Okruchy dnia

Rok 1958. James Stevens jest kamerdynerem pracujący w rezydencji Darlington Hall. Po śmierci poprzedniego właściciela, lorda Darlingtona, lokaj teraz służy byłemu amerykańskiemu kongresmenowi Lewisowi. Ten daje swojemu służącemu wolne, które zamierza wykorzystać, by wyjechać na wschód kraju, by spotkać się z byłą gospodynią domu, panią Kenton.

okruchy1

Kino historyczne/kostiumowe było domeną Jamesa Ivory’ego – Amerykanina zakochanego w brytyjskiej literaturze i kulturze. Przenosząc na ekran powieść Kazuo Ishiguro, z jednej strony odtwarza realia życia na dworze w latach 30. XX wieku, a jednocześnie opowiada historię miłości dwojga ludzi, którzy nigdy jej sobie nie wyznali. Dwutorowość fabuły (podróż Stevensa przeplata się ze wspomnieniami z czasów świetności dworu) bardzo uatrakcyjnia ten film, choć sprawia on wrażenia nudnego, spokojnego, choć bardzo eleganckiego. Ale to tylko pozory, moi drodzy. Bo emocje, które nie są wypowiedziane, są bardzo namacalne i widoczne, pokazane drobnym spojrzeniem, przerwanym słowem. Ivory jest bardzo wnikliwym obserwatorem, zaś realizacja jest po prostu perfekcyjna – zdjęcia, montaż, muzyka, scenografia, kostiumy, nawet dźwięk są nierozerwalną częścią tego filmu. Takie filmy po prostu się ogląda i ogląda, i ogląda. I zachwyca, nie potrafię tego opisać słowami. Ale jest to też pewna refleksja nad człowiekiem, który idzie zgodnie z rytmem czasu i dąży do perfekcji w swojej profesji (tutaj: idealnego kamerdynera).

Także aktorstwo jest tutaj znakomite i nie chodzi mi tu tylko o główne role, ale nawet o epizody, na co rzadko się zwraca uwagę. Początkowo Anthony Hopkins może sprawiać wrażenie nie pasującego do roli kamerdynera, ale po raz kolejny ten aktor pokazał geniusz. Stevens w jego wykonaniu to perfekcjonista w swoim fachu, który nie zwraca uwagę ani na poglądy czy przekonania swoich pracodawców, tylko stara się wykonywać swoją pracę jak najlepiej. Dlatego nie wypowiada się na tematy polityczne, gospodarcze czy społeczne. Tłumi w sobie wszelkie emocje (najbardziej wylewny staje się, gdy upuszcza butelkę wina), ale oczy „mówią” co innego. To samo powiem na temat Emmy Thompson, która też wspina się na wyżyny swojego talentu jako gospodyni, która wzbudza większą sympatię. Oboje grają koncertowo, ale poza nimi wybijają się równie przedni James Fox (lord Darlington, sympatyzujący z Niemcami), Christopher Reeve (kongresmen Lewis) czy Hugh Grant (dziennikarz Cardinal). Ról zapadających w pamięć jest dużo więcej, ale nie jestem w stanie wszystkich wymienić.

okruchy2

Poruszające i głębokie kino o zabarwieniu obyczajowym. Dawno nie widziałem czegoś tak wyjątkowego i znakomitego. Jeśli ktoś uważa się za kinomana i szuka ambitnego repertuaru, „Okruchy dnia” spełnią jego wymagania.

10/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Anioły w Ameryce

Rok 1985, Nowy Jork. Bohaterami są dwaj ludzie, których różni wszystko, ale łączy jedno – obaj są chorzy na AIDS. Prior Walter to młody chłopak, który na skutek choroby ma halucynacje i widzi anioły. Roy Cohn to doświadczony adwokat, który nie akceptuje swojej diagnozy, ukrywa swoją chorobę i orientację seksualną. Ich losy przeplatają się z innymi mieszkańcami Nowego Jorku.

