Kasia Popowska – Tlen

Tlen

Jeśli chcecie naprawdę zrobić karierę, może wam w tym pomóc… Internet. Na świecie już o tym wiedzą, pora udowodnić to w Polsce. Zrobiła to niejaka Kasia Popowska, która dzięki najnowszemu środkowi promocji (wcześniej próbowała sił w „Mam talent” i zaśpiewała piosenki do polskiej wersji językowej „Zaplątanych”), zaowocowało to własnym materiałem.

Dziewczyn z gitarą na naszym podwórku nie ma zbyt wiele (ostatnią była Maryla Rodowicz, ale to było dawno i nieprawda) i ten folkowy „Tlen” może i na pewno namiesza. Nie brakuje inspiracji wschodem („Mantra”), ale dominuje tutaj delikatna gra gitary akustycznej. Czuć tutaj wpływy innych wykonawczyń jak Amy Macdonald (tytułowy utwór) czy Imany („Przyjdzie taki dzień”, który trochę przypomina „You Will Never Know”). Jednak poza gitarą (ładnie grającą, choć może trochę za delikatną) nie brakuje elektroniki (lekko dyskotekowe „Daleko”), gwizdania („Lecę tam”) czy skrzypce („Parada gwiazd”). Ale problemem jest pewna monotonia oraz brak pomysłu na dalsze piosenki, a i teksty miejscami są dość średnie. Ale sytuację broni niezła aranżacja i uroczy wokal, który dodaje odrobiny czaru. Miło, sympatycznie, ale trochę zbyt spokojnie, jednak jest potencjał.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Adam Cohen – We Go Home

We_Go_Home

Trudno jest żyć i tworzyć w cieniu swojego sławnego ojca. Ale Adam Cohen nie przejmuje się tym i do tej pory nagrał już trzy płyty. I parę dni po urodzinach oraz wydaniu płyty swojego ojca, postanowił podzielić się nowym materiałem.

I jest to bardzo delikatna, oszczędna brzmieniowo płyta folkowa. Tak jak jego taty, bez popisywania się, wręcz czasem surowa, trudno ja nazwać za przebojową (pewien potencjał ma tytułowy utwór – pogodny i dość szybki z bogatą aranżacją, jak na taką płytę). Ta oszczędność działa na korzyść, gdyż płyta działa wyciszająco, a proste instrumentarium (gitara akustyczna, perkusja, czasem odezwie się fortepian, smyczki i chórki) wystarczy. A drugą siłą jest wokal Adama, który przypominający tatę z czasów młodości. W zasadzie trudno tu wyróżnić jakikolwiek utwór, co nie znaczy, że się nie wyróżniają (akordeon w „Uniform”, klaskanie w „Love Is” czy pianistyczne „What Kind of Woman”). Po prostu poziom jest dość równy oraz bardzo solidny. Takich spokojnych i refleksyjnych albumów będzie jeszcze sporo, wiadomo dlaczego.

7/10

Radosław Ostrowski

Leonard Cohen – Popular Problems

Popular_Problems.jpg

Tego człowieka nie trzeba przedstawiać. Charakterystyczna barwa głosu, ponad 40 lat na scenie i choć płyty nagrywa bardzo rzadko, ma sporą rzeszę fanów na całym świecie. Leonard Cohen w tym roku kończy 80 lat i  z tej okazji zrobił sobie największy prezent – wydał nową, 13 studyjną płytę.

Za produkcję „Popular Problems” odpowiada Patrick Leonard, z którym Cohen współpracował przy poprzednim albumie „Old Ideas” z 2012 roku. I tak jak w przypadku poprzednika jest to bardzo jesienny, stonowany i raczej oszczędny brzmieniowo materiał. Przebojowy też niespecjalnie, ale za to bardzo klimatyczny i – co może być zaskakujące – zróżnicowany. Nie brakuje zarówno folkowego brzmienia („Did I Ever Love You” czy kończące całość „You Got Me Singing” z pięknie grającymi skrzypcami), bardziej elektronicznego bitu („Nevermind”), delikatnego bluesa (organy w „Slow”), orientalnych wstawek, klasycznego fortepianu („Almost Like the Blues” czy „Samson in New Orleans”) czy nawet gospel (niemal a capella śpiewane „Born in the Chains”, gdzie Cohena wspierają chórzystki). Jak widać, co utwór to niespodzianka i jak zawsze Cohen swoim bardzo niskim głosem opowiada o życiu w poetycki sposób.

