdarzeń, reżyser nie porzuca bohaterów, sympatyzuje z nimi i daje nadzieję. Na nowy początek, może na nową miłość, nowe życie. A od czego to zależy? Przesłanie jest proste, ale brzmi wiarygodnie, bez fałszu.

spotkanie3

Pewna ręka McCarthy’ego jest bardo widoczna w grze aktorskiej. I po raz pierwszy w główniej roli ma szansę wykazania się Richard Jenkins – aktor charakterystyczny, chociaż niepozorny. I taki jest jego Vale – skromny, cichy, wycofany, bardzo powściągliwy. Trudno nazwać to, co robi życiem, raczej jest to wegetacja, zamknięcie w kokonie, a wszystko to pokazuje swoją mową ciała oraz oczami. Wszystko tam widać, tylko trzeba skupić się. Jeszcze warto docenić wcielających się w parę Haaa Sleimana (Tarek) oraz debiutującą Danal Gurirę (Zainab), którzy sprawili wielką przyjemność.

„Spotkanie” to kolejny przykład pozornego, ale pełnego emocji kina, pełnego sympatii i ciepła, chociaż nie unikających trudnych tematów. Każdy z nas musi podjąć walkę o swoje szczęście, chociaż nie ZAWSZE jest to łatwe.

7,5/10

Radosław Ostrowski

33

2010 rok dla Chile był bardzo ważny, chociaż nikt tego się nie spodziewał. W małym miasteczku Copiaco mieszkają górnicy, którzy dojeżdżają do San Jose, gdzie jest kopalnia złota. Jednego październikowego dnia dochodzi do tąpnięcia i jedyne wyjście zostaje zablokowane. 33 górników zostało w pułapce, czekając na pomoc i praktycznie zdani tylko na siebie. Jednak po 69 dniach zostają wyciągnięci cali i zdrowi.

33_2

Brzmi jak bajka stworzona przez jakiegoś nawiedzonego hollywoodzkiego scenarzystę. Ale to wszystko wydarzyło się naprawdę i trzeba było czekać pięć lat na realizację filmu o tym niezwykłym cudzie. Reżyser Patricia Reggan stara się chwycić za serce tego pozornie klasycznego filmu katastroficznego zmieszanego z dramatem. Ale jeśli spodziewacie się wiernej rekonstrukcji w skali jeden do jeden, to jej nie otrzymacie. Za to będzie sporo wzruszeń, konfliktów oraz walki. Żeby jednak nie było to pokazane tylko z jednej strony, czyli utkniętych górników, widzimy też ich rodziny stojące przed kopalnią oraz ekipę ratunkową kierowana przez ministra górnictwa, by poprawić notowania obecnych władz. Trudno odmówić klimatu klaustrofobii, co spowodowane jest niemal pozbawionym światła kopalni po zawaleniu. Każdy z bohaterów (nie w pełni wyraziście zarysowany) musi zmierzyć się z głodem, wątpliwościami, ale też swoimi kolegami (racjonalizacja jedzenia, pretensje do właścicieli za zaniedbania) oraz dalszym, nieznanym losem.

33_3

Nawet jeśli te wzruszenia i emocje są budowane prostymi środkami (szczere rozmowy, motywacje, wyobrażony w głowie ostatni posiłek z najbliższymi czy suspens związany z wiertłami), to nie miałem wrażenia stosowania szantażu czy manipulacji. Muszę jednak stwierdzić, że pewne rzeczy zostały podkoloryzowane. Są oskarżenia o pewne niedopatrzenia, ale nie zostają wyraziście nakreślone, bo trzeba skupić się na ocaleniu górników. Równie sama katastrofa wygląda dość spektakularnie i zrealizowane jest to bardzo solidnie.

33_1

I widać, że bohaterowie są dość papierowi, ale aktorzy dają im życie oraz barwy. Każdy z nich ma kogoś, kto czeka na nich, ma niezałatwione sprawy i urazy wobec bliskich (Dario). I z tego grona najbardziej wybija się Antonio Banderas w roli, niejako mimowolnego przywódcy grupy, Mario Sepulveda, dając tyle ognia i iskry, że już bardziej się nie dało tego zrobić. Drugą wyrazista postacią jest minister (Rodrigo Santos), który miał się tylko przyglądać, ale pod wpływem tłumu zaczyna angażować się i walczyć o ocalenie. Zawsze miło jest zobaczyć także Gabriela Byrne’a (inż. Andre Sougarret) i Juliette Binoche (Maria), chociaż są tylko tłem.

