Obrońcy skarbów

Adolf Hitler jaki był, każdy słyszał. W trakcie wojny z lat 1939-45 wydał rozkaz kradzieży cennych dzieł sztuki i stworzenia Muzeum Fuhrera, gdzie znajdowały się najcenniejsze dzieła. Na polecenie prezydenta USA Franklina D. Roosevelta w 1944 r. powołano specjalna grupę pod wodzą profesora Franka Stokesa, a jej zadanie było odnalezienie i zwrócenie właścicielom dzieł sztuki. Od lądowania w Normandii członkowie ekipy podjęli się bardzo trudnego zadania i to z niezłym skutkiem.

obroncy1

Bazując na prawdziwej historii tym razem własny film wojenny postanowił nakręcić George Clooney – facet, którego dokonań i dorobku przedstawiać nie trzeba. I jako reżyser jest jedna z ciekawszych osób w Hollywoodzie. Jednak jego film to takie klasyczne wojenne kino w oldskulowym wydaniu. Mamy oddział do wykazania misji niemożliwej, francuski ruch oporu, dzieła sztuki, złych Niemców i jeszcze gorszych Rosjan. Wszystko z łopocącą, amerykańska flagą w tle i patetycznymi dialogami, które miejscami mogą trochę psuć odbiór. Druga sprawa to dość luźna narracja, gdzie przenosimy się do poszczególnej pary bohaterów i ich pola działań. Samo w sobie nie jest to złe, a nawet byłoby to wskazane, jednak są one dość nierówno poprowadzone i przewija się nuda, a humor jest dość toporny. Realizacja jest całkiem niezła, zdjęcia i scenografia trzymają poziom, tak samo podniosła muzyka.

obroncy2

Aktorzy tutaj grają na sprawdzonych kluczach, co nie znaczy, że są nudni i nie dają rady. Clooney i Damon są porządnymi i uczciwymi kumplami, Bill Murray jest cynicznym kawalarzem (razem z Bobem Balabanem tworzą zabawny duet), Goodman to wrażliwy wielkolud, a Jean Dujardin jest czarującym Francuzem (jego śnieżnobiałe zęby powinny być użyte jako broń masowego rażenia). Jedyną osobą wymykającą się szufladce jest Cate Blanchett, czyli zmuszona do współpracy z Niemcami znawczyni sztuki. Na tym polu radzi sobie naprawdę przyzwoicie.

obroncy3

Film miał potencjał na naprawdę dobre kino wojenne: temat, doborowa obsada. Ale nie wszystko tutaj zagrało do końca. Ta lekka ramotka troszeczkę się broni hołdem dla sztuki, choć czuję lekki niedosyt.

6/10

Radosław Ostrowski

Grawitacja

Raz na kilka miesięcy, a nawet lat pojawia się taki film, ze po jego obejrzeniu po prostu zamykają ci się usta. Chcesz coś powiedzieć, ale słowa wylatują i nie potrafisz ich poskładać w żadne zdanie, wszystko się wymyka kwalifikacji, a każde zdanie jakie dziwacznym sposobem układasz brzmi jak banał. Właśnie czymś takim jest dla mnie „Grawitacja”. Wybaczcie mi ten patos na początku, ale właśnie ja tak się czułem po obejrzeniu.

Fabuła jest tutaj prosta jak konstrukcja cepa – amerykańscy astronauci naprawiają teleskop Hubble’a. Bo jak każdy amerykański przedmiot, lubi się psuć, a w kosmosie to szczególnie. Naprawy dokonuje dr Ryan Stone – na co dzień lekarka oraz dowódca misji – porucznik Matt Kowalski. Wszystko przebiega dość sprawnie, aż tu… JEB!! Odłamki rosyjskiego satelity niszczą bazę i satelitę, a tylko tych dwoje przeżyło. Nie maja kontaktu z Ziemia, tlenu też niewiele zostało, a następne rozbite elementy są w drodze. Innymi słowy – mają przejebane. Chyba, że znajdą sposób, by wrócić do domu.

