Rzymska opowieść

Shandurai jest afrykańską młodą kobietą, której mąż zostaje zgarnięty przez władze w Kenii. Teraz przeniosła się do Rzymu, gdzie studiuje medycynę oraz pracuje jako sprzątaczka w domu bogatego pianistę, pana Kinseya. Mężczyzna podkochuje się w kobiecie i – bez jej wiedzy – decyduje się pomóc jej.

rzymska_opowiesc1

Bernardo Bertolucci znowu o ludziach w ulubionej formie dramatu psychologicznego. Niestety, mimo krótkiego czasu trwania (niecałe półtorej godziny), robi to w sposób dość mało przystępny. Troszkę przypomniał mi się film „Pod osłoną nieba”, gdzie też cała historia była podana w dość hermetyczny sposób, gdzie emocje postaci są tłumione, ale tutaj jest dość dziwaczne i niezrozumiałe, a widz jest ograniczony do roli obserwatora zdarzeń. A w zasadzie skutków podjętych działań. Wszystko widzimy z perspektywy Afrykanki, co wywołuje jeszcze większą dezorientację. Obserwujemy ją w pracy, w uczelni aż do finału, gdy decyduje się na zaskakujący krok. Poczucie dezorientacji potęguje jeszcze oszczędność dialogów, wolna praca kamery oraz wpleciona muzyka klasyczna. I jak na melodramat, tych emocji jest tutaj tyle co kot napłakał, a retrospekcje z Afryki są zaledwie wskazówkami. Wydaje się, że reżyser chciał opowiedzieć o potrzebie bliskości, jednak nie uwierzyłem w tą historię.

rzymska_opowiesc2

Aktorzy próbowali zrobić swoje, jednak w przypadku tak wąskiego materiału, nie mogli tego udźwignąć. Irytuje najbardziej David Thewlis ze swoim obojętnym spojrzeniem oraz nadekspresyjnym sposobem mówienia. Kontrastem jest dla niego wyciszona Thandie Newton i jej jestem w stanie uwierzyć – jej motywacji, strachu zagubienia. Przynajmniej do zakończenia filmu, gdy – nie, tego wam nie zdradzę.

Powiem krótko, dawno tak się nie wynudziłem jak w trakcie oglądania „Rzymskiej opowieści”. Nieangażująca, nieciekawa, średnio zagrana i wyreżyserowana bez jakiegokolwiek pomysłu. Absolutnie odradzam.

4/10

Radosław Ostrowski

nadrabiam_Bertolucciego

Ukryte pragnienia

19-letnia Lucy przyjeżdża ze Stanów do małego miasteczka we włoskiej Toskanii. Mieszkała tam wcześniej jej matka – bardzo ceniona poetka, która niedawno zmarła. Dziewczyna wraca po 4 latach z dwoma celami. Po pierwsze, odnaleźć swojego biologicznego ojca, w czym ma pomóc książka od matki ze wskazówkami. A drugim celem jest ponowne spotkanie dawnej miłości, z którą utrzymywała korespondencyjny kontakt oraz stracenie dziewictwa z tą osobą.

ukryte_pragnienia1

Im starszy jest Bernardo Bertolucci, tym bardziej zaczyna wracać do tematu młodości oraz wchodzenia w dorosłość. Jednak tak naprawdę jest to film o miłości, jej poszukiwaniach, odnajdywaniu oraz trwaniu. Przyjazd młodej Amerykanki działa na starszych mieszkańców willi niczym balsam, budząc wspomnienia oraz do przyjęcia pewnych rozliczeń z samym sobą. Śledztwo i poszukiwania toczą się w przepięknie sfotografowanej Toskanii – tak pełnej nasyconych kolorów, działając na wszelkie zmysły, okraszając całość świetnymi piosenkami (m.in. Aretha Franklin, Portishead), więc dzieje się tutaj wiele.

