Biblia: Początki świata

Czy jest bardziej znany tekst w historii ludzkości niż Biblia? Żaden inny tekst nie był inspiracją dla szeroko pojętej kultury, w tym także dla filmowców. Czasami były to wybrane poszczególne wydarzenia, a czasami szersze fragmenty (głównie nowy Testament i losy niejakiego Jezusa Chrystusa). Było tego od groma, a nie zanosi się na to, by miało się to wszystko skończyć.  Z Biblią postanowił się także zmierzyć John Huston wsparty przez legendarnego (obecnie) producenta Dino De Laurentiisa.

biblia1

„Biblia” (w Polsce opatrzona podtytułem: Początek świata) miał być częścią większego przedsięwzięcia, skupiającego się na nieśmiertelnym tekście. Fabuła skupia się na wydarzeniach z Księgi Rodzaju: od powstania świata aż do próby wiary (złożenie ofiary przez Abrahama). Po drodze będzie wygnanie z raju, zniszczenie Sodomy i Gomory, budowa wieży Babel oraz potop plus Arka Noego. To wyjaśnia też, czemu ten film trwa prawie 3 godziny (!!!). I trzeba przyznać, że to miejscami robi spore wrażenie. Niby statyczna praca kamery, jednak scenografia oraz kostiumy wyglądają bardzo dobrze. Tak samo Eden, sceny budowy arki przez Noego, sama wieża Babel czy Sodoma przed zniszczeniem. Dość szybko przeskakujemy z wątków na wątek w kolejności chronologicznej, bez udziwnień oraz eksperymentowania. Problem jednak w tym, że choć wiele się zdarza, to parę wątków wydaje się potraktowanych dość po macoszemu, wręcz poskracanych, co też wynika z dość epizodycznej konstrukcji scenariusza (a i samej Biblii). Niby pomaga to zachować wierność, ale wiele z tych wydarzeń nie angażuje tak bardzo jak choćby wątek Abrahama i Sary, czyli ostatnie parędziesiąt minut. Reszta po prostu się dzieje i w zasadzie nic mnie nie obchodziło, tak samo jak jednowymiarowość bohaterów.

biblia2

Niemniej ogląda się ten film naprawdę nieźle. Jeśli coś zwróciło na mnie uwagę to przede wszystkim fantastyczna, wręcz operowa muzyka Toshiro Mayuzumiego, dodająca tego odpowiedniego rozmachu wielu scenom jak podczas tworzenia świata czy potopu. I to muzyka jest dla mnie największą gwiazdą tego filmu, spychając aktorów na dalszy plan. A że grają tu tacy znany mistrzowie ekranu jak Richard Harris (Kain), George C. Scott (Abraham), Ava Gardner (Sara) czy sam Huston w roli narratora/Boga oraz Noego, to jest na co popatrzeć. Szkoda, że nie wszyscy dostają szansę na stworzenie głębszych postaci (oprócz Abrahama) i sporo z obsady to w zasadzie epizody jak w przypadku Michaela Parksa (Adam), Stephena Boyda (król Nimrod) czy Petera O’Toole’a (anioł w trzech postaciach).

biblia3

Trudno mi jednoznacznie ocenić „Biblię”, która – nawet jak na tamte czasy – była bardzo ambitnym przedsięwzięciem. Ma bardzo epicki rozmach, niektóre efekty specjalne godnie znoszą upływ czasu, muzyka brzmi fenomenalnie, ale to wszystko wydaje się takie emocjonalnie chłodne, nie angażujące. Może zamiast zebrania tylu wydarzeń należałoby się skupić na jednym oraz skupić się na tym. Ale na to odpowiedzi już nie dostaniemy.

6/10

Radosław Ostrowski

nadrabiamhustona1024x307

Lista Adriana Messengera

Adrian Messenger jest bardzo uznanym i cenionym pisarzem brytyjskim. Pewnego dnia przed wyjazdem do USA prosi swojego przyjaciela, emerytowanego generała MI5 o sprawdzenie ludzi z listy. Wieczorem samolot, którym leci pisarz zostaje wysadzony w powietrze. Jedynym ocalałym jest francuski weteran ruchu oporu, Raoul Le Berg. Generał Gethryn postanawia przeprowadzić własne śledztwo, w czym pomaga mu Francuz i okazuje się, że wszyscy z listy Messengera zginęli w dziwnych wypadkach.