33_4

I muszę przyznać, że mimo hollywoodzkiego sznytu, „33” dobrze się ogląda, chwyta za serducho. Kilka scen na pewno zostanie w pamięci, mimo dość prostego schematu oraz przebiegu wydarzeń. Bo pozostawia jedno, ważne pytanie: co ja bym zrobił uwięziony kilkaset metrów pod ziemią? Z dala od bliskich, bez kontaktu i praktycznie bez szansy na ocalenie. Powiedzcie mi.

7/10

Radosław Ostrowski

Śnieżny ptak

Rok 1988. Kat Connors jest młodą, 17-letnią dziewczyną mieszkającą z ojcem. ma już chłopaka, z którym już poszła do łóżka, budzą się hormony i ulega im. jej spokojne życie zmienia się, gdy jej matka tak po prostu znika bez wieści. i to zdarzenie odbija się mocnym echem na jej życiu.

ptak2

Gregga Arakiego, reżysera tego filmu znałem tylko ze słyszenia. Cała historia toczy się na przestrzeni dwóch lat i skupia się na Kat – więc wydaje się, że to typowy film o budzeniu się kobiety w ciele nastolatki. Dlatego niejako zagadka związana z zaginięciem Eve jest tylko pretekstem do tej opowieści. I jest to dość zgrabnie wygrywane, za pomocą przeplatających się retrospekcji. Wszystko jest konsekwentnie trzymane w stylistyce lat 80., czyli barwnych strojach, muzyce pokroju The Cure, Depeche Mode itp. Nie ma jednak tutaj popisywania się znajomością konwencji kryminału, tylko bardziej psychologiczny dramat. Kluczowe w interpretacji wydają się sny Kat, pełne śniegu i niepokoju, opowiadane podczas rozmów z terapeutką. Jednak ciągle zagadka zniknięcia intryguje w tle, a ja próbowałem to rozgryźć ze strzępków wspomnień, rozmów z przyjaciółmi. Aczkolwiek rozwiązania domyśliłem się pod koniec, to zakończenie uważam za satysfakcjonujące.

Dalej mamy klasyczne sceny z inicjacyjnych opowieści – pierwsze spotkanie z chłopakiem, pierwszy seks, pierwszy seks ze starszym facetem, szybkie odkrycie pożycia małżeńskiego rodziców oraz pewnych tajemnic alkowy. Reżyser stopniowo odkrywa karty, trzymając niemal w napięciu do końca. Finału wam nie zdradzę, to sami zobaczycie.

ptak1

Poza oniryczną oprawą audio-wizualną film dźwiga na sobie Shailene Woodley i jest znakomita jako Kat. Z jednej strony nieposkromiona seksualnie dziewczyna, świadoma swojej wartości, z drugiej bardzo delikatna i maskująca swoją wrażliwość maską obojętności. Drobnym spojrzeniem jest w stanie wygrać lęki oraz niepokoje nastolatki. Za to kompletnie inna jest Eva Green jako jej matka – posągowo piękna, ale uwięziona w klatce duszącego ją małżeństwa. I to doprowadza ją do stanu obłędu, a zachowanie staje się wyzywające, nieracjonalne (w prześwitującej koszuli nocnej przyłapuje córkę z chłopakiem, podgląda ją w łazience) i zagrane na bardzo cienkiej granicy między teatralnością a realizmem. To te dwie panie dominują nad ekranem, spychając pozostałą obsadę (świetny Christopher Meloni jako ojciec i dobry Thomas Jane w roli detektywa) na dalszy plan.

ptak3

Z jednej strony dramat o budzącej się seksualności, z drugiej dreszczowiec z tajemnicą, która trzyma w zaciekawieniu do samego końca. Araki pewnie skręca w stronę oniryzmu, zagadki oraz wchodzeniu w dorosłość. Mocna i piękna rzecz.