Leonard Cohen to artysta, który nie łaszczy się do widowni, nie próbuje tworzyć prostych, banalnych piosenek słuchanych przez komercyjne stacje radiowe. Jest to jeden z nielicznych, który nie musi niczego już udowadniać, bo nagrywa takie płyty jakie chce. A że przy okazji są one bardzo dobre, to już jest inna kwestia.

8/10

Radosław Ostrowski

First Aid Kit – Stay Gold

Stay_Gold

Ten szwedzki duet siostrzany (gitarzystka Klara i grająca na klawiszach Johanna Soderberg) dwa lata temu zrobił wielką wrzawę. Ale w muzyce liczy się tak naprawdę to, co teraz. Więc siostry po dwóch latach wracają z nowym materiałem.

Innymi słowy jest to folkowe, niezależne granie. Czyli na pewno będzie gitarowo i delikatnie. Ale tym razem zaprosił do współpracy orkiestrę, co dodało z jednej strony rozmachu, z drugiej zachowuje nadal intymny charakter. I to już słychać w otwierającym całość „My Silver Lining”, które troszkę pachnie Dzikim Zachodem (świetne smyczki) i jest chyba najbardziej przebojowym utworem. Dalej nie brakuje również harfy (tytułowy utwór), fortepianu („Cedar Lane”), fletów („The Bell”), a całość brzmi naprawdę dobrze i odprężająco, czyli idealnie na lato, które przecież jeszcze trwa. Czas mija przy tej płycie naprawdę szybko i chciałoby się, żeby ona nigdy się nie kończyła. Podobny błogostan miałem podczas przesłuchu ostatniego albumu Becka.

Jednak siostrzyczki mają bogatsze aranżacje. A ich śpiew (zwłaszcza, gdy śpiewają razem) brzmi po prostu porażająco jak w szybkim „Heaven Knows”. Mam nadzieję, że panie Soderberg jeszcze nas zaskoczą, bo formę mają przednią.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Angus & Julia Stone – Angus & Julia Stone

Angus__Julia_Stone

Nie ma to jak rodzeństwo, które ma podobny talent i pasje. A że to czasem wystarczy, by odnieść sukces pokazuje grupa kierowana przez brata i siostrę – Angusa i Julię Stonę, który po czterech latach przerwy wrócili z nowym, trzecim albumem wyprodukowanym przez samego Ricka Rubina. Czy to mogło nie wypalić?

Zawsze jest takie ryzyko, jednak fani chyba nie powinni być rozczarowani. Delikatne gitary (akustyczna i elektryczna), dwa ładne głosy, perkusja – więcej nie trzeba. No może jeszcze jakieś dobre melodie oraz teksty. I o dziwo, też się to znalazło, choć tempo jest głównie spokojne. Czasami jest on budowany przez świetne Hammondy („Grizzly Bear”), pójście w stronę retro z lat 70. („Heart Beats Slow”) i delikatnie łkają na gitarach swoich, budując trochę nostalgiczny klimat jak w „Wherevere You Are” czy „Death Defying Acts”. Ale nie znaczy to, że grupa tylko smęci – pojawia się też coś żywszego i żwawszego jak „Little Whiskey” z szybszą grą gitar i perkusji. Jednak całość jest naprawdę spójna i bardzo przyjemna.