adrian messenger1

John Huston sięgnął po utwór Philipa MacDonalda, tworząc coś w stylu mistrza Alfreda Hitchcocka (suspens, zagadka) oraz książek Agathy Christie (brytyjskie wyższe sfery). Film oparty jest na tajemnicy, która bardzo oszczędnie jest odkrywana przez naszego „detektywa”. Gethryn w wykonaniu George’a C. Scotta mógłby spokojnie być uwspółcześnioną wersją Sherlocka Holmesa, wykorzystując dedukcję oraz zdolność szybkich kojarzeń. Sama realizacja przypomina staroświecki, elegancki kryminał, gdzie zbrodnie są pokazywane niejako poza ekranem, zaś antagonista jest ciągle o krok przed naszymi bohaterami. Do tego osadzenie w środowisku brytyjskiej arystokracji dodaje pewnego specyficznego klimatu.

adrian messenger2

I jest jeszcze jeden istotny myk, który sprawia, że film zostaje w pamięci: gościnne cameo wielkich gwiazd (m.in. Robert Mitchum, Frank Sinatra czy Burt Lancaster), które zostały tak ucharakteryzowane, iż nie ma możliwości ich rozpoznać od razu (dopiero w finale zostają zdjęte maski). Wyjątkiem od tej reguły jest Kirk Douglas, który jest tutaj głównym antagonistą, zaś jego zdolności kamuflażu są pokazane niemal od pierwszej sceny. Dla wielu może pewnym problemem być wyjaśnienie całej intrygi oraz motywacja naszego złola, która brzmi dość niepoważnie. Jakby wymagała ona zbyt dużo wysiłku do osiągnięcia swojego celu, ale można na to przymknąć oko. Tak samo na drobny portrecik arystokracji, która ciągle urządza polowania na lisa oraz gra w karty. Można się czepić drobnych niedoróbek (przywiązane linki do aktorów widoczne przy zbliżeniach podczas polowania na lisa), jednak zarówno zdjęcia, jak i scenografia czy jazzująca muzyka Jerry’ego Goldsmitha z szybkim motywem fortepianowym są wysokiej jakości.

adrian messenger3

Huston dobrze się bawi w układanie całej intrygi, w czym pomaga mu obsada. Wspomniani już Scott i Douglas po prostu błyszczą, choć ten pierwszy wydaje się mieć o wiele więcej do roboty. Kirk nadal ma w sobie sporo uroku, który tutaj dodaje mu odrobinę demonicznego charakteru, pasując do przebiegłości jego postaci. Poza tym duetem warto wspomnieć o czarującej Danie Wynter (lady Bruttenholm) oraz Jacques Roux (pomagający w śledztwie Le Berg), dodając animuszu do całości.

adrian messenger4

„Lista” to jeden z lżejszych filmów w karierze Hustona, który nadal potrafi dostarczyć sporo rozrywki. Mimo pewnej staroświeckości, a może dzięki niej, potrafi dostarczyć masę frajdy, jakiej rzadko się dzisiaj dostaje. Elegancka zabawa w tajemnicę.

7/10

Radosław Ostrowski

nadrabiamhustona1024x307

 

Podpalaczka

Całość zaczyna się dość zagadkowo i tajemniczo. Widzimy ojca z dziewczynką, którzy nocą biegną przez ulice miasta. A wtedy widzimy jadący samochód z trzema osobami, wyglądającymi niczym tajniacy – garniaki, okulary, pistolety. Próbujemy rozgryźć co jest grane i po udanej ucieczce, poznajemy przeszłość. Okazuje się, że ojciec (Andy) wcześniej razem z przyszłą żoną brali udział w tajnym eksperymencie prowadzonym przez Sklep, gdzie uczestnicy dostają nowe leki. Później okazuje się, że budzą pewne nadprzyrodzone umiejętności, a Charlie jest córką posiadającą umiejętność pirokinezy. Dlatego interesuje się nimi rząd.

podpalaczka1

Kolejna adaptacja powieści Stephena Kinga, którego dorobek był (i dalej będzie) przenoszony na ekran multum razy. Za „Podpalaczkę” odpowiadają legendarny producent Dino De Laurentis oraz reżyser Mark L. Lester, który rok później stworzy klasyka ery VHS – „Komando”. Czy to właściwe osoby do thriller zmieszanego z kinem inicjacyjnym? Film z jednej strony próbuje budować atmosferę niepokoju i osaczenia (początek), by potem obserwować osobę, która chce normalnie żyć, ale nie jest to możliwe. Ale to napięcie jest psute z jednej strony retrospekcjami (uzasadnionymi), a z drugiej perspektywą osób ścigających ich (kapitana Hollacka i Rainbirda), co pozwala poznać przeszłość protagonistów. Tylko, że to wszystko ledwo liźnięte i psychologicznie zarysowane, a pewne odstępstwa wobec pierwowzoru (mocne skrócenie pobytu w siedzibie Sklepu oraz wątek związany z prowadzeniem gry między Andy a Hollackiem) pozbawiają całości emocjonalnego wydźwięku.