anioly_ameryka1

Przenoszenie na ekran sztuki teatralnej zawsze jest wyzwaniem, nawet jeśli jest to robione przez fachowców. Sztuka Tony’ego Kushnera zebrała wiele prestiżowych nagród i była wydarzeniem roku 1998. Przeniesienie jej na ekran było kwestią czasu. I w 2003 roku powstał 6-odcinkowy miniserial dla telewizji HBO, wyreżyserowany przez Mike’a Nicholsa i napisany przez samego Kushnera. I mam pewien problem z tym dziełem. Jest to ambitna produkcja, w której jest masa tematów i wątków: moralność, władza, seks, AIDS, hipokryzja, normy niszczące człowieka. Dialogi są bardzo mocne i inteligentne, realizacja imponuje, widać duży budżet, mamy obsadę składającą się zarówno z wielkich gwiazd, jak i dużo młodszych kolegów, zaś efekty specjalne nadal robią wrażenie. Więc w czym problem? Niczym ten serial nie zaskakuje – nie chodzi mi tylko o tematykę, ale też o samą treść pełną symboliki, metafor. Mimo ciekawej realizacji, czuć teatralny rodowód. Nie zmienia to jednak faktu, że jest to ciekawe, choć bardziej wymagające dzieło.

anioly_ameryka2

Nichols świetnie prowadzi aktorów, nawet jeśli grają po kilka postaci. Tym bardziej imponuje Meryl Streep (Hannah Pitt/Ethel Rosenberg – prześladująca Roya/rabin Chemelwitz) i Emma Thompson (anioł/pielęgniarka/bezdomna), które są po prostu fantastyczne i zawsze wypadają inaczej. Ale tak naprawdę najważniejsi są dwaj aktorzy: Justin Kirk jako Prior, który walczy o swoje życie do końca, ma różne wizje, gdzie jest prorokiem (żal faceta) oraz Al Pacino wcielający się w Roya Cohna – potężnego prawnika, który próbuje oszukać śmierć. Wywołuje on obrzydzenie, współczucie i szacunek jednocześnie. Tutaj właściwie trudno się do kogokolwiek przyczepić, bo pozostali aktorzy także wypadli przynajmniej bardzo dobrze (ja zdecydowanie wyróżniłbym Mary-Louise Parker i Patricka Wilsona – małżonków Mormonów – ona chora psychicznie i nadużywająca leków, on ukrywający swój homoseksualizm).

anioly_ameryka3

Serial ten zdobył wiele prestiżowych nagród, choć nie do końca się z nimi zgadzam. Jedno jest dla mnie pewne: „Anioły w Ameryce” trzeba obejrzeć, choćby po to by samemu wyrobić zdanie. Ale ostrzegam: to nie jest łatwy, lekki i przyjemny tytuł.

7/10

Radosław Ostrowski

Rozważna i romantyczna

Anglia, wiek XVIII. Gdy umiera Henry Dashvwood, zgodnie z prawem jego majątek otrzymuje jego syn John. Wbrew jego woli, zmusza macochę i jej trzem córkom opuścić domostwo. W końcu trafiają do letniego domu sir Johna Middletona. Najstarsze córki Elinor i Marianne w tym czasie przeżywają miłosne uniesienia. Starsza w młodym i lekko nieśmiałym Edwardzie Ferrarsie, zaś młodsza w pewnym siebie Johnie Willioghby.

rozwazna1

Jane Austen  jest jedną z najpopularniejszych pisarek angielskich wszech czasów, a ilość adaptacji jej książek jest tak wielka, że nie da się tego wymienić na wszystkich palcach jakie ma człowiek. „Rozważna i romantyczna” też była przenoszona parokrotnie, zaś najbardziej znanej adaptacji dokonał w 1995 roku Ang Lee. I były wątpliwości, co do wyboru reżysera, ale zostały one szybko rozwiane. I bardzo przekonująco odtwarza realia XVII-wiecznej Anglii, gdzie konwenanse mocno ograniczały relacje międzyludzkie (zwłaszcza miedzy kobietą a mężczyzną), a o ich przeszłości nie decydowała miłość, ale pozycja społeczna i stan posiadania (co widać w niemal każdej scenie rozmów). Na szczęście dzisiaj to nie jest problem, jednak wróćmy do filmu, w którym nie zabrakło odrobiny humoru (głównie ironicznego), pięknych kostiumów i zdjęć oraz eleganckiej muzyki pachnącej realiom. Zaś cała historia jest naprawdę wciągająca i prowadzona pewną ręką.

