Paul Simon – Stranger To Stranger

Stranger_to_Stranger_cover

Najbardziej znany jako jedna druga duetu Simon & Garfunkel świetnie także sobie radzi w solowych dokonaniach. Każdy kto słyszał „Graceland” to wie, ale od czasu tego największego albumu, minęło prawie 30 lat. Paul Simon jednak nie odpuszcza i dalej nagrywa swoje płyty. Po pięciu latach wraca z nowiutkim materiałem.

„Stranger To Stranger” miało być bardziej eksperymentalnym materiałem, w czym pomógł artyście spec od elektroniki Clap! Clap!, ale to nadal folkowa mieszanka z rockiem. Nie brakuje klaskania, oszczędnej perkusji i gitary, jednak czuć tutaj pewien rodzaj psychodelii, co objawia się już w otwierającym „The Werewolf”, gdzie w tle słychać mocno wycie wilka. Zgrabny bas miesza się tutaj ze skoczną, ale delikatną elektroniką i meksykańską trąbką („Wristband”), jest tykanie zegara („The Clock”), nawet modulacja głosu w tle (pulsujący „Street Angel”) oraz odrobinę oniryczna gitara w sennym utworze tytułowym, którego nie powstydziłby się sam Dave Matthews (ta trąbka w środku brzmi znakomicie).

Mimo sporego dźwiękowego Misz-maszu, gdzie jeszcze pojawiają się elementy karaibskie („In A Parade”) i charakterystyczne dla Simona naleciałości folku („Proof of Love” czy instrumentalny „In the Garden of Edie”), jednak to bogactwo robi porażające wrażenie. Zarówno zmiana tempa, klimatu z melodyjnego i skocznego w bardziej refleksyjny jest konsekwentnie realizowanym planem. Ale nawet w tych skocznych numerach Simon pozostaje refleksyjnym i uważnym obserwatorem, dotykających spraw zarówno duchowych (przemijanie, sen) jak i samotności, agresji, ale też opowiada o ludziach.

Jest też dostępna wersja deluxe, która zawiera dwa utwory w wersji koncertowej (poruszający „Duncan” oraz zagrany premierowo „Wristband”) plus dwa nowe kawałki, z czego jeden instrumentalny (mantryczny „Guitar Piece 3”).

Nikt się nie spodziewał (dobrze, ja się nie spodziewałem), że 70-letni Paul Simon jeszcze mnie zaskoczy. Płyta z jednej strony bardzo lekka i przyjemna w odbiorze, z drugiej mająca coś do powiedzenia. A podobno takiej muzyki już się nie robi – czuje, że to będzie hit.

8,5/10

Radosław Ostrowski

The Lumineers – Cleopatra

Cleopatra_album_cover

O tym folkowym kwintecie z Denver zrobiło się głośno 4 lata temu, dzięki debiutanckiej płycie pod prostym tytułem „The Lumineers” z niesamowicie popularnym przebojem „Ho Hey”. Kwintet kierowany przez Wesleya Schultza i Jeremiaha Fraitesa, postanowiła przypomnieć o sobie i dlatego pojawia się nowiutki albumik – „Cleopatra”.

Nie ma co się łudzić – to bardzo spokojny album, gdzie dominuje jednak gitara elektryczna. Już otwierający całość „Sleep on the Floor” to bardziej dynamiczny kawałek z chwytliwą gitarą oraz przyspieszającą perkusją. Ale nie brakuje też potencjalnych przebojów jak singlowa „Ophelia” z szybkim fortepianem czy tytułowy utwór z bardziej brudną gitarą. Nie zapomniano też o łagodniejszym, folkowym obliczu grupy, dominującym od „Gun Song” z gitarą akustyczną i tamburynem czy wyciszonej „Angeli”. Próbują ubarwić tą krainę łagodności, w czym pomaga wspierający ich fortepian (czasami przechodzący ze spokoju w nerwowość jak w „In the Light”) czy mocniejszą (jak na ten gatunek) gitarą w szybkim „Long Way from Home”, przypominając troszkę Jeffa Buckleya.

