Blackmore’s Night – All Our Yesterday

Blackmores_Night__All_Our_Yesterdays_2015

Richie Blackmore razem ze swoją żoną Candice Night dalej bawi się w średniowiecznego minstrela. Dwa lata po nieźle ocenionej płycie „Dancer and the Moon”, postanowił zaatakować ponownie. Czy należy spodziewać się poważniejszych zmian?

Raczej nie. Już otwierający całość utwór tytułowy brzmi znajomo – akustyczne gitary, bębenki, smyczki i flety – cały średniowieczny entourage pozostaje w całości niezmieniony, ale sama kompozycja jest na tyle skoczna, że sprawdza się dobrze. Nie brakuje utworów instrumentalnych (chwytliwe „Allan Yn N Fan”, gdzie wreszcie odzywa się gitara elektryczna – łagodna, ale jednak, bardziej refleksyjne „Queen’s Lament” czy „Darker Shade of Black” z wokalizą Night, organami oraz popisówą innych instrumentów. BTW, czy tylko mi troszkę przypomina „Air Ludwiga van Beethovena?), ale i piosenek, których większość to covery. Z nich najlepszy jest „Moonlight Shadow” (przestrzenny i ciepły głos Night porusza, a aranżacja jest naprawdę porządna) oraz niemal akustyczny, ale bardzo epicki „I’ve Got You Babe”. Jest jeszcze autorski „Where Are We Going From Here” z piękną wstawką instrumentalną w środku.

Grupa nie zmieniła stylu, ani estetyki i troszkę szkoda, że za mało rocka w tym wszystkim. Liczyłem na mocniejsze wejście Blackmore’a, ale tak też jest dobrze.

7/10

Radosław Ostrowski

Beirut – No No No

No_No_No

Amerykańska folkowa grupa kierowana przez Zacha Condona, inspiruje się muzyką bałkańską i w ogóle etniczną. Wydali do tej pory 3 płyty, nagrywając takie przeboje jak „Postcards from Italy”, „Elephant Gun” czy „East Harlem”. Minęły już cztery lata i trzeba przypomnieć się swoim fanom.

„No No No” ma tylko 9 utworów i trwa niecałe pół godziny – dzisiaj to dość śmieszny czas jak na płytę. Na początek dostajemy przebojowy „Gibraltar” z bębenkami zamiast perkusji, fortepianem, klaskaniem i chwytliwą melodią. Tytułowy utwór zaczyna się od łagodnej elektroniki i brzmi jak typowy Beirut (dęciaki łagodne, wspólny zaśpiew w drugiej zwrotce oraz refrenie), czyli spokojny, pogodny i przebojowy. Pianistyczny „At Once” pozwala na odrobinę wyciszenia, z wyjątkiem wejścia dęciaków w połowie. Zmienność tempa oraz wykorzystywanego instrumentarium uprzyjemnia czas spędzony przy tym albumiku. Flety („August Holland”), smyczki i gitara (instrumentalny „As Needed”), ciepłe klawisze („Perth” czy pulsujący „Pacheco”). Dzieje się wiele, a delikatny głos Condona współgra z całością.

Jedyna rzecz, która mi się nie podobała to czas trwania. „No No No” jest po prostu za krótkie i chciałoby się, by piosenki potrwały dłużej niż dwie-trzy minuty. Na spokojne, jesienne wieczory idealne.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Glen Hansard – Didn’t He Ramble

Didnt_He_Ramble

Irlandzki rudzielec znany z zespołu The Frames oraz filmu „Once” po swoim ciepło przyjętym debiucie atakuje dalej. Minęły trzy i sympatyczny rudzielec z gitarą wspierany przez producenta Thomasa Bartletta aka Doveman nagrał nowy album z 10 piosenkami.

Jednak już otwierający całość „Grace Beneath the Pines” zapowiada zmiany. Klimat nadal jest wyciszony i spokojny, ale wplecione smyczki, trąbki i fortepian czynią utwór przystępniejszym. Nie zabrakło obowiązkowej gitary akustycznej (wolny „Wedding Ring”), wplecionych zgrabnie chórków („Winning Streak”), jazzujących trąbek  („Her Mercy”), intymnego fortepianu (irlandzki w charakterze „McCormack’s Wall”) czy skocznych smyczków („Lowly Deserter”).

