Norah Jones – Feels Like Home

Feels_Like_Home

Jeśli powiedziało się A, to trzeba było powiedzieć B. Tak jak nagrało się debiutancki album, to wiadomo, że nie zrobiło się tego po to, by się pojawić i potem zniknąć na długie lata, ale żeby potem nagrać następne, rozchodzące się w milionach egzemplarzy. W przypadku Nory Jones trzeba było czekać dwa lata.

Za „Feels Like Home” od strony produkcyjnej odpowiadała sama wokalistka oraz odpowiedzialny za debiut Arif Mardin, więc jeśli ktoś spodziewał się brzmieniowej rewolucji, np. pójścia w stronę heavy metalu, hard rocka czy industriala, to musiał się rozczarować. Niby jest tak jak poprzednio, bo nadal idziemy w stronę akustycznego, melodyjnego grania w stylu folk (wybrany na singiel „Sunrise”) czy country („Creepin’ In” z Dolly Parton i szybką gitarą akustyczną). Spokojnie, nastrojowo i elegancko. Czyli tak jak było przy debiucie, tylko jeszcze bardziej. Nuda? O dziwo nie – piosenki są więcej niż ładne, a zbliżone instrumentarium (kontrabas, fortepian, gitara) tworzą intymny klimat. Nie brakuje akustycznych melodii („Carnival Town” z pięknymi skrzypcami czy „Humble Me”), lekko rockowego zacięcia (gitarka w „What Am I To You”) czy dość rytmicznego, ale stonowanego popu („Toes”). Wielu może to znużyć po kilku utworach, zwłaszcza pod koniec, jednak można to przełknąć (najlepiej z tej części broni się kończące „Don’t Miss You At All” z fortepianem tylko).

Zaś wersja deluxe zawiera jeszcze 3 dodatkowe utwory, które są dość zbliżone do siebie. Nadal podoba mi się wokal Nory, bo ma w sobie to słynne „coś” i chce się jej słuchać. Także teksty trzymają poziom i dość zgrabnie opowiadają o tym, co zawsze.

Niby jest jakiś krok na przód (choć bardziej w stronę country, czego zaczynam się obawiać), ale jednak nie mogę oprzeć się wrażeniu, że coś tu nie do końca gra. Niby jest dobrze, ale gdzieś zaczyna się to wszystko gubić. To album zbyt mocny, by go ochrzanić, ale za słaby, by go chwalić. I z tą łamigłówką zostawiam was samych.

7/10

Radosław Ostrowski

Norah Jones – Come Away with Me

Come_Away_With_Me

Jest to jedna z najpopularniejszych wokalistek amerykańskich, która miesza folk z popem i jazzem. Do tej pory wydała pięć studyjnych płyt, które rozeszły się w ponad 50 milionach sprzedanych egzemplarzy. Robi wrażenie? Oprócz tego pisze teksty, komponuje, gra na gitarze i fortepianie. Mówię oczywiście o Norze Jones, której dorobek postanowiłem prześledzić. A wszystko zaczęło się w 2002 roku, dzięki „Come Away with Me”.

Album zawiera aż 14 piosenek. Za produkcję poza panną Jones odpowiadali wtedy: Arif Mardin (m.in. Queen, Phil Collins czy Richard Marx), Jay Newland (Ayo) oraz Craig Street (k.d. lang czy John Legend). No i wyszło z tego bardzo stonowane popowe granie idące czasem w stronę folku (gitara w „Seven Years” czy równie delikatne „Feelin’ The Same Way” z ciepłymi klawiszami), country („Lonestar”) czy jazzu („Don’t Know Why”). Jednak poza gitarą zarówno akustyczną, jak i stonowaną elektryczną (utwór tytułowy czy „Nightingale”) pojawia się tu kontrabas, fortepian („Shoot the Moon”), skrzypce (idące w stronę tanga „I’ve Got to See You Again”) czy akordeon („If I Was a Painter”). Może wydawać się to odrobinę monotonne czy nużące, jednak płyta posiada swój specyficzny klimat – lekko melancholijny, nostalgiczny, a na pewno bardzo intymny.