Bohema artystyczna w willi jest tutaj bogata w różnorodne postacie – rzeźbiarzy, specjalistów od biżuterii, aktorów czy pisarzy. Wszyscy ci pamiętają palenie skrętów, uganianie się za spódniczkami. Teraz jednak przyszedł czas stabilizacji, uczestnictwa w eleganckich imprezach oraz rozmów o tym, co było i se ne vrati. Wiele może zrazić niespieszne tempo, jednak klimat Toskanii wylewa się tutaj ogromnymi garściami, wodząc delikatnym erotyzmem, co jest sporym udziałem grającej główną rolę Liv Tyler.

ukryte_pragnienia2

Aktorka bardzo dobrze odnajduje się w niewinnej, poszukującej Lucy, a jeszcze nigdy niewinność nie wyglądała tak seksownie jak tutaj. Kamera uważnie fotografuje ją i jej ciało w kusych sukienkach (czy tylko ja nie mogłem oderwać od niej wzroku?). Pozostali aktorzy dobrze się wywiązali z powierzonych zadań, jednak najbardziej zapamiętałem tutaj wybornego Jeremy’ego Ironsa. Tutaj jako pisarz Alex z jedną nogą w grobie świetnie wygrywa portret człowieka uparcie trzymającego się życia, stając się dla naszej bohaterki kimś w postaci mentora, przyjaciela, a może i kochanka, chociaż tego ostatniego nie jestem pewny.

ukryte_pragnienia3

Powrót Bertolucciego do macierzystych Włoch zaowocował ciekawym, klimatycznym filmem, jaki powinno obejrzeć się z drugą połówką. Jest bardziej przystępny od produkcji z początku lat 90. i pełen młodego ducha, którego nie powinno zabraknąć.

7/10

Radosław Ostrowski

nadrabiam_Bertolucciego

Mały Budda

Wiecie, co to jest reinkarnacja? Według wyznawców hinduizmu to fakt polegający na powtórnym urodzeniu zmarłych, pod inną postacią. Jednym z wyznawców tej wiary jest przebywający w Bhutanie lama Norbu, który od 9 lat czeka na nowe wcielenie swojego mentora, lamy Dorje. W końcu dostaje telegram o potencjalnym „odrodzonym” – ma nim być Amerykanin Jesse, syn nauczycielki i architekta. By jednak mieć pewność, chłopiec musi pojechać do Bhutanu, ale rodzice mają wątpliwości.

budda2

Ostatnia część orientalnej trylogii Bertolucciego, kieruje nas w stronę hinduizmu, próbując pokazać Wschód w sposób zrozumiały dla Zachodu. Dlatego poza pokazaniem procesu poszukiwań potencjalnych wcieleń, twórcy mieszają ten wątek z historią Siddharthy (tak się zwał Budda zanim został guru). I trzeba przyznać, że ta opowieść jest zrobiona z rozmachem, przypominającym „Ostatniego cesarza”. Kostiumy i scenografia robią piorunujące wrażenie, zarówno w scenach z „pałacowego” życia przyszłego Buddy czy kuszenia (niezłe efekty specjalne – szczególnie w scenie ataku wojska na medytującego bohatera) jak i we współcześnie wyglądającym Oriencie, pełnym słońca i kolorów.

budda3

Obydwa te wątki zgrabnie się przeplatają, historia robi się coraz ciekawsza (jest jeszcze dwójka kandydatów), doprowadzając do zaskakującego finału, a także dając do zastanowienia się nad życiem i jego sensem. Kolejny raz nie zawodzi Vittorio Storaro, tworząc znakomite zdjęcia, a pomysł wizualnego oddzielenia Zachodu (Seattle filmowane w melancholijnym, błękitnym filtrze) z pełnym słonecznego ciepła Wschodem, silnie oddziałuje na zmysły. Szkoda, że to ostatni film tego operatora zrobiony z Bertoluccim.

budda1

Kolejny raz jest to dobrze, nawet bardzo dobrze zagrane. O dziwo, najlepiej zaprezentował się Keanu Reeves wcielający się w Buddę (taki miks Jezusa ze św. Franciszkiem), uwiarygodniając jego motywację, by porzucić dostatnie życie. Równie świetny jest też Roucheng Ying, czyli lama Norbu oraz młody Alex Wiesendanger, czyli Jesse – potencjalne wcielenie Dorje. Ale nie mogę nie wspomnieć o Chrisie Isaaku. Ten znany i dość popularny w latach 80. piosenkarz gra ojca Jesse’ego, z którym ostatecznie wyrusza w drogę. Kreacja niezła oraz bardzo stonowana, tym bardziej dziwi fakt, że Isaak otrzymał nominację do Złotej Maliny za najgorszy debiut.

„Mały Budda” po powrót Bertolucciego do dobrego kina po ciężkim „Pod osłoną nieba”. Sprawnie opowiedziany, dobrze zagrany i z kilkoma kapitalnymi scenami. Nie jest to na szczęście kiczowata opowiastka o Buddzie, a mogło do tego dojść. 