Hansard snuje intymne opowieści, ale wykonuje je bardzo emocjonalnie i porywająco. Bogate aranżacje, piękna barwa głosu oraz intymne teksty nadal działają na słuchacza. Nie jest to jednak muzyka, która mogłaby być tylko tłem. Trzeba się wsłuchać i wtedy da ona sporo satysfakcji.

8/10

Radosław Ostrowski

Lucy Rose – Work It Out

Work_It_Out

Ta młoda dziewczyna z Wysp Brytyjskich zadebiutowała 3 lata temu folkowym albumem „Like I Used To”. W tym czasie współpracowała z Bombay Bicycle Club oraz Manic Street Preachers, ale fani i tak czekali. Teraz wyszedł drugi album, za którego produkcję odpowiada Rich Cooper, współpracujący m.in. z Mumford & Sons czy Josefem Salvatem.

Otwierający całość „For You” nie wskazuje, żeby coś się zmieniło – jest delikatna gitara elektryczna, bijąca w tle perkusja oraz ładniutki fortepian. W tle przewija się bardzo spokojna elektronika, ale w połowie utworu następuje przyspieszenie tempa i perkusja mocniej się odzywa. Ale już „Our Eyes” zdradza poważniejsze zmiany w stronę popu – metaliczny bas, skoczna elektronika oraz nakładające się wokalizy. Przeplatanka i mieszanka obydwu styli może wywołać wrażenie dźwiękowej schizofrenii, czasami jednak radzi sobie całkiem nieźle („Like an Arrow” z ładnymi smyczkami oraz gitarami czy ciepła, pianistyczna „Nebraska”), a w paru miejscach nawet wybuchowo (najlepsze w zestawie, epickie „Koln” czy pasażowe „Shelter”). Nie mogło zabraknąć odrobiny spokoju i łagodności, by skontrastować przebojowość radiową (cudne „My Life”), ale są też pewne irytujące drobiazgi („Till The End” z nietrafioną elektroniczną perkusją, zbyt syntezatorowe „Cover Up” czy cykające „She’ll Move”), jednak są to pojedyncze przypadki nie rzutujące na całość.

Fani jeszcze powinni sięgnąć po wydanie z deluxe z dodatkowymi 5 utworami (najlepszej jest zadziorniejsze „Sheffield” oraz koncertowe „Shiver”), które podnoszą jakość materiału.

7/10

Radosław Ostrowski

The Unthanks – Mount the Air

Mount_the_Air

Autor bloga Tocokocham.com pisząc o ostatniej płycie Mumford & Sons, nie pozostawił na niej suchej nitki. Natomiast na sam koniec polecił ten album osobom szukającym ambitnej muzyki folkowej. Wcześniej o zespole The Unthanks nie słyszałem, ale jak podaje ciotka Wikipedia jest to pięcioosobowa grupa pod wodzą sióstr Rachel i Becky Unthank, które śpiewają w niej, a „Mount the Air” to ósmy album Brytyjek.

Folk kojarzy się głównie z gitarą akustyczna albo banjo, jednak ten album nie do końca pasuje do tej szufladki. Otwierający całość ponad 10-minutowy utwór tytułowy zachwyca solówkami skrzypiec, trąbki, fortepianu, jazzującej perkusji. Dominuje tutaj melancholia, chociaż jest ona pełna uroku i magii jak w „Madam” z przepięknym wspólnym śpiewem sióstr, delikatnym fortepianem w „Died for Love”, spokojnymi klawiszami w „Flutter”. Ale pojawiają się też nietypowe dźwięki (odlatujące ptaki i coś jakby akordeon w „Magpie”), a zmiana klimatu pojawia się w drugim kolosie „Founding”, gdzie uwodzą dźwięki fortepianu, łagodnych skrzypiec, harfy grających długie solówki, łącznie z chwytającą za serce trąbką. I mimo iż każdy kawałek podobnie brzmi, słowo nuda i monotonia tutaj nie istnieje, bo tempo jest różnorodne, a całość nie traci swojej magii (delikatniutkie „Last Lullaby” to najlepszy utwór z tej płyty – najpiękniejsza kołysanka jaką słyszałem czy instrumentalny „For Dad”), w czym pomagają aranżacje oraz współgrające głosy sióstr.