Bardziej od wokalu Nory (naprawdę dobrego i pełnego uroku) podobały mi się teksty, które w dość mniej banalny sposób mówią o miłości, nie wywołują rozdrażnienia i dopełniają ten album.

Cokolwiek by powiedzieć o tym albumie, jedno nie ulega wątpliwości. Mimo 11 lat, to świeża, dobra i naprawdę przyjemna płyta, która o tej porze roku brzmi po prostu świetnie. Czy wy też zaryzykujecie?

7,5/10

Radosław Ostrowski

Mark Lanegan – Imitations

Imitations

Albumy z coverami zawsze są trudno w ocenie, bo wydają się tylko skokiem na kasę, bez względu na to, kto je wykonuje. Choć są tacy twórcy, którzy potrafią wyjść z twarzą. Czy do tego grona można dołączyć Marka Lanegana.

Koncepcja na wybór piosenek do „Imitations” była dość prosta. W większości są to piosenki z kolekcji muzycznej rodziców wokalisty oraz zaprzyjaźnionych wykonawców jak Nick Cave, The Twilight Sisters czy Chelsea Wolf. I tak wybrano 12 piosenek, które są utrzymane w folkowo-bluesowej stylistyce. Dominuje tutaj gitara akustyczna albo delikatnie grająca elektryczna („Solitaire”), czasami skręcając w stronę country („Solitare”, akustyczne „You Only Live Twice”), z domieszką elektroniki („Elegie Funebre” z zapętlającą się gitarą w tle), ładne smyczków („I’m Not The Loving Kind”), trąbki („Brompton Oratory”). Brzmieniowo jest dość spokojnie, ale aranżacje są tak sprytnie zrobione, że słucha się tego naprawdę dobrze i z przyjemnością, dlatego trudno wyróżnić jakąkolwiek piosenkę.

Zaś sam głos Lanegana może się kojarzyć z Tomem Waitsem sprzed czasów wielkiej popijawy. Lekko brudny, ale poruszający, delikatny, czasem ekspresyjny. Ale nigdy nie wypada sztucznie czy nieprawdziwie.

„Imitations” brzmią dość elegancko i potrafią zaskoczyć. Po tej płycie mogę jedno już na bank powiedzieć: jesień się zbliża, wbrew kończącej całość „Autumn Leaves”. I na najbliższe chłodne wieczory, to odpowiednia propozycja.

7/10

Radosław Ostrowski

John Mayer – Paradise Valley

Paradise_Valley

Po ciężkim dniu pracy należy posłuchać czegoś lżejszego i prostszego. Jednym z takich gatunków nadających się do takiego odsłuchu jest folk/country. Jednym z najbardziej znanych wykonawców tego nurtu jest John Mayer z Bridgeport, który do tej pory nagrał pięć płyt. Jego najnowszą można przesłuchać na iTunes (a 20 sierpnia kupić w sklepie).

Album ten zawiera 12 piosenek wyprodukowany przez Mayera i Dona Wasa, który współpracował m.in. z Ziggym Marleyem, Kurtem Ellingiem i Van Morrisonem. I po pierwszych dźwiękach słychać, że jest to muzyka lżejszego kalibru, z delikatnie grającą gitarą, choć nie brakuje tutaj szybkiego tempa („Call Me the Breeze”) czy lekkiego uatrakcyjnienia (klaskanie w „Wildfire”, trąbka w „Who You Love” czy fortepian w „I Will Be Found”). Jednak nadal obracamy się w country/folku, który może i nie jest czym zaskakującym czy nowatorskim, ale czy każda taka płyta być musi?  Całość ma dość równy poziom i trudno się do jakiejś piosenki specjalnie przyczepić od strony muzycznej. Także tekstowo jest nieźle i bardziej refleksyjnie.

„Paradise Valley” świetnie się będzie sprawdzać w godzinach wieczornych i późnym popołudniem. Relaksującą i porządnie zrobiony album z kilkoma ciekawymi piosenkami.

