Powodzenia, Leo Grande

Zaczyna się od czekania gdzieś w hotelowym pokoju. Tam przebywa Nancy (Emma Thompson), która swoją pierwszą młodość ma już dawno za sobą. I czeka na kogoś, sprawiając wrażenie niepewnej, ciągle się wahającej. Schadzka? Pierwsza randka od dawna? Dzwonek do drzwi i jest on – młody, przystojny, czarnoskóry młodzieniec, tytułowy Leo Grande (Daryl McCormack). Dość szybko się dowiadujemy o co chodzi – to nie randka ani schadzka kochanków. On jest żigolakiem, eeee, facetem do towarzystwa, a ona klientką. Jej cel jest prosty: seks, który od dawna przestał być istotnym elementem życia Nancy.

Seksualność ludzi bardziej dojrzałych wydaje się tematem, stanowiącym tabu. Bo jak to? W tym wieku jeszcze uprawiać seks? I to z dużo młodszym facetem, który mógłby być jej synem? Zamiast prowadzić ustabilizowane, nudne życie i czekać na śmierć? Jak tak można? To bezczelność!!! Film Sophie Hyde nie jest tak naprawdę tylko o tym, a wszyscy oburzeni spodziewający się dzikich ekscesów oraz scen rozbieranych z filmów porno typu „365 dni” nie mają tu czego szukać. Tu więcej miejsca jest na dialog oraz powolne poznawanie nasze parki podczas kolejnych spotkań. Zaczynają się coraz bardziej otwierać i bardziej można odnieść wrażenie, że bardziej jesteśmy u terapeuty. Bo choć Leo ma ciało niczym młody bóg oraz wiedzę o seksie wydaje się mieć w małym paluszku, to tak naprawdę uwaga skupia się na Nancy. Oboje wiedzą po co przyszli (a przynajmniej jedno z nich), bo Nancy jest bardzo, bardzo spięta. On od razu podaje reguły (żadnych prawdziwych nazwisk, chodzi o zapewnienie przyjemności, nic na siłę) i zachowuje się jak na profesjonalistę przystało.

Choć humoru jest tu strasznie dużo (dialogi są pro prostu cudowne!), to temat seksualności w wieku 60+ potraktowany jest z powagą. Bo kto powiedział, że przyjemność cielesna jest zarezerwowana dla osób pięknych i młodych? I czemu korzystanie z usług pracowników seksualnych wywołuje problem? Z każdym spotkanie poznajemy ich oboje, a prosty szablon w jaki wrzuciłem te postacie (pewny siebie przystojniak oraz bardzo zahukana, niepewna kobieta) zaczynał pękać. Poznajemy jego skrywane tajemnice (jego trudne relacje rodzinne), zaś ona też ma parę rzeczy za uszami. Bo tak naprawdę nie chodzi tylko i wyłącznie o fizyczną przyjemność, lecz o… samoakceptację. Także swojego zaoranego przez życie ciała. Wyzwolenie się z osądu, wstydu, strachu, poczucia przymusu (seks nie ma być czym, co MUSISZ zaliczyć niczym egzamin) i otwarcia się na drugą osobę. Tylko, czy jesteśmy w stanie przełamać te narzucone pęta, które siedzą w naszej głowie? Przez otoczenie, rodzinę, wychowanie oraz nasze własne myśli. Warto o tym pomyśleć po seansie.

To wszystko także działa dzięki świetnemu duetowi aktorskiemu. Daryl McCormack jako pewny siebie Leo może początkowo wydawać się jednowymiarowym „świętym od seksu”, a swoją cierpliwością mógłby śmiało rywalizować z tybetańskimi mnichami. Mimo wieku jest doświadczony i wie jak mówić, by odpowiednio rozładować krępującą sytuację. Ale ciekawie robi się w dalszej części, gdy zaczynają emocję brać górę. Ale prawda jest taka, że film to absolutnie fenomenalna Emma Thompson – bardzo rozgadana, przerażona oraz zakompleksiona. Wszystkie swoje emocje pokazuje w oczach, pokazują swoją drogę do polubienia siebie samej jest pokazana wręcz bezbłędnie. Thompson w takiej formie nie widziałem od czasu „Dowcipu” Mike’a Nicholsa – złożona, choć pozornie pozbawiona fajerwerków kreacja warta wszelkich możliwych nagród.

To kolejny przykład małego filmu, który jest inteligentnie napisany, fantastycznie zagrany oraz wykonany (może bez wodotrysków) z wyczuciem oraz elegancją. Co patrząc na tematykę jest ogromnym osiągnięciem.