7/10

Radosław Ostrowski

Chłopaki z sąsiedztwa

South Central to czarna dzielnica Los Angeles i tutaj przybywa Tre. Już jako dziecko wysłała go matka do ojca, Furiosa. Siedem lat później nadal trzyma z dwoma kumplami – braćmi Doughboya i Ricka. Obydwaj mają na bakier z prawem, ale ten drugi przynajmniej próbuje wyrwać się ze swojej dzielnicy. Tre też stara się unikać kłopotów i wyrwać się, w czym pomóc mogą studia. I jest też pewna dziewczyna.

chlopaki_z_sasiedztwa3

Pozornie debiut Johna Singletona jest próbą opowiedzenia o życiu czarnych w swojej dzielnicy, niczym Spike Lee. Jednak nie próbuje tworzyć szerszego obrazka, tylko skupia się na kilku postaciach: Tre, Doughboyu, Ricku, poruszającym się na wózku Chrisie i zajmuje się niemal kronikarską obserwacją. To zbiór scenek, pozornie niepowiązanych mocno żadną fabułą. Przyglądamy się młodym ludziom oraz ich rozmowom: o tym, kogo przelecieli, co odkryli w więzieniu oraz ich planach na przyszłość. Tylko co może osiągnąć chłopak z getta, gdzie śmierć może sięgnąć każdego pod wpływem fałszywie rozumianej dumy? Wszystko jest tutaj jednak pokazane w sposób mocno zero-jedynkowo: dobry nauczyciel, pomagający Rickowi skontrastowany jest z czarnoskórym gliniarzem-rasistą. Mamy rozwiedzionych i żyjących swoim życiem rodziców Tre, cwaniakującego i zgrywającego twardziela Doughboya oraz mniej rozgarniętego, ale uczciwego Ricky’ego.

chlopaki_z_sasiedztwa2

Te kontrasty mogą wydawać się silnym uproszczeniem, ale są jednak mocne sceny zapadające w pamięć. To te pokazujące bezsensowną przemoc, która nakręca wszystkich i doprowadza do wzajemnego mordowania się członków tej samej społeczności czy wypowiedzi „Furiosa” – oczytanego i inteligentnego faceta, próbującego być kimś w rodzaju mentora.

chlopaki_z_sasiedztwa1

Singleton stara się nie słodzić, ale nie potrafi uniknąć łopatologii, zwłaszcza pod koniec filmu. Także sceny opisujące związek Tre z Brandi są okraszone odrobinę przesłodzoną muzyką. Także sam Tre (całkiem niezły Coba Gooding Jr.) wydaje się mało ciekawą oraz ledwie zarysowaną postacią, ograniczoną do roli obserwatora, jedynie pod koniec pozwalając mu wejść w poważniejszy konflikt. Bardziej wyrazisty pod tym względem jest raper Ice Cube w roli Doughboya. Wyszczekany, twardy facet, skupiony tylko na sobie początkowo budzi respekt i ciekawość, ale pod tym wszystkim wyczuwa się strach, co widać pod koniec. Równie ciekawy jest Morris Chestnut (Ricky) oraz świetny Laurence Fishburne, oddający charakter surowego, ale kochającego ojca, stającego się przewodnikiem, mentorem i przyjacielem, a scena przed billboardem to prawdziwa perełka.

chlopaki_z_sasiedztwa4

Singleton na początku swojej drogi próbował jeszcze zmierzyć się z tą konwencją opowiadania, by potem pójść w stronę czystego kina gatunkowego oraz rzemiosła. „Chłopaki…” mimo lat pozostają mocnym i ciekawym dramatem obyczajowym z elementami sensacji w tle. O tym, jak ciężko jest wyjść z piekła oraz poszukiwać innego, lepszego świata.