7,5/10

Radosław Ostrowski

nadrabiam_Bertolucciego

Pod osłoną nieba

Lata 50. Do północnej Afryki przyjeżdża młode małżeństwo – Kit i Port Moresby oraz towarzyszący im niejaki Tunner. Małżonkowie po 10 latach chcą na nowo rozbudzić dawno zgaszone uczucie, co tylko teoretycznie wydaje się takie proste. Bohaterowie przenoszą się z miejsca na miejsce, nie zostając zbyt długo w jednej lokalizacji.

Bernardo Bertolucci opowiada w swoim filmie o poszukiwaniu straconego czasu oraz szansie na odzyskanie dawnego uczucia, które jeszcze się tak tliło. Wielu parom wydaje się, że taką okazją może być zmiana klimatu – tutaj afrykańska pustynia, z dala od cywilizacji. Jednak dla filmowców pustynia jest stosowana jako symbol pustki, samotności. Poza tym szansę na naprawę tego związku zostają zmarnowane już pierwszego dnia pobytu, gdy małżonkowie dopuszczają się niewierności. Dodatkowo jeszcze przenoszą się z miasto do miasta, zostają przy nim najwyżej dzień, więc jaka może być szansa na naprawę? Być może na jakiś dramatyczny moment, który ich zbliży. Jednak klimat nie sprzyja, podobnie jak seans tego filmu.

oslona_nieba2

Reżyser nie ułatwia nam pokazania relacji między tą dwójką – wiadomo, jest to dramat psychologiczny, ale bardzo pomogłoby wejście w umysł naszych bohaterów. A im dalej oglądamy, tym trudniej wytrwać do samego końca, próbując rozgryźć, co znaczą gesty oraz co tak naprawdę chcieli sobie powiedzieć Kit i Port.

oslona_nieba1

Na pewno największym plusem tego filmu są genialne zdjęcia Vittorio Storaro. Wizualna przestrzeń robi tu monumentalne wrażenie, przepięknie plastycznie (noc nad miastem, próba zbliżenia na pustyni) i czułem się jakbym tam dosłownie trafił. Melancholijny nastrój potęguje muzyka niezawodnego Ryuichi Sakamoto. Jednak nawet one nie są w stanie przełamać hermetyczności tego dzieła.

oslona_nieba3

Swoje próbują zrobić aktorzy, ale nie mają łatwego zadania. Mimo to John Malkovich i Debra Winger trzymają fason, pokazując dość skomplikowaną relację małżonków, którzy niby chcą być ze sobą, ale nie potrafią. Poza tą dwójką moja uwagę zwrócił Timothy Spall w roli śliskiego Erica, przebywającego pod kuratelą mamuśki oraz Campbell Scott jako towarzyszący pan Tanner.

Żaden film ostatnio mnie tak nie zmęczył jak „Pod osłoną nieba”. Nie jest to zła produkcja, tylko strasznie trudna w odbiorze, niemal nie dająca niczego w zamian za czas wspólnie z nią spędzony. Hermetycznego kino dla bardzo wymagającego odbiorcy.

6,5/10

Radosław Ostrowski

nadrabiam_Bertolucciego

Spotlight

Wrzesień 2001, Boston. Do redakcji czasopisma Boston Globe trafia nowy redaktor naczelny – Marty Baron. Wśród wielu sekcji tej gazety jest Spotlight – grupa dziennikarzy śledczych kierowana przez Waltera Robinsona. Panowie dostają nowy temat, dotyczący księdza przenoszonego z parafii do parafii, którego oskarżano o molestowanie seksualne. Skromna ekipa tego pionu postanawia bliżej przyjrzeć się sprawie i znaleźć dowody na to, że przełożeni duchownego wiedzieli o całej sprawie nie wiedząc, że to dopiero wierzchołek góry lodowej.