8/10

Radosław Ostrowski

Rok za rokiem

Rok 2019 w Wielkiej Brytanii zaczął się od brexitu, co było nieuniknione. Ale jednak to wszystko poznajemy z perspektywy paropokoleniowej rodziny Lyonsów. Najważniejsza w rodzinie jest babcia, którą reszta rodziny odwiedza przy okazji różnych uroczystości. Rodzinę tworzą dwaj bracia: starszy jest finansistą, ma piękną żonę oraz dwie córki, młodszy jest urzędnikiem ratusza i gejem oraz dwie siostry – samotnie wychowująca matka (drugie dziecko w drodze), poruszająca się na wózku inwalidzkim oraz aktywistka społeczna, walcząca z systemem. Powoli ich całe życie zostanie wywrócone do góry nogami, a wszystko przez polityków.

rok za rokiem1

Kolejny serial (mini-serial) od HBO, ale tym razem jest to produkcja w pełni brytyjska. Russell T. Davies za pomocą historii rodzinnej opisuje to, co może wydarzyć się na świecie (oraz w UK) w ciągu kolejnych 15 lat. Czy jest to więc SF a’la „Black Mirror”, do którego był porównywany po premierze? Owszem, pojawiają się elementy związane z rozwijającą się technologią (wątek transhumanizmu związany z Bethany), ale nie ona i jej rozwój są tutaj najważniejsze. To historia obyczajowa, skupiająca się na rodzinie oraz zarysowaniu tła społeczno-politycznego. A nie jest to świat przyjazny, gdzie Unia Europejska zaczyna się rozpadać (dochodzi do wyjścia Grecji oraz bankructwa Węgier), Rosja wróciła do sowieckich korzeni, a USA idzie na konfrontację z Chinami. Jakby tego było mało, dochodzi do takich drobiazgów jak upadki banków czy zalew imigrantów. I to jest bardzo silna gleba dla wszelkiej maści populistów, którzy dostrzegają w tym szansę na zdobycie władzy, co przedstawia wątek Vivienne Rook (świetna Emma Thmpson). Pozornie wydaje się bardzo nieszablonowym politykiem, walącym prosto z mostu i nie idącą na kompromisy, a jednocześnie otwarta na kontakt z innymi ludźmi. Nie dajcie się jednak zwieść, bo to bardzo śliska polityk, a konsekwencje jej działań obserwujemy w ostatnim odcinku.

rok za rokiem3

Te całe reperkusje odbijają się na całej rodzinie. Czasem te więzi są osłabione, traci się pracę (czy to z powodu rozwoju technologicznego, czy bankructwa firmy), ale w momencie decydujący wszelkie waśnie oraz konflikty schodzą na dalszy plan. Klimat zmienia się w bardziej mroczny, nie brakuje dramatycznych momentów (wątek ukraińskiego imigranta – chłopaka jednego z Lyonsów), zaś sama droga z demokracji do niemal autorytaryzmu wygląda przerażająco. Pewne kontrowersje może wywołać finał, który idzie w zupełnie inne tory. Robi się troszkę patetycznie, nie brakuje akcji i dochodzi do obalenia władzy. Dla jednych ten moment kompletnie niszczy serial, ale dla mnie to przykład – być może naiwnej – wiary w człowieka. W to, że każdą władzę można obalić, o ile podejmie się działania, a nie będzie się biadolić jak jest źle. Wszystko jest tak naprawdę w naszych rękach i nie wmawiajmy sobie, że nic od nas nie zależy.

rok za rokiem2

Realizacyjnie trudno się do czegokolwiek przyczepić, a całe polityczne tło poznajemy za pomocą serwisów informacyjnych. W tle gra bardzo niepokojąca, wręcz nasilająca się muzyka, pod koniec odcinka montaż przyspiesza, a wiele scen potrafi uderzyć. I jest to świetnie zagrane przez w większości mniej znanych – z wyjątkiem w/w Emmy Thompson oraz Rory’ego Kinneara – aktorów. Każda osoba z rodziny Lyonsów ma swoje wyraziste momenty i intrygujące wątki, przez co nie można się nudzić.

rok za rokiem4

„Rok za rokiem” to opowiadana wielka historia w skali mikro, co dawno nie było wykorzystywane w produkcjach telewizyjnych. Mnie chwyciła bardzo prawdopodobną wizją przyszłości, wątkami społeczno-politycznymi, gdzie technologia jest raczej tłem dla bohaterów. Bardzo intrygujące, miejscami mroczne i przerażające, ale do samego końca angażująca oraz chwytająca za serducho. HBO potrafi w seriale, prawda?

