Wszyscy znamy ją jako drugą połówkę duetu Dead Can Dance oraz współtwórczynię ścieżki dźwiękowej do „Gladiatora”. Tym razem Lisa Gerrard postanowiła wydać solowy album, bez Brendana Perry. Podobno krążą wieści, że to jej najlepszy album.
Jest on dostępny tylko w formie elektronicznej. Jak to brzmi? Mrocznie, podniośle, bazując głównie na wokalizach Lisy z klimatem przypominający „średniowiecze”. I najlepiej słuchać jej w ciemności. Poza poruszającym i mocnym głosem Lisy instrumentarium jest mocno oszczędne. Dominują tutaj smyczki, czasem pojawia się fortepian i gitara („Estelita”), które są tak naprawdę tłem dla niesamowitej ekspresji pani Gerrard. W zasadzie trudno wyróżnić jakikolwiek utwór, gdyż jest to spójna i świetnie się uzupełniająca całość trwająca 45 minut. Wielu może odrzucić, bo mimo zmian jest ona bardzo monotonna. Ale moim zdaniem taka miała być. Jeśli jesteście odważni i nie przeszkadza wam takie brzmienie – może czekać was największa podróż dla waszej duszy. Oceny wyjątkowo nie będzie.
To jeden z tych głosów, których nie trzeba przedstawiać. Legendarny frontman zespołu Ultravox, który po rozpadzie w latach 90. (a także wcześniej) nagrywał solowe płyty. Po reaktywacji swojej macierzystej formacji, Ure postanowił wydać solowy materiał.
Jeśli myślicie, że doszło do zmiany stylistyki, popełniacie wielki błąd. To nadal muzyka elektroniczna, zmieszana z gitarowymi popisami Midge’a. I ta mieszanka działa już w otwierającym całość „I Survived”, gdzie dominują delikatne syntezatory oraz łagodny fortepian, natomiast pod koniec wyraźnie zaznacza swoją obecność gitara elektryczna. Znacznie agresywniejsze jest „Are We Connected”, gdzie to gitara jest dominująca nad elektronicznymi pasażami, choć nie brakuje tez i bardziej wyciszonych fragmentów jak „Let It Rise” z delikatnymi dźwiękami gitar oraz rytmicznymi, elektronicznymi wstawkami, „Star Crossed” czy mroczniejszy „Dark, Dark Night” z pulsującą perkusją oraz nakładającymi się gitarami. Niestety, nie brakuje też utworów, które ocierają się mocno o tandetę jak singlowy „Become” jakby żywcem wzięty z lat 80., tylko brzmiący bardziej topornie. Jednak dla mnie największą niespodzianką był instrumentalny „Wire and Wood” z akustycznym wstępem oraz pięknie zgranymi smyczkami z fortepianem.
Jednak jest to album zdecydowanie bardziej wyciszony, miejscami mocno intymny i raczej mało przebojowy. Jednak Ure nadal ma ten przyciągający głos (miejscami trochę modyfikowany cyfrowo), a i same melodie są naprawdę interesujące. 10 utworów (bo są dwa instrumentalne) sprawia zaskakująco przyjemny czas. Raczej dla fanów samego Ure’a niż Ultravox.
Ben Affleck miał wyrobiona reputację aktorskiego drewna, którego umiejętności potrafił wykrzesać jedynie Kevin Smith. Gdyby ktoś 10 lat temu powiedziałby, że ten facet będzie świetnym reżyserem, od razu bym go wyśmiał. Ale w 2007 roku stał się cud. Affleck usiadł na stołku z napisem: „director” i nakręcił dobry kryminał, „Gdzie jesteś, Amando?”. Trzy lata później przeraził za to swych przeciwników „Miastem złodziei”. Mocny kryminał, inspirowany kultową „Gorączką”, jest opowieścią o Dougu (w tej roli sam Affleck – i nie schrzanił tego!), który razem z kumplami dokonuje napadów, ale już myśli o tym, by się wyrwać i zacząć od nowa. Film ma wszytko, co tego typu produkcja mieć powinna – precyzyjną intrygę, wiarygodną psychologię i tło obyczajowe, świetnie zrobione sceny akcji oraz wyborne aktorstwo, z kapitalnymi kreacjami Jona Hamma i Jeremy’ego Rennera. A jak sobie na tym polu radzi warstwa muzyczna?