Gitara gra bardzo przyjemnie, wręcz kojąco (walczyk „My Eyes”, gdzie momentami robi się głośniej), a wokal Schultza współgra z tym spokojnym rytmem, a całość zamyka pianistyczny „Patience”. Fani mogą od razu wziąć wersję deluxe, z trzema dodatkowymi utworami. I nie zmienia to faktu, że „Cleopatra” to porządny i dobrze zrealizowany tytuł.

7/10

Radosław Ostrowski

Show of Hands – The Long Way Home

Show_of_Hands_-_The_Long_Way_Home_%28Official_Album_Cover%29

Muzyka folkowa wydaje się dla naszego kraju gatunkiem niezbyt interesującym, gdyż opartym tylko na żywym, niemal klasycznym instrumentarium w postaci gitary akustycznej i smyczków. Jednak w tym gatunku pojawiają się ciągle ciekawe albumy. Po świetnej zeszłorocznej produkcji The Unthanks, do tego grona dołącza nowa produkcja weteranów, czyli duetu Slow of Hands (Steve Knightley i Phil Beer).

Gitara gra tutaj szybko, jak na ten gatunek, a skrzypce współgrają z nimi niczym tancerz, co słychać w celtyckim „Breme Fell At Hastings” z pięknym wstępem (te cymbały) oraz świetnym dwugłosem w refrenie czy tytułowym kawałku. Nie brakuje wspólnego zaśpiewu (śliczny „Hallows’ Eve”), jak i obowiązkowych momentów wyciszenia jak gitarowy „Hambledon Fair” (w połowie wchodzi smyczek i mandolina) czy bardziej podniosły i chóralny „Keep Hauling”, śpiewany jakby przez całą wspólnotę na ważnej uroczystości. Całość brzmi tak, jakby było się członkiem tej grupy, która jest ze sobą silnie zżyta i chce się z nimi razem śpiewać te pieśni opowiadające o miłości czy prostym życiu.

Nie brakuje też skrętów w bluesa jak w „Sweet Bella” czy bardziej dynamicznej gry („Walk with Me”), ale cały album jest bardzo spójny, świetnie zaśpiewany i ma taki klimat, który pozwala zanurzyć się kompletnie przy tym dziele. Absolutnie polecam i zalecam wstrzyknięcie sobie Show of Hands. Nie ma się co więcej rozdrabniać.

8/10

Radosław Ostrowski

Jeff Buckley – You And I

You_and_I_%28Front_Cover%29

To jeden z tych wykonawców, którzy wydali jedną płytę, ale szansę na większą karierę przerwała śmierć. Kimś takim w USA – poza Evą Cassidy – był Jeff Buckley, którego najbardziej znaną piosenką był cover „Hallelujah” Leonarda Cohena. Teraz wychodzi album zawierający kolejny zestaw coverów.

Utwory nagrano podczas sesji w lutym 1993 roku, a zestaw utworów jest nie do końca oczywisty, chociaż są to kompozycje znanych wykonawców jak Bob Dylan, Led Zeppelin czy The Smiths. Jest tylko Jeff i jego gitara. Czasami odezwie się oszczędna perkusja (bluesowe „Everyday People”), jednak to Buckley ze swoim głosem jest na pierwszym planie, tak jak w wyciszonym „Don’t Let the Sun Catch Your Cryin'” czy utrzymanym w podobnym tonie „Calling You”. Bonusem można nazwać wersję demo „Grace” oraz napisany przez Buckleya „Dream of You and I” (bardziej gadany niż śpiewany, gdyż Jeff opowiada o tym utworze).

