Wszystkie nieprzespane noce

Powiedzmy, że cała fabuła skupia się na niejakim Krzyśku. Facet niedawno rozstał się z dziewczyną i razem z Michałem spędzają czas od imprezy do imprezy, od domówki do domówki. Tańczą, piją, rozmawiają o wszystkim i o niczym, a za oknami Warszawa nocą. Ten lipny dokument Michała Marczaka, chyba miał stanowić portret młodych ludzi. Miasto tętni nocnym życiem niczym niekończąca się impreza, gdzie przyglądamy się ludziom kompletnie jakby oderwanym od rzeczywistości. Bo gadają o pierdołach, czyli swoich lękach, rozważaniach nad życiem, związkach. Nie mogłem odnieść wrażenia, że słucham totalnego bełkotu oraz takich banałów, że głowa mała. Niby chcą coś osiągnąć, a nie mogłem pozbyć się wrażenia wodolejstwa i gadania kocopołów.

nieprzespane_noce1

Marczak ogranicza się do fotografowania i obserwowania młodych ludzi, którzy… no właśnie. Dla mnie to postacie ledwo zarysowane, nijakie, skupione tylko na swoich potrzebach (Krzysiek) i gadający nudne banały (monolog na początku czy rozmowa o oddechu i 20 tysiącach papierosów), ale jednocześnie jest w tym coś, co miejscami było w stanie mnie zahipnotyzować. Tylko, co z tego wynika? Nie brakuje bezczelności, bezpruderyjnej golizny (scena z dziewczyną udającą lekarkę niczym z filmu porno), narkotyków (śladowe ilości), do tego kompletna muzyczna mieszanka pełna alternatywnych brzmień, elektroniki, dająca rytm ścinkom montażowym. Jest kilka scen kompletnie magnetyzujących (finałowy taniec na środku ulicy, gdzie jadą sobie pojazdy, a w tle grają „Żółte kalendarze” czy impreza na plaży z Caribou w tle), tylko że to się nie łączy w żadną całość. Szczątkowy scenariusz zaczyna się sypać, a liczy się tylko i wyłącznie zapis chwili, tu i teraz.

nieprzespane_noce2

Tylko jedno pytanie siedzi w mojej głowie: dlaczego nie kupuje tej wizji świata jaką serwuje Marczak? Czemu wydaje mi się pretensjonalna, pusta i pozbawiona czegokolwiek, poza muzyką oraz stroną formalną? Bardzo mierzi mi tutaj brak scenariusza, brak jakiejś myśli związanej z tym filmem. To zdecydowanie nie moja bajka, która nie oferuje absolutnie nic. Może następnym razem się uda.

nieprzespane_noce3

5/10

Radosław Ostrowski

Olej Lorenza

Prawdziwa historia, która daje do myślenia to coś, czego filmowcy szukają od zawsze. Tak się zdarzyło w poruszającym dramacie z 1992 roku. Film ten opowiada o zwykłej rodzinie, stającej przed ekstremalnym doświadczeniem. Państwo Odine są normalną, spokojną rodzinę. On jest finansistą, ona humanistką i razem wychowują swojego syna Lorenza. Ale ich życie wywraca się do góry nogami przez swojego syna. A dokładniej jego chorobie, która coraz bardziej go niszczy: niekontrolowany gniew, małomówność, wreszcie całkowity paraliż oraz brak świadomości. Lekarze są bezlitośni: ALD, na które cierpi chłopiec jest nieuleczalne i zostały tylko dwa lata życia. I teraz pojawia się pytanie: poddać się i czekać na nieuniknione, czy spróbować oszukać przeznaczenie?

olej_lorenza1

Przeżyłem szok, gdy dowiedziałem się, ze za to skromną, delikatną, lecz poruszającą historią stoi George Miller –  twórca kultowego „Mad Maxa”. Wydawałoby się, ze doświadczenia wzięte z wyprawy po postapokalitycznych pustkowiach nie będzie pasowała do stonowanego i bardzo kameralnego dramatu. Miller (z wykształcenia lekarz) zainteresował się tą historią i pokazał troszkę inne oblicze. Niczym zawodowy kronikarz, etap po etapie, pokazuje ile może zdziałać upór oraz determinacja. Nie stawia jednak na efekciarstwo czy stosowanie emocjonalnego szantażu, gdyż bardzo łatwo można było manipulować. Kolejne desperackie próby, działania na własną rękę (szperanie w bibliotekach, analizowanie, organizowanie naukowego sympozjum) – trudno nie podziwiać tej walki o życie. Choroba nie była dokładnie znana, więc nikt nie był w stanie przewidzieć efektów tych działań, przenosząc się z jednej rozmowy do drugiej oraz przeskakując w czasie. Co może wielu wkurzyć i sprawiać wrażenie poszarpanego tworu. Nic z tych rzeczy. Miller pewnie opowiada i trzyma za gardło, a jednocześnie wierzy w to, ze w pewnych okoliczność ludzie nauki są w stanie wznieść się ponad egoistyczne zapędy oraz walkę o uznanie dla większego dobra (finał z psami).