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

To właśnie miłość

Jaki jest Richard Curtis, każdy wie. Ten ceniony scenarzysta z Wysp Brytyjskich stał się znany dzięki stworzeniu postaci Jasia Fasoli oraz w pisaniu komedii romantycznych okraszonych takim słodko-gorzkim spojrzeniem na relacje międzyludzkie. Zawsze zachowując balans między humorem (nawet miejscami wulgarnym – tylko słownie) a dramatem, co pokazał m.in. w „Czterech weselach i pogrzebie”, „Notting Hill” czy „Dzienniku Bridget Jones”. W końcu zdecydował, że poza pisaniem skryptów będzie też je reżyserował i tak powstało zrealizowane w 2003 roku „To właśnie miłość”.

to wlasnie milosc1

Debiut reżyserski Curtisa to taka mozaika, gdzie nie skupiamy się na jednym wątku opartym na klasycznym szablonie on/ona poznaje ją/jego, zakochują się i muszą pokonać pewne przeszkody. Tutaj tych wątków jest aż dziesięć i pokazują bardzo różne oblicza miłości. Nie tylko między kobietą a mężczyzną, ale też braterską, rodzeństwa czy rodzica wobec dziecka. Bo miłość jest w stanie dotknąć każdego, bez względu na pozycję społeczną, wiek czy miejsce pracy. Kogóż w tej galerii nie mamy: nowo wybranego premiera, porzuconego pisarza, małżeństwo w średnik wieku, gdzie mężem zainteresowana jest pracownica firmy, nieśmiała kobieta podkochująca się w koledze, Anglik wyruszający do USA wyrwać laski czy para pracująca przy… filmie porno.

to wlasnie milosc2

Czuć tutaj styl scenarzysty, gdzie nawet najbardziej dramatyczny moment zostaje przekłuty jakąś zabawną kwestią (scena pogrzebu czy moment, gdy kartki z powieści wpadają do jeziora). Najbardziej zaskakujący był fakt, że pojawia się wiele scen z żartami mocno po bandzie (cały wątek Billy’ego Macka), ale bez przekraczania granicy dobrego smaku. Nie wszystkie wątki są tak samo angażujące i zdarza się parę słabszych (para z pornosa czy nasz napalony Colin) głównie ze względu na dość mało czasu. Sama narracja jest skokowa i toczy się w ciągu pięciu tygodni, przez co przenosimy się z wątku na wątek. Na początku może to wywoływać dezorientację, jednak nie trwa ona zbyt długo. I jest tu kilka niezapomnianych momentów jak wyznanie za pomocą plansz, oświadczyny Jamiego przy niemal całej społeczności, cały wątek między ojczymem a pasierbem i próby pomocy w rozwiązaniu problemów sercowych tego drugiego czy dość zgrabny taniec pana premiera. Wszystko z odpowiednio dobraną muzyką oraz bardzo czarującym klimatem.

to wlasnie milosc3

A obsada jest bardzo imponująca i tak brytyjska, że już chyba bardziej się dało. Skoro jest to kom-rom z UK, to obowiązkowo musi się pojawić uroczy jak zwykle Hugh Grant i bardzo melancholijny Colin Firth czy odpowiednio sarkastyczna Emma Thompson. Z wysokiej półki jest równie świetny Alan Rickman (szef Harry), bardzo delikatna Laura Linney (nieśmiała Sarah) czy dość zaskakujący Liam Neeson (mocno wrażliwy Daniel). Ale film dla siebie kradnie absolutnie błyszczący Bill Nighy w roli podstarzałego rockmana Billy’ego Macka. Odpowiednio złośliwy, bezpośredni, szczery, magnetyzuje samą obecnością, a jego przeróbka „Love Is All Around” to petarda i nowy świąteczny hit. Na drugim planie zaś mamy aktorów, którzy dopiero zaczynali swoją drogę artystyczną (m.in. Keira Knightley, Chiwetel Ejiofor, Andrew Lincoln czy Martin Freeman) i prezentują bardzo solidny poziom.

to wlasnie milosc4

Nie dziwię się, że debiut reżyserski Curtisa stał się świątecznym klasykiem oraz inspiracją m.in. dla twórców „Listów do M.”. To bardzo sprawnie zrealizowane, odpowiednio dowcipne i wzruszające kino, choć nie pozbawione drobnych potknięć i paru zbędnych wątków.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Król Lear

William Szekspir jest tak ważną postacią dla kultury, że jego wpływ jest nie do przecenienia. A ilości adaptacje jego sztuk na ekranie liczy się w tysiącach (najpopularniejsze są „Hamlet”, „Makbet” oraz „Romeo i Julia”), głównie dokonywanych przez telewizję BBC. Tym razem jednak do gry wszedł Amazon Prime Video, który zatrudnił Richarda Eyre’a do zmierzenia się z „Królem Learem”.

