Salwador

Salwador wydaje się zwykłym krajem w Ameryce Środkowej. Tylko, że w roku 1980 kraj stanął na krawędzi wojny domowej między armią (ci bardziej na prawo) a oddziałami partyzanckimi (ci bardziej na lewo). Ale to właśnie do tego kraju, by zdać relację (i przy okazji zarobić troszkę kasy) wyrusza fotoreporter Richard Boyle. Mieszkał kiedyś w tym kraju i nawet miał dziewczynę. Teraz wraca razem z przyjacielem, Doktorem Rockiem. Ale ta wyprawa będzie dla nich wejściem do prawdziwego piekła.

salwador1

Tym filmem Oliver Stone przykuł uwagę wszystkich krytyków i niejako tutaj zaczynają się krystalizować pewne elementy jego stylu. Reżyser rzuca nas w sam środek piekła, gdzie prawo i porządek wydają się istnieć tylko na papierze. Już sceny podczas napisów końcowych, gdzie widzimy leżących cywilów pod ostrzałem pokazuje, że to nie jest miejsce, w którym chciałoby się zostać na dłużej. Ale to jest dopiero rozgrzewka, bo im dalej w filmie, tym bardziej atmosfera zaczyna robić się coraz bardziej nerwowa. Zaś śmierć będzie tutaj bardzo częstym gościem. Fabuły jako takiej tu nie ma, bo w większości czasu razem z Richardem przyglądamy się nerwowej sytuacji na Salwadorze. A jednocześnie mamy tutaj perspektywę Amerykanów, którzy udzielają militarnego wsparcia… wojskowej prawicy. Jeden z doradców ambasadora to tak zacietrzewiony wojskowy (oficer wywiadu), dla którego każdy posiadający od niego odmienne zdanie jest komunistą. Rany po Wietnamie jeszcze się nie zagoiły, a interwencja wydaje się być skierowania nie dla tych, co trzeba.

salwador2

Stone nie boi się pokazywać na ekranie swoich politycznych przekonań, nawet mówiąc je wprost (rozmowa Boyle’a z doradcami ambasadora po zrobieniu zdjęć) i pokazując swoje sympatie. Jest w tym sporo szczerości, choć reżyser nie boi się pokazać jak rebelianci zabijają jeńców. W imię sprawiedliwości dziejowej. Ale mocnych i brutalnych scen jest o wiele więcej: zabójstwo arcybiskupa Romero podczas mszy, góra pełna trupów (bardziej lub mniej rozkładających się), gwałt oraz zabójstwo zakonnic dokonane przez gwardzistów czy chwila, gdy otoczony Boyle próbuje się bronić przed grupą wojskowych. W takich momentach czuć reżyserski pazur, nawet jeśli miejscami kamera się trzęsie, zaś akcja zaczyna się rozłazić. Najbliżej tutaj reżyserowi jest do Costy-Gavrasa (miejscami bardzo przypominało klimatem „Zaginionego”), który też robił kino politycznie zaangażowane i pokazując historię z perspektywy szarych ludzi. Bez patosu, za to z brudem oraz realizmem.

salwador3

Całość na swoich barkach trzyma absolutnie kapitalny James Woods, choć jego postać nie zawsze da się polubić. Ten facet najbardziej odnajduje się w pracy, bo prywatnie jest nie do zniesienia. Lubi wypić oraz zajarać, czasem oszukuje, ciągle pożycza kasę. Jednocześnie jest to facet nie owijający w bawełnę, dla którego jednak liczy się prawda oraz pokazanie sprawy w pełnym kontekście. Bardzo mocna kreacja, gdzie nawet w drobnych gestach widać zbierające się emocje (scena spowiedzi czy gdy wspiera umierającego kolegę). Zaskakuje za to James Belushi jako Doktor Rock, który mimo woli pakuje się w całą tą sytuację. Na początku jego zderzenie może wywoływać pewne zabawne momenty, ale ta wyprawa mocno go zmienia i nie czuć tutaj fałszu. Reszta obsady też prezentuje się co najmniej bardzo dobrze (z Johnem Savagem na czele), a nawet drobne epizody jak arcybiskupa pozostają bardzo wyraziste.