Można narzekać, że jest za spokojnie (wyjątkiem jest „The Boy with the Thorn In His Side”) i zbyt skromnie, jeśli chodzi o instrumentarium, ale głos Buckleya oraz jego gra na gitarze potrafi tak oczarować, że takie mankamenty nie mają żadnego znaczenia. Potrafi poruszyć (finałowe „I Know It’s Over”), jak i zabrzmieć bardziej ekspresyjnie („Night Flight”), pokazując ogromny potencjał, który nie został w pełni wykorzystany.

8/10

Radosław Ostrowski

Criminal Tango – Kultura za kulturę

Kultura_za_kulture

Jak wiadomo miejski folklor ma się coraz lepiej, zwłaszcza w takich miejscach jak Warszawa. To właśnie tam sześć lat temu powstała grupa Criminal Tango, która czerpie garściami z dawnych pieśniarzy swojego miasta, jednak robią to w bardziej współczesny sposób. Potwierdzają swoją ścieżkę w swoim drugim albumie „Kultura za kulturę”.

Już krótkie „Intro” brzmiące niczym utwór grany z gramofonu zapowiada, że będzie całkiem niezła zabawa. Potem dostajemy krótki fragment z „07 zgłoś się” i zgodnie z prośbą porucznika Borewicza zespół zaczyna grać „Szemrany bal” – brudny, punkowy i z czadem. „Nie kłam” jest równie szybki i szalony, co jest zasługą dęciaków, rytmu tanga i starego Hammonda, pojawiającego się w środku. Znalazło się też miejsce dla klasycznego rock’n’rolla w „Bumelantach i chultajach”. Inną woltą jest „Zapach miasta” zaczynający się od basu i popisu trąbki, przechodzący w klasyczne rockabilly, a im dalej, tym ostrzej („Podwórko” niemal żywcem wzięte od Farben Lehre) oraz z przyjemnymi smaczkami jak w „Balladzie o Bazarze Różyckiego”, który zaczyna się od krzyków tamtejszych kupców czy pachnące kinem grozy organy w kapitalnym „Czy to sen, czy to zjawa”.

Kwintet wie jak rozkręcić imprezę (dynamiczna „Godzina słynna” w stylu Shakin’ Dudiego), a w tekstach opiewają Warszawę z dawnych lat, czyli lat 80. A „Kultura za kulturę” to cholernie dobry i energetyczny album, który sprawdzi się w każdych warunkach.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Zakopower – Drugie pół

drugie pol

Góralska kapela kierowana przez Sebastiana Karpiela-Bułeckę od początku swojego istnienia eksperymentowała ze swoim brzmieniem mieszając muzykę spod samiuśkich Tater (hej) z innymi gatunkami. Nie inaczej jest na czwartym albumie „Drugie pół”, który wyprodukował współpracujący z grupą od początku Mateusz Pospieszalski (saksofonista zespołu Voo Voo).

Otwierający album i wybrany na singla „Tak ma być” to szybki i dynamiczny numer z powolnymi fragmentami (mocny wokal Sebastiana) oraz zaśpiewami. Ale im dalej, tym bardziej refleksyjnie i spokojnie. Jeszcze taki w miarę skoczny jest „Powrót” (pięknie graja te smyczki), ale już utwór tytułowy jest znacznie wyciszony. „Niecoś” czaruje fletami na początku, „Święty stan” ma szybki rytm i tempo, a pod koniec pojawiają się nawet organy, a klaszcząca perkusja w „Tacie” wspiera cały numer do końca. Łagodne „Rocznice” z przerobionym głosem Sebastiana, ale dla wielu wyzwaniem może być prawie 8-minutowa (!!!) „Siwa mgła”, który z sekundy na sekundę przyspiesza, dodatkowo wplatając w całość góralską muzykę ludową. Dalej jest dość zróżnicowanie i nie brakuje zaskoczeń (odgłos helikoptera i głosy z walkie-talkie na początku „Schronu” czy nowa wersja przeboju, który wykorzystano w reklamie banku – „Udomowieni”), ale tekstowo jest bardziej ku przemyśleniom.