Ben zatrudnił Harry’ego Gregsona-Williamsa, który współpracował z nim już przy jego debiucie, ale tym razem poprosił o pomoc swojego podopiecznego, Davida Buckleya. Czy wpłynęło to w jakikolwiek sposób na muzykę? Nie, gdyż mamy tutaj do czynienia z brzmieniem typowym dla Harry’ego z czasów współpracy z Tonym Scottem, czyli głównie elektronika i gitary elektryczne, a z orkiestry dają o sobie znać jedynie smyczki. Innymi słowy: obecny standard kina hollywoodzkiego. Więc czy w ogóle warto zwrócić uwagę na ten soundtrack, który, o dziwo, w filmie funkcjonuje naprawdę dobrze?
Muszę przyznać, że wypada on poza filmem całkiem przyzwoicie, ale od czego by tu zacząć? Na pewno przez długi czas jest ponuro i mrocznie, a pojedyncze dźwięki i brak typowej melodyki działa tutaj na plus, co słychać już w otwierającym całość „Charlestown”, z którego można wyłuskać przebijającą przez elektroniczne dziwadła lirykę, przestrzennie brzmiący fortepian i smyczki. I w zasadzie tak wybrzmiewa tutaj muzyka akcji, czasami bardzo głośna („Bank Attack” – bardzo ‘brzydka’ elektronika), czasem wręcz przeciwnie („OxyContin”), aczkolwiek są tutaj dwa mocne wyjątki.
Pierwszy to „Nuns with Guns”, czyli temat z napadu na konwój zakończony strzelaniną i pościgiem. Szybkie, dynamiczne, ze ‘strzelającą’ perkusją i elektroniką, tworzy istną petardę, z drobnym momentem spokoju (skrzypce), który tylko podkręca atmosferę. Drugim takim utworem jest „Who Called 911?” z wielce nerwowymi popisami smyczków i perkusji. Reszta jest zaledwie solidnym hałasem, zagłuszanym w filmie przez pisk opon, wystrzały i tym podobne bajery. Mniej drażniące to wszystko, niż w przypadku „Metra strachu” czy „Niepowstrzymanego”, ale do najlepszych dokonań kompozytora jeszcze wiele brakuje.
Zupełnie inaczej wypada za to liryka, która nie jest tak aranżacyjnie przesadzona, jak action score i pozwala złapać odrobinę oddechu. Ją reprezentuje temat głównego bohatera, w którym czuć sporo melancholii i smutku. Pojawia się on parokrotnie, po raz pierwszy w „Doug Reflects” (delikatna gitara elektryczna), podkreślając próbę wyrwania się bohatera z tytułowego miasta, do którego jest mocno przywiązany (najpiękniej motyw ten wybrzmiewa w kończącym całość „The Letter”). Podobnież relaksujący jest bardzo delikatny „The Necklace” z prostym, ale poruszającym fortepianem.
I co mam zrobić z „The Town”? To nie jest album sprawiający jakąś wielką przyjemność, ani tym bardziej rewolucja w dorobku Gregsona-Williamsa. Bardzo łatwo można tej pracy zarzucić wtórność i zmęczenie materiału – jest to tylko solidna robota, dobrze sprawdzająca się na ekranie. Ostatnio kompozytor nie może się jakoś specjalnie odnaleźć i bardzo rzadko potrafi wyeksponować swój talent, co (chyba nie tylko mnie) bardzo smuci. Tymczasem dla „Miasta złodziei” za solidność, przystępny czas i materiał oraz dobry montaż daję:
7/10
Radosław Ostrowski
PS. Recenzja ta wcześniej się znalazła w portalu MuzykaFilmowa.pl.
Transcendencją filozofowie określają byt spoza świadomości. Takim poważnym tytułem swój debiutancki film nazwał uznany operator Wally Pfister znany głównie ze współpracy z Christopherem Nolanem. Była to kolejna historia o stworzeniu sztucznej inteligencji, tym razem noszącej twarz zabitego naukowca o twarzy Johnny’ego Deppa. Choć oczekiwania były spore (duży budżet, czyli sto baniek, gwiazdorska obsada – poza Deppem Rebecca Hall, Paul Bettany, Morgan Freeman), to okazał się zaledwie solidnym tytułem (dla mnie) lub wielkim rozczarowaniem (chyba cała reszta). Ale wielu liczyło też na przynajmniej solidną warstwę muzyczną.