Takich filmów jak „Salwador” nie da się wymazać z pamięci tak łatwo. Bardzo brutalna podróż do mrocznej strony władzy, człowieczeństwa, piekła. Z własnej woli, co jeszcze bardziej uderza. Dawno nie czułem się tak zdołowany i bezsilny jak Boyle w tym filmie.

8/10

Radosław Ostrowski

Konformista

Faszystowskie Włochy – pierwsze totalitarne państwo w Europie. Właśnie tutaj przyszło żyć niejakiemu Marcello Clerici. Matka narkomanka, ojciec psychicznie chory. Marcello decyduje się wstąpić do policji politycznej i bierze ślub z drobnomieszczanką, Giulia. Podczas podróży poślubnej dostaje zadanie do wykonania – zbliżenia się do swojego dawnego profesora i zabicie go.

konformista1

Film ten otworzył Bertolucciemu międzynarodową sławę. Adaptacja powieści Alberto Moravii to studium człowiek pozbawionego charakteru i idącego z prądem. A że są to czasy faszystowskie, nie może być wesoło. Ale nie jest to stricte polityczny thriller, tylko psychologiczny dramat skupiony na psychice tytułowego konformisty.  Napięcie jest tutaj budowane bardzo powoli i stopniowo, by w finale w lesie sięgnęło zenitu. Reżyser skupia się na Marcello, łamie chronologię zdarzeń i pokazuje człowieka pozbawionego energii, sympatii, woli życia. O ile na początku można było to wytłumaczyć profesją bohatera, jednak następne sceny nie dają jednoznacznej odpowiedzi w sprawie jego motywacji – strach, tragiczne zdarzenie z dzieciństwa, brak ojca. Świat naszego bohatera jest chłodny i pusty, a dominuje w nim niemal instynkt seksualny, nuda oraz kontrolowanie siebie. Ten portret jest potęgowany przez mistrzowską pracę kamery (genialna rozmowa z profesorem w jego gabinecie odbywająca się w półmroku) oraz scenografię. Zderzenie dekadenckiej architektury odchodzącej epoki arystokratycznej (pałac, w którym mieszka matka Marcelo oraz niszczony ogród) z prostą i chłodną proponowaną przez faszystów robi ogromne wrażenie i mówi nam o bohaterze więcej niż jego słowa. Dlatego „Konformista” sprawia wrażenie filmu zimnego, zmuszającego do większego wysiłku, dając na końcu satysfakcję.

konformista2

Bertolucci nie tylko pewnie opowiada tą tragiczną historię, ale wykorzystuje ją do rozliczenia z okresem faszystowskim, a także podkreśla uniwersalny charakter, co dobitnie podkreśla filmowy epilog. Grany przez Jean-Louis Trintignanta Marcello to niemal archetypiczny człowiek-kameleon dopasowujący się do czasów, w których przyszło mu żyć. Pozbawiony własnych przekonań, charakteru, panujący nad swoimi emocjami tchórz, wybierający zło dla własnej wygody. O jakiejkolwiek sympatii można zapomnieć, jednak aktor potrafi skupić uwagę odbiorcy. Poza nim wybijają się także dwie kobiety, obydwie urodziwe: Stefania Sandrelli (drobnomieszczanka i żona Giulia) oraz Dominique Sanda (wyzwolona i szczera Anna), których relacje z głównym bohaterem troszkę uatrakcyjniają ten film. Nie zapominajmy też o Gastonie Moschinie, czyli doświadczonym tajniaku Manganiello współpracującym z Marcello.

konformista3

Mimo 45 lat na karku, „Konformista” pozostaje mocnym i porażającym portretem słabości człowieka. Wobec losu, historii, życia. A że wielu jest takich kameleonów wokół nas, tym bardziej film boli.