olej_lorenza2

Jednak cały czas twórca pozostaje z rodziną Odine – skupiając się zarówno na ich determinacji, ale też i chwilach zwątpienia. Matka (wspaniała Susan Sarandon) ma w sobie tyle siły, jakiej nikt by nie podejrzewał, jednak w tym poświeceniu bywa bardzo ostra i nieczuła wobec innych, a krytykę swoich działań (czytanie książek dla syna, zwalnianie pielęgniarek z różnych powodów) odbiera jako osobisty atak. Bardziej rozsądny, chociaż powściągliwy w okazywaniu emocji jest ojciec (rewelacyjny Nick Nolte – ten włoski akcent, perełka!!!). Jak sam mówi – prosty człowiek stawiający proste pytania, zachowujący zdrowy rozsądek do końca. Podchodzi do sprawy racjonalnie, szukając naukowej odpowiedzi. Stąd odwiedzanie biblioteki (mocna scena, gdy we śnie znajduje odpowiedź), rozmowy z naukowcami i szukanie kontaktów, wsparcia. Oboje tworzą bardzo mocną komitywę, ale trudno nie zapomnieć samego Lorenza (Zack O’Malley Greenburg) oraz jego ciągły stan pogarszania zdrowia – nie czuć tutaj fałszu.

olej_lorenza3

Miller pokazuje swoją bardzo wrażliwą stronę jako człowieka nie bojącego opisywać dramatów zwykłych ludzi. Świetnie wyreżyserowane i zagrane kino, pełne emocji, siły oraz wiary. Dające wiele nadziei oraz motywacji do walki ze światem, nawet jeśli wydaje się ona bezcelowa.

olej_lorenza4

8/10

Radosław Ostrowski

Moonlight

Ponieważ w zeszłym roku Oscary (i nominacje) były do bólu rasistowskie, dające pole tylko białym twórcom, to w tym roku dla balansu postanowiono docenić czarnoskórych artystów i filmy opowiadające o czarnych, dla czarnych oraz z czarnymi w roli głównej. A sama jakość filmu pozostaje zepchnięta na dalszy plan, jakby pochodzenie oraz tematyka były kwestią najważniejszą. Skąd ten gorzki wniosek? Ano po obejrzeniu debiutanckiego filmu Barry’ego Jenkinsa.

moonlight1

Cała historia skupiona jest na Chironie, rozbijając ją na trzy akty. Pierwszy to dzieciństwo (wtedy nazywany jest „Małym”), drugi to okres licealny (i jest tym Chironem), by w trzecim akcie (jako dorosły człowiek) zmienić się w „Blacka” – gangstera zajmującego się dilerką. Jesteście zaskoczeni tym tokiem opowieści? Nie brzmi to zbyt oryginalnie, więc Jenkins próbuje ubrać to w ładne opakowanie, budując wszystko na niedopowiedzeniu, budowaniu nastroju oraz drobnych spojrzeniach. Problem dla mnie polega na tym, że tak naprawdę niewiele dostajemy w zamian. Już na początku poznajemy go jako uciekającego chłopca przed kolegami, nazywającymi go ciotą. Ale czy to oznacza, że nasz bohater jest gejem? On sam tego na sto procent nie wie, a jedna scena na plaży nie jest mnie w stanie do tego przekonać. Dodatkowo sama konstrukcja (przypominająca troszkę „Boyhood” Linklatera) nie sprzyja mocno – to ciąg luźno powiązanych scenek, gdzie bohaterowie (poza naszym chłopcem) pojawiają się i znikają zbyt szybko. Nie dotyczy to tylko stającego się mentorem dilera Juana (świetna scena, gdy opowiada o swoim spotkaniu ze starszą panią na Kubie czy nauki pływania) oraz jego kobiety Teresy, ale także matki Pauli, będącej dla chłopaka prześladującym po latach demonem (nie wychowała go porządnie, wolała za to trawkę i na to wydawała szmal). Relacja naszego bohatera z Kevinem niby jest jakoś podbudowana, ale tego kompletnie nie czuć.

moonlight2

To wszystko jest bardzo poszarpane, a przejścia między aktami rzucają na głęboką wodę i sami musimy domyślać się gdzie dokładnie jesteśmy, próbując odnaleźć swoje miejsce na ziemi. Jeśli film miał opowiadać o próbie nakładania, zdejmowania masek, by zbudować swoją tożsamość w środowisku, gdzie bycie innym nie jest tolerowana, to nie do końca byłem w stanie się do tego przekonać.