To także zasługa naprawdę zgranych głosów Angusa i Julii – trochę delikatnych (ona mi się trochę kojarzy z Russian Red), ale idealnie współgrają z muzyką, tworząc ciepłą, ale bardzo odprężającą miksturę. A wersja deluxe zawiera jeszcze dwie, fajniutkie piosenki. Na tą porę roku, naprawdę orzeźwiający koktajl wyszedł.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Karolina Skrzyńska – W oddali

W_oddali

Zdarzają się co roku płyty, które zdobywają uznanie ludzi pióra i pewnej wąskiej grupy odbiorców, ale popadają w zapomnienie i nie przebijają się do szerszego grona. Pewnie wiele osób widząc to nazwisko, nie wie o kim mowa. Ja też nie wiedziałem, ale jak podaje jej strona internetowa – wygrywała konkursy piosenki autorskiej i poezji śpiewanej, ukończyła teatrologię na UJ, zrobiła spektakl teatralny. A w zeszłym roku wydała debiutancką płytę, za którą produkcję odpowiadał współpracujący z duetem Dagadana Błażej Domański.

I „W oddali” to barwna mieszanka etnicznych dźwięków z klasycznymi oraz elektronicznymi. Efekt jest piorunujący: muzyka jednocześnie intymna, kameralna, bardzo taka – brakuje mi słowa – wręcz otaczająca dookoła niemal każdym dźwiękiem, ale nie doprowadzająca do osaczenia i przygniecenia. Akustyczne dźwięki nagle nabierają przestrzeni szerokiej i ogromnej. W zasadzie każdy utwór potrafi przykuć uwagę i porwać – czy to pojedynczym instrumentem (akustyczna gitara w „Kołysance na pożegnanie” zakończonej mocnym wejściem gitary elektrycznej, partia smyczkowa w „W bruku” z ładnym wstępem czy indyjskie cymbały zwane santurem kończące „Epilog – Aram”), aranżacją i prostotą (delikatne i nakładające się gitary w „Wietrze”, gdzie słyszymy wokalizy Karoliny, mocno pachnące Orientem czy gra gitar i smyczków – zwłaszcza w ostatniej minucie –  w „Moje smutki, moje żale”), albo troszkę mroczniejszy posmak („Strach spadania” z bębnami oraz poruszającymi dźwiękami skrzypiec). Ale to wszystko jest jednocześnie bardzo piękne, poruszające i bardzo tajemnicze.

Sam głos Karoliny jest czymś, co wydaje się normalne w Indiach – przeciągnięte wokalizy, które są stonowane i ekspresyjne jednocześnie, w dodatku każde słowo jest zrozumiałe i klarowne. Ewenement po prostu.

„W oddali” przypominało mi teatralny spektakl na wysokim poziomie. Muzycy i instrumentaliści tworzą niezwykłe rzeczy, jedyna aktorka na scenie uwodzi nieprzeciętnym sposobem śpiewania oraz barwą głosu, a poetyckie teksty tylko podkreślają niezwykłość tego albumu. Jeśli jakimś cudem zauważycie ten tytuł, nawet się nie zastanawiajcie. Ciekawe, czy pani Skrzyńska jeszcze przypomni o sobie nam wszystkim?

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

https://soundcloud.com/karolina-skrzynska/ko-ysanka-na-poz-egnanie

Wishbone Ash – Blue Horizon

Blue_Horizon

W latach 70-tych zespół był po prostu klasykiem. Kierowany przez Andy’ego Powella Wishbone Ash nadal działa, choć nie jest on aż taki popularny jak kiedyś, bo moda na hard rockowe/progresywne brzmienie powoli odchodzi. Ale Powell i spółka nie poddają się, mimo różnych perturbacji w składzie (do 2007 roku) regularnie nagrywa nowe płyty. I teraz wychodzi album nr 24.