Fabuła tej opowieści wydaje się prosta. Podstarzały król decyduje się podzielić między swoje córki całe królestwo: najstarszą Gonerylę, Regan oraz najmłodszą Kordelię. Kiedy ta ostatnia nie chce wymawiać pochlebstw, zostaje wygnana z domu oraz bierze za męża króla Francji. Jednak dwie siostrzyczki delikatnie mówiąc, kochają swojego ojca, lecz tylko swoimi słowami, nie czynami. Jednocześnie nieślubny syn lorda Gloucester, Edmund planuje intrygę w celu zniszczenia swojego ojca oraz zdobycia jego włości.

krol_lear1

Pierwsze, co robi reżyser to trzyma się mocno tekstu pierwowzoru, jednocześnie uwspółcześniając całe miejsce akcji. Więc zamiast koni i rycerzy, mamy samochody, żołnierzy z karabinami, zaś jedna z potyczek toczy się na gołe pięści i przypomina walki MMA. I choć początkowo taki zabieg wydaje się wywoływać pewien zgrzyt, bo archaiczny tekst zmieszany ze współczesną rzeczywistością wywołuje pewną sztuczność. Ale można się do tego łatwo przyzwyczaić. Mimo, że nie znałem tekstu Szekspira oraz bardzo specyficznego stylu, pełnego ozdobników, nie czułem się zdezorientowany i wydaje mi się, że zrozumiałem przebieg fabuły. Choć całość wygląda niczym teatralny spektakl, to jednak dość dynamiczna praca kamery (pełna zbliżeń oraz niemal w ciągłym ruchu) oraz montaż czynią ten seans o wiele bardziej przystępnym. Nawet sceny monologów zyskują głównie, dzięki realizacji jak choćby przełamując czwartą ścianę (pierwsza wypowiedź Edmunda) czy niemal skupiając się na samych twarzach. I to pozwala wybrzmiewać wielu kwestiom, dotyczącym posłuszeństwa, ciągłemu popadaniu w obłęd, przeznaczeniu czy poczuciu osamotnienia. Wiem, że dla wielu ten język może wydawać się niezrozumiały, nieczytelny, wręcz archaiczny. Niemniej warto dać szansę temu tytułowi.

krol_lear2

Zwłaszcza, że zachętą jest tu naprawdę wspaniałe aktorstwo. Najbardziej zaskakuje tutaj Anthony Hopkins, który jest w kapitalnej dyspozycji, balansując między majestatem, zgrywą, bólem a obłędem. Wszelki rodzaj emocji jest tutaj poprowadzony bezbłędnie, z niesamowitą mową ciała oraz błyskiem w oczu, jakiego nie widziałem u tego aktora od dawna. Równie wyraziste są tutaj te „dobre” siostry poprowadzone przez Emmę Thompson (zimna Goneryla) oraz Emily Watson (bardziej spokojniejsza Regan), tworząc bardzo mroczny duet, symbolizujący wyrachowanie, intryganctwo oraz działanie na własnej korzyści, a także John Macmillan jako żądny zemsty Edmund. Takiego koncertu dawno nie widziałem, zaś nawet postacie poboczne (królewski błazen) mają swoje przysłowiowe pięć minut.

krol_lear3

„Król Lear” kolejny raz przypomina, że Szekspir byłby najlepszym scenarzystą, gdyby żył w dzisiejszych czasach. Może intryga może wydawać się mętna, zaś język jest mocno niedzisiejszy, niemniej pierwszorzędne aktorstwo oraz bardzo mocna realizacja są w stanie zrekompensować te drobne wady.