„Drugie pół” to najbardziej dojrzały album górali. Najmniej przebojowy, ale nie znaczy to, że jest on nieudany. To bardzo interesująca propozycja, zwłaszcza dla osób, które niespecjalnie przepadały za zespołem. Może dojść do niespodzianki.

8/10

Radosław Ostrowski

Fismoll – Abandoned Stories (EP)

abandoned stories

Fismoll znany jest z tego, ze tworzy spokojne, wyciszone piosenki grane na gitarę akustyczną i pachnące Skandynawią. Po wydaniu dwóch płyt (ostatnia w 2015 roku) wyszła pod koniec zeszłego roku EP-ka zawierająca utwory, które zostały nagrane do longplay’ów, ale się nie zmieściły i zostały dokończone w listopadzie.

Utworów jest tylko pięć, ale ilość poszła w jakość. Zaczyna się od mroczniejszych smyczków, zastępowanych przez gitarę akustyczną w „April Sun”, a kiedy dochodzi perkusja i delikatniejsze smyki, robi się po prostu cieplej i przyjemniej, włącznie z zapętlającą się melodią pod koniec. Równie przejmujące jest „Skin”, gdzie znowu wybijają się wolne skrzypce, przewijające się w tle. Smyki i gitara to tak naprawdę odstawa każdego utworu w tym zestawie: czy to słodko-gorzkie „Forget What She Said” (ładnie plumkają i „mechanicznie” brzmią te smyki), jedyny polski utwór „Jaśnienie” – bardziej perkusyjny ze zgrabnymi klawiszami (dziwnie brzmi Fismoll śpiewający po polsku, ale to kwestia osłuchu) oraz niemal instrumentalny „Herbs Overblown”.

Skromny zestaw (przecież to EP-ka) wspiera bardo ciepły i dojrzały głos Fismolla, idealnie współgrający oraz współtworzący klimat tej płyty, bardzo zimowo-jesiennej. Ale jednocześnie bardzo pięknej, lirycznej i pozornie tylko nudnej. Troszkę za krótka, ale to jedyna wada.

8/10

Radosław Ostrowski

Fismoll – Box of Feathers

20402_bf5ecfdd

Arkadiusza Gienska zwanego Fimollem poznałem dwa lata temu, gdy przesłuchałem jego debiutancki album „At Glade” sprzed 2 lat. Teraz wychodzi jego drugi album wydany przez Nextpop, a za produkcję znów odpowiada Robert Amirian razem z artystą.

Nadal jest to bardzo wyciszone, niemal akustyczne brzmienie przypominające muzykę skandynawską. Tym razem piosenek jest tylko osiem, ale nadal są one piękne i śpiewane po angielsku. Podstawowym narzędziem muzyka jest gitara, która nadaje rytm i tempo całości. Słychać to w wybranym na singla „Eager Boy”, gdzie potem dołączają gitara elektryczna oraz mocniej uderzająca perkusja. Cieplejsze i bardziej dynamiczne są „Tales” z chwytliwym motywem gitarowym. Wspomaga go mandolina oraz wolna perkusja, która tworzy potencjalny przebój radiowy. „Soldier” jest bardziej stonowany, ale ma ładne (nawet bardzo) smyczki w tle oraz zapętlone solo elektryczne w drugiej połowie, zmieniając kompletnie brzmienie całości. „Holy Ground” zaczyna się dość sennie, wolno grającą gitarą, ale po półtorej minucie pojawiają się „wiosenne” smyczki, pełne radości oraz ciepła. Dołączenie perkusji tylko podtrzymuje ten klimat i nadal działa silnie na słuchacza.

Taktyka sennego początku i wzbogacania każdej sekundy dodatkowymi instrumentami działa też w „Let Me Breathe My Skin” (marszowa perkusja oraz duet gitarowo-smyczkowy) czy lekko orientalnym „Made of Clouds” (ciepły fortepian w tle). I mimo dość spokojnego, niemal wyciszonego klimatu, ta muzyka wciąga i pochłania całkowicie.