„Blue Horizon” zawiera 10 melodyjnych, rockowych piosenek. Początek jest taki dość umiarkowany – nie za szybko, nie za wolno, ale z fajną melodią i dobrymi solówkami na koniec („Deep Blues”), czasem zabarwiając to wszystko folkowym entouragem (skrzypce w „Take It Back” i „All There Is To Say”), a nawet wstawkami bluesowymi („Being One”).  Znacznie mocniej i mroczniej jest pod koniec albumu, wraz z pojawienie się tytułowego utworu. Każda z piosenek brzmi dość spokojnie, co wielu może uznać za dość monotonne, ale mi taka gitara (obie ładnie grają) nie przeszkadza i po cięższym dniu pracy pozwala się rozluźnić i odprężyć. A delikatny wokal Powella działa bardzo kojąco.

Może i to są długie utwory, ale muzyka z tych utworów jest naprawdę dobra. Panowie trzymają formę i brzmią po prostu pięknie, choć mało ogniście.

7/10

Radosław Ostrowski


Chłopcy Kontra Basia – Oj tak!

Oj_tak

Jazz w Polsce trzyma się bardzo dobrze, co nie podlega jakiejkolwiek wątpliwości. Tym razem do ręki trafił mi debiut tria jazzowego Chłopcy Kontra Basia, który pozornie gra jazz (kontrabas, perkusja, wokal). W czym jest różnica?

W tekstach, które są stylizowane na ludowe przyśpiewki. Tempo i aranżacje są dość różnorodne, z bardzo wybijającą się sekcją rytmiczną (zapętlający się kontrabas w „Krzywej nodze” czy znacznie szybszy „Bociek”) czy utwory śpiewane a capella („Kasia”).  Jednak zdarza się, że pojawiają się instrumenty nietypowe dla muzyki jazzowej jak fujarki („Jerzy”), bardziej typowy klarnet („Mam ja męża”) czy fortepian Rhodes („O Martusi pchełce”). Wszystko to brzmi nieprawdopodobnie świeżo, dowcipnie (teksty) z czarującym wokalem Barbary Derlak. I więcej mówić nie trzeba.

Suzanne Vega – Tales from the Realm of the Queen of Pentacles

z66t4ez4

Dla wielu pozostała artystka jednego przeboju – „Luka”, ale jej dorobek jest znacznie bogatszy i ciekawszy. Do tej pory nagrała aż 8 płyt, cztery kompilacje (seria „Close-Up” z jej utworami w wersjach akustycznych) i kazała czekać aż siedem lat na nowy materiał. Jedno mogę wam powiedzieć – nie ma tutaj potencjalnych hiciorów, ale nie można powiedzieć, że czas został zmarnowany.

Za produkcję „Tales from the Realm of the Queen of Pentacles” (nie wiem jak wam, ale dla mnie to za długi ten tytuł) odpowiada znany ze współpracy z Davidem Bowie Gerry Leonard. I uderza tutaj bardziej delikatne, wręcz akustyczne brzmienie, choć parę razy pojawia się gitara elektryczna. Udało się stworzyć różnorodne piosenki, które bywają albo folkowe (skoczne „Fool’s Complaint” czy prawie akustyczne „Portrait of the Knight of Wands” z ciekawie wpleciona elektroniką), czasami skręcają w stronę bluesa (najlepsze na płycie „I Never Wear White”). Jest jeden dość porażający utwór, czyli „Don’t Uncork What You Can’t Contain” ze smyczkami (początek tego utworu brzmi naprawdę znajomo, mimo „orientalnego” brzmienia) czy klaskany „Jacob and the Angel”, ale dalej jest równie zaskakująco i ciekawie. Więcej nie zdradzę – sorry, taki klimat.

Jednak sam głos Vegi nie zmienił się specjalnie i nadal potrafi oczarować. Tak samo teksty, opowiadające raczej proste historie, ale też pełne dość zaskakujących obserwacji („I Never Wear White”). I nie ma tutaj miejsca na dość banalne historie miłosne, co to to nie.

Mówiąc już bez zbędnego pitolenia, baśnie od Suzanne Vegi są naprawdę dobrym i atrakcyjnym materiałem, który słucha się z naprawdę duża przyjemnością oraz poczuciem miłego spędzenia czasu.