7/10

Radosław Ostrowski

Gogol Bordello – Pura Vida Conspiracy

Pura_Vida_Conspiracy

Wyobraźcie sobie punk rocka zmieszanego z muzyką cygańską. Brzmi to nieprawdopodobnie, ale jest taka kapela grająca taki koktajl Mołotowa. To pochodząca z Manhattanu grupa Gogol Bordello, którą tworzą ludzie z różnych części świata: Ukrainy, Rosji, Chin, Etiopii i USA pod wodzą Eugene’a Hutza. Do tej pory (działają od 1999 roku) wydali 5 płyt, jeden album live i dwie EP-ki (o singlach nawet nie wspomnę). A teraz pojawia się szósta EP-ka.

„Pura Vida Conspiracy” zawiera 12 piosenek wyprodukowanych przez Andrew Schepsa, który współpracował m.in. z Audioslave i Red Hot Chili Peppers. I mamy tutaj taką mieszankę z jaką zetknąłem się przy okazji zespołu Dropkick Murphys, czyli mieszankę punk rockowych, szybkich kawałków z folkowo-ludowo-etnicznym instrumentarium, tylko że tutaj jest bardziej spokojniej. Obok gitary elektrycznej oraz perkusji naparzającej mocno i szybko, słyszymy też skrzypce z akordeonem. Tempo zmienia się z utworu na utwór (a nawet i w utworze), gitara gra ładnie, sekcja rytmiczna daje znak, by przyłoić (albo wyznaczyć rytm), zaś akordeon, skrzypce i dęciaki wzbogacają i tak świetne melodie. W zasadzie to trudno się do czegokolwiek przyczepić i nie ma tutaj słabszego utworu (dlatego nie podałem żadnego tytułu).

Siła napędową tego zespołu jest charyzmatyczny Hutz, które śpiew, wrzaski napędzają cały ten bajzel. Razem z tekstami o nietypowej tematyce (czytaj: nie o miłości), tworzy to mocną mieszankę. Jeśli lubicie poeksperymentować i szukacie czegoś nietypowego i niekonwencjonalnego, to ta płyta jest dla was.

8/10

Radosław Ostrowski

The Traveling Wilburys – Vol. 1

Vol._1

Supergrupy to raczej jest już przeszłość minionych lat, ale nadal się zdarza, że kilku wybitnych muzyków mających już spore doświadczenie i działający w różnych zespołach, łączą siły i zakładają własny zespół. Opowiem wam teraz o jednej takiej grupie, która nagrała tylko dwie płyty, ale zrobiła spore zamieszanie.

Ich pierwsza płyta pojawiła się w 1988 roku, zaś członkami Traveling Wilburys byli nie byle goście. Jeff Lynne (Electric Light Orchestra), George Harrison (The Beatles), Roy Orbison, Bob Dylan i Tom Petty (Tom Petty and the Heartbreakers) – to nie byle kto, to wręcz legendy rocka i folku. Za produkcję ich debiutu odpowiada Lynne i Harrison (założyciel grupy), a muzykom towarzyszył perkusista Jim Keltner. Jak brzmi ten album po tylu latach? Czuć luz i bezpretensjonalność, a także sięganie po folkowo-rockowe brzmienia z lat 60. Czasem pojawią się jakieś dęciaki („Last Night”) czy syntezator („Not Alone Anymore”), ale jednak najważniejsze są gitary i wokaliści. Słychać, że panowie się świetnie bawili, gitary brzmią lekko, zaś wokale panów się świetnie uzupełniają i tworzą zgrabną całość – podniszczony Dylan, elvisowski Orbison, delikatny Lynne, lekko „kałbojski” Petty i mocny Harrison to koktajl Mołotowa, który mimo lat nadal działa, zaś każdy z panów ma swój utwór przy albumie i żaden nie dominuje nad resztą, która zazwyczaj dośpiewuje w chórkach.