spotlight1

Skromny i kameralny film Thomasa McCarthy’ego wydaje się mało efektownym, by nie powiedzieć nudną historią o tym, jak powinno funkcjonować dziennikarstwo, zwłaszcza śledcze. Powoli zaczyna coraz bardziej ożywać Internet, jednak nadal w modzie jest pisanie na papierze, zamiast nagrywania na telefonie komórkowym oraz przeglądanie dokumentów w bibliotekach, archiwach, sądach. Brzmi jak prehistoria, ale to było ledwie 15 lat temu. Jak ten czas się zmienia. Sam reżyser jest tutaj bardzo powściągliwy, a realizacja przypomina bardziej filmy z lat 70. – powolne tempo, brak dynamicznych scen (chyba, że za taką uznamy próbę wejścia do sądu przed zamknięciem drzwi), ale i tak oglądałem z zainteresowaniem do samego końca. Wydaje się, że taka chłodna dyscyplina narzucona przez McCarthy’ego wydaje się dziwnym posunięciem, podobnie jak brak prób zastosowania emocjonalnego szantażu w rodzaju rozpłakanych i rozhisteryzowanych ofiar (już dorosłych) czy faktu, iż jeden z dziennikarzy był ofiarą molestowania. Pozorny chłód działa jednak niczym mocne uderzenie w twarz – powoli odkrywane elementy układanki, wliczając w to rozmowy z ofiarami tworzą mocny portret paskudnego procederu, którego jednak nie będę streszczał, ale jedno mogę powiedzieć bez cienia wątpliwości. Kościół jest pokazany jako potężna organizacja mająca duże wpływy (media, władza świecka) i pozwalająca, dzięki swojej władzy oraz tymże wpływom dopuszczać się pedofilii (jak mówi jeden z informatorów tylko co drugi ksiądz żyje w celibacie), bo Kościół jest przecież bardzo potrzebny miastu. Dlatego można sobie przymknąć oko na różne występki i przewinienia, usprawiedliwiając się, że to tylko kilka zgniłych jajek, a sama instytucja jest w porządku.

spotlight2

Dla McCarthy’ego najważniejsze jest samo śledztwo i dochodzenie do prawdy, o której tak naprawdę wiedzą wszyscy, poza naszymi bohaterami. Jak to możliwe, że nikt w tym czasie niczego nie zrobił? To jedno z wielu pytań, które zadawałem sobie po seansie. Ale jednocześnie twórcy pokazują ludzi, którzy chcą o tą prawdę zawalczyć i podjąć trudny wysiłek wyjęcia na wierzch tego, co schowane pod dywan. „Spotlight” to hołd złożony dawnemu dziennikarstwu, jakiego nie widziałem od czasu serialu „Newsroom” – stawiającego na rzetelność i wiarygodność niż na szybkość przekazu. Coś, co bardzo chciałbym zobaczyć w Polsce.

spotlight3

Subtelna ręka reżysera pewnie prowadzi aktorów, którzy wydają się grać postaci pozornie mało interesujące i nie rzucające się w oczy, ale udaje się im stworzyć pełnokrwiste postacie. Bardzo uderzył mnie wysoki poziom gry wszystkich członków obsady, jednak moją uwagę skupiło trzech facetów. Nie będę oryginalny, ale fenomenalny był Mark Ruffalo wcielający się w Mike’a Remendeza, jednego z dziennikarzy Spotlight, który traktuje tą sprawę bardzo poważnie i mocno się angażuje w nią, nawet za mocno (scena wybuchu gniewu w redakcji na wieść o niepublikowaniu tekstu), co nie dawało mi spokoju – czyżby Mike był ofiara księdza? A może nie chce zmarnowania tego materiału? Na to nie znajdziecie żadnej odpowiedzi, a aktor kradnie film swoimi gestami, pewnym spojrzeniem i garbatą sylwetką. Klasę kolejny raz potwierdza Michael Keaton wcielając się w Robinsona – odpowiedzialnego i dociekliwego szefa. No i w końcu trzecia cegiełka – niezawodny Stanley Tucci jako prawnik Garabedian, troszkę przypominający Remendeza, tylko działający po stronie prawa. Troszkę cyniczny, zmęczony potyczkami w sądzie, ale ciągle walczący.

spotlight4

Nie spodziewałem się takiego filmu opowiadającego o dziennikarstwie śledczym, ale twórca „Dróżnika” nie zawodzi i realizuje swój najlepszy film od czasu swojego debiutu. Mocny i brutalny, chociaż nie ma w nim scen przemocy. Gorzki, ale dający też nadzieję, że można podjąć walkę ze złem. Niepozorne, ale trzymające za gardło. Film oparty na paradoksach, ale silnie angażujący i dający wiele do myślenia. Nie mogę się doczekać jak zareagują nasi duchowni na ten film. 