podpalaczka2

Reżyser najpewniej się czuje w scenach prezentujących moc Charlie, czyli pirokinezy. Dziewczynka nie w pełni kontroluje swoją moc, przez co dochodzi do wielu zgonów, eksplozji i potężnej siły destrukcji. Również kontrola umysłu przez Andy’ego równie robi wrażenie, co także jest zasługą udźwiękowienia oraz świetnej muzyki zespołu Tangerine Dream. Imponuje finałowe starcie, w którym dziewczynka – niczym bohaterka innej książki Kinga „Carrie” – dokonuje bezwzględnej, krwawej i brutalnej zemsty na wszystkich. Prawdziwy popis pirotechników (gorzej z efektami specjalnymi, bo sceny odbijających się pocisków wyglądają śmiesznie) i kaskaderów, którzy robią cuda.

podpalaczka3

„Podpalaczkę” próbują ratować aktorzy, którzy całkiem nieźle sobie radzą. Problemem może być (przynajmniej dla mnie była) Drew Barrymore, która brzmiała nienaturalnie, wręcz nadekspresyjnie. Słychać, że jeszcze brakuje tu obycia, chociaż jest spory potencjał w tej postaci. Lepiej wypada David Keith jako jej ojciec, który próbuje ją chronić przed całym światem. Jednak najciekawszy jest niezawodny George C. Scott jako agent Rainbird – zimny zabójca, potrafiący manipulować innymi ludźmi dla swoich korzyści. Sceny, w których próbuje wkupić się w łaski Charlie to prawdziwy popis.

podpalaczka4

Sam King określił „Podpalaczkę” jako najgorszą ekranizację według jego dorobku. Jak nie byłbym aż tak surowy, ale film Lestera nie do końca wykorzystuje swój potencjał. Najlepiej wypadają sceny nadprzyrodzone, jednak całości brakuje w tym – nomem omen – ognia. Niezłe, ale mogło być lepiej.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Anatomia morderstwa

Małe miasteczko Iron Riot, gdzie życie toczy się dość wolno i spokojnie. I tutaj mieszka kiedyś bardzo ceniony adwokat Paul Biegler, były pracownik prokuratury. Zamiast być w sali sądowej, czas spędza na łowieniu ryb. Przynajmniej do czasu, gdy dostaje sprawę i to nie byle jaką. Oskarżony o morderstwo zostaje porucznik armii USA, Frederick Manion. Zabił właściciela baru, Barneya Quilla, który miał zgwałcić jego żonę. Biegler ostatecznie decyduje podjąć się obrony porucznika i decyduje się na nietypową linię obrony – chwilową niepoczytalność.

anatomia_morderstwa1

Mało kto ze współczesnych widzów kojarzy nazwisko Otto Preminger, jednak w latach 40. i 50. był jednym z ważniejszych reżyserów kina gatunkowego w USA (ze wskazaniem na kryminały). „Anatomia morderstwa” to najbardziej znany film tego Austriaka z dyplomem doktora prawa. Cała opowieść poznajemy z perspektywy spłukanego obrońcy, który posiada jednak spore doświadczenie. Wszystko widzimy tylko z jego perspektywy, nie ma miejsc na retrospekcje, łamanie chronologii czy pokazania prawdziwego przebiegu wydarzeń. Preminger umieszcza nas jako ławników i podczas procesu serwuje dowody przekazywane przez obie strony i sami musimy ocenić sytuację. Nie ma jednoznacznych i niezbitych dowodów, ale pewne sytuacje dają sporo do myślenia – postawa barmana (Alphonse’a Paquette’a), który coś ukrywa czy samo zachowanie żony, która mimo aresztowania męża, nie rezygnuje z przebywania w barach czy flirtowaniu z innymi mężczyznami. To nie daje jednoznacznego rozstrzygnięcia sprawy.