I to następuje szok, gdyż wielu widziałoby na tym stanowisku Hansa Zimmera. Ale Pfister miał większe ambicje i jako kompozytora zaproponował Mychaela Dannę, który raczej nie kojarzy się z wysokobudżetowymi tytułami (może poza zeszłorocznym „Życiem Pi”, które kosztowało 120 mln). Ten kompozytor minimalista poszedł chyba po najkrótszej linii oporu i postawił na elektronikę oraz szczątkową orkiestrę, co ze względu na tematykę wydaje się dość oczywistym rozwiązaniem. Brzmi jak Hans Zimmer? Brzmi. Tylko jest znacznie gorsze. Powolne i rozciągnięte granie smyczków, trochę odrealnione dźwięki perkusji (jak dzwonki), ambientowa elektronika – takich dźwięków to było już multum razy w kinie nie tylko u Zimmera i jego podopiecznych, ale chociażby u Cliffa Martineza. Brak oryginalności jeszcze można przeżyć, ale największym problemem jest brak tutaj melodyki i jakiś porywających tematów. Nic tutaj specjalnie nie rzuca się w uszy.
Choć są tutaj w tej kwestii pewne wyjątki jak śladowy temat małżonków naukowców Carter (smyczki i fortepian w „Will and Evelyn”), czasem znajdzie się jakaś wokaliza („You Cannot Say”), nastąpi jakaś małe rozkręcenie akcji („Online Now” z ciągnącymi się dęciakami oraz świdrująca elektroniką czy szybsze „Why Did You Lose Faith?”), ale to są zbyt drobne fragmenty, by były w stanie przykuć uwagę na dłużej. Nawet nieźle zrobione elektroniczne cudeńka („Get off the Grid” z mocną perkusją) po pewnym czasie stają się zbyt monotonne, by przykuć uwagę na dłużej.
Mógłbym napisać jeszcze z jeden czy dwa akapity, ale nie zmienia to jednej rzeczy: „Transcendencja” to prawdopodobnie najsłabsza praca Mychaela Danny w całej jego karierze. Zarówno w filmie jak i poza nim jest tylko i wyłącznie tłem do wydarzeń, które po prostu się nie sprawdza. I choćby nie wiem jak to było montowane, jest zbyt nudne i monotonne. Prawdopodobnie Amerykanie w bazie Guantanamo na Kubie grają taką muzykę, by złamać więźniów. To powinna być wystarczająca rekomendacja zniechęcająca do przesłuchania tej marnej robótki.
Brytyjska trip-hopowa formacja Archive zdobyła rozgłos dzięki płycie „You All Look the Same to Me”, zawierająca przeboje „Bullets i „Again”. Po dwóch latach od ostatniego albumu, postanowili nagrać kolejny materiał i by było bardziej ambitnie dodali do tego 40-minutowy film, który można (chyba) zobaczyć także na stronie grupy.
Skupmy się jednak na samej płycie, która zawiera tylko siedem kompozycji, które jednak bardzo płynnie przechodzą między sobą. I muszę przyznać, że ta spójność mnie powaliła, choć nie jestem wielkim fanem muzyki elektronicznej, to jednak aura jest pełna mroku oraz tajemniczej magii. Obecna jest ona od pierwszej do ostatniej minuty. Zaczyna się bardzo delikatnie, dzięki pięknie ciągnącym się smyczkom w „Distorted Angels”, do których (poza wokalem Pollarda Berriera) dołączają dziwne „wybuchy” perkusji, a w ostatniej minucie elektronika się uspokaja, tworząc wręcz kosmiczną aurę. Ale prawdziwą petardą jest tutaj tytułowy (prawie dziesięciominutowy) utwór, z kapitalną po prostu partią dzwonów (naprawdę melodyjnie dzwonią), które w połowie ustępują „plumkającym” klawiszom oraz innym dźwiękom (m.in. przesterowanej gitarze elektrycznej) czy „przyśpieszonemu” dźwiękowi fortepianu. A piosenek nie ma tu zbyt wiele (melodyjnie mroczny „Baptizm” z podniesionym wokalem, szybkimi uderzeniami perkusji czy pulsujący „Transmission Data Terminate”, gdzie znów perkusja nadaje rytm, a nawet fortepian brzmi dość zagadkowo, zaś wokale – męski i żeński – obydwa delikatne, kontrastują z muzyką). Przestrzennie brzmi też „The Noise of Flame Crashing” (te klawisze), a drugą petardą jest „Shiver” z bardzo pięknie grającym fortepianem.