8/10 

Radosław Ostrowski

Dowcip

Profesor Vivian Bearing jest wykładowcą akademickim specjalizującym się w barokowej poezji. Prowadziła dość spokojne życie, ale stan zdrowia pogarsza się. Trafia w końcu do szpitala, gdzie diagnoza zostaje postawiona szybko: zaawansowany rak jajników. Choć szansy na wyzdrowienie nie ma żadnych, otrzymuje ostrą chemioterapię.

dowcip1

Po wpadce, jaka był film „Z Księżyca spadłeś?” Mike Nichols postanowił odnaleźć swoją zgubioną formę podczas pracy dla telewizji. A że padło na HBO, efekt przerósł chyba największe oczekiwania. Sam film jest wykładem, pokazujący powolne umieranie, gdzie ani leki, ani terapia, ani nawet intelektualna próba przełknięcia tej sytuacji nie są w stanie pomóc. Sonety Jonna Donne’a, w których specjalizuje się nasza bohaterka dodają bardzo interesującej refleksji na temat śmierci, stanowiąc pewną wartość dodaną. W ślad za mocną treścią, która potrafi poruszyć i zmusić do refleksji, idzie niemal ascetyczna forma – bardzo stonowane przestrzenie szpitalne, retrospektywy mieszające się z pobytem w szpitalu (m.in. znakomita scena, gdy bohaterka wyobraża siebie na wykładzie, a wtedy przychodzi pielęgniarka zabrać ją na badania), równie stonowana muzyka będąca kompilacją dzieł klasycznych.

dowcip2

Przy okazji Nichols pokazuje stosunek lekarzy i badaczy wobec naszej pacjentki, traktując ją niemal jako królika doświadczalnego („wielki obchód”), niemal ignorując jej cierpienie i ból. Jedyną osoba, która próbuje nawiązać emocjonalny i bliższy kontakt jest pielęgniarka. Nic dziwnego, że film jest pokazywany w szkołach medycznych, by pokazać jak nie powinni zachowywać się lekarze.

dowcip3

Jednak największym atutem poza świetna reżyserią i bezbłędną warstwą techniczną (i scenariuszową) jest wybitna kreacja Emmy Thompson, która zwraca się niemal bezpośrednio do kamery, zwierzając się ze swoich obaw i lęków. Powoli dostrzegamy jak pewna siebie i twarda kobieta dokonuje ostatecznego bilansu, godząc się ze śmiercią, widać to w niemal każdym spojrzeniu, słowie. Pozostali aktorzy (m.in. Christopher Lloyd, Aurora MacDonald czy Jonathan Woodward) robią przy niej za tło, co potrafią zrobić tylko wielcy.

Tak udanego filmu Nichols nie zrobił chyba od czasów swojego debiutu. Mocne, inteligentne, ale także poruszające i refleksyjne kino. Co z tego, ze na mały ekran skierowany?

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Barwy kampanii

Henry Burton jest wnukiem legendarnego działacza społecznego, który włącza się do kampanii prezydenckiej gubernatora Jack Stantona – polityka wzbudzającego dość spore zaufanie. Jednak droga będzie wyboista i to nie tylko z powodu konkurentów, ale też słabostek prezydenta oraz ambicji jego żony.

barwy_kampanii4

Politycznych satyr, które nie pozostawiają na rządzących suchej nitki powstało mnóstwo, a same mechanizmy władzy wywołują raczej obrzydzenie i niechęć (kto oglądał „Idy marcowe” czy „House of Cards” wie o co chodzi), z tego powodu wiele starszych produkcji wydaje się dość archaicznych. Czy film Mike’a Nicholsa, który jest jawną aluzja do kampanii prezydenckiej Billa Clintona nie opowiada niczego, co bym nie wiedział – „Polityka to tarzanie się w błocie i każdy się musi ubrudzić” (Kazik Staszewski). Podczas kampanii wychodzi na jaw małostkowość ludzi, którzy marzą tylko o jednym celu – mieć władzę, tylko i wyłącznie, czasami po trupach (próba kompromitacji senatora Harrisa zakończona… śpiączką czy szukanie materiałów na kryształowego niemal Pickera), zdrady wewnątrz sztabu (afera z fryzjerką oraz spreparowanie rozmów przez jednego z członków sztabu) oraz gładkich słówek wygłaszanych dla wyborców. Moralność i uczciwość już dawno odeszły, wykorzystywana przez doświadczonych wyjadaczy. Owszem, bywają lekkie nudne momenty (zwłaszcza między jednym a drugim wiecem), jednak nie brakuje też ironicznego humoru (wykrycie zdrady, gdzie o mało nie dochodzi do odstrzelenia jaj) oraz gorzkich refleksji. Nie ma się do czego przyczepić, ale też niespecjalnie porywa jako całość.