8/10

Radosław Ostrowski

Pokój

Wyobraźcie sobie taką sytuację, że jesteście w jednym pomieszczeniu. I to jest wasz jedyny znany świat. Właśnie taki los spotkał niejakiego Jacka, który niedawno skończył 5 lat oraz w takim pomieszczeniu zwanym Pokojem przebywa z mamą. I podczas tych urodzin poznaje prawdę, że Pokój to tak naprawdę więzienie, gdzie są przetrzymywani przez Wielkiego Nicka, ale nie wierzy jej. Mama próbuje namówić synka, by pomógł w ucieczce.

pokoj1

Wydawałoby się, że im człowiek jest starszy, tym mniej jest w stanie coś poruszyć i zaskoczyć. Ale pewien irlandzki reżyser nazwiskiem Lenny Abrahamson dokonał niemożliwego. Samą historię dzieli na dwa etapy: zniewolenie i ucieczkę oraz powrót do zewnętrznego świata, pełnego nadziei. Początkowo twórcy pomysłowo ogrywają przestrzeń Pokoju zwracając uwagę na detale, a także narzucając perspektywę dziecka (nieostre kadry, połamana perspektywa), przypominającego ptaka urodzonego w klatce, które poza niewolą, nie zna innego życia. Ale jego matka wcale nie ma łatwiej, gdyż zostało odebrane 7 lat życia – cała jej młodość, przyszłość, perspektywy. I jakby tego było mało, jej rodzice rozwiedli się. Ale Abrahamson nie próbuje stosować emocjonalnego szantażu wobec bohaterów, tylko obserwuje ich proces dostosowywania, akceptacji. Do tego potrzebna jest nie tylko determinacja i wola przetrwania, lecz także wielka siła miłości. Miłości, która potrafi przenieść góry i pokonać zło.

pokoj2

Walka jest tutaj pokazana w całej palecie emocji: od strachu i poczucia bezsilności po wydawałoby się irracjonalny upór, determinację do zrealizowania celu. Świetnie jest to dawkowane i poprowadzone, bez poczucia fałszu, zakłamania czy manipulacji. Jest także zasługą bardzo dobrego aktorstwa. Objawieniem jest dla mnie Brie Larson jako Ma (Joy) – opiekująca się dzieckiem, do czego (odniosłem takie wrażenie, ale może się mylę) nie była przygotowana i próbuje je chronić. Kocha je, dba i chce dać mu to, czego w warunkach Pokoju nie może mieć. Ale ta batalia będzie dość ciężka dla niej, nie mogącej się w pełni wyzwolić z tamtego miejsca. Nadzieja, lęk, zwątpienie, bezradność – wszystko to jest bardzo naturalnie wygrywane. Jednak film skradł jej 9-letni Jacob Tremblay w roli jej syna, Jake’a. Chłopak wszystko wygrywa swoją naturalnością – złość, gniew, nieufność wobec innych (scena, gdy policjantka próbuje wyciągnąć od niego informacje – perełka), nieśmiałość, przywiązanie do Pokoju oraz powolne dostrojenie się do świata. Ich wspólne sceny mają potężną siłę rażenia, angażując do ostatniej sekundy.

pokoj3

Jestem pewny, że wiele osób z was będzie płakało w trakcie seansu, a kilka osób może znowu zacznie cieszyć się życiem, zwracając uwagę na małe drobiazgi. Rzeczy, których parę osób może nie znać i nie widzieć, bo trafili do takiego Pokoju. Długo jeszcze będę o tym filmie pamiętał.

pokoj4

8/10

Radosław Ostrowski

Most szpiegów

Rok 1959, okres zimnej wojny – jeden z najmniej przyjemnych w historii świata. Trwała brutalna i bezwzględna wojna wywiadowcza, gospodarcza i ideologiczna. Jednym z tych żołnierzy tej wojny jest mało znany i nierzucający się w oczy malarz, który tak naprawdę jest pułkownikiem KGB. Nazywał się Rudolf Abel. Kraj chce dać mu sprawiedliwy i uczciwy proces, więc szpieg dostaje adwokata – specjalistę od ubezpieczeń, Waltera B. Donovana. Mówiąc sprawiedliwy i uczciwy proces mam na myśli, że Abel zostanie skazany na śmierć, jak na porządnego szpiega przystało. I wtedy dochodzi do wolty, gdyż na terenie ZSRR zostaje zestrzelony amerykański pilot samolotu U-2. Rząd Moskwy proponuje wymianę, a pośredniczyć w negocjacjach ma Donovan. Miejsce wymiany oraz rozmów: wschodni Berlin.