I muszę przyznać, że nowe Archive mnie po prostu oczarowało, idąc w stronę bardziej progresywnych dźwięków, co mnie bardzo ucieszyło. Muzyka jest bardzo przestrzenna i klimatyczna, czaruje i zniewala. Mocny kandydat na płytę roku 2014. I nie ma w tym cienia przesady.
O tej skrzypaczce już wspominałem, gdy trafiłem na jej debiutancki album. Ale bardzo popularna panna Stirling postanowiła nie odpuszczać i wydała kolejny album, na którym znów popisuje się grą na skrzypcach, faszerując to współczesnymi aranżacjami oraz podkładami – dubstep, electro, house i tym podobne.
Innymi słowy zaskoczenia nie ma, a skrzypce w takiej wręcz „kosmicznej” aranżacji brzmią pięknie i nie wywołują wrażenia niedopasowania. Skrzypce nadają tutaj pewnej elegancji, zaś bity bywają tandetne (początek „Mirror Haus” czy „Sun Skip”), ale na szczęście jest tutaj kilka ciekawych momentów jak melodyjna z pozytywki w tytułowym utworze, gdzie nawet dubstepowy podkład i niezły wokal Lzzy Hale nie był w stanie zniszczyć smyczkowych popisów Stirling. Najlepszym zgraniem elektroniki ze smyczkami jest „Night Vision”, gdzie elektroniczna perkusja i połowie jest zastępowana nakładającymi się głosami i delikatnym dźwiękiem klawiszy, ale wielu może taka mieszanka zniesmaczyć, a nawet zniechęcić („Master of Tides” czy „Eclipse”). Jednak w edycji deluxe pojawia się jeden warty uwagi utwór – „Take Flight” w wersji symfonicznej. Ale miłośnicy niekonwencjonalnych dźwięków powinni być więcej niż zadowoleni.
W ostatnim czasie coraz wyraźniejszy jest trend zatrudnia popularnych wykonawców lub muzyków do pisania ścieżek dźwiękowych. Był Daft Punk (”Tron: Dziedzictwo”), The Chemical Brothers („Hanna”) czy M83 („Niepamięć”). Efekty tej kooperacji bywają bardzo różne, bo są bardzo interesujące i świetne propozycje. Jak będzie w przypadku muzyki do filmu „Ona”?
Zanim powiem o samej muzyce, muszę wyjaśnić pewną nieścisłość. Album ten nie jest oficjalnym soundtrackiem do filmu, tylko promo dostępnym tylko przez Internet (można go namierzyć na YouTube) – kiedy zostanie oficjalnie wydany? Nie wiadomo. A kto napisał ta muzykę? W filmie napisali (napisy końcowe), że zespół Arcade Fire – jeden z najpopularniejszych zespołów indie rockowych. Jeśli tak, to czemu nominację do Oscara dostali tylko Win Butler (wokalista, kompozytor i multiinstrumentalista) oraz Owen Pallett (skrzypek)? Bo oni muzykę napisali, a zespół ją wykonał. Wybór tej grupy dla reżysera Spike’a Jonze’a nie był niczym zaskakującym, gdyż stale współpracuje z tym zespołem (ostatnio nakręcił teledysk do utworu „Afterlife” z ich ostatniej płyty i wykorzystuje ich piosenki w zwiastunach). Co z tego wyszło?
Muzyka pełna elektroniki i wykorzystująca pełne brzmienie zespołu. Dobrze współgrająca z obrazem i tworząca bardzo melancholijny klimat, który jest odczuwalny praktycznie do samego końca. A jednocześnie jest to bardzo delikatne, bardzo liryczne. Utworów jest 13 i mogę was zapewnić, że możecie zapomnieć o przebojowości czy dynamice. Słychać to już w „Sleepwalkerze” – monotonne uderzenie „mantrycznego” tła, wspierane przez gitarę akustyczną i bas, „budząc” nas ze snu. A dalej jest róznie: od bardziej „agresywnej” i nieprzyjemnej elektroniki („Milk & Honey”) przez delikatniejsze partie z fortepianem w tle („Divorce Papers” czy „Some Other Place”) lub skrzypcami („Loneliness #3”). Jedynym utworem z potencjałem przebojowości jest „Morning Talk/Supersymmetry”, który w połowie zaczyna brzmieć bardzo chwytliwie i ze złożoną elektroniką (to instrumentalna wersja piosenki z płyty „Reflektor”) czy bardzo szybko grany na fortepianie „Photograph”.
