Ragtime

Ragtime to jeden z podgatunków muzyki jazzowej, grany głównie na jednym instrumencie klawiszowym (fortepian, pianino lub pianola), którego popularność eksplodowała pod koniec XIX wieku w Nowym Jorku oraz Nowym Orleanie. To także jest tytuł głośnej powieści E.L. Doctorowa z 1975 roku, którą w 1981 roku na dużym ekran przeniósł Milos Forman.

Akcja dzieje się na początku XX wieku przed wybuchem I wojny światowej i skupia się na dwóch wątkach. Pierwszy dotyczy czarnoskórego pianisty Coalhouse’a Walkera (Howard E. Rollins Jr.), który próbuje sobie radzić w życiu. Wszystko po części wynika z ucieczki jego ciężarnej dziewczyny, Sarah (Debbie Allen), decydującej zostawić dziecko w domostwie zamożnego przemysłowca (James Olson). Ale wszystko wydaje się iść ku dobremu. Drugi wątek dotyczy tancerki Evelyn Nesbit (Elizabeth McGovern), której ciało było (albo i nