Beck – Morning Phase

Morning_Phase

Znacie niejakiego Becka? To wokalista i muzyk folkowo-rockowy, któremu rozgłos przyniosła piosenka „Loser” z jego debiutanckiej płyty. Ale to było ponad 20 lat. Do tej pory nagrał 11 albumów, zajął się także produkcją oraz kolaboracjami z takimi zespołami jak The White Stripes czy The Flaming Lips, a także z Charlotte Gainsbourg. Zaś każda płyta była inna brzmieniowo od poprzedniej. Teraz wychodzi jego 12 album „Morning Prase”. Pytanie, czy będzie tutaj drugi przebój na miarę „Loser”?

Trudno powiedzieć, bo jest to bardzo spokojny i wyciszony album. Instrumentalny początek wskazuje, że to będzie bardziej folkowe granie, co potem potwierdza „Morning” z delikatną gitarą elektryczną i akustyczną oraz cymbałkami. Nie brakuje tutaj elektroniki (delikatne tło w „Heart Is a Drum” czy trochę mocniejsze uderzenia w „Unforgiven”), ale brzmienie jest tutaj przede wszystkim akustyczne. I trudno wyróżnić jakiś jeden utwór, który byłby chwytliwy albo miałby potencjał radiowy. Ale trudno się tu do czegokolwiek przyczepić. Dobra gitara nie jest zła, zaś 13 piosenek mija dość szybko.

Beck tez śpiewa solidnie, teksty też są całkiem przyzwoite. Trudno powiedzieć coś sensowniejszego na temat tego materiału, oprócz tego, że jest solidny i pewny. Tylko tyle i aż tyle.

7/10

Radosław Ostrowski


Sophie Ellis-Bextor – Wanderlust

Wanderlust

Ta Angielka na początku wieku XXI była bardzo popularna wokalistka popową, która rządziła na dyskotekach. Wszystko przez znany także i mnie przebój „Murder on the Dancefloor”. Cztery płyty i 13 lat później Sophie Ellis-Bextor już nie miała takiej sławy ani takiej rozpoznawalności. Dla odmiany postanowiła nagrać płytę, dzięki której odcina się od swojego poprzedniego dorobku.

Za odmienioną Sophie, czyli album „Wanderlust” odpowiada Ed Harcourt – kompozytor, wokalista i autor tekstów. Efekt? Elegancki i mocno oldskulowy pop, bardziej idący w stylistykę lat 70. Świadczy o tym przede wszystkim instrumentarium, czyli smyczki („Until the Stars Collide”), delikatnie grająca gitara elektryczna („Runaway Daydreamer”), szybka sekcja rytmiczna („The Deer & The Wolf”) oraz fortepian (jazzujący „Young Blood”). Jest delikatnie, elegancko i przebojowo, co w przypadku Sophie jest sporą niespodzianką.  Nie brakuje tez chwytliwego rock’n’rolla („13 Little Dolls” ze świetnymi klawiszami) czy bardziej stonowanych melodii („When the Storm Has Blown Over”). A w to wszystko wplótł się idealnie wokal Sophie – trochę taki niedzisiejszy, bardzo delikatny.

Retro jest w cenie i ten album tylko to potwierdza. „Wanderlust” to poważny skok jakościowy w porównaniu do poprzedników. Pytanie tylko jaki będzie dalszy kierunek tych zmian?

7/10

Radosław Ostrowski


Mark Knopfler – Wag the Dog

Wag_The_Dog

Polityka zawsze interesowała kino, zwłaszcza amerykańskie i to w różnych konwencjach. Jedną z ciekawszych satyr lat 90. był film „Fakty i akty”. Historia agenta CIA, który razem z producentem filmowym próbują odciągnąć uwagę od afery rozporkowej prezydenta, wymyślają fikcyjna wojnę, nadal rozśmiesza, co jest zasługą zgrabnego scenariusza oraz mocnych ról Roberta De Niro i Dustina Hoffmana. Swoje także zrobiła muzyka, choć mało kto zwracał na nią uwagę.