7/10

Radosław Ostrowski

Garderobiany

Ronald Harwood to jeden z najbardziej znanych brytyjskich dramaturgów oraz scenarzystów filmowych. Rozgłos przyniosła mu sztuka „Garderobiany” oparta na jego własnych doświadczeniach podczas pracy z wybitnym aktorem szekspirowskim, sir Donaldem Wolfitem. Już w 1983 roku na duży kinowy ekran przeniósł tekst Peter Yates, obsadzając w głównych rolach Alberta Finneya oraz Toma Courtneya. Ale w zeszłym roku brytyjska telewizja postanowiła jeszcze raz zmierzyć się z tekstem Harwooda.

garderobiany2

Przenosimy się do Londynu podczas II wojny światowej – czasu, gdy młodzi aktorzy poszli walczyć za kraj, a ich miejsce zajmują znacznie starsi koledzy po fachu. Jednym z takich weteranów jest Sir, który ostatnimi czasy nie jest w najlepszej kondycji fizycznej. Wypisuje się ze szpitala, by pójść wieczorem na spektakl „Króla Leara”, wspierany przez garderobianego Normana. I wtedy zaczyna walka o realizację spektaklu do końca.

Richard Eyre poszedł po wydawałoby się najprostszej linii oporu, przenosząc niemal całą akcję do garderoby Mistrza oraz korytarzu teatralnym. Tutaj widzimy walkę Mistrza o swoją godność, pamięć oraz sztukę. Teatr tutaj jest jedynym sensem życia dla takiego aktora jak Mistrz – zmęczonego, cierpiącego na zaniki pamięci, przerażonego i bezradnego. I wtedy na scenę niejako wkracza Norman. Niby garderobiany, lubiący sobie popić z piersiówki, opowiadający o swoich przyjaciołach, którzy wiele przeszli. On właśnie staje się siłą napędową, kierującą Mistrzem do chwili sławy, nieśmiertelności, o której marzy każdy aktor. Jednak by tego dokonać, trzeba się w tym zatracić się.

garderobiany1

Brzmi prawie jak „Czarny łabędź”? Troszkę w tym jest prawdy, potwierdzonej przez znakomite dialogi, podkreślające złożone charaktery naszych bohaterów, tłumiących poczucie zazdrości, bezsilności, bycia w cieniu wobec talentu wielkich osobistości. Prawda jest tak, że bez ludzi nie widocznych na scenie, czyli garderobianych, techników, inspicjentów aktorzy byliby nikim. Ta skromna zażyłość jest widoczna w scenach spektaklu, gdzie osoby te starają się o wywołanie efektu burzy.

garderobiany3

Do tego znakomite role Anthony’ego Hopkinsa oraz Iana McKelllena, którzy moim zdaniem przebili duet Finney/Courtney. Hopkins w roli Mistrza magnetyzuje swoją charyzmą oraz gwałtownymi zmianami: od pewności siebie po zwątpienie i ból. Wszystko to pokazane bardzo przejmująco i aż do szpiku kości wręcz. McKellen jest bardziej powściągliwy i mniej „gejowski” od Courtneya, dla którego uznanie od Mistrza to jedyny sens jego życia. Dlatego tak bardzo schlebia swojemu idolowi, wspiera go w najtrudniejszym momencie. Los obydwu panów jest zależny od nich nawzajem, jedna strona bez drugiej nic nie znaczy. Równie wspaniała jest Laura Linney w roli Jaśnie pani – aktorki żyjącej w cieniu swojego męża, czyli Mistrza, a scena jej wypowiadanych żali to majstersztyk.

garderobiany4

Jeśli kochacie teatr i wielkie aktorstwo, to „Garderobiany” da wam to wszystko w nadmiarze. Tak, jest on statyczny, wyciszony, bez galopującej akcji, ale i tak nie można oderwać od niego wzroku, jest napięcie oraz definicja tej profesji. Ale to już sami zobaczycie, jeśli wam na tym zależy.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Rzeka ocalenia

Jesteśmy w małym miasteczku leżącym gdzieś na pograniczu amerykańsko-kanadyjskim. Jest to mała okolica, gdzie ludzie żyją dość spokojnie, wiążąc koniec z końcem. Kimś takim jest też Ray – samotna matka z dwójką dzieci. Ojciec poszedł zaszaleć, gdyż jest nałogowym hazardzistą i znów go wcięło. I to przed świętami Bożego Narodzenia. Przypadek, a właściwie kradzież samochodu, doprowadza do nawiązania znajomości z Lilą – Indianką, zajmującą się przemytem ludzi.