rozwazna3

I jedno co najważniejsze – zagrane jest to po prostu wyśmienicie. I tutaj mam na myśli nie tylko główne role, ale nawet drobne epizody, co jest dość sporą rzadkością (z drugiej strony mając do dyspozycji takich aktorów jak Tom Wilkinson, Imelda Stauton, Hugh Laurie czy Roberta Hardy nie można było narzekać). Jednak najbardziej uwagę skupiają dwie panie i jeden pan – Emma Thompson (rozważna Elinor – stonowana, powściągliwa), Kate Winslet (Marianne – romantyczna, nie ukrywająca swoich emocji) i Alan Rickman (pułkownik Brandon – skryty dżentelmen z tajemnicą). Wszyscy troje są rewelacyjni i patrzy się na nich z wielką przyjemnością. Trochę w ich cieniu jest Hugh Grant, który jednak nadal potrafi zauroczyć.

rozwazna2

Mimo upływu wielu lat, film Anga Lee nadal pozostaje wyborną pozycją w jego dorobku. Choć to melodramat ,czyli gatunek traktowany przez krytykę i większość mężczyzn za coś nie wartego uwagi, jest to najwyższej próby produkcja, która naprawdę potrafi przykuć uwagę i poruszyć. A to się zdarza naprawdę nielicznym.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

W imię ojca

Aż trudno uwierzyć, że ta historia wydarzyła się naprawdę. W 1974 roku brytyjski wymiar sprawiedliwości oskarżył Gerry’ego Conlona – drobnego złodziejaszka –  o dokonanie zamachu terrorystycznego. Razem z nim oskarżono trzech jego kumpli z komuny hippisowskiej oraz całą jego rodzinę, bo jak wiadomo wszyscy Irlandczycy to terroryści. Dopiero po 15 latach znaleziono dowody niewinności.

w_imie_ojca1

Opromieniony sukcesem debiutu Jim Sheridan znów opowiada prawdziwą historię największej pomyłki w historii brytyjskiego wymiaru sprawiedliwości, za którą do tej pory nikt nie odpowiedział. Sam film zaczyna się od zamachu bombowego, w którym zginęło 5 osób (w tle „In the Name of the Father” U2 i Gavina Fridaya), a następnie przenosimy się do Belfastu, w którym trwa wojna i z którego Irlandczycy uciekają, by być jak najdalej od polityki, zamachów itp. Jednak z momentem wsadzenia ojca i syna w jednej celi, zaczyna się opowieść o relacji ojciec-syn, która paradoksalnie zaczyna się odbudowywać, co w innych okolicznościach byłoby niemożliwe, choć trwa to bardzo stopniowo i subtelnie. Al też pokazuje nie tylko niesprawiedliwość, ale też do czego może doprowadzić nadużycie władzy i wykorzystywanie jej w oparciu na stereotypach. Wszystko to naprawdę dobrze zrealizowane od strony technicznej, ze świetną muzyką (nie tylko piosenkami, gdzie spotykają się tu m.in. Hendrix, Thin Lizzy, Ray Davies i Sinead O’Connor, ale też instrumentalną Trevora Jonesa).

Zaś wisienką w tym filmie są dwie kreacje, o których nie można zapomnieć. Wiadomo, że jak pojawi się Daniel Day-Lewis, to on i tak ukradnie cały film oraz, że ta rola będzie bardzo autentyczna. I tak też jest tutaj. Gerry to na początku zagubiony, młody chłopak, który może nie jest świętym, ale stara się być uczciwym.  I w więzieniu przechodzi pewną metamorfozę, buntuje się i walczy o prawdę na wszelkie sposoby. Równym partnerem dla niego okazał się równie przekonujący Pete Postlethwaite – spokojny, opanowany i stonowany, ale ufający swojemu synowi i wspierający go. Ten duet nakręca ten film i jest jego siłą napędową. Poza nimi nie można nie wspomnieć Emmy Thompson (Gareth Pierce, obrońca w procesie apelacyjnym) oraz Colina Redgrave’a (śliski inspektor Dixon).

w_imie_ojca2

Takie filmy jak „W imię ojca” wywołują poruszenie i wściekłość wobec tego, co się stało. To nadal mocne i surowe kino, broniące się świetnym aktorstwem oraz historią. Absolutnie trzeba to obejrzeć.

7/10

Radosław Ostrowski

U2 & Gavin Friday – „In the Name of the Father”