Problem polega jednak na tym, że ta muzyka poza filmem nie sprawia aż takiej przyjemności jak w filmie, gdzie jest naprawdę zgrana z obrazem, ale poza nim miejscami mocno ociera się o smęcenie („Loneliness #4” czy „Milk & Honey (Alan Watts & 641)”. Technicznie nie ma się tu do czego przyczepić, bo na ekranie muzyka sprawdza się więcej niż dobrze. Ja jednak poczekam na oficjalne wydanie, zaś promo można sobie posłuchać.
Trzy lata temu pojawiła się pewna młoda dziewczyna z Wysp Brytyjskich, która nagrała debiutancki album. Nic dziwnego, bo to przecież robią debiutanci. Ale takiej dawki elektroniczno-klubowego grania, które nie było tylko mordownią uszu i słuchało się tego z wielka przyjemnością. Ile razy słuchałem „On a Mission”? Nie policzę,ale od tej pory uważnie zacząłem obserwować niejaką Katy B. Po trzech latach i jednej EP-ce, ukazuje się drugi album. Co tym razem z tego wyszło?
Za produkcję przy „Little Red” odpowiadają siedzący w klubowych brzmienia Geeneus (pracował przy debiucie Katy), Jacques Greene, The Invisible Man czy The Arcade. Zapowiadano, że będzie bardziej przebojowo i wyraziście. Brzmiało to dość niepokojąco, ale nie musiało oznaczać, ze będzie gorzej. I jak jest? Na pewno przebojowo, ze skrętami w stronę house’u i r’n’b. A we współczesnej scenie klubowej powoli odchodzi się już od modnych 3 lata temu dubstepów, bo wsiąkły do mainstreamu. Ale całość brzmi więcej niż przyzwoicie. Bity sa pulsujące, z odniesieniami do stylistyki lat 80. („Next Thing”) i 90. (kapitalna „Aaliyah” z gościnnym udziałem Jessie Ware), podkłady są bardzo złożone i rozbudowane, a jednocześnie bardziej przejrzyste i chwytliwe. Jednak nie aż tak energetycznie jak w przypadku debiutu. Jest parę prób eksperymentowania (singlowe „Crying for No Reason” ze wstępem pianistycznym czy lekko dubstepowe „All My Lovin’”), które dość różnie wychodzi. Czasem się udaje (chilloutowe „Trumbling Down” czy chwytliwe „Everything”), ale i nie zawsze (archaiczny i patetyczny „Still”). Mimo tego, bilans wychodzi na plus. Głos Katy – delikatny i czarujący, teksty niegłupie, produkcja porządna.
„Little Red” ma wszelkie zadatki, by szaleć na imprezach karnawałowych w klubach i w domówkach. Chwytliwe, do tańca i bujania. Trzeba czegoś więcej?
Kino lubi wyzwania i nietypowe przedsięwzięcia, zwłaszcza opowieści o ludziach walczących z naturą, samymi sobą, a ostatnio nawet z kosmosem. Czymś takim na pewno jest film „All Is Lost” opowiadający o starym marynarzu (prawie nie odzywający się Robert Redford), który po zderzeniu z kontenerem podejmuje walkę o utrzymanie się na morzu. Wyszło z tego naprawdę niezłe kino, choć bardzo wymagające i dość spokojne. Ale o filmie już powiedziałem, więc skupie się na warstwie muzycznej, która ku wielkiemu zaskoczeniu otrzymała w tym roku Złoty Glob.
Autorem jest debiutujący w muzyce filmowej Alexander Ebert – multiinstrumentalista oraz frontman zespołu Edward Sharp and the Magnetic Zeros. Innymi słowy, twórca muzyki alternatywnej. W samym filmie muzyka tworzy bardzo solidne tło, budując klimat samotności i potęgi oceanu, dlatego dominuje tutaj elektronika, ocierająca się miejscami o ambient. Jednak w przeciwieństwie do choćby „Grawitacji”, jest ona bardziej przystępna i łatwiejsza w odbiorze, z większym wpływem żywego instrumentarium. Głównie tutaj wyraźnie słyszalna jest gitara akustyczna, trochę przypominająca twory Gustava Santaolalli („All is Lost”), choć jeszcze pojawiają się różne dzwoneczki czy męski wokal przechodzący w gwizd („Virginia’s Dream”).
