

Jeśli powiedziało się A, to trzeba było powiedzieć B. Tak jak nagrało się debiutancki album, to wiadomo, że nie zrobiło się tego po to, by się pojawić i potem zniknąć na długie lata, ale żeby potem nagrać następne, rozchodzące się w milionach egzemplarzy. W przypadku Nory Jones trzeba było czekać dwa lata.
Za „Feels Like Home” od strony produkcyjnej odpowiadała sama wokalistka oraz odpowiedzialny za debiut Arif Mardin, więc jeśli ktoś spodziewał się brzmieniowej rewolucji, np. pójścia w stronę heavy metalu, hard rocka czy industriala, to musiał się rozczarować. Niby jest tak jak poprzednio, bo nadal idziemy w stronę akustycznego, melodyjnego grania w stylu folk (wybrany na singiel „Sunrise”) czy country („Creepin’ In” z Dolly Parton i szybką gitarą akustyczną). Spokojnie, nastrojowo i elegancko. Czyli tak jak było przy debiucie, tylko jeszcze bardziej. Nuda? O dziwo nie – piosenki są więcej niż ładne, a zbliżone instrumentarium (kontrabas, fortepian, gitara) tworzą intymny klimat. Nie brakuje akustycznych melodii („Carnival Town” z pięknymi skrzypcami czy „Humble Me”), lekko rockowego zacięcia (gitarka w „What Am I To You”) czy dość rytmicznego, ale stonowanego popu („Toes”). Wielu może to znużyć po kilku utworach, zwłaszcza pod koniec, jednak można to przełknąć (najlepiej z tej części broni się kończące „Don’t Miss You At All” z fortepianem tylko).
Zaś wersja deluxe zawiera jeszcze 3 dodatkowe utwory, które są dość zbliżone do siebie. Nadal podoba mi się wokal Nory, bo ma w sobie to słynne „coś” i chce się jej słuchać. Także teksty trzymają poziom i dość zgrabnie opowiadają o tym, co zawsze.
Niby jest jakiś krok na przód (choć bardziej w stronę country, czego zaczynam się obawiać), ale jednak nie mogę oprzeć się wrażeniu, że coś tu nie do końca gra. Niby jest dobrze, ale gdzieś zaczyna się to wszystko gubić. To album zbyt mocny, by go ochrzanić, ale za słaby, by go chwalić. I z tą łamigłówką zostawiam was samych.
7/10
Radosław Ostrowski













A jej autorem jest dwukrotny zdobywca Oscara – Gustavo Santaolalla, co wpisuje się w trend zatrudniania kompozytorów muzyki filmowej do pracy przy grach komputerowych (m.in. Angelo Badalamenti przy „Fahrenheit”). Jednak Santaolalla to kompozytor wręcz minimalistyczny, z oszczędnym instrumentarium, a jego muzyka silnie współgra z obrazem, choć poza nim nie jest już tak przyjemna. Utworów jest ogólnie 30, a muzyka ma zbudować klimat beznadziei w post-apokaliptycznym świecie oraz alienacji. Sama muzyka opiera się przede wszystkim na gitarze, grającej smutne kompozycje jak otwierające album „The Quarantine Years (20 Years Later)” będąca tematem pojawiającym się parokrotnie. Poza gitarą jednak pojawiają się równie melancholijne skrzypce („All Gone (Alone)”,”The Last of Us (Never Again)” ), fortepian („The Way It Was”), bardzo nieprzyjemna elektronika („Breathless”, „The Outbreak”) czy perkusja (nasilająca się w „I Know What You Are”). Atmosfera jest nieprzyjemna, zaś muzyka słuchana poza ekranem telewizora jest dość trudna w odbiorze. To jeszcze można by przełknąć, gdyby nie jeden istotny fakt – montaż płyty. Bo duża część utworów trwa krócej niż dwie minuty, co trochę rozbija spójność. Kompozycje te szybko się kończą i nie są w stanie się rozkręcić („O Know What You Are”), co wydaje się odrobinę pozbawione sensu. Zaś sam styl kompozytora nie jest dla każdego.