anatomia_morderstwa2

Wisienką na torcie są tutaj sceny procesu, który zaczyna się po godzinie seansu. I mimo powagi sprawy (morderstwo, gwałt), reżyser pozwala sobie troszkę na luz i wprowadza sporo humoru (nawet więcej niż Billy Wilder w „Świadku oskarżenia”). Wynika to niejako z moralności i norm czasów, w których realizowano ten film. Słowa takie jak gwałt, sperma, majtki były uznawane za „brudne” zwroty, a reakcja publiczności na użycie tego ostatniego słowa (gwałtowny śmiech) współgra z tym, co czułem w trakcie sprawy. Mimo tej lekkości, każde słowo i zeznanie jest tutaj na wagę słowa – odbijanie piłeczek odbywa się w szybkim tempie, a utarczki słowne i trzymanie się przepisów zdaje się być ważniejsze niż ustalenie prawdy. Ale czy ona tak naprawdę kogoś obchodzi? Preminger polemizuje tutaj z Lumetem i pokazuje największa lukę systemu prawniczego – manipulowanie i dowolność interpretacyjną każdego materiału dowodowego.

anatomia_morderstwa3

Mimo tego, że znakomicie się bawiłem w dojściu do prawdy, „Anatomia” nie jest w mojej ocenie arcydziełem. Z czego to wynika? Z dwóch poważnych powodów. Pierwszy to mało wiarygodna (i z dzisiejszej perspektywy śmieszna) przemiana współpracownika Parnella McCarthy’ego – miejscowego pijaczka w trzeźwego i dociekliwego pracownika. Wtedy może stwierdzenie i powiedzenie, że nie będę pił gorzały wystarczyłoby do wytrzeźwienia, ale dzisiaj jest abstrakcyjne. Druga kwestia to pojawienie się (niczym deus ex machina) ostatniego świadka, który rzuca nowe światło na sprawę – ograna i przewidywalna klisza. Można to było lepiej rozegrać. To jednak drobiazgi, nie psujące zbyt mocno wrażenia z seansu, a te pozostają bardzo silne.

anatomia_morderstwa4

Reżyser jednak trzyma rękę na pulsie i pozwala cieszyć się (niemal) precyzyjnym scenariuszem oraz znakomitym aktorstwem. Grający główną role James Stewart trzyma klasę w roli mecenasa Bieglera, który wykorzystuje wszystkie sztuczki (poza tymi nieczystymi) do obrony swojego klienta. Upór, solidne przygotowanie, konsekwencja w trakcie procesu oraz charyzma aktora sprawiają, ze kibicujemy mu z całych sił. Ale Stewartowi film ukradli inni aktorzy. Wyborny jest tutaj przede wszystkim George C. Scott jako zastępca prokuratora Dancer, który pomaga przy sprawie prokuraturze. Opanowany, inteligentny i bezwzględny, a także bardzo pewny siebie prawnik stanowi silny kontrast z poczciwym Bieglerem. No i jeszcze państwo Manion, których trudno rozgryźć. On (świetny Bez Gazzara) sprawia wrażenie opanowanego, wyciszonego, jednak bardzo zazdrosnego wobec swojej żony. Ona (niezawodna Lee Remick) nie boi się flirtować i zachowywać swobodnie wobec innych mężczyzn oraz alkoholu. Nie sprawia wrażenia ofiary, co budzi wątpliwości w sprawie.

anatomia_morderstwa5

Nadal najlepszym dramatem sądowym dla mnie pozostaje „12 gniewnych ludzi” Sidneya Lumeta, jednak „Anatomia…” Premingera jest filmem co najmniej bardzo dobrym. Trafnie oddaje realia epoki i zawiera w sobie więcej odcieni szarości niż można było się spodziewać. Inteligentne, trzymające w napięciu kino, którego dzisiaj już się nie robi tak często i z taką maestrią.