rzeka_ocalenia1

Courtney Hunt tak naprawdę zrealizowała pełnokrwisty dramat, a nie rasowy kryminał, jak można było się spodziewać. Najważniejsze są tutaj losy naszych bohaterek, które nie potrafią spełnić swoich marzeń w sposób uczciwy. Dlatego panie chcąc związać koniec z końcem, by spłacić długi lub odzyskać swojego dzieciaka, zabranego dawno temu. I jeszcze jest zima, która potęguje poczucie beznadziei, depresji. Troszkę klimatem przypominało „Do szpiku kości”, które też działo się w małym miasteczku, też była tajemnica oraz aura beznadziei i walki mimo wszystko. Walki o przetrwanie i utrzymanie się na powierzchni. Sam scenariusz to bardziej obserwowanie otoczenia oraz krótkie, aczkolwiek intensywne sceny przemytu. Od połowy atmosfera robi się coraz gęstsza, m.in. dzięki nie do końca racjonalnemu zachowaniu. Bo żeby zostać torbę tylko dlatego, że przemyca się parę Pakistańczyków (wiadomo, każdy ciapaty to potencjalny terrorysta, a może mieć ze sobą bombę) – ok, rozumiem, spanikowała. Pewnie wiele osób by tak pomyślało, ale to wyglądało po prostu fałszywie i nieprzekonująco. Tak samo jak finał, gdzie… a nie, tego wam nie zdradzę.

rzeka_ocalenia2

Troszkę niepewny scenariusz, reżyseria dość konsekwentna, jednak bardzo wolne tempo oraz dość monotonne sceny działają nużąco. I tak naprawdę, gdyby nie świetna Melissa Leo film rzuciłbym w diabły. Ray w jej wykonaniu to zdesperowana kobieta, walcząca niemal ze wszystkimi – podłym losem, starszym synem nie do końca posłusznym. W oczach widać ból, bezsilność, ale i determinację. Nawet jeśli miałoby to kosztować życie. Drugą taką postacią jest Lila (mocna Misty Upham) – pozbawiona dziecka kobieta. Obie wiele przeszły i dostały mocno po dupie od życia, ale nie poddają się, mają tą drobną iskierkę nadziei, że jeszcze będzie lepiej. Być może dlatego między nimi czuć tak silną chemię, która wybija film od reszty.

rzeka_ocalenia3

Nie jest to film łatwy, lekki i przyjemny, tylko kolejny portret Ameryki jako „kraju nie dla starych ludzi”. Widziałem takich tytułów wiele, ale i ten potrafi chwycić za gardło. Szkoda, że robi to dopiero w drugiej połowie.

6/10

Radosław Ostrowski

Skutki miłości

Titta Di Girolamo jest pozornym, niewyróżniającym się panem w średnim wieku, mieszkającym w szwajcarskim hotelu. Rozwiódł się z żoną, ma troje dzieci, które nie chcą mieć z nim niczego do czynienia. Prowadzi dość spokojne, monotonne życie jako posłaniec mafii, dostarczający ich pieniądze do banku i oddając się narkotykom (wstrzykuje je sobie raz na tydzień). I tak już od kilku lat, aż przyjeżdża do niego brat. Wtedy spokojne życie zostaje wywrócone do góry nogami.

skutki_mioci1

Z Paolo Sorrentino jest mi troszkę pod górkę – na pewno to ciekawy reżyser, który nie zawsze jest w stanie skupić moją uwagę do samego końca. Wie, jak posługiwać się montażem, by nadać odpowiednie tempo, ale nawet to nie zawsze jest w stanie zamaskować nudy. Dopiero przy „Boskim” doszło do przełomu, co skłoniło mnie do uważniejszego przejrzenia się dorobku Włocha. „Skutki miłości” z 2004 roku to mieszanka dramatu psychologicznego z kryminałem. Najważniejszy jest tutaj Titta – skryty, tajemniczy, małomówny, ale zawsze obecny. Pozornie nudny i nieciekawy, okazuje się niepozbawionym sprytu i wrażliwości bandytą, schowanym w pancerzu obojętności. I wszystko to znakomicie pokazuje Toni Servillo, grający tą rolę.