Jej autorem był Mark Knopfler, zaś album wydany przez Vertigo zawiera niecałe pół godziny materiału. Poza tym mocno powiększył się zespół, który towarzyszył kompozytorowi przy pracy m.in. pianista Jim Cox i gitarzysta Richard Bennett) i wyszła z tego dość ciekawa praca.

knopflerAlbum zaczyna się od piosenki „Wag the Dog”. Potem mamy już tylko instrumentalny score. Na początek „Working On It” – skoczna melodia z popisowymi solówkami gitary, wspieranej przez „płynące” klawisze oraz gitarę akustyczną. W znacznie lżejszym tonie jest utrzymane w stylistyce folkowej „In the Heartland” z banjo w roli głównej. I tak lekko, z przymrużeniem oka idziemy do samego końca jak w idącej ku patosowi „An American Hero” (delikatna gitara, marszowa perkusja).

Ponieważ w filmie fikcyjna wojna miała toczyć się z Albanią, nie mogło zabraknąć utworów o zabarwieniu bardziej idącym ku wschodowi (czytaj: Rosji). To już zaczyna się przejawiać w krótkim „Just Instinct” z akordeonem oraz gitarą akustyczną, mocno zabarwioną „rosyjskością”, które z każdą sekundą przyśpiesza. Podobne tempo ma „Drooling National”, tylko w wersji bardziej amerykańskiej. Równie gitarowo jest w „Stretching Out”, z mocniejszymi gitarami i Hammondami w tle oraz kończąca całość „We’re Going to War” zabarwione marszową perkusją.

W zasadzie można się przyczepić do tego, że jest tej muzyki bardzo mało (pojawia się ona w istotnych momentach). Poza tym trudno ją skojarzyć z filmem, jednak poza nim słucha się jej naprawdę dobrze. Muszę jednak przyznać, że wcześniejsze prace Knopflera zrobiły na mnie większe wrażenie.

6,5/10

Radosław Ostrowski


Marissa Nadler – July

July

Muzyka folkowa to coś, w czym najlepsi są twórcy zza Wielkiej Wody. I teraz trafiłem na taki folkowy album doświadczonej wokalistki Marissy Nadler. Pochodząca z Bostonu wokalistka oraz songwriterka (nie wiem jaki jest polski odpowiednik tego słowa), która zaczęła swoja karierę w 2004 roku do tej pory wydała 5 płyt długogrających i jedną EP-kę.

Za „July”, czyli szósty album odpowiada Randall Dunn, znany ze współpracy z psychodelicznymi kapelami jak Earth czy Sunn O. Pierwsze co uderza, to minimalistyczne brzmienie, bazujące na gitarze akustycznej (czasem pojawi się tez elektryczna, ale szaleństw tu nie ma). Ale poza tym obowiązkowym instrumentem pojawiają się tu smyczki (pięknie brzmiące w „1923” czy w „Was it a Dream”), klawisze (singlowe „Dead City Emily”) i bardzo przestrzenny wokal, sprawiający wrażenie obecności więcej niż tylko jednej wokalistki. Tempo jest bardzo niespieszne, ale to akurat nie jest niczym zaskakującym. Tworzy to mocno melancholijny klimat, budowany bardziej oszczędnym brzmieniem, które albo was oczaruje albo odtrąci. Mnie się spodobało, co jest zasługa zarówno zgrabnych melodii jak i naprawdę pięknego wokalu Marissy. Także teksty są naprawdę niezłe, bez nadużywanego przez wielu zwrotu „I Love You”, co już samo w sobie jest spora zaletą.

Nie można nazwać „July” przebojowym albumem, ale czy każdy musi być taki? Na pewno jest to spójna i bardzo klimatyczna płyta, która powinna przypaść do gustu wielu osobom. Chyba że one nie przepadają za folkiem, to wtedy jest krucho.

7/10

Radosław Ostrowski


Mark Knopfler – Cal

From_the_Film_Cal

Tytułowy Cal jest młodym Irlandczykiem, który za dnia pracuje w rzeźni, a w nocy dokonuje ataków terrorystycznych. I obie czynności robi wspólnie z ojcem. Ale podczas jednej akcji nie wszystko poszło jak spłatka i chłopak chce się wycofać. I wtedy pojawia się w jego życiu starsza kobieta, z którą nawiązuje romans. Tak można w skrócie opisać fabułe filmu Pata O’Connora na podstawie powieści Bernarda MacLaverty’ego. Sam film pozostał zapomniany i mało kto o nim słyszał. Nawet jeśli ktoś wspominał ten tytuł, to głównie dzięki muzyce Marka Knopflera.