barwy_kampanii1

Jeśli coś w filmie Nicholsa się sprawdza, to jest to naprawdę świetna obsada. Zaskakująco dobrze wypada tutaj John Travolta, który jest mocno stylizowany na Clintona. Stanton sprawia wrażenie wiarygodnego i przekonującego mówcę (świetna scena w stoczni), który wie jak przykuć uwagę, z odrobiną charyzmy. Partneruje mu w tym równie mocna Emma Thompson, która jest bardziej bezwzględna w dążeniu do celu od męża. Także grający główną rolę Adrian Lester w roli młodego i naiwnego Burtona radzi sobie naprawdę dobrze. Ale i tak szoł skradli niezawodni na drugim planie Billy Bob Thornton (doświadczony szef kampanii Richard Jemmons) oraz Kathy Bates (trzymająca mocny kręgosłup moralny Libby Holden).

barwy_kampanii2

Sam film wyszedł jako więcej niż przyzwoitą satyrą polityczną, choć nie zaskakującą niczym nowym. chyba w tym temacie nie da się już niczego nowego w tym temacie. Za to można pokazać zawsze intrygujące moralne dylematy.

barwy_kampanii3

7/10

Radosław Ostrowski

Riwiera dla dwojga

Kate i Richard kiedyś byli małżeństwem, ale to było dawno temu. Zostały im dzieci i wspólny fundusz emerytalny. Wtedy okazuje się, że szef funduszu ogłosił bankructwo, zabierając cały szmal i wydając go na diament dla swojej narzeczonej, oboje małżonkowie łączą swoje siły. Przyjeżdżają do Paryża i planują ukraść diament.

riwiera1

Co powiecie na mieszankę kryminału, komedii i romansu? Joel Hopkins postanowił nas uraczyć miłym koktajlem, tylko ze jest on odrobinkę mdły. Intryga dość prosta i miejscami okraszona humorem (trochę ramotą), mogłaby zagwarantować niezłą rozrywkę. Dostajemy w pakiecie jeszcze pięknie sfotografowaną Francję, całkiem niezła muzykę pachnącą czymś w rodzaju „Ocean’s Eleven” w wersji dla oldboyów. I myślę, że tylko im się to spodoba, a przewidywalność i nierówny poziom fabuły działają mocno na niekorzyść.

riwiera2

Sytuację próbują ratować aktorzy i tutaj efekt bywa różnorodny. O ile Emma Thompson jest niezmordowana i uwiarygadnia każdą, nawet najdurniejszą scenę, to partnerujący jej Pierce Brosman nie ma takiego uroku ani siły przebicia. Dziarsko sekunduje im niezawodny Timothy Spall (przyjaciel Jerry), ale nawet on nie jest wystarczająco mocny. Miało być lekko, fajnie i przyjemnie, a wyszło średnio i dość nudno.

5/10

Radosław Ostrowski

Ratując pana Banksa

Filmów o filmach powstawało multum i zapewne jeszcze wiele powstanie. Jednak ta opowieść dotyczy jednej z najpopularniejszych (chyba, bo nie wiem jak to teraz wygląda) adaptacji zrobionej przez Walta Disneya. A wszystko zaczęło się w roku 1961 roku, gdy do Los Angeles przybyła Pamela L. Travers, autorka „Mary Poppins”. Disney 20 lat wcześniej złożył obietnicę swoim dzieciom, że przeniesie na ekran tą powieść, ale nawet on nie wiedział, że będzie miał mocno pod górkę.

banks1

Próbuje o tym opowiedzieć nakręcony przez – nomem omen – wytwórnię Disneya film niejakiego Johna Lee Hancocka. Całkiem niezły reżyser (filmy „Debiutant”, „Alamo” i „Wielki Mike”) oraz nie gorszy scenarzysta (on odpowiada za „Doskonały świat” Eastwooda) miał dość ciekawy patent i udało mu się konsekwentnie poprowadzić historię pani Travers. Pozornie jest to o próbach realizacji filmu, gdzie autorka bardzo krytycznie i ostro podchodzi do pracy, wręcz nie kryje swojego oburzenia i poczucia profanacji. Ale to nie wzięło się znikąd i nie jest przyczyną dość wysokie ego autorki. Drugi wątek tej historii (przeplatający się z pierwszym) to historia z życia Travers, gdy była małą dziewczynką i jej relacji z ojcem. To właśnie wydarzenia z przeszłości były inspiracją dla stworzenia „Mary Poppins”. Ta część nie pozbawiona jest elementów prawdziwej magii – piękne plenery Australii, zgrabna realizacja i sposób filmowania przypomina trochę baśń, potęgowaną przez muzykę Thomasa Newmana. Jest radość i szczęście, ale nie zabrakło też bezwzględności losu i rozczarowania. Pozornie te dwa światy powinny zgrzytać, nie pasując do siebie. Ale okazuje się, że powstała z tego spójna i naprawdę dająca do myślenia fabuła. Więcej nie chcę wam zdradzić, bo sami powinniście zobaczyć co z tego wyszło, ale nie brakuje tutaj humoru (ironiczne docinki na linii Disney-Travers), refleksji i siły imaginacji, która pozwala znieść naprawdę wiele.