To są jednak momenty wytchnienia i w miarę bezpieczne na tej ścieżce. Bo i musiał się tu pojawić underscore, podkreślający elementy „walki” naszego marynarza ze statkiem, sztormem i brakiem wody. Wtedy jest trochę mniej przyjemnie, choć kompozytor próbuje ta ciężką elektronikę (imitacje ptaków, przerobione wokale) okrasić uderzeniami bębnów („The Infinite Breed”) czy pozorując spokój, delikatna gitarą oraz smyczkami, by gwałtownie podkręcić atmosferę uderzeniami pałeczek, fortepianem oraz elektroniką („Dance of Lilies”). Choć zdarzają się i momenty monotonne jak „The Instincts of Boredom”.
Za to największe emocje serwuje nam finał podzielony na trzy utwory. Najpierw jest bardzo spokojny „Somewhere in the Midnight of Summer” z delikatna elektroniką, dzwonkami, Hammondem, gitarą oraz piękną żeńską wokalizą, następnie gitarowy „Excelsior and the All Day Man” oraz bardzo poruszająca piosenka „Amen” w wykonaniu samego Eberta z bardzo poruszającymi smyczkami i fortepianem.
Ebert tym debiutem pokazuje się jako nieszablonowy twórcy, który tworzy muzykę nie tylko pasująca do ekranu, ale także jest bardzo przystępny i przyswajalny poza nim. Co w przypadku takiego filmu, wydaje się zadaniem prawie niemożliwym. Zaskakująco fajny album, jakkolwiek to zabrzmi.
Kosmos – przestrzeń, której nikomu nie udało się ogarnąć, jednak ciągle ludzkość marzy o tym, by go podbić. A że przestrzeń tak gigantyczna potrafi być niebezpieczna, pokazuje „Grawitacja”, nadając kinu survivalowemu kompletnie nową jakość. O filmie już pisałem, więc nie będę się powtarzał. Jak każdy porządny film walczący o Oscara ma też wydaną ścieżkę dźwiękową (także nominowaną do nagrody). Co jest o tyle dziwne, że żadnej muzyki nie słyszałem. Czyżbym stracił słuch?
O dziwo nie. Odpowiedzialny za warstwę muzyczna Steven Price tutaj postawił przede wszystkim na brzmienie elektroniki i smyczków, które potęgują ciszę kosmosu, gdzie naprawdę nic nie słychać. Problem w tym, że ona w większości składa się z szumów (nagle przerywanych), efektów dźwiękowych (imitacja uderzeń, silników czy brzęczeń narzędzi), wprowadzając w stan nudy. Żeby było jeszcze mniej ciekawie, utwory gwałtownie są przerywane, co niszczy je od środka. W filmie wybija się, co nie jest trudne, gdy prawie w ogóle nie padają dialogi – plus jeszcze strasznie monotonne, co w przypadku 70-minutowego wydania wydaje się dla melomanów wyższym szczytem masochizmu.
A jakby było tego mało, Price zajeżdża bardzo Hansem Zimmerem. Dotyczy to nie tylko paradoksalnie najlepszych ścieżek, czyli finału zbitego na trzy utwory: „Tiangong”, „Shenzou” i „Gravity” – patetyczne utwory z podniosłymi smyczkami i żeńską wokalizą, ale też budowania napięcia (owe gwałtowne urwania muzyki), wykorzystywaniem sampli czy delikatną warstwą liryczną (pianistyczny „Airlock”). Popisem umiejętności w budowaniu napięcia jest 10-minutowe „Don’t Let Go”. Zaczyna się ono bardzo spokojnie, by potem zaatakować nas pulsującą elektroniką oraz szybkimi rajdami smyczków, z pałętająca się gdzieś trąbką.
Sama muzyka w filmie radzi sobie całkiem nie najgorzej, budując odpowiedni klimat i atmosferę. Jednak słuchanie bez obrazu jest zadaniem bardzo karkołomnym i niebezpiecznym jak naprawa satelity podczas deszczu meteorytów. Dodatkowo brak własnego języka i mocne inspiracje Hansem Zimmerem, czyli królem muzycznego mainstreamu psują przyjemność ze słuchu. Może i sprawdza się w filmie, ale poza nim jest ciężkostrawna i jeszcze sporo za długa. Album tylko dla najtwardszych.