Brytyjczyk został drugi raz zatrudniony przez producenta Davida Puttmana, z którym współpracował przy swoim debiucie kompozytorskim – „Biznesmenie i gwiazdach”. I tak jak wtedy, Knopfler stawia przede wszystkim na folkowe granie i elementy muzyki celtyckiej. Stąd obecność fletów i dud, które pojawiają się już w „Irish Boy”. Równie spokojny jest „The Road” z delikatnymi klawiszami oraz gitarową solówka Knopflera. Za to liryczny charakter zawiera „Irish Love”, z elegancką gitarą elektryczną. Nawet w krótkich utworach jak „Waiting for Her” czy „A Secret Place/Where Will You Go”, gdzie gitara gra dość delikatnie, brzmią bardziej melancholijnie i lirycznie niż mrocznie i underscore’owo. Mocno irlandzki jest też „Father and Son”, gdzie uiellan pipes oraz delikatne klawisze na początku, a potem dołącza cały zespół. Po tym są jeszcze skoczne „Potato Picking”.

Ale nie brakuje tutaj grania underscore’owego, choć nie jest to stricte kino akcji. Już pewien niepokój słychać w „In a Secret Place”, gdzie gitara jest „przerywana” przez ponurą elektronikę. Atmosfera ta jest podtrzymywana przez „Fear and hatred”, gdzie pojawia się po raz pierwszy gitara elektryczna, swoje robią klawisze oraz pojawiająca się co jakiś czas perkusja, która pod koniec wali i robi się bardzo nerwowo. Zaś całość kończy bardziej melancholijne „Love and Guilt” z fletem oraz klawiszami i najdłuższe w albumie „The Long Road” – bardziej pogodna melodia na gitarę, do której dołączają flety i klawisze.

Knopfler po raz kolejny pokazał, że jego solowe dokonania (tutaj kompozytorskie) są naprawdę interesujące i potrafią przykuć uwagę. Co prawda i tak na razie najlepszym dokonaniem pozostaje „Local Hero”, ale „Cal” dzięki „irlandzkiemu” zabarwieniu potrafi zapaść w pamięć. Solidna robota.

7/10

Maggie Reilly – Heaven Sent

Heaven_Sent

Próbowałem sobie przypomnieć nazwisko tej kobiety, które widniało na okładce płyty. I po usłyszeniu jej głosu, doznałem olśnienia – przecież to ona śpiewała w „Moonlight Shadow” Mike Oldfielda (zresztą nie tylko w tej piosence), ale to było ponad 25 lat temu. Do tego czasu wydała wiele solowych płyt (czyli dziesięć), było wiele kolaboracji, ale współpraca z Oldfieldem przyniosła jej sławę i dała nieśmiertelność. Ale nieśmiertelnością nie opłaci się rachunków i trzeba było wydać jedenasty album.

I tak sięgnąłem po „Heaven Sent” w ogóle nie wiedząc, czego należy się spodziewać. I dominuje tutaj delikatne, gitarowe granie z popowym zacięciem. Jest melodyjnie, przebojowo i czasem gitarowo („Juliette”), ale jednocześnie bardzo oldskulowo (elektronika niemal żywcem wzięta z lat 80-tych) i miejscami naprawdę spokojnie („Cold the Snow Clad Mountains” z fortepianem prowadzącym). Za to najciekawsze dla mnie były utwory z zabarwieniem celtyckim (flety i dudy w „Stars At Night” czy chór i dzwoneczki z fortepianem w ocierającym się o Enye i Clannad „Leanan Sidhe”), czasem budującym melancholijny klimat (skrzypce w „If”). Niestety, zdarza się tu nieprzyjemne dla mnie obrabianie głosu („Break of Day”), które jednak nie wywołało rozdrażnienia czy irytacji. Mówiąc wprost, może i nie jest to nic zaskakującego, ale słucha się tej płyty dobrze, choć miejscami próbuje być mocniejsza (mocna jest tu co najwyżej waląca perkusją) niż jest naprawdę.

O dziwo głos Maggie postarzał się, ale mimo tego nadal potrafi czarować i uwieść, najlepiej sprawdzając się w stonowanych i oszczędnych piosenkach jak „If” czy „Fare Thee Well” (półakustyczny numer). Teksty może nie są jakieś super powalające, ale nie przeszkadzają i nie drażnią.

Muszę przyznać, ze „Heaven Sant” mnie zaskoczyło i to pozytywnie. Proste, ale chwytliwe melodie, elementy celtyckie i folkowe zgrabnie połączone z pop-rockowym brzmieniem. No i wokalistka w formie. Czy trzeba czegoś więcej?