grawitacja1

Już po tym opisie można stwierdzić, ze najnowszy film Alfonso Cuarona nie jest VII częścią „Gwiezdnych wojen”. Owszem, jest to widowiskowy film, ale nie aż tak jak byście myśleli. Kosmos wygląda tu pięknie, ale jest też bardzo niebezpieczny jak nasza przyroda. Jeden błąd i już nie żyjesz – tu trzeba szczególnie uważać, bo w kosmosie przecież nikt waszych krzyków ani wrzasków nie usłyszy. Bo w przestrzeni kosmicznej nie roznosi się dźwięk, co tu pokazano w scenach, gdzie dochodzi do kompletnych zniszczeń – wtedy słyszymy tylko słowa i ewentualnie bicie serca. To wszystko. I co wtedy zrobisz? Poddasz się czy znajdzie w sobie tyle siły i determinacji, by zawalczyć? Oto jest pytanie.

Całość od strony wizualnej jest po prostu kapitalna, a praca operatora po prostu zapiera dech w piersiach – głównie dlatego, że spora część scen jest pokazywana albo z perspektywy dr Stone (a dokładnie z jej oczu) albo jest to pokazywane wręcz jednym długim ujęciem (patrz: początek filmu – 20 minut aż do katastrofy). O dźwięku tez wspominałem, co dodatkowo buduje poczucie realizmu, choć nie jest to film dokumentalny, zaś bardzo dziwaczna warstwa muzyczna buduje atmosferę samotności. Wszystko robione z żelazną konsekwencją, choć aktorstwo jest tu wręcz minimalistyczne. Ale siła rażenia jest porównywalna z eksplozją bomby. Atomowej.

grawitacja2

A skoro jesteśmy już przy aktorstwie, to ten film trzymają na sobie tylko dwie osoby – Sandra Bullock i przystojny George Clooney. On daje odrobinę humoru i autoironii, co czyni seans lekki. Ale ona – kobieta po przejściach, przeżywająca momenty zwątpienia i bezsilności, jakby wszystko odwróciło się od niej. Ale powoli i stopniowo zachodzi w niej przemiana, nagle znajduje siłę i determinację, by walczyć, nie poddawać się wbrew okolicznościom. Tylko czy to wystarczy?

Na pewno ten film wiele osób podzieli – jedni zachwycą się techniczną biegłością, a innych zniechęci prostota opowieści i brak efekciarskich efektów specjalnych. A jak jest naprawdę, to ocenicie sami, bo ja jestem po prostu skołowany.

Radosław Ostrowski

Amerykanin

Jack zajmuje się zabijaniem za pieniądze. Ale mężczyzna jest ścigany przez Szwedów, którzy zabili jego kochankę. Za radą swojego szefa, ukrywa się we włoskim miasteczku, gdzie otrzymuje ostatnie zlecenie – wykonanie broni i trzymanie się z daleka. Wtedy wbrew sobie zaczyna nawiązywać znajomość z miejscowym księdzem oraz prostytutką.

amerykanin1

Anton Corbijn znany jest przede wszystkim jako reżyser teledysków i fotograf. Ale uznał, że to za mało i postanowił spróbować swoich sił jako reżyser filmów fabularnych. Po biografii Iana Curtisa („Control”), postanowił zrobić film sensacyjny w europejskim stylu oraz plenerach. Wzorując się na Jean-Pierre Melville’u, reżyser stawia na oszczędną, ale bardzo estetyczną formę, mniejszą ilość dialogów oraz spokojniejsze tempo, podszyte chłodem. Jednak Corbijnowi nie udaje się zaangażować emocjonalnie, dlatego rozterki killera, który ukrywa się i zastanawia się czy nie rozpocząć nowego życia wygląda dość sztuczna, a przemiana jest niewiarygodna. Ładne plenery Włoch i całkiem nieźle zrobiony sceny akcji, to trochę za mało, by „Amerykanin” przykuł uwagę.

amerykanin3

Broni ten film George Clooney, który świetnie wypada jako małomówny Jack. Niby spokojny, ale zawsze w pogotowiu i z bronią w ręku. Gdy jest cynicznym twardzielem, kupujemy to i wierzymy mu. Natomiast przemiana w romantyka nie do końca mnie przekonuje. Tak samo postać księdza, który robi tu za głos sumienia. Reszta aktorów jest po prostu solidna.

amerykanin2

Corbijn zaryzykował i moim zdaniem przegrał. Wyszedł z tego całkiem niezły film, ale to trochę za mało.

6/10

Radosław Ostrowski