most_szpiegow1

Nie muszę nikomu tłumaczyć, jak wielkim szacunkiem darze Stevena Spielberga. Jednak ostatnio reżyser tworzy kino, które trzyma świetny warsztat techniczny, jednak emocje gdzieś ulatują podczas seansu. Z „Mostem szpiegów” jest podobnie, gdyż jest to kino z ciekawą historią. Z jednej strony to dramat sądowy (pokazowy proces), gdzie na prawnika jest wytwarzana silna presja – otoczenia, kolegów z pracy, wreszcie CIA, by złamać go. Wiadomo, że być obrońcą wroga publicznego nr 1 oznacza zostanie wrogiem publicznym nr 2. Druga część filmu to kino szpiegowskie, gdzie zostajemy przeniesieni do NRD, gdzie już jest stawiany mur dzielący miasto na dwie części. Jest brudno, mrocznie i niebezpiecznie – gangi, tajna policja, gra wywiadów. Trudno się w tym połapać, a dodatkowo reżyser komplikuje całą intrygę, gdy pojawia się drugi zakładnik. Ale więcej wam nie powiem, zobaczcie to sami.

most_szpiegow2

Reżyser próbuje odtworzyć i pokazać młodemu odbiory, czym była zimna wojna. Czas niebezpiecznej psychozy oraz braku wzajemnego zaufania, gdzie liczy się tylko polityczny cel – przechytrzyć przeciwnika. Teoretycznie jest wszystko, co być powinno w tej produkcji: spokojne tempo, świetne zdjęcia i robiąca duże wrażenie scenografia (chodzi o Berlin – zniszczony, dziurawy i nieodbudowany) oraz przyjemna muzyka ze zmniejszoną dawką patosu. Nawet dobrze jest to zagrane przez niezawodnego Toma Hanksa, który wcielanie się w przeciętnego, amerykańskiego everymana ma opanowane do perfekcji, a lepszy jest tylko stonowany i wyciszony Mark Rylance (Rudolf Abel). Ale całość jest zimna i chłodna niczym zima w Berlinie, a napięcie siada od momentu przyjazdu. Wiadomo jak to się skończy, a momenty teoretycznie trzymające za gardło (kradzież płaszcza, przesłuchania pilota czy sama wymiana) zwyczajnie nużą. Czegoś tutaj zabrakło.

most_szpiegow3

Spielberg niby trzyma fason, ale serwuje zaledwie solidne rzemiosło, które jest tylko solidne i nic ponadto. Panie Spielberg, może pora zrobić sobie przerwę w roli reżysera?

6/10

Radosław Ostrowski

Creed: Narodziny legendy

Rok 1976 wydawał się złotym rokiem dla kina amerykańskiego. Swoje wielkie i ważkie dzieła zrealizowali wtedy Brian De Palma („Carrie”), John Carpenter („Atak na posterunek 13”), Martin Scorsese („Taksówkarz”) i Alan J. Pakula („Wszyscy ludzie prezydenta”). Ale wtedy Oscary za tamten rok zgarnął skromny, niepozorny film opowiadający do bólu amerykańską opowieść od zera do bohatera – „Rocky” Johna G. Avildsena z mało znanym, trzecioligowym aktorem Sylvestrem Stallone’m (także autorem scenariusza) w roli głównej stał się wielką furtką dla kariery aktora.

creed3

40 lat i pięć sequeli później…  Adonis jest młodym, czarnoskórym facetem pracującym w dużej korporacji. Niby jest bogaty i awansował, ale ciągnie go do walki na ringu. Od dziecka się bił i jakby tego było mało, jest synem legendarnego pięściarza, Apollo Creeda, którego nigdy w życiu nie poznał i jest wobec niego wściekły. Chce na własną rękę odnieść sukces. By to osiągnąć, przyjeżdża do zimnej Filadelfii, licząc na pomoc rywala swojego ojca i legendarnego fightera – Rocky’ego Balboa. Mężczyzna, mimo wątpliwości, decyduje się wesprzeć chłopaka.