„Mount the Air” rzeczywiście brzmi jak łyk świeżego powietrza w krainie folkowej, która osłabła po zmianie stylistycznej zespołu Mumford & Sons. Przyjemnie, łagodne, ciepłe brzmienie w sam raz na obecną pogodę.

8/10

Radosław Ostrowski

Laura Malving – Short Movie

Short_Movie

Ta brytyjska  wokalistka folkowa ma dość sporo grono fanów w swoim ojczystym kraju, nagrywając aż 4 płyty, co dla 25-letniej Marling jest sporym osiągnięciem. Tym razem pojawił się nowy materiał, gdzie po raz pierwszy pojawia się gitara elektryczna. Czy przez to będzie ciekawiej?

Piosenek jest 13, a umiejętność tworzenia dobrych melodii nie jest obca Laurze. Nie brakuje przestrzennej elektroniki („Warrior”), Marling dobrze gra na gitarze, przewijają się też smyczki („I Feel Your Love”). Elektryczna gitara z kolei delikatnie ubarwia całość, skręcają albo w stronę łagodnego bluesa (”Walk Alone” czy żywsze „False Hope”) albo przyzwoitego country (dynamiczne, akustyczne  „Strange” czy „Easy”), przez co tworzy ona bardzo intymny klimat. Odpowiednie użycie perkusji („Don’t Let Me Bring You Down”), bardzo lekkie wejścia gitary elektrycznej (przypominająca troszkę utwory Amy Macdonald „Gurdjieff’s Daughter”), łagodne klawisze („Divine”) oraz eteryczny i zróżnicowany głos Laury, spajający w całość wszystkie piosenki. „Short Movies” może wydawać się pozornie krótkim materiałem, jednak odbiór pozostaje przyjemny, mimo staroświeckiego brzmienia. Więcej niż przyzwoita muzyka gitarowa.

7/10

Radosław Ostrowski

Jack Savoretti – Written in Scars

Written_in_Scars

O tym zdolnym gitarzyście usłyszałem dzięki serialowi „Synowie Anarchii”, gdzie w jednym z odcinków wykorzystano jego piosenkę „Soldier’s Eyes”. Do tej pory Savoretti nagral trzy dobrze przyjęte płyty z gitarową muzyką akustyczną. Po trzech latach przyszła pora na nowy album 31-latka.

Niespodzianek nie będzie, nadal jest to granie łagodne, choć jest bardziej przebojowo. Słychać to już w „Back to Me”, gdzie zaskakuje dość bogata aranżacja (gitara, fortepian i perkusja). Bardziej chwytliwe jest „Home” ze świetną perkusją oraz wplecioną delikatną elektroniką, klaskaniem oraz chórkiem, podobnie jest z „Don’t Mind Me” (te cymbałki). Drugą niespodzianką jest pojawienie się gitary elektrycznej, która jednak nie szaleje, nie popisuje się i jest delikatnym tłem. Nie brakuje jednak tez momentów mniej dynamicznych („Tie Me Down”, gdzie ładnie gra banjo czy bardziej akustyczne „Broken Glass”), jednak trudno byłoby znaleźć jakiś niewypał (może trochę za dynamiczne i zbyt popowe „The Other Side of Love”), a czas mija dość szybko.

Widać, że Savoretti stara się rozwijać i zrobić parę niespodzianek. Głos ma bardzo poruszający i bardzo dobrze się sprawdzający. Musze przyznać, że jest to chyba najbardziej melodyjna płyta w dorobku Amerykanina. Ciekawe, co będzie dalej.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Noel McLoughlin and Ger O’Donnell – Christmas in Ireland

Christmas_In_Ireland

Znowu ruszamy w świąteczny klimat. Tym razem jednak naszymi przewodnikami będą wokalista Noel McLoughlin, który jest specjalistą od interpretacji folkowych piosenek oraz gitarzysta Ger O’Donnell, którzy postanowili przerobić pieśni irlandzkie.

Ich dwóch oraz dość spokojne aranżacje pachnące Irlandią – więcej chyba nie trzeba. Największa perła tego albumu jest „Christmas In the Trenches” opowiadające o żołnierzu i jego świętach podczas I wojny światowej (piękne flety i skrzypce w połowie). Dalej jest dość różnorodnie, z przewagą spokojniejszych, niemal melancholijnych ballad („God Rest Ye Merry Gentleman” – świetny chórek czy „Oh Christmas Tree” z mandoliną), ale też przewija się w tle skrzypce, flety podkreślające irlandzki charakter pieśni. Nie zabrakło tez skoczniejszych melodii jak „The Maid Who Sold Her Barley” czy „I Saw Three Ships”, jednak nie ma tutaj ich zbyt wiele. Ale klimat zimowej Irlandii oraz intrygujący wokal McLoughlina tworzą bardzo nastrojowy album.