7/10

Radosław Ostrowski


Mark Knopfler – Local Hero

Local_Hero

Świat znał przypadki, kiedy do pisania muzyki filmowej zatrudniano osoby spoza tego środowiska, wybierając popularnych muzyków lub wokalistów. Tak też zrobili producenci film „Biznesmen i gwiazdy”, który nie był zbyt popularnym tytułem, a i obecnie niewielu o nim wie. Historia pracownika korporacji, który zostaje wysłany do Szkocji z zadaniem wykupienia wioski rybackiej, gdzie znajdują się złoża cennego surowca w 1983 roku spotkała się z dużym przyjęciem w Wielkiej Brytanii. Jednak sławny stał się dzięki muzyce.

knopflerA jej autorem jest znany gitarzysta i frontman Dire Straits – Mark Knopfler, co dla wielu może być szokiem i zaskoczeniem, ale im głębiej przyjrzymy się dorobkowi muzyka, to znajdziemy tak kilka ścieżek dźwiękowych robionych głównie w między płytami Dire Straits. Więc jeśli ktoś spodziewał się orkiestrowego grania, musiał się rozczarować, bo Mark zaprosił kilku muzyków i takim małym składzie stworzyli muzykę, którą wydało Warner Bros. w ponad 40-minutowym albumie, który zawiera 12 kompozycji.

Zaczyna się dość mało interesująco – „The Rocks and the Water” z monotonnymi dźwiękami morza oraz syntezatorem. Całość zaczyna nabierać rumieńców wraz z dźwiękami gitary w „Wild Theme”, gdzie Mark gra bardzo delikatnie przy wsparciu fortepianu oraz elektroniki. To jest coś, co nazywa się potocznie pięknem. Ale gatunkowy rozrzut jest tutaj spory: od country (szybkie „Freeway Flyer” z popisującą się gitarą elektryczną w rytmie silnika) przez jazz („Boomtown” z saksofonem, basem oraz delikatniutkimi klawiszami) aż do popu (piosenka „The Way It Always Stars” w wykonaniu Gerry’ego Rafferty’ego. Nie brakuje tutaj bardziej etnicznego grania, co zobowiązuje ze względu na miejsce akcji (Szkocja). Słychać to już w „The Ceilidh and the Northern Lights”, gdzie pojawia się flet, marszowa perkusja oraz syntezatory budujące atmosferę jak w grupie Clannad, utrzymanym w „morskiej” tonacji „The Mist Covered Mountains” z obowiązkowym akordeonem czy skocznym „The Ceilidh: Louis’ Favourite, Billy’s Tune”, który potem się uspokaja w ładną melodię na akordeon i skrzypce.

Ale nie jest album idealny. Wadą dla mnie są tutaj krótkie utwory, które nie trwają nawet minuty i sprawiają wrażenie zapychaczy jak „The Rocka and the Water 2” czy „Whistle Theme”. Na szczęście nie przeszkadzają one w odbiorze muzyki, które jest cudowna. Za tą pracę Knopfler otrzymał nominacje do nagrody BAFTA za muzykę. I tak się zaczęła przygoda gitarzysty z filmem, ale to temat na inną opowieść.

8/10

Radosław Ostrowski


Billie Joe Armstrong & Norah Jones – Foreverly

Foreverly

Takie duety zawsze zastanawiają. Oboje pochodzą z różnych stylistyk muzycznych, a mimo to postanowili wspólnie nagrać album z coverami (trochę szkoda, że nie z własnymi utworami, bo byłoby jeszcze ciekawiej). Ona – grająca folkowo-popowe piosenki, on – punkowiec i frontman zespołu Green Day. Co mogło wyjść z tego połączenia? Wyszło „Foreverly”.

Innymi słowy, folkowa płyta z klasykami (chyba) tego gatunku, w dodatku brzmi to całkiem nieźle. Nie mogło zabraknąć gitar (akustycznej, elektrycznej i pedel-steel) oraz fortepianu. Pierwsze, co uderza to lekkość wykonania i aranżacji. Druga rzecz, to rytmiczność i chwytliwość piosenek, które na szczęście nie przynudzają („Oh So Many Years”). Poza tym całość jest naprawdę wyrównana i trudno wskazać tu jakieś słabsze momenty. Owszem, jest różne tempo (żwawsze „Silver Haired Daddy of Mine”, kołysankowe „Rockin’ Alone”), zaś instrumentarium pozostaje takie samo, niemniej klimat to ma. Pod warunkiem, że się to lubi.