creed1

Ryan Coogler to niezależny reżyser, którego nazwisko stało się znane, dzięki nagrodzonemu trzy lata temu w Sundance „Fruitvale” i dostał szansę na realizację większego dzieła. Ktoś może zapytać, czy jest sens kręcenia siódmej części o legendarnym Rocky’m? Poza zbiciem kupy pieniędzy? Bo, podobnie jak w przypadku ostatnich „Gwiezdnych wojen” można poczuć deja vu. Sama historia to w zasadzie uwpółcześniony „Rocky” z pewnymi drobnymi modyfikacjami – bogaty czarny chłopak, nieśmiała dziewczyna, która może stać się miłością życia, szansa na wielką walkę (i wielkie pieniądze), wreszcie sam Rocky, tym razem będący mentorem i nauczycielem młodego fightera. Niby to już wszystko znamy, ale reżyserowi udaje się włożyć w to sporo emocji i energii. Standardowa zbitka treningowa oparta na szybkim montażu, motywacyjne mowy, pierwsza duża walka (znakomicie sfilmowana za pomocą jednego ujęcia), wreszcie starcie z niekwestionowanym mistrzem. Brzmi jak ograny do bólu dramat bokserski? Ale Cooglerowi udaje się to wszystko uwiarygodnić zarówno dobrymi dialogami, solidnym warsztatem technicznym i czuć tutaj respekt wobec legendy poprzednich części (wplecione w soundtrack motywy Billa Conti), a napięcie potrafiło utrzymać się do samego końca, co wydawało się wręcz niemożliwe przy tak długo granej serii.

creed2

Dobrze się to ogląda zarówno dzięki nostalgicznemu klimatowi, jak i dobremu aktorstwu. Nie zawodzi Michael B. Jordan w roli Creeda. Takie postacie nazywane były kiedyś łobuzami, dodatkowo poza tym, że kocha naparzanie się po ryju (chociaż nie wiem, czy na jego miejscu rzuciłbym stabilną pracę), jednak najtrudniejsze dla niego jest wyjście z cienia ojca, którego nie znał. A to jest bardzo ciężkie brzemię, z którego sam nie jest w stanie się wyzwolić. Zaskoczeniem była dla mnie nieznana wcześniej Tessa Thompson – pozornie nieśmiała Bianca, ze sceny na scenę zyskiwała dzięki urokowi oraz sile charakteru.

creed4

Ale prawda jest taka, że film zawłaszczył wracający do postaci Rocky’ego Sylvester Stallone. Tym razem Włoski Ogier to po prostu żywa legenda Filadelfii, która mimo sławy, szacunku otoczenia pozostaje tym samym prostolinijnym, skromnym i pokornym facetem. Zmęczonym życiem, skrywający żal za śmierć żony, czeka tak naprawdę tylko na śmierć. Relacja z młodym Creedem, staje się dla niego impulsem, by jeszcze raz podnieść rękawicę i zawalczyć, tym razem o siebie. Sylwek znowu daje z siebie wszystko i nawet, gdy mówi oczywiste banały, brzmi wiarygodnie, a to dużo. I ten powrót był znacznie lepszy niż Arnolda Żelaznego do „Terminatora”.

creed5

Czy można „Creeda” nazwać narodzinami legendy? Na to pytanie tylko czas potrafi odpowiedzieć. Nie jest to wielkie kino, bo jest pełne schematów (ładnie poprowadzonych), a niektóre wątki – głównie relacja Adonisa z wdową po ojcu – można było bardziej rozbudować i rozwinąć. Niemniej reżyserowi udało się odświeżyć serię, by znów utrzymać w napięciu do finałowego starcia. I za to ma u mnie dożywotni szacunek.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Idol

Lata 70. to okres glam rocka – muzyki gitarowej pełnej blichtru i przepychu. To w tym okresie gwiazdą stał się niejaki Brian Slade. Jego kariera zaczęła się szybko i skończyła się jeszcze szybciej, gdy został zastrzelony na scenie w 1974 roku. Z okazji 10 rocznicy tej tragedii brytyjski dziennikarza Heralda, Arthur Stuart zostaje poproszony o napisanie tekstu o Brianie Sladzie. Tylko jak to było z tym zabójstwem?