Należy bardzo pochwalić teksty, które choć opowiadają o miłości nie są pozbawione ironicznego humoru („Congratulations”) oraz lekkości. Brzmi to bardzo interesująco i nie ma tu miejsca na nudę.

Mógłbym się tutaj rozpisać o całej płycie, tylko po co. Jeśli wam się podobały solowe dokonania przynajmniej jednego z członków zespołu, powinniście nabyć ten lekki i świetny album.

8/10

Radosław Ostrowski

Fismoll – At Glade

At_Glade

Czasami zdarzają się tacy wykonawcy, którzy pojawiają się znikąd i otwiera pewne struny w naszych sercach. Czymś takim można chyba nazwać płytę Polaka ze skandynawskimi korzeniami – niejakiego Fismolla. Jego debiut „At Grade” właśnie ujrzał światło dzienne.

Album zawiera 10 piosenek utrzymanych w szeroko pojętej muzyce indie. Tutaj jest bardzo akustyczne (gitara dominuje), wręcz delikatne brzmienie przypominające klimaty skandynawskie. Jednak nie ma tu mowy o stosowaniu tej płyty zamiast środków usypiających. Jest w tym coś urzekającego i prostego w towarzyszących gitarze smyczkach, fortepianie i chórkach. Tempo też jest dość zróżnicowane, bo choć dominują bardzo spokojne piosenki, nie zabrakło też szybszych utworów („Triffle”), zaś rozpisywanie i analizowanie poszczególnych piosenek mija się z celem, bo albo się kupi całość albo nie. Płyta ta bardzo nadaje się do przesłuchania po ciężkim dniu, zaś delikatny i dobrze śpiewający po angielsku wokal działa odprężająco, co chyba miało być celem tego albumu.

Nie wiem jak wy, ale jeśli chcecie czegoś ciepłego, a jednocześnie odświeżającego – nie wahajcie się i kupujcie Fismolla. Czym nas jeszcze ten chłopak zaskoczy? Nie mam pojęcia, ale będę czekał na jego nową płytę.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Gustavo Santaolalla – The Last of Us

The_Last_of_Us

Apokalipsa i zagłada ludzkości – ten temat był wałkowany wielokrotnie w filmach i grach. Teraz pojawiła się kolejna gra. „The Last of Us” to historia Joela i Ellie, którzy żyją w świecie opanowanym przez wirusa zmieniającego ludzi w bezmózgie istoty. Niestety, nie miałem możliwości zapoznana się z grą (brak konsoli Playstation 3), jednak został też wydany album z muzyką do gry.

A jej autorem jest dwukrotny zdobywca Oscara – Gustavo Santaolalla, co wpisuje się w trend zatrudniania kompozytorów muzyki filmowej do pracy przy grach komputerowych (m.in. Angelo Badalamenti przy „Fahrenheit”). Jednak Santaolalla to kompozytor wręcz minimalistyczny, z oszczędnym instrumentarium, a jego muzyka silnie współgra z obrazem, choć poza nim nie jest już tak przyjemna. Utworów jest ogólnie 30, a muzyka ma zbudować klimat beznadziei w post-apokaliptycznym świecie oraz alienacji. Sama muzyka opiera się przede wszystkim na gitarze, grającej smutne kompozycje jak otwierające album „The Quarantine Years (20 Years Later)” będąca tematem pojawiającym się parokrotnie. Poza gitarą jednak pojawiają się równie melancholijne skrzypce („All Gone (Alone)”,”The Last of Us (Never Again)” ), fortepian („The Way It Was”), bardzo nieprzyjemna elektronika („Breathless”, „The Outbreak”) czy perkusja (nasilająca się w „I Know What You Are”). Atmosfera jest nieprzyjemna, zaś muzyka słuchana poza ekranem telewizora jest dość trudna w odbiorze. To jeszcze można by przełknąć, gdyby nie jeden istotny fakt – montaż płyty. Bo duża część utworów trwa krócej niż dwie minuty, co trochę rozbija spójność. Kompozycje te szybko się kończą i nie są w stanie się rozkręcić („O Know What You Are”), co wydaje się odrobinę pozbawione sensu. Zaś sam styl kompozytora nie jest dla każdego.