Za to kompletnym zaskoczeniem jest zgranie wokalnie Nory i Billie Joe, którzy razem wypadają świetnie. Zwłaszcza, jeśli porównamy wokal Billiego z tym, co robi w Green Day. I w dodatku ten akcent, co pięknego.

Niby nic zaskakującego, ale że pora zbliża się bardziej senna i mało wesoła, to i album w sam raz pasuje. Bo tan na Zachodzie (zwłaszcza Dzikim) jest cieplej.

7/10

Radosław Ostrowski

Norah Jones – Not Too Late

Not_Too_Late

No i idziemy dalej. I na następny album Amerykanki trzeba było czekać aż 3 lata. Tym razem za produkcję odpowiada basista zespołu towarzyszącego artystce Lee Alexander i mamy 13 piosenek. Co z tego wyszło?

No właśnie. Mam wrażenie, że pani Jones skręca w stronę country, co objawiało się już wcześniej i słychać to nawet w otwierającym całość „Wish I Could” (ładne solo skrzypiec w połowie) i „Sinkin’ Soon” (banjo, wspierane przez fortepian i trąbkę), które bronią się w momencie pojawienia się innych instrumentów niż gitary. Bo wtedy trafiamy do krainy nudy, czego żaden muzyk nie chce osiągnąć. Bo instrumentarium w zasadzie jest takie jak poprzednio. Jednak tutaj zdarza się to aż zbyt często. Są pewne próby urozmaicenia (przemielona dźwiękowo gitara w „Not My Friend” czy klawisze i trąbka w „Thinking About You”), jednak album mnie wręcz wymęczył, zaś pojedyncze utwory (pianistyczne „My Dear Country” z dęciakami), to trochę za mało, bo klimat z poprzednich dwóch płyt wyparował totalnie. A tego nie potrafię zrozumieć, w dodatku zaczyna się to wszystko zlewać się ze sobą. I nie są w stanie tego uratować ani wokal (nadal dobry) oraz przyzwoite teksty.

Liczyłem na wiele, ale „Not Too Late” to rozczarowanie i spory krok do tyłu. Aż boję się sięgnąć po następny album.

5/10

Radosław Ostrowski

 

Martyna Jakubowicz – Burzliwy błękit Joanny

Burzliwy_Blekit_Joanny

Tribute albumy nie są zbyt łatwymi produkcjami. Planowane jako hołdy dla poszczególnego artysty czy zespołu, okazują się zwykłym skokiem na kasę, zaś nowe wersje piosenek hołdowanych zazwyczaj nie są zbyt atrakcyjne czy ciekawe. Tym razem postanowiono złożyć hołd Joni Mitchell (7 listopada obchodziła 70 urodziny) i wtedy wyszedł tribute album Martyny Jakubowicz.

„Burzliwy błękit Joanny” zawiera 11 piosenek Mitchell wyprodukowanych przez Marcina Pospieszalskiego. I brzmieniowo jest dość różnorodnie, ale dominuje bardziej akustyczne, folkowe granie. Czasami żywiej („Duża żółta taksówka”), ale głównie spokojniej i kojąco („Chcę tylko” czy „Starsze dzieci tak jak ja”). Spokój ten nie jest jednak zbyt monotonny, ale buduje odpowiedni klimat i potrafi oczarować („U Chińczyka” ze świetnymi smyczkami), zaś poza wiodącą gitarą pojawiają się delikatne klawisze („Błękitny hotelowy pokój”), klarnet („Serce i głowa”), bas czy smyczki („Z obu stron”). Jak mówiłem, jest tu dość spokojnie i wielu może to zniechęcić, ale nie wiedzą oni, co tracą.

Sam głos Martyny jest dość spokojny, bardziej recytujący niż śpiewający. Pasuje on zarówno do melodii jak i do refleksyjnych tekstów Mitchell śpiewanych w przekładzie Andrzeja Jakubowicza – refleksyjnych, melancholijnych.

Tribute albumy są zawsze ryzykowne, ale czasami zdarza się udany album. Taki jest „Burzliwy błękit Joanny” – stonowany, jesienny, zmuszający do myślenia. Bez kombinowania, udziwniania i udawania. Ciepły album, choć wielu może odtrącić za pierwszym razem.

7,5/10

Radosław Ostrowski