moonlight3

Wszystko tu jest zbyt mocno tłumione w naszym bohaterze (bardzo przekonujący Alex Hibbert i Ashton Sanders, troszkę bardziej wycofany Trevante Rhodes), ale i tak cały ekran kradną Naomie Harris (mocna rola matki) oraz Mahershala Ali (Juan, który staje się dla bohatera ojcem jakiego nie miał). Choć nie mają wiele czasu ekranowego i postacie te nie są zbyt mocno zarysowane, bardzo mocno zapadają w pamięć, odciągając mocno uwagę od Chirona (a chyba tak być nie powinno).

moonlight5

Wiem, o co mogło chodzić reżyserowi, ale ten film zbyt skrótowo traktuje losy swojego bohatera, przez co wiele rzeczy nie jest dla mnie do końca jasnych (głównie środkowy segment). Gdyby wypełnione zostały te luki, może byłbym się w stanie przekonać do całości. A tak czuję bardzo duży zawód i jest to zdecydowanie nie moja wrażliwość.

6/10

Radosław Ostrowski

Ukryte działania

O podbijaniu kosmosu powstało już wiele ciekawych filmów jak „Pierwszy krok w kosmos”, „Apollo 13” czy ostatnio „Grawitacja” (aczkolwiek ten ostatni to bardziej survival). Ale czy można połączyć podbój kosmosu z równouprawnieniem i walką o godne życie dla kolorowych? Najnowszy film Theodore’a Melfiego pokazuje, że tak. A wszystko skupia się wokół programu Merkury, czyli pierwszych załogowych lotów kosmicznych NASA. Jest mi znana ta historia, gdyż widziałem znakomity „Pierwszy krok w kosmos” Philipa Kaufmana, ale tym razem zobaczymy to z innej perspektywy.

ukryte_dziaania1

Bohaterki są trzy, ale tak naprawdę skupienie jest na jednej: Katherine Goole, czarnoskórej matematyczce, pracującej w dziale obliczeniowym NASA. Jej przyjaciółkami są koleżanki z pracy: pulchna Dorothy Vaughn (nieformalnie pełniąca rolę przełożonej) oraz Mary Jackson, mająca ambicje oraz zacięcie inżynieryjne. Wszystkie trzy pomagają przy obliczeniach nad trajektorią lotów statków kosmicznych, a kulminacją opowieści jest lot Johna Glenna. Więc stawka teoretycznie jest wysoka, bo trzeba walczyć – w końcu finałowym celem jest Księżyc.

ukryte_dziaania2

Tej strony pracy w NASA nie pokazywano zbyt często na ekranie, więc jest to na pewno ciekawy punkt widzenia. Twórcy umieszczają to w konkretnym kontekście – pojawia się w telewizji dr King oraz zdarzenia związane z nienawiścią wobec czarnych (wspomniane jest podpalenie autobusu), wreszcie ciągle jest odczuwalna segregacja (oddzielne półki w bibliotece, miejsca w autobusie, toalety w budynku NASA), co bywa irytujące, ale nie zostało pozbawione humoru (sprawa toalety, która zostaje brutalnie rozwiązana za pomocą łomu czy uruchomienie komputerów IBM). I to nadal zastanawia, chociaż minęło już tyle lat od tych wydarzeń. Sporadycznie też poznajemy życie prywatne naszych pań, chociaż jest to ledwo liźnięte. Nie żeby to był zarzut, w końcu nie jest to najważniejszy motyw całej historii, ale pozwalał zbudować psychologię bohaterek, ich motywacje, lęki. zarówno walkę o możliwość studiowania (jedna, ale mocna scena w sądzie) czy pojawienie się nowego partnera dla Katherine – to daje także odrobinę luzu i humoru (padłem ze śmiechu przy scenie oświadczyn podczas kolacji rodzinnej).

ukryte_dziaania3

Trudno się przyczepić do kwestii technicznych – scenografia i kostiumy wiernie oddają realia epoki, dodatkowo wplatając archiwalne materiały. Zwłaszcza wygląda NASA oraz pracy Sekcji Obliczeniowej robią dobre wrażenie, nie dominując nad całością filmu. A lot Glenna (mimo wiadomego finału) potrafi utrzymać w napięciu, co jest pewną sztuką. Troszkę to psuje pojawiające się patetyczne wypowiedzi dotyczące pościgu za Ruskimi w podboju kosmosu, ale nie wywołuje to mocnego bólu gardła.