konformista4

8/10

Radosław Ostrowski

nadrabiam_Bertolucciego

Biloxi Blues

Czerwiec roku 1945, trwa II wojna światowa. Do bazy w Biloxi trafia grupa młodych rekrutów, która ma przejść przeszkolenie. Wśród nich są m.in. początkujący pisarze Eugene Jerome, napakowany Wykowski oraz inteligentny Epstein. Grupa jest prześladowana przez sierżanta Toomeya, przekonując się co to jest wojsko i dryl.

biloxi1

Mike Nichols tym razem postanowił zmierzyć się ze sztuką teatralną Neila Simona, bazującą na jego własnych przeżyciach. Czyli o wojsku z przymrużeniem oka, a jednocześnie jest to opowieść inicjacyjna z wchodzącym w dorosłość młodym chłopakiem. Co mamy po drodze? Wojskowy humor, sierżanta mocno stukniętego, pierwszy seks i pierwsza miłość, a także przyjaźnie oraz kumpelskie znajomości. Nie bez powodu sztuki Simona są często przenoszone na ekran, bo są naprawdę zabawne (dialogi to mocny punkt), postacie wyraziste, ale nigdy nie przerysowane, a klimat pełen ciepła oraz lekkości. Owszem, można się przyczepić, że jest trochę za delikatnie, a sierżant Toomey (niezawodny Christopher Walken) w porównaniu z psychopatycznym Hartmanem z „Full Metal Jacket” to wręcz aniołek, jednak film Nicholsa broni się uważnymi obserwacjami, humorem (sierżant „proszący” Jerome’a o wyznaczenie ochotnika, którego i tak sam wybiera), odrobiną liryzmu (randka z Daisy – pięknie sfilmowana scena wspólnego tańca, gdzie niemal cały czas widzimy dwójkę postaci, a kamera krąży dookoła) oraz pierwszych refleksji na temat tego, kim ma być twórca. Efektem jest kawał naprawdę porządnej rozrywki.

biloxi2

Także obsada prezentuje się to bardzo dobrze. Poza wspomnianym Walkenem, który jest klasa samą w sobie, pierwsze skrzypce gra świetny Matthew Broderick. Próbujący się odnaleźć w absurdzie militarnym jest bardzo wrażliwy, troszkę skryty i nieśmiały w relacjach z kobietami, nadrabiając to niepozbawionymi humoru ripostami. Facet ma wszystko to, co powinien mieć prawdziwy kumpel. Także partnerujący mu koledzy (ze wskazaniem na Mutta Mulherna – prymitywny Wykowsky oraz Coreya Parkera – Epstein, oddany przyjaciel) sprawdzają się bez zarzutu, tak jak pojawiające się tutaj dwie panie: Park Overhall (prostytutka Rowena) oraz Penelope Ann Miller (urocza Daisy).

biloxi3

Dobrze skrojona rozrywka, choć chyba raczej skierowana dla młodego, wchodzącego w życie odbiorcy. Może i troszkę wygładzona, ale i tak się świetnie ogląda. Widać, że Nichols w komedii czuje się jak ryba w wodzie.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Silkwood

Karen Silkwood pracuje w firmie produkującej części do reaktorów nuklearnych – mieszka z facetem oraz koleżanką z pracy w jednym domu. Rozwiodła się z mężem i rzadko widuje dzieci. Poruszona przypadkiem swoje koleżanki (została „ugotowana”, co znaczyło, że jest napromieniowana) zaczyna dostrzegać i donosić do związku zawodowego o nieprawidłowościach, narażających życie kolegów z pracy.