Radosław Ostrowski

Damien Rice – My Favourite Faded Fantasy

My_Favourite_Faded_Fantasy

Ten młodzik nagrywa płyty bardzo rzadko – ostatnia pojawiła się w 2006 roku, ale jak już się pojawia robi zamieszanie swoim melancholijnym klimatem oraz delikatną grą na gitarze. Irlandczyk Damien Rice wsparty przez legendarnego producenta Ricka Rubina wydaje swój zaledwie trzeci album.

„My Favourite Faded Fantasy” wydaje się powtórką z rozrywki, gdzie dominują delikatne dźwięki oraz poruszający wokal. Piosenek jest tylko osiem, ale za to są dość długie. Rubin wnosi tutaj odrobinę brudu (przesterowana gitara elektryczna w utworze tytułowym), obowiązkowego fortepianu oraz delikatnych skrzypiec (najsilniej rozbrzmiewają w drugiej połowie „It Takes A Lot To Know A Man”). Innymi słowy, jest bardzo delikatnie, intymnie, może nawet trochę monotonnie, ale klimatu nie można odmówić żadnej z kompozycji.  Nie znaczy to, że nie ma ciekawych fragmentów (uderzający finał „The Box” ze skrzypcami, mocną perkusją i trąbkami czy piękne klawisze oraz flety w „Trusty and True”), jednak dla wielu może nie wystarczyć cierpliwości, by dotrzeć do tych fragmentów.

Piękny nastrój, bardzo charakterystyczny głos oraz naprawdę interesujące teksty tworzą bardzo interesująca mieszankę. Niby tylko osiem piosenek, które zaczynają się niemal tak samo, ale na mnie to bardzo mocno działa. Rubin jako producent ostatnio zaskakuje brzmieniem mniej agresywnym (ostatni album Angusa i Julii Stone), co jest bardzo in plus. Jesień rzeczywiście w tym roku jest bogata, dla mnie aż nadto.

8,5/10

Radosław Ostrowski

 

Y’akoto – Moody Blues

Moody_Blues

Zabrzmi to dziwnie, ale Niemcy tez potrafią grać dobrą muzykę. I nie mam tu myśli ani techniawy na Love Parade czy ostrego naparzania Rammsteina, ale nawet w delikatnym, lekko folkowym brzmieniu. Tutaj swoje robi pochodząca z Ghany (ale urodzona w Niemczech) Y’akoto, która wydała swój czwarty album.

Pozornie wydaje się to kolejny album z gitarą akustyczną jako wiodącym instrumentem – nazwa blues zobowiązuje. Ale to nie do końca prawda, bo tutaj najbardziej słyszalne są mieszanki, folku, soulu i bluesa. Pojawia się gitara elektryczna („Forget”), obowiązkowe dęciaki (singlowy „Perfect Timing”), rytmiczny bas (funkowe „I Will Go Down”), nawet hip-hop  z żywymi instrumentami („Tobo Darling”) czy skręty w reggae („chilloutowe „Carry This”). Jest różnorodnie, czasami przebojowo („Save You” ze świetnym saksofonem oraz chórkami w refrenie), czasem świadomie staroświecko („Moodyman” stylizowany na melodię graną z adaptera), ale jest w tym zarówno klimat jak i energia. Bywa i smutek (etniczne „Off the Boat” oparte na uderzeniach perkusji oraz mamrotaniach czy „Mother and Son” na klawiszach), refleksja („Come and Go”), ale i radość. To wszystko trzyma jest przez przedni głos Y’akoto, który współgra z cała resztą i dopasowuje się do niej.

Różnorodność „Moody Blues” działa na plus. Owszem zdarzają się wolniejsze kawałki, które mogą wielu znużyć, ale brzmi to po prostu przednio. Dawno nie słyszałem tak przyjemnej „czarnej” płyty (wersja deluxe zawiera jeszcze dwa kawałki w wersjach akustycznych).

7,5/10

Radosław Ostrowski