ukryte_dziaania4

Sam film byłby zaledwie poprawny, gdyby nie więcej niż solidne aktorstwo. Na pierwszy plan wybija się bardzo wyrazista Taraji P. Henson jako pani Goole. Skupiona, zdystansowana i próbująca dbać o własną rodzinę, ale gdy dokonuje obliczeń matematycznych przy tablicy, to wtedy działa jak prawdziwy komputer z iskrą geniuszu. Te sceny to prawdziwa wisienka na torcie. Poza nią solidny poziom trzyma Octavia Spencer (Dorothy Vaughn), chociaż pozostaje bardzo w cieniu partnerek. Niespodziankę wszystkim zrobiła piosenkarka Janelle Monae jako twardo walcząca o swoje Mary Jackson z odrobinę niewyparzoną gębą (spotkanie z policjantem na początku filmu), debiutując z prawdziwym hukiem. Ale drugi plan podporządkowuje wracający do formy (i dobrego doboru ról) Kevin Costner w roli szefa sekcji, Ala Johnsona. Trzeźwo myślący, niepozbawiony ambicji, ale i wyrozumiałości facet z dobrym ser duchem (ideał szefa, prawda).

„Ukryte działania” nie tworzą niczego nowego w historii kina, tylko są kolejnym przykładem historii, która może zainspirować do walki o swoją godność, spełnienie zawodowe. Solidne rzemiosło, sprawnie udokumentowane i oddające ducha realiów, ale brakuje w tym pazura. Ale czepiać się nie będę.

7/10

Radosław Ostrowski

Lion. Droga do domu

Indie – kraj bardzo barwny i pełen niesamowitych krajobrazów.  Właśnie tam mieszkał Saroo, młody chłopiec przebywający tam z siostrą (jeszcze niemowlę) i starszym bratem Godoo. Żyją oni w strasznej biedzie, ale wspierają się jak mogą. Pewnego dnia Saroo razem z bratem jadą szukać pracy. Chłopiec jest zmęczony, a starszy brat rozgląda się za pociągiem. Długo nie wraca i chłopiec próbuje go znaleźć na dworcu, ale zasypia w pociągu jadącym do Kalkuty. Zostaje sam w obcym mieście, trafiając niemal do piekła. Wreszcie trafia na życzliwych ludzi, którzy organizują adopcję dla rodziny z Australii. Ale po 25 latach przeszłość nie pozwala o sobie zapomnieć.

lion1

Garth Davis sięgnął po historię tak nieprawdopodobną, że musiała wydarzyć się naprawdę. „Lion” to film o poszukiwaniu własnej tożsamości i rozdarciu między teraźniejszością a przeszłością oraz jej demonami. chłopaka prześladuje to, że zniknął bez śladu i nie udało mu się odnaleźć swoje biologicznej rodziny. Reżyser przekazuje te wszelkie emocjami obrazami: jest wiele przebitek z przeszłości, pełnych nasyconej kolorystyki oraz trzymających za serce (przynajmniej w zamierzeniu) scen jak ucieczka z dworca, samotna jazda pociągiem czy pobyt w areszcie. Czyli nie brakuje tutaj mroku, strachu i zagubienia. Także we współczesnym, bardzo sterylnym świecie, gdzie Saroo czuje się troszkę wykorzeniony (stonowana kolorystyka). W tą stylistykę wpisuje się także bardzo wzruszająca muzyka, która nawet poza filmowym kontekstem jest rewelacyjna. Jednak nie mogłem pozbyć się wrażenia, że reżyser wmawia mi co mam czuć, manipuluje mną. Ta opowieść sama w sobie powinna mną poruszyć i przez pierwszą połowę (do adopcji) tak właśnie jest.

lion2

Ale im dalej w las, tym bardziej przestało mnie obchodzić tak mocno, aczkolwiek przebijające się retrospekcje czy scena rozmowy z matką, proszącą naszego bohatera o wsparcie zapadają mocno w pamięć. Czułem się wtedy bardzo mocno sterowany i nie do końca uwierzyłem w tą opowieść. I najgorsze jest to, że nie wiem z czego te odczucia wynikają, bo wszystko wydaje się być na swoim miejscu.

lion3

Jeśli miałbym wskazać (poza oprawą audiowizualną) coś, co naprawdę zagrało to dobre aktorstwo. Dotyczy to głównie rewelacyjnego Saroo. Zarówno jego dziecięce wcielenie (objawienie w postaci Sunny’ego Pawara), jak i jako dorosły (przekonujący Dev Patel) tworzą bardzo wiarygodną psychologicznie postać – wrażliwego człowieka, który coraz bardziej zaczyna się zamykać w sobie, tłumi emocje, miota się między wdzięcznością od losu, a przeszłością, brakiem swojej „prawdziwej” rodziny. Poza nim najbardziej wybija się grająca na solidnym poziomie Nicole Kidman (matka adopcyjna) oraz Abishek Barathu (Godoo).

lion4

Ten film wywołuje we mnie mieszane uczucia – z jednej strony jest świetny od strony audio-wizualnej, bardzo spójny i konsekwentnie prowadzony, ale nie mogłem się pozbyć wrażenia manipulacji oraz stosowania emocjonalnego szantażu. Na pewno jest to pozycja warta uwagi i wiele kadrów zostanie w pamięci na długo.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Lobster (Homar)