7,5/10

Radosław Ostrowski

VA – Inside Llewyn Davis

Inside_Llewyn_Davis

Kino od zawsze kochało muzykę. Kolejną muzyczną opowieścią jest najnowszy film braci Coen „Inside Llewyn Davis” (finezyjnego polskiego tytułu nie będę używał). Jest to historia tytułowego bohatera – muzyka folkowego próbującego odnaleźć swoje miejsce na Ziemi. I w zasadzie jest to kompilacja sprawdzonych tematów i stylu braci Coen z ich specyficznym humorem na pierwszym planie. A skoro bohaterem pośrednio jest muzyka, to musiała ona zostać wydana w formie płyty.

A jak wiadomo, braciszkowie lubią współpracować z Carterem Burwellem, jednak tutaj postanowili zrobić tak jak w przypadku filmu „Bracie, gdzie jesteś?”, czyli wydali kompilację piosenek pochodzący z epoki (w tym przypadku początek lat 60.). Za produkcję tego cover albumu (poza Coenami) odpowiada T-one Burnett, z którym współpracowali przy wspomnianym już „Bracie…”.

TBone.BurnettPiosenki te są śpiewane (w większości) przez aktorów grający główne role w tym filmie. A jak folk, to wiadomo – musi być gitara, najlepiej akustyczna. I ona nie tylko dominuje, ale też narzuca tempo, zazwyczaj spokojne, wręcz liryczne jak w lekko sentymentalnym „Five Houndred Miles” (gitarze towarzysza tutaj skrzypce) czy otwierającym całość „Hang Me, Oh Hang Me”. Nie ma tutaj jednak miejsca na nudę, choć szybkich numerów tu niewiele (pod tym względem wyróżnia się brawurowy „Please Mr. Kennedy”, który został specjalnie napisany do filmu czy „The Roving Gambler” zespołu The Down Hill Struglers grany na banjo, skrzypcach i gitarze). Zaś przy paru piosenkach aktorów wspiera muzycznie zespół Punch Brothers, który tutaj radzi sobie bardzo dobrze.

Tutaj najbardziej wybija się na polu wokalnym Oscar Isaac, który gra główną rolę. Jego dość delikatny głos, potrafi poruszyć i działa bardzo emocjonalnie na słuchaczu. Słychać, że ten aktor ma naprawdę potencjał wokalny (najbardziej to słychać w „The Death of Queen Jane” czy melancholijnym „The Shoals of Herring”). Drugim mocnym głosem tutaj jest Justin Timberlake, który zaskakująco dobrze wpasował się w konwencje (pięknie brzmi w „Five Hundred Miles” wspólnie z Carey Mulligan oraz Starkiem Sandsem czy zaśpiewanym a capella z czterema osobami w „The Auld Triangle”). Naprawdę jestem zaskoczony.

Jednak poza piosenkami śpiewnymi przez aktorów (bardzo dobrze śpiewającymi) jest kilka utworów oryginalnych. Wspomniane już „The Roving Gambler” to jeden z czterech takich utworów. Pozostałe pochodzą z samego końca filmu i albumu. Mocno etniczne i bardzo żywiołowe „The Storms Are on the Oceans” (w filmie wykonanie tej pieśni zostaje brutalnie przerwane przez Llewyna głośnymi krzykami i wyzwiskami), minimalistyczne „Farewell” Boba Dylana (gdy bohater wychodzi na zewnątrz wykonuje ją sam Dylan – przynajmniej tak wyglądał) oraz pojawiające się w napisach końcowych „Green, Green Rocky Road” Dave’a Van Ronka, który był pierwowzorem postaci Davisa pięknie się uzupełniają z resztą piosenek.

Innymi słowy jest to świetna kompilacja, której słuchanie sprawiało mi olbrzymią frajdę i nie jest wymagana znajomość filmu, co powoduje, że można jej słuchać praktycznie wszędzie. Jeśli lubicie jeszcze folkowe granie, możenie podnieść ocenę o punkt lub pół.

8/10

Radosław Ostrowski