
Tego człowieka nie trzeba przedstawiać, gdyż każda osoba posiadająca jakiekolwiek pojęcie o muzyce rozrywkowej słyszała o Królu – ojcu rock’n’rolla. I mimo, że zmarł w 1977 roku, nadal wychodzą jego płyty, dowodząc tylko, że Elvis jest wiecznie żywy. Tym razem wpleciono głos nieboszczyka i dodano do brzmienia Royal Philharmonic Orchestra, dodając nowe aranżacje do klasycznych przebojów. Dzisiejsza technologia pozwala na takie sztuczki.
I nie czuć tutaj tego, że jest to sklejka i zarówno głos Elvisa, jak i brzmienie orkiestry wydają się naturalnie uzupełniać. Nie brakuje tutaj zarówno pazura w openerze „Burning Love”, z fantastycznym wstępem smyczkowym oraz klasycznym tłem rockowym, czyli perkusją oraz fortepianem, a jak wejdzie chór, to ciary przeszły po mnie. Nie zabrakło też nieśmiertelnych klasyków jak „It’s Now or Never” (tu gościnnie pojawia się trio Il Volo jako chórek oraz mandolina na początku) czy „Love Me Tender” (te smyczki z gitarą akustyczną chwytają). Nawet „Fever” zabrzmiało bardziej swingowo, co jest zasługą trąbki i oszczędnej perkusji, jak i Michaela Buble. Dalej jest też różnorodnie: refleksyjny „Moon Over Troubled Water” duetu Simon & Garfunkel, spokojny i wyciszony „And The Glass Won’t Pay No Mind” od Neila Diamonda czy „Steamroller Blues”, gdzie wreszcie pojawia się gitara elektryczna. Może w środku robi się troszkę za spokojnie, ale całość jest zrealizowana z klasą i smakiem, którego po taki wykonawcy się należy spodziewać.
Sam głos Elvisa nadal porywa i ma takiego kopa, że wielu młodych artystów mogłoby mu pozazdrościć. Muzyka współgra idealnie z głosem Króla, dając mu sporo przestrzeni, którą skutecznie wykorzystuje (podniosły „An American Trilogy” czy jazzowy utwór tytułowy) i mimo znajomości tych utworów, brzmi to świetnie. I to jest kolejny dowód na nieśmiertelność legendy Króla.
8,5/10 + znak jakości
Radosław Ostrowski