Wyobraźcie sobie świat, w którym można żyć tylko w jeden sposób – życie w parze. Jeśli jesteś samotnikiem, to masz dwa wyjścia: albo ukrywać się i unikać wszelkiego kontaktu z ludźmi albo trafisz do Hotelu, gdzie dostaniesz szansę na odnalezienie drugiej połówki. Dokładnie 45 dni, które możesz przedłużyć, jeśli upolujesz jakiegoś samotnika ukrywającego się w Lesie. Co jeśli się uda? Wtedy zostaniesz zamieniony w zwierzątku i trafisz do Lasu, by przetrwać. W takiej sytuacji znalazł się David, którego żona zostawiła po 11 latach pożycia.

homar1

Brzmi to absurdalnie, prawda? Ale taką wizję przyszłości postanowił pokazać grecki reżyser Yorgos Lathimos. I powiem to od razu: to nie jest świat, w którym chciałbym zamieszkać. Świat, w którym zostaje nam narzucony pewien porządek i jedyna słuszna droga egzystencji oraz szczęścia. Narzucanego odgórnie i kontrolowanego przez kierowniczkę, by nie było oszukiwania. Mając tak ograniczony czas i wybór, trzeba się zdecydować. Bo panie, tak jak panowie, są różni: kuśtykający, sepleniący, pozbawieni emocji, ale desperacko i na ślepo szukający własnego szczęścia w parze. Są jednak pewne obostrzenia: zakaz palenia, masturbacji, korzystania z miejsc dla par, a także wieczorki pokazujące dlaczego warto być w związku (nie zadławicie się na śmierć i nie zostaniecie zgwałceni). Jeśli po związaniu będą problemy, to dostaniecie… dzieci. Ale jak wybrać? Czy dostosowywać do swoich znaków rozpoznawczych (krwotok z nosa, seplenienie, brak emocji) czy może być sobą?

homar2

Jest też inne wyjście, czyli ucieczka do lasu, gdzie działa partyzantka samotników, jednak za próbę zbliżenia czy okazania miłości grozi odcięcie ust lub kastracja. I jak żyć w takim absurdalnym świecie? Wizja reżysera jest przerażająca i dlatego chciałem znaleźć jakąś nadzieję czy receptę na wyrwanie się z tych możliwych opcji. Kiedy w połowie, gdy nasz bohater trafia do Lasu i poznaje narratorkę tego filmu, kibicowałem im do samego końca. Szyfry, notatki, drobne spojrzenia i gesty nabierają gigantycznego znaczenia. Wszystko to bardzo stonowane wizualnie, nie pozbawione spowolnień (pierwsze polowanie) oraz melancholijnej muzyki. Miasto jest równie ponure i sterylne. I jeszcze niejednoznaczny finał, który nie daje odpowiedzi na dalszy ciąg.

homar3

Do tego jest to fantastycznie zagrany. Imponuje bardzo powściągliwy i niemal z kamienną twarzą prowadzoną przez Colina Farrella. Trudno było mi na początku wejść w tego bohatera: wycofanego, zdystansowanego, tłumiącego emocje. Im dalej jednak, tym bardziej widać jego desperację, alienację i nawet te wąsy nie przeszkadzały. Po drugiej stronie równie wyciszona Rachel Weisz – też krótkowzroczna, samotna, oszczędna. Ale ten związek jest poprowadzony bez fałszu, patosu i nudy. Poza tym pięknym duetem jest jeszcze bardzo wyrazisty drugi plan z fantastyczną Olivią Colman (kierowniczka) i Leą Seydoux (przywódczyni samotników) na czele.

homar4

„Lobster” jest bardzo absurdalnym, gorzkim i wręcz przygnębiającym o potrzebie bycia z kimś. A jednocześnie jest w tym sporo z Gombrowicza, gdyż pokonanie tych dwóch masek wymaga wysiłku. W końcu każdy z nas ma takie momenty, że chce być sam, ale nie na długo. Zastanówcie się po obejrzeniu nad sobą.

7/10

Radosław Ostrowski

Blizny przeszłości

Karl Childers jest człowiekiem, który spędził w szpitalu psychiatrycznym 25 lat. Trafił tam po zabójstwie swojej matki i jej kochanka. Ale to jest już przeszłość dla mężczyzny o mentalności dziecka i musi wyjść na wolność – kompletnie zdany na siebie. Wtedy pojawia się na jego drodze mały chłopiec Frank, który mieszka z matką. Powoli Karl zaczyna wracać do życia i zaprzyjaźnia się z dzieckiem, nawet znajduje pracę jako mechanik. Ale nastaje moment próby, gdy w życiu rodziny wkracza Doyle.