8/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Dzień delfina

Jake Terrell jest amerykański naukowcem, który od lat zajmuje się delfinami. Przypadkowo odkrywa, że delfiny są w stanie mówić po angielsku – pojedyncze i krótkie wyrazy. Przykuwa to uwagę pewnych ludzi, którzy wykorzystać ssaka, by dokonać zamachu na prezydenta USA.

delfin1

Sam pomysł na tą historię był mocno absurdalny i w zasadzie mógłby się nadać do wczesnego filmu o Bondzie, ale Mike Nichols zrealizował całość w poważnej tonacji, co wywołuje pewien zgrzyt. Mamy tutaj spisek, intryga prowadzona jest powoli i ma na celu uśpić czujność, ale robi to aż nadto skutecznie. tempo jest bardzo usypiające, a przez dłuższy czas widzimy symbiozę człowieka z przyrodą, symbolizowana przez wodne zdjęcia pokazujące delfiny. Ale wątek sensacyjny jest tak naciągany i mało wiarygodny, że kompletnie mnie to nie obchodziło. Jeszcze przez pierwszą połowę, gdy dr Terrell (solidny George C. Scott) próbuje chronić swoje odkrycie przed wścibskim światem, bojąc się tego, co mogliby z tym zrobić ludzie, ale dalej robi się nudno.

delfin2

Sytuację próbują ratować zdjęcia (naprawdę niezłe) oraz muzyka Delerue (piękna), ale sam tytuł jest mocno przeciętny i szkoda czasu na oglądanie czegoś takiego. Zbyt poważne, zbyt nudne i naiwne.

5/10

Radosław Ostrowski

Dr Strangelove, czyli jak przestalem się martwić i pokochalem bombę

Trwa zimna wojna. W jednej z amerykańskich baz lotniczych rozlegają się syreny alarmowe. Dowódca bazy generał Jack Ripper wydał rozkaz nuklearnego ataku lotniczego na Związek Radziecki, wyłączył wszystkie linie telefoniczne i nie ma z nim kontaktu. Podczas gdy jego zastępca, kapitan Lionel Mandrake z RAF-u próbuje go nakłonić do podania kodu odwołującego (nikt poza nim go nie zna), w Pentagonie zbiera się sztab kryzysowy, próbujący nie dopuścić do atomowej zagłady ludzkości.

dr_strangelove1

Stanley Kubrick po „Ścieżkach chwały” wraca do armii i absurdu wojennego, ale tym razem nie jesteśmy we francuskiej armii czasów I wojny światowej, lecz w czasach napięcia między Waszyngtonem i Moskwą. Czasach, kiedy toczył się między tymi krajami militarny i technologiczny wyścig zbrojeń, a obie strony nie ufały sobie za bardzo (ale to ostatnie podobno się zmieniły i razem dobrze ze sobą współpracują). Ta psychoza strachu i wrogość najbardziej widoczna jest w wywodach wojskowych, którzy wierzą, że wszelkie problemy ludzkości rozwiązuje się 40 megatonami. Ta wizja zagłady może się wydawać dzisiaj bardzo archaiczna, ale dzisiaj wywołuje to jeszcze większe przerażenie. Obierając to w strój czarnej komedii, pełnej groteski i absurdalności, choć dla mnie humor jest zbyt absurdalny. Zdarzają się jednak małe perełki (np. ekwipunek dla żołnierzy, zawierający m.in. środki nasenne, zminiaturyzowany słownik z Biblią oraz… szminkę, prezerwatywę i rajstopy – po co to? Nie pytajcie czy zrzucenie bomby atomowej z dowódcą samolotu, który bawi się w rodeo), ale to tylko potęguje strach. Niemniej nie trafił do mnie za bardzo ten humor.

dr_strangelove2

Ale za to doceniam obsadę, która robi wszystko, by wspiąć się na wyżyny swoich umiejętności. Tutaj bezdyskusyjnie bryluje jeden człowiek – Peter Sellers, który tutaj gra aż trzy różna postacie, a każda jest tak inna jak to tylko możliwe. Kapitan Mandrake jest jedynym rozsądnym człowiekiem zdającym sobie sprawę z czym mamy tu do czynienia, prezydent Muffley zachowuje do samego końca spokój, zaś dr Strangelove to ekscentryczny naukowiec, były doradca Hitlera. W każdym z wcieleń Sellers wypada wiarygodnie, m.in. dzięki świetnemu posługiwaniu się głosem. Poza nim wyróżniają się będący w wysokiej formie George C. Scott (generał Buck Turgidson – szarżujący ostro i dążący do konfrontacji), Sterling Hayden (generał Ripper – mający obsesję na punkcie Ruskich) oraz Slim Pickers (major „King” Kong – dowódca bombowca, typowy redneck).

dr_strangelove3

„Dr Strangelove” bardziej przeraża niż śmieszy i pozostaje ostrzeżeniem przed zastosowaniem broni nuklearnej, gdyż jej skutkiem mogło być życie w kopalni przez najbliższe… 100 lat. Nie wesoła perspektywa.

6/10

Radosław Ostrowski