Mogę się założyć, że muzyka w grze brzmi bardzo dobrze. Poza nim dzieło Santaolalli brzmi więcej niż solidnie, choć nie jest to muzyka dla każdego. Niemniej jest to praca, z którą należy się zapoznać, by przekonać się o jakości debiutu tego kompozytora w świecie gier.

7/10

Radosław Ostrowski


KT Tunstall – Invisible Empire // Crescnet Moon

Invisible_Empire

Ta wokalista działa już na scenie od początku wieku i do tej pory nagrała 3 płyty, w których nie zabrakło kilku przebojów (m.in. „Suddenly I See”). Teraz Szkotka Kate Victoria Tunstall pojawiła się z płyta nr 4 z dwoma tytułami „Invisible Empire//Crescent Moon”.

Płyta zawiera 13 piosenek (wersja deluxe ma o dwie więcej) utrzymanych w stylistyce folkowej, czyli bardzo spokojna gitara (akustyczna i elektryczna) budująca równie spokojny i wręcz sielski klimat. Czasami, ale to nie zbyt często pojawiają się też inne instrumenty jak fortepian („Yellow Flower” czy „Crescent Moon”), perkusja („Invisible Empire”), elektronika („Crescent Moon”) czy akordeonu („Chines”). Nie brakuje też żywszych i dynamiczniejszych utworów („Old Man Song”, „No Better Shoulder” czy singlowe „Feel It All”, które jest też w wersji radiowej), ale całość jest bardziej spokojna, wręcz letnia i na te upały, które się szykują będzie pewnym orzeźwieniem. Pod warunkiem, że lubimy taką muzykę. Ja od czasu do czasu lubię lekko odetchnąć po łomotliwych i ostrych płytach, więc taka odskocznia jest dla mnie ulgą. Wszystko jest jeszcze wspierane przez bardzo delikatny głos KT oraz całkiem niezłymi tekstami.

Może i jest to krótko napisane, ale dobra muzyka broni się sama i dalsze rozchodzenie mija się z celem. Jest dobrze i przyjemnie.

7/10

Radosław Ostrowski


ZAZ – Recto Verso

Recto_Verso

Mówi się, że trudno jest nagrać drugą płytę, które byłaby w stanie dorównać poziomem debiutowi. Czy w przypadku Francuzki ZAZ się udała ta sztuka?

Niby jesteśmy stylistycznie w tych samych klimatach, co przy debiucie, choć nie do końca i widać pewne nowe dźwięki i delikatną elektronikę, która mocniej daje o sobie znać. Czy to źle? Nie, bo całość nadal brzmi po prostu uroczo. Jednak jest tu większe zróżnicowanie, choć i nie zabrakło jazzowego zacięcie wsparte gitarą i skrzypcami („Oublie loulou”), skocznych i szybkich melodii („Comme si, comme sa”, „Toujours”), czy stonowanych ballad („Si” z fortepianem czy gitarowe „La lessive”). Ale jak wspomniałem więcej ma do powiedzenia elektronika  jak w singlowym „On ira”, idący w stronę melodii z wesołego miasteczka „J’ai tant escamote” czy „Gamine”), ale jest ona bardzo delikatna i ciepła. Więcej tutaj jest pogodnych i sympatycznych melodii, choć nie jest tu aż tak magicznie jak przy debiucie, który bardziej mi się podobał. Gdzieś od połowy zrobiło się trochę zbyt podobnie i na jedno kopyto.

Co do reszty, tu nie ma się czego przyczepić. Głos nadal jest przyciągający, francuski brzmi ładnie, zaś teksty trzymają poziom. Nie znaczy to, że jest to kompletnie nieudany materiał. „Retro Verso” jest zwyczajnie dobre, choć liczyłem na więcej.

7/10

Radosław Ostrowski