banks2

Jednak największą siła jest aktorstwo i to z naprawdę wysokiej półki. Cały ten film zawłaszczyła sobie (nie bójmy się tego zwrotu) wspaniała – z braku lepszego słowa – Emma Thompson. Pozornie jest tak jak zawsze – zdystansowana, flegmatyczna Angielka. Ale tak naprawdę to kobieta, która nie potrafi wyzwolić się z przeszłości, która mocno ją naznaczyła i widać to w niemal każdym spojrzeniu, słowie. Tom Hanks jako Walt Disney to również kawał mocnej roli. Pozornie to pragmatyczny przedsiębiorca, bezwzględnie dążący do celu. Tak naprawdę to takie duże dziecko, pełne energii. Wydaje się, że między tą dwójką nie dojdzie do porozumienia, ale łączy ich więcej niż się wydaje. Drugi plan, choć pełen ciekawych postaci, zawłaszczyło sobie dwóch jegomości. Pierwszy to Colin Farrell, tutaj grający ojca Pameli Travers. Z jednej strony to nie radzący sobie z rzeczywistością pijak, jednak dla swojej córki pozostaje idealnym ojcem, który „wszczepia” jej wielką siłę wyobraźni. Drugi dżentelmen to niezawodny Paul Giamatti, który jako szofer Ralph pozornie wydaje się mało wyrazistym tłem, ale to tylko pozory (scena na trawniku – naprawdę piękna).

banks3

„Ratując pana Banksa” to film, który teoretycznie nie miał prawa się udać, a jednak wyszła z tego naprawdę interesująca opowieść. Dla mnie było trochę za mało o realizacji samego filmu, jednak efekt jest zaskakująco udany. Aż nabrała mnie ochota na „Mary Poppins”, ale to temat na inną okazję.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Okruchy dnia

Rok 1958. James Stevens jest kamerdynerem pracujący w rezydencji Darlington Hall. Po śmierci poprzedniego właściciela, lorda Darlingtona, lokaj teraz służy byłemu amerykańskiemu kongresmenowi Lewisowi. Ten daje swojemu służącemu wolne, które zamierza wykorzystać, by wyjechać na wschód kraju, by spotkać się z byłą gospodynią domu, panią Kenton.

okruchy1

Kino historyczne/kostiumowe było domeną Jamesa Ivory’ego – Amerykanina zakochanego w brytyjskiej literaturze i kulturze. Przenosząc na ekran powieść Kazuo Ishiguro, z jednej strony odtwarza realia życia na dworze w latach 30. XX wieku, a jednocześnie opowiada historię miłości dwojga ludzi, którzy nigdy jej sobie nie wyznali. Dwutorowość fabuły (podróż Stevensa przeplata się ze wspomnieniami z czasów świetności dworu) bardzo uatrakcyjnia ten film, choć sprawia on wrażenia nudnego, spokojnego, choć bardzo eleganckiego. Ale to tylko pozory, moi drodzy. Bo emocje, które nie są wypowiedziane, są bardzo namacalne i widoczne, pokazane drobnym spojrzeniem, przerwanym słowem. Ivory jest bardzo wnikliwym obserwatorem, zaś realizacja jest po prostu perfekcyjna – zdjęcia, montaż, muzyka, scenografia, kostiumy, nawet dźwięk są nierozerwalną częścią tego filmu. Takie filmy po prostu się ogląda i ogląda, i ogląda. I zachwyca, nie potrafię tego opisać słowami. Ale jest to też pewna refleksja nad człowiekiem, który idzie zgodnie z rytmem czasu i dąży do perfekcji w swojej profesji (tutaj: idealnego kamerdynera).