sling_blade1

Kiedyś wspominałem, że aktorzy biorą się za reżyserowanie filmów z kilku powodów. Ten przypadek to próba przebicia się do szerszego grona odbiorców. Przed 1996 rokiem mało kto wiedział kim jest Billy Bob Thornton. Aktor dość charakterystyczny, ale mało rozpoznawalny i kojarzony. Dlatego Thornton postanowił nie tylko zagrać główną rolę i wyreżyserować film, ale także napisał scenariusz, gdzie wszystko pasuje do siebie. „Blizny” są bardzo spokojnym i stonowanym kinem, które równie dobrze mogłoby się sprawdzić w teatrze. Dominuje statyczne i długie ujęcia, a najważniejsze rzeczy dzieją się między słowami oraz spojrzeniami. Nie zapomina także o poczuciu humoru, które wynika raczej z wchodzenia naszego bohatera w świat (pierwsze zakupy czy „randka”).

sling_blade2

Thornton balansuje tutaj między komedią, subtelnym kinem obyczajowym, a mrocznym dreszczowcem. Powoli odkrywa przeszłość naszego bohatera, który będzie zmuszony dokonać wyboru między dobrem a złem. Reżyser zderza wiarę z codziennością. Karl od dziecka był uznawany za karę od Boga, ale uderza jego spokojny charakter – nie dba o siebie, nie jest chciwy, ma masę empatii i ponownie musi zderzyć się z przeszłością. W końcu pojawia się szansa, gdyż spotyka ludzi życzliwych i nie osądzających go. Korzystają z jego umiejętności (samouk w kwestii naprawy kosiarek i małych silników), a przyjaźń z Frankiem jest wygrywana na wszelkich polach. Mężczyzna staje się dla chłopca wsparciem, niemal ojcem, z którym spędza czas. Nawet dochodzą poważniejsze tematy (śmierć, morderstwo), ale bez moralizatorstwa i nadmiernego strachu.

sling_blade3

Trudno zapomnieć kilku znakomitych scen jak otwierający monolog Karla w ciemnościach, gdy opowiada o sobie studentce dziennikarstwa, rozmowę Karla z Frankiem i odkrycie jednej z mrocznych tajemnic (niedoszły brat) czy pijacka kłótnia Doyle’a z matką chłopca. Także dramatyczny finał zrealizowany w niemal thrillerowym stylu (Karl stoi przed wejściem otoczony mrokiem) nie pozwala o sobie zapomnieć.

sling_blade4

Wszystko w zasadzie na swoich barkach trzyma Thornton, który gra po prostu GENIALNIE. Ułomność Karla jest wyrażona w sposób nieprawdopodobny. Zarówno te krótkie ruchy głową, sposób mówienia („Allright THEM”), chrząknięcia czy nieustanny gest mycia rąk – tu wszystko jest dopieszczone do najdrobniejszego detalu i wierzę temu bohaterowi do samego końca. Poza nim tak naprawdę wybijają się tylko trzy postacie. Pierwsza to Frank, grany przez debiutującego Lucasa Blacka – zagubiony, wrażliwy chłopiec szukający wsparcia i autorytetu. drugim jest Doyle (mocny Dwight Yoakam), który jest nietolerancyjnym bucem przekonanym o swojej sile, zgniatającym wszystko, co nie jest w zgodzie z jego systemem wartości. I wreszcie trzeci bohater to Charles Bushman (J.T. Walsh) – kolega z wariatkowa, gaduła i morderca.

„Blizny przeszłości” to mroczny, mocny i troszkę zapomniany film o nadziei, wybaczeniu, przyjaźni, wreszcie o przeszłości, która zawsze nas dopada i zmusza do dokonania poważnych wyborów, naznaczając na następne lata. Wszystko zrobione w sposób niegłupi, bez niepotrzebnych symboli oraz zadęcia, ale trudno dostępne. Mam nadzieję, że was to nie zrazi.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Kamienne pięści

Kino od zawsze interesowało się boksem i nie ma w tym niczego zaskakującego – w końcu to dynamiczny sport, pozwalający na widowiskowe potyczki, pełne krwi i emocji. Nie inaczej jest tutaj, w biografii panamskiego pięściarza, Roberto Durana. Jego historię przedstawił rodak, Jonathan Jakubowicz.