Późna jesień i wczesna zima to najlepsza pora na takie albumy jak nowego Fismolla. Nie trzeba się spieszyć, ciesząc się każdym pojedynczym dźwiękiem oraz tym intrygującym głosem. Jeszcze nie raz usłyszymy o tym chłopaku, a album bardzo gorąco polecam.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Leski – Splot

leski-digital

Od pewnego czasu także w naszym kraju zaczyna być wyczuwalna moda na muzykę folkową. Po Fismolu do grona tego dołącza debiutujący Paweł Leszowski zwany Leskim. Wcześniej wydał dwie EP-ki, grał jako support na koncertach Edyty Bartosiewicz, a teraz pojawia się pełnoprawny album. Co znajdujemy na „Splocie”?

Piosenki zagrane na gitarze i czasami z drobnym wsparciem innych instrumentów. A to zagra trąbka („Autofobia”), zapętlone klawisze („Kosmonauta”), fortepian („Od rac” z krótkim organowym solo) i mandolina („Ulotny”). Same kompozycje są z jednej strony bardzo proste i oszczędne w formie, niemal intymne. Z drugiej strony mają one duży potencjał komercyjny i mogą śmiało hulać w radiu. W zasadzie trudno wybrać jeden, wybijający się od reszty utwór, bo każdy jest inny i wyjątkowy. Zarówno singlowe „Kosmonauta” i „Ulotny”, ironiczna „Autofobia” czy przebojowy „Z prądem”. Muzyka jest tutaj bardzo spójna, przemyślana i bardzo uzależniająca od słuchania.

Równie przyjemny jest głos Leskiego – bardzo łagodny, ale gdy trzeba odrobinę ekspresyjniejszy (końcówka „ulotnego” czy „Było”. Nie sposób też nie docenić tekstów – nie przekraczających granicy banału i grafomaństwa, ale jednocześnie bardzo prostych i szczerych, niemal poetyckich.

Nie wiem jak wy, ale ja czekam na kolejne dzieło Leskiego. „Splot” to wiązanka bardzo atrakcyjnego grania, które mimo oszczędnego instrumentarium, zaskakuje bogactwem. Treściwie, klimatycznie i czarująco.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Habakuk i Kalokagathos – Regrowth

Regrowth

W Polsce jest reggae na nowo stało się popularne, co w sporej części było zasługą niejakiego Kamila Bednarka. Jednak przed nim też ta muzyka była grana, choćby przez zespół Habakuk. Grupa tym razem wsparta przez grający etno zespół Kalokagathos (siedem dziewczyn, akordeon i perkusja)stworzyli nietypową płytę.

Już singlowe „Siadaj nie gadaj”, które otwiera całość daje nam przykład, czego się należy spodziewać – uwspółcześnionych pieśni folkloru z całego świata. Gitary elektryczne, reggae’owe pianino zmieszane z pięknymi głosami dziewczyn tworzą prawdziwą petardę. Mieszanka okazuje się świetna, energetyczna i przebojowa. Szybka „Tumala”, spokojniejsza i chwytająca za gardło „Zoriuszka”, reggae’owa „Baba w piekle” czy „Oj Devojko Duso Moja” – w zasadzie mógłbym wymienić każdy z utworów znajdujących się na płycie, a efekt byłby taki sam. Każdy z utworów robi ogromne wrażenie pokazując, że muzyką ludową można się pobawić. Nawet elektronika wydaje się naturalnym instrumentem (taneczna „Jakhana Jakhana”), aczkolwiek kończące całość 4 remixy w wersji dubstep mogą wywołać irytacje.

Habakuk z Kalokagathosem nie odkrywa niczego nowego, ale widać ogromną frajdę i przyjemność ze słuchania. Takie miksy zawsze sprawiają dobre wrażenie i wyciągają zakurzoną muzykę z muzeów oraz skansenów.

7,5/10

Radosław Ostrowski