Także aktorstwo jest tutaj znakomite i nie chodzi mi tu tylko o główne role, ale nawet o epizody, na co rzadko się zwraca uwagę. Początkowo Anthony Hopkins może sprawiać wrażenie nie pasującego do roli kamerdynera, ale po raz kolejny ten aktor pokazał geniusz. Stevens w jego wykonaniu to perfekcjonista w swoim fachu, który nie zwraca uwagę ani na poglądy czy przekonania swoich pracodawców, tylko stara się wykonywać swoją pracę jak najlepiej. Dlatego nie wypowiada się na tematy polityczne, gospodarcze czy społeczne. Tłumi w sobie wszelkie emocje (najbardziej wylewny staje się, gdy upuszcza butelkę wina), ale oczy „mówią” co innego. To samo powiem na temat Emmy Thompson, która też wspina się na wyżyny swojego talentu jako gospodyni, która wzbudza większą sympatię. Oboje grają koncertowo, ale poza nimi wybijają się równie przedni James Fox (lord Darlington, sympatyzujący z Niemcami), Christopher Reeve (kongresmen Lewis) czy Hugh Grant (dziennikarz Cardinal). Ról zapadających w pamięć jest dużo więcej, ale nie jestem w stanie wszystkich wymienić.

okruchy2

Poruszające i głębokie kino o zabarwieniu obyczajowym. Dawno nie widziałem czegoś tak wyjątkowego i znakomitego. Jeśli ktoś uważa się za kinomana i szuka ambitnego repertuaru, „Okruchy dnia” spełnią jego wymagania.

10/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Anioły w Ameryce

Rok 1985, Nowy Jork. Bohaterami są dwaj ludzie, których różni wszystko, ale łączy jedno – obaj są chorzy na AIDS. Prior Walter to młody chłopak, który na skutek choroby ma halucynacje i widzi anioły. Roy Cohn to doświadczony adwokat, który nie akceptuje swojej diagnozy, ukrywa swoją chorobę i orientację seksualną. Ich losy przeplatają się z innymi mieszkańcami Nowego Jorku.

anioly_ameryka1

Przenoszenie na ekran sztuki teatralnej zawsze jest wyzwaniem, nawet jeśli jest to robione przez fachowców. Sztuka Tony’ego Kushnera zebrała wiele prestiżowych nagród i była wydarzeniem roku 1998. Przeniesienie jej na ekran było kwestią czasu. I w 2003 roku powstał 6-odcinkowy miniserial dla telewizji HBO, wyreżyserowany przez Mike’a Nicholsa i napisany przez samego Kushnera. I mam pewien problem z tym dziełem. Jest to ambitna produkcja, w której jest masa tematów i wątków: moralność, władza, seks, AIDS, hipokryzja, normy niszczące człowieka. Dialogi są bardzo mocne i inteligentne, realizacja imponuje, widać duży budżet, mamy obsadę składającą się zarówno z wielkich gwiazd, jak i dużo młodszych kolegów, zaś efekty specjalne nadal robią wrażenie. Więc w czym problem? Niczym ten serial nie zaskakuje – nie chodzi mi tylko o tematykę, ale też o samą treść pełną symboliki, metafor. Mimo ciekawej realizacji, czuć teatralny rodowód. Nie zmienia to jednak faktu, że jest to ciekawe, choć bardziej wymagające dzieło.

anioly_ameryka2

Nichols świetnie prowadzi aktorów, nawet jeśli grają po kilka postaci. Tym bardziej imponuje Meryl Streep (Hannah Pitt/Ethel Rosenberg – prześladująca Roya/rabin Chemelwitz) i Emma Thompson (anioł/pielęgniarka/bezdomna), które są po prostu fantastyczne i zawsze wypadają inaczej. Ale tak naprawdę najważniejsi są dwaj aktorzy: Justin Kirk jako Prior, który walczy o swoje życie do końca, ma różne wizje, gdzie jest prorokiem (żal faceta) oraz Al Pacino wcielający się w Roya Cohna – potężnego prawnika, który próbuje oszukać śmierć. Wywołuje on obrzydzenie, współczucie i szacunek jednocześnie. Tutaj właściwie trudno się do kogokolwiek przyczepić, bo pozostali aktorzy także wypadli przynajmniej bardzo dobrze (ja zdecydowanie wyróżniłbym Mary-Louise Parker i Patricka Wilsona – małżonków Mormonów – ona chora psychicznie i nadużywająca leków, on ukrywający swój homoseksualizm).

anioly_ameryka3

Serial ten zdobył wiele prestiżowych nagród, choć nie do końca się z nimi zgadzam. Jedno jest dla mnie pewne: „Anioły w Ameryce” trzeba obejrzeć, choćby po to by samemu wyrobić zdanie. Ale ostrzegam: to nie jest łatwy, lekki i przyjemny tytuł.

7/10

Radosław Ostrowski