silkwood1

Wydawałoby się, ze Mike Nichols opowiada (kolejną po „Chińskim syndromie”) opowieść o jednostce walczącej z systemem, który chce przemilczeć niewygodną kwestie domniemanego skażenia nuklearnego. Jednak dość szybko twórcy spychają tą kwestie na dalszy plan. Tło to przykuwa uwagę znacznie bardziej niż melodramatyczna relacja miedzy Karen, Drew i Dolly – ich życie prywatne, na które nakłada się ich praca (zwłaszcza Karen) oraz dość dramatyczna końcówka (od momentu, gdy Karen trzeci raz zostaje „czyszczona” z powodu promieniowania). Całość bazuje na prawdziwej historii, jednak tylko miejscami cała opowieść angażuje. Wiernie odtworzono samą fabrykę, gdzie w przypadku skażenia dochodzi do czyszczenia (i kwarantanny) osoby skażonej, wywołując alarm. Z czasem jednak dawni przyjaciele odchodzą, a zbytnie zaangażowanie dla związku zawodowego przynosi zbyt wysoką cenę, co zostaje dość brutalnie przypomniane w finale. Nie widzimy jak doszło do samego wypadku (zresztą przyczyna śmierci Karen Silkwood do dziś pozostaje zagadką), ale słyszane w tle „Amazing Grace” zapowiada tragedię. Trudno się przyczepić warstwy technicznej, gdyż jest to solidny, amerykański poziom, gdzie zdjęcia są miłe dla oka (fabryka wygląda w środku sterylnie), a nastrój podkręca muzyka Georgesa Delerue (ubarwiona amerykańskim folkiem).

silkwood2

Jednak samo „Silkwood” byłoby co najwyżej niezłym filmem, gdyby nie będąca w wysokiej formie Meryl Streep, która ciągnie całość do samego końca. To jest taka kobieta, o której mówi się silna-słaba. Potrafi zawalczyć o swoje, choć odwrócenie się przyjaciół i bliskich znosi naprawdę ciężko. Partnerujący jej Kurt Russell (prosty, ale szczery Drew) oraz Cher (lesbijka Dolly) dorównują jej kroku, choć mają mniej czasu na ekranie. Poza nimi warto też wspomnieć o drobnych rolach Freda Warda (Morgan, kolega z pracy), Craiga T. Nelsona (Winston) oraz Ronie Silverze (Paul Stone ze związków zawodowych).

silkwood3

Lata 80. w karierze Nicholsa uchodzą za powrót do wielkiej formy. „Silkwood” z dzisiejszej perspektywy wydaje się przygrywką, jednak powoli widać tendencję zwyżkową. Czy dalej będzie lepiej? Will see.

7/10

Radosław Ostrowski

Dzień delfina

Jake Terrell jest amerykański naukowcem, który od lat zajmuje się delfinami. Przypadkowo odkrywa, że delfiny są w stanie mówić po angielsku – pojedyncze i krótkie wyrazy. Przykuwa to uwagę pewnych ludzi, którzy wykorzystać ssaka, by dokonać zamachu na prezydenta USA.

delfin1

Sam pomysł na tą historię był mocno absurdalny i w zasadzie mógłby się nadać do wczesnego filmu o Bondzie, ale Mike Nichols zrealizował całość w poważnej tonacji, co wywołuje pewien zgrzyt. Mamy tutaj spisek, intryga prowadzona jest powoli i ma na celu uśpić czujność, ale robi to aż nadto skutecznie. tempo jest bardzo usypiające, a przez dłuższy czas widzimy symbiozę człowieka z przyrodą, symbolizowana przez wodne zdjęcia pokazujące delfiny. Ale wątek sensacyjny jest tak naciągany i mało wiarygodny, że kompletnie mnie to nie obchodziło. Jeszcze przez pierwszą połowę, gdy dr Terrell (solidny George C. Scott) próbuje chronić swoje odkrycie przed wścibskim światem, bojąc się tego, co mogliby z tym zrobić ludzie, ale dalej robi się nudno.

delfin2

Sytuację próbują ratować zdjęcia (naprawdę niezłe) oraz muzyka Delerue (piękna), ale sam tytuł jest mocno przeciętny i szkoda czasu na oglądanie czegoś takiego. Zbyt poważne, zbyt nudne i naiwne.

5/10

Radosław Ostrowski