kamienne_piesci1

Historia boksera wydaje się być klasyczną do bólu opowiastką o chłopaku z ulicy, który dostał (i wykorzystał) szansę wejścia na szczyt. Ale łatwo nie było. Panama była krajem częściowo opanowanym przez Amerykanów (chodziło o Kanał Panamski, który zbudowali Jankesi) i wywoływało to spięcia. Dlatego naród potrzebował kogoś, kto mógłby być wzorem do naśladowania. Mimo że akcja toczy się według ogranego schematu (początki, sukces, upadek, powrót) nie czuje się kompletnego znużenia. Reżyser dość przekonująco przedstawia karierę Durana, jego związek z Felicidad, a jednocześnie wplata w to wydarzenia na Panamie jako kontrapunkt dla losów naszego bohatera. Po drodze pokazuje powiązania boksu z półświatkiem gangsterskim, mechanizmy biznesowe walk czy powolne oddalanie się Durana od bliskich. Brzmi to wiarygodnie, chociaż niektóre kwestie pozostają ledwo liźnięte. Kulminacją jest tutaj walka z Sugar Rayem Leonardem – amerykańskim mistrzem świata, która wywindowała Panamczyka na szczyt. Sceny pięściarskie są poprowadzone bardzo dynamicznie, niemal z bliska, bawiąc się montażem. Nie ma jednak miejsca na zagubienie czy dezorientację. Wszystko jest wyważone, niepozbawione odrobiny humoru (nadania przez bohatera swoim synom na imię… Roberto), ale i nie pozbawione emocji czy wzruszeń (spotkanie z nigdy nie widzianym ojcem).

kamienne_piesci2

Reżyser pewnie opowiada, chociaż pewne fakty i kwestie przemilcza, ale to w przypadku biografii rzecz absolutnie normalna. Nie znamy dokładnych powiązań Arcela z mafią ani osobistego życia Sugar Raya, ale to rozwaliłoby całą konstrukcję, rozpraszając uwagę od najważniejszej rzeczy – boksu. I jestem w stanie to wybaczyć.

kamienne_piesci3

Zwłaszcza, że dostajemy tu więcej niż porządne aktorstwo. Spisał się Edgar Ramirez, chociaż jego bohatera troszkę trudno polubić – Duran w jego wydaniu to taki pewny siebie samiec alfa, co nie daje sobie w kaszę dmuchać. Nadmiar dumy za bardzo go rozluźnia, przez co ponoszą go nerwy. Kontrastem dla niego jest wracający do dobrej dyspozycji Robert De Niro w roli mentora Raya Ancera (jest on też narratorem całości). opanowany, wyciszony i spokojny, ale też bardzo cierpliwy. Prawdziwym zaskoczeniem jednak dla mnie był Usher – znany piosenkarz, który wcielił się w Sugar Raya Leonarda – elegancki, inteligentny i czarujący facet (w porównaniu do Durana). Świetnie odtworzył gesty i ruchy na ringu Sugar Raya – chapeau bas.

kamienne_piesci4

„Kamienne pięści” nie są niczym nowym w materii kina bokserskiego, ale to jest na tyle dobrze skrojone, że sprawia to dużą przyjemność. Zresztą takie opowieści o wzlocie i upadku zawsze będą mile widziane. Uczciwe, niepozbawione emocji kino.

7/10

Radosław Ostrowski

Sully

15 stycznia 2009 roku był dla Nowego Jorku dniem, jakiego nikt się nie spodziewał. Zwłaszcza pasażerowie lotu Kaktus 1549, który miał lecieć z miasta do drugiego. Ale na wysokości 855 metrów dochodzi do zderzenia ptaków i pozbawienia obojga silników, przez co kapitan decyduje się na lądowanie nad rzeką Hudson. I o tej historii postanowił opowiedzieć Clint Eastwood, czyli reżyser, co nie musi już niczego sobie udowadniać.

sully1

Reżyser podchodzi do tego w sposób prosty, spokojny i bez specjalnego popisywania. Całość skupia się na dochodzeniu Narodowej Rady Bezpieczeństwa Transportu, by ustalić przebieg tego cudu. Nie jest to powiedziane wprost, ale są pewne wątpliwości i gdyby one się potwierdziły, to firmy ubezpieczeniowe dobrałyby się pilotowi do dupska. A to oznaczałoby koniec kariery – do sceny cudu dojdziemy aż trzy razy, by spojrzeć na nią z każdej możliwej perspektywy. Pasażerów, ratowników, kontrolerów, nawet zwykłych ludzi patrzących przez okno i wreszcie samych pilotów – przypominało mi to troszkę „Lot 93” Paula Greengrassa, a scena zderzenia (mimo braku fajerwerków, a może właśnie dlatego) robi niesamowite wrażenie swoim emocjonalnym ładunkiem. Zwłaszcza, gdy sobie przypomnimy co się wydarzyło 11 września 2001 roku.

sully2

Sam bohater wydaje się być postacią niebyt ciekawą – to po prostu facet, wykonujący swoją robotę jak najlepiej, mimo niezbyt wielkich dochodów. Skromny, spokojny, opanowany i wyciszony. Owszem, poznajemy pewne fragmenty z jego przeszłości (pierwszy lot czy niebezpieczne lądowanie myśliwcem), ale to tylko dodatek. Sam bohater ma wątpliwości, co do swojego czynu, ma koszmary, a grający Sully’ego Tom Hanks znakomicie to wychwycił mową ciała (zwróćcie uwagę jak podczas rozmowy telefonicznej z zoną porusza drugą ręką). Partneruje mu świetny Aaron Eckhart jako drugi pilot Skilles, będącym wsparciem dla Sully’ego. Nawet Laura Linney w krótkiej roli żony Sully’ego znaną nam tylko z rozmów telefonicznych, wypada dobrze.

