

Próbowałem sobie przypomnieć nazwisko tej kobiety, które widniało na okładce płyty. I po usłyszeniu jej głosu, doznałem olśnienia – przecież to ona śpiewała w „Moonlight Shadow” Mike Oldfielda (zresztą nie tylko w tej piosence), ale to było ponad 25 lat temu. Do tego czasu wydała wiele solowych płyt (czyli dziesięć), było wiele kolaboracji, ale współpraca z Oldfieldem przyniosła jej sławę i dała nieśmiertelność. Ale nieśmiertelnością nie opłaci się rachunków i trzeba było wydać jedenasty album.
I tak sięgnąłem po „Heaven Sent” w ogóle nie wiedząc, czego należy się spodziewać. I dominuje tutaj delikatne, gitarowe granie z popowym zacięciem. Jest melodyjnie, przebojowo i czasem gitarowo („Juliette”), ale jednocześnie bardzo oldskulowo (elektronika niemal żywcem wzięta z lat 80-tych) i miejscami naprawdę spokojnie („Cold the Snow Clad Mountains” z fortepianem prowadzącym). Za to najciekawsze dla mnie były utwory z zabarwieniem celtyckim (flety i dudy w „Stars At Night” czy chór i dzwoneczki z fortepianem w ocierającym się o Enye i Clannad „Leanan Sidhe”), czasem budującym melancholijny klimat (skrzypce w „If”). Niestety, zdarza się tu nieprzyjemne dla mnie obrabianie głosu („Break of Day”), które jednak nie wywołało rozdrażnienia czy irytacji. Mówiąc wprost, może i nie jest to nic zaskakującego, ale słucha się tej płyty dobrze, choć miejscami próbuje być mocniejsza (mocna jest tu co najwyżej waląca perkusją) niż jest naprawdę.
O dziwo głos Maggie postarzał się, ale mimo tego nadal potrafi czarować i uwieść, najlepiej sprawdzając się w stonowanych i oszczędnych piosenkach jak „If” czy „Fare Thee Well” (półakustyczny numer). Teksty może nie są jakieś super powalające, ale nie przeszkadzają i nie drażnią.
Muszę przyznać, ze „Heaven Sant” mnie zaskoczyło i to pozytywnie. Proste, ale chwytliwe melodie, elementy celtyckie i folkowe zgrabnie połączone z pop-rockowym brzmieniem. No i wokalistka w formie. Czy trzeba czegoś więcej?
7/10
Radosław Ostrowski