skutki_mioci2

Wielu jednak może odstraszyć dość wolne tempo, które jednak zostaje w paru miejscach podkręcone szybkim montażem oraz niemal oniryczną elektroniczną muzyką. Dodatkowo jeszcze akcję w finale, gdzie poznajemy przyczyny dramatycznej decyzji Titty, zmieniającą nasze nastawienie do tej postaci. Dodatkowo w wielu scenach montaż działa na korzyść – czy to w scenach w banku, zwykłym kładzeniu się spać (kamera wtedy jest niejako na głowie Titty) czy podczas oczyszczania krwi. To tworzy dość odrealnioną aurę, której nie jestem w stanie opisać słowami.

skutki_mioci3

„Skutki miłości” to dziwaczne kino dla tych, którzy liczą na czystą sensację czy produkcję stricte artystyczną. Połączenie tych estetyk skupiło uwagę podczas festiwalu w Cannes, chociaż jest to dzieło wymagające skupienia. Wtedy odpłaca się z nawiązką, dając ogromną satysfakcję – jakby sama gra Servillo nie była wystarczającą rekomendacją. I ten finał, który mnie chwycił za gardło. Dla poszukiwaczy nieoczywistości.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Intruz

Tytułowym „intruzem” jest John – młody chłopak, który wychodzi z poprawczaka. Jest wychowywany przez ojca, wprowadza się do jego domu, gdzie mieszka także z bratem. Blond włosy chłopiec także wraca do szkoły, jednak jest traktowany jako obcy.

intruz1

Debiutujący na dużym ekranie absolwent łódzkiej filmówki, czyli polski reżyser Magnus von Horn zrobił iście skandynawski dramat. Pamiętacie taki film „Polowanie” z Madsem Mikkelsenem? Tutaj reżyser próbuje stworzyć podobną aurę zaszczucia, stawia pytania o genezę zła. Jeśli jednak myślicie, że będzie to zapodane w łatwy i przystępny, zapomnijcie o tym. Ujęcia są długie, tempo jest bardzo powolne, a karty odsłaniane stopniowo. Na szczęście, pojawiają się pewne poboczne watki związane z bratem Johna, jego chorym dziadkiem. To jednak drobiazgi, a całość jest strasznie duszna, wręcz nieprzyjemna. Wiele scen i ujęć pokazuje sytuacje poza kadrem (pobicie Johna w nocy czy zastrzelenie psa), a czasami jesteśmy bardzo blisko bohatera. Ale w tym chłodnym stylu jest metoda, gdyż kilka scen jest tak intensywnych, naszpikowanych emocjami, że nie wiedziałem, co się tak naprawdę stanie. Tak było w finale, gdy bohater odwiedza kobietę ze strzelbą w ręku.

intruz2

John (fantastyczny Urlik Montier) to trudna w ocenie postać – przez większość czasu jest wyciszony, spokojny, małomówny, niemal delikatny. Gdy jednak pojawia się szansa na bliższą relację, przypomina wystraszone zwierzę, które zaczyna atakować. Zaczyna wtedy krzyczeć, nawet bić, chociaż wydaje się, że sytuacja jest opanowana. Ale mieszkańcy pamiętają zło wyrządzone przez Johna – jego obecność staje się wyrzutem, przypominającym najgorsze. Dlatego reakcje uczniów w klasie mnie nie dziwią, ale z tego grona jest ktoś zainteresowany chłopcem. To Malin (intrygująca Loa Ek), ale i ona w końcu się odwróci – strach i lęk jest silniejszy. Nawet ojciec (Mats Blomgren) nie do końca wie, jak się zachować, trzyma się na dystans.

intruz3

To nie jest łatwe, lekkie i przyjemne kino, ale „Intruz” ma w sobie coś takiego, że nie pozwala o sobie zapomnieć. Jest jak zadra, która zostaje. Do „Polowania” niewiele zabrakło, jednak skandynawski klimat zachowano. I dla niego warto się zmierzyć z tym tytułem.

7/10

Radosław Ostrowski