sully3

Eastwood nie próbuje nam wmówić, że robi coś więcej niż solidne kino ku pokrzepieniu serc, na co zawsze będzie zapotrzebowanie. Nawet finałowa mowa Sully’ego nie brzmi aż tak patetycznie jak mogłoby się to wydawać. Wszystko tutaj gra i dobrze się po prostu ogląda, nawet jeśli nie odkrywa niczego nowego – tak się robi solidne rzemiosło.

7/10

Radosław Ostrowski

High-Rise

Lata 70., gdzieś w Wielkiej Brytanii. Poznajemy dr Roberta Lainga – zwykłego, szarego człowieka wprowadzającego się do nowego budynku zwanego Wieżowca – samowystarczalnej chaty z basenem, sklepem, siłownią. Trafia on dokładnie na środek budynku, czyli 25 piętro. Powoli próbuje adaptować się do otoczenia i dostaje się prosto w klincz. Z jednej strony jest wyższa sfera kierowana przez Anthony’ego Royala – głównego architekta, z drugiej są szaraczki kierowane przez buntowniczego Richarda Wildera. Kiedy coraz częściej dochodzi do awarii prądu, konflikt wydaje się nieunikniony.

highrise1

Kolejna adaptacja dzieła J.G. Ballarda, który bardzo krytycznie odnosi się do obecnego świata. „High-Rise” to niby lata 70., ale nie jest to w żadnym wypadku film retro.. W zasadzie jako takiej fabuły nie ma, a reżyser wykorzystuje postać Lainga, by pokazać silny kontrast między high-life’m a szaraczkami z dołu. I to widać już na zasadzie scenografii – szczyt jest pełen przepychu, blichtru, bogactwa. Tam nawet jest koń (!!!) na dachu, a dół – skromnie, szaro i nieciekawie. Reżyser bardzo zgrabnie czerpie z estetyki kina lat 70. – kostiumy, design samochodów, wizualne skupienie na detalach oraz świetna gra oświetleniem. A im dalej w las, tym coraz bardziej dochodzi orgiastycznych imprez, gdzie obie strony unikają się jak ognia. Jest coraz bardziej przerażająco, z kolejnym zezwierzęceniem. Ktoś nagle zabija psa, ktoś próbuje zgwałcić kobietę, ktoś odbiera sobie życie (płynnie montowane ze scenami imprezy). Wszystko to doprowadza do niesamowitej formy, tylko ta dystopijna alegoria wg Whitleya była dla mnie zbyt chłodna.

highrise2

Bo że jest to dystopia oraz metafora tego, do czego jest zdolny człowiek, widzimy od samego początku, gdzie widzimy już budynek jako pobojowisko i cofamy się 3 miesiące wstecz. Wiemy, że będzie źle i brakuje tutaj elementu zaskoczenia. Przełknąłbym ten drobiazg, gdyby nie kompletna obojętność wobec postaci, które są ledwo zarysowane. To mają być konkretne postawy wobec swoich własnych aspiracji – bo każdy chce mieszkać wyżej, prawda? Ale w zamian za całkowitą izolację, agresję i przetrwanie za wszelką cenę. Daje to do myślenia i skłania do refleksji, lecz wnioski są oczywiste: zawsze będą ludzie uprzywilejowani oraz ci bez nich.

highrise3

Aktorsko Whitley dobrał bardzo znane twarze i wydaje się, że najłatwiej identyfikować się z granym przez Toma Hiddlestona Laingiem – everymenem, który chce mieć święty spokój, a w żadnej ze sfer nie czuje się najlepiej. Coraz bardziej głupieje, męczy się, nie wysypia, chce się odciąć od reszty otoczenia. Reszta obsady radzi sobie dobrze: od krnąbrnego i prymitywnego Wildera (Luke Evans), eleganckiego Royala (Jeremy Irons) oraz mająca swoje kontakty seksowna Charlotte (Sienna Miller).

highrise4

„High-Rise” próbuje stworzyć portret współczesnego człowieka – samotnego, egoistycznego, pozbawionego emocji, wrzucając go w ekstremalną sytuację. Problem w tym, że poza niesamowitą oprawą audio-wizualną, nie ma tu zbyt wiele do zaoferowania. Wheatley bardziej przypomina to Davida Cronenberga, który o ważkich sprawach opowiada w chłodny wykład. Niewygodne, wymagające kino, nie dla każdego.

6,5/10

Radosław Ostrowski