idol1

Todd Haynes w 1998 roku nakręcił film, którego chyba się nikt nie spodziewał. Niby fikcyjnych biografii było bardzo wiele, jednak „Idol” wyróżnia się z tego grona tłem. Gdyż ten tytuł pokazuje jak silny wpływ na muzykę miały lata 70. I nie tylko na muzykę, ale też modę i obyczaje. Haynes czerpie schemat swojej opowieści z „Obywatela Kane’a”, czyli mamy śledztwo oraz niejednoznaczny portret Slade’a. Dodatkowo reżyser miesza wątki opowieści z osobistymi wspomnieniami Stuarta, który był w wielu kluczowych momentach tego dramatu. Budzi to pewien chaos i dezorientację, a nawet poczucie niespójności, ale tak jak główny bohater, „Idol” tworzy przez to aurę tajemniczości. Z jednej strony to niby klasyczna opowieść o sławie, jej ciemnej stronie, upadku i brudnych grach szołbiznesu, ale też o fascynacji drugim człowiekiem. To jak osoba uważana za „idola”, może mieć wpływ na życie innych, kształtując go na zawsze. Symbolem tej zmiany staje się zielona spinka, którą miał pierwszy dostać Oscar Wilde (co widać na początku filmu) i otrzymują inni, „wyjątkowi” ludzie.

idol5

Reżyserowi udaje się w pełni odtworzyć klimat lat 70. I nie chodzi tylko o elementy scenografii (okładki płyt, gazety), ale też te kostiumy – przesadzone, kiczowate i pstrokate. Panowie w damskich ciuszkach, butach z wysokim obcasem oraz obcisłych spodniach. Nic dziwnego, że to wśród starszego pokolenia wywoływało to szok, a nawet obrzydzenie, choćby w ujawnianiu swojej orientacji seksualnej (bi lub homo), doprowadzając do złamania kwestii tabu. Ale dla Arthura (dobry Christian Bale) śledztwo jest też szansą do przypomnienia sobie rzeczy, które ostatecznie ukształtowały jego osobowość i pożegnaniem się z tą epoką.

idol4

Poza pokręconą realizacją i niesamowitą oprawą audio-wizualną, Haynes ma dwóch kapitalnych aktorów, zawłaszczających ekran swoją obecnością. Ewan McGregor i Jonathan Rhys-Meyers znakomicie odnaleźli się w rolach bohaterów swojej epoki. Pierwszy jako Curt Wild to dosłownie dziki zwierz sceniczny (jego pierwszy koncert i zachowanie niemal żywcem wzięte od Iggy’ego Popa), który wpada w nałogi, a silna więź ze Sladem, naznacza także i jego, ten drugi jest świadomym swojej wartości kreacjonistą, dla którego najważniejsza wydaje się sława i sztuka (chociaż co do tego ostatniego nie jestem pewny). Jednak w ich spojrzeniach i gestach tworzy się cała paleta emocji, które nie zostają powiedziane.

idol3

„Idol” to jeden z dziwniejszych filmów o muzyce. Tak wiarygodnego portretu epoki nie widziałem od czasu „24 Hour Party People”, a nieszablonowość formy realizacji jest naprawdę godna podziwu. Haynes nie idzie pod publiczkę, co może utrudnić odbiór i przyjemność z seansu. Ale może być tak, że po tym filmie, będziecie chcieli poznać nowego idola.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Bulwar

Nolan Mack jest niepozornym facetem, pracującym w banku prawie 26 lat. Żyję razem z żoną, ale w osobnych łóżkach, ojciec jest ciężko chory i mężczyzna wkrótce ma otrzymać awans. To monotonne życie zostaje zmienione, gdy podczas powrotu z domu opieki potrąca młodego chłopaka. Leo, bo tak ma na imię jest męską prostytutką i obydwu panów zaczyna coś łączyć.

bulwar1

Dito Montiel, zanim zaczął kręcić filmy, był muzykiem i pisarzem. Jednak jego filmy, poza debiutanckim „Wszyscy twoi święci” nie spotkały się z dobrym przyjęciem. „Boulevard” nie zmieni raczej tego stanu rzeczy, gdyż jest to dość spokojne kino obyczajowe. Samo w sobie nie jest to niczym złym, jednak sama historia jest mało interesująca. Opowieści o zakłamaniu i próbie weryfikacji swojego życia powstały setki (ostatnia, która mnie powaliła to „American Beauty”), a ten tytuł poza monotonnym i sennym tempem, nie serwuje niczego nowego. Spotkania Nolana z Leo są dość przewidywalne, a same dialogi o niczym zwyczajnie nudzą.

bulwar3

Jedynym haczykiem i plusem tego filmu jest świetna, wyciszona rola Robina Williamsa, który pokazuje i potwierdza, że potrafi grać także role dramatyczne. To była jedna z ostatnich kreacji zmarłego w zeszłym roku aktora. Ale nawet on nie jest w stanie uratować i obronić tego filmu do końca. Coś w tym filmie nie zagrało, jednak co – tego nikt nie wie.

5/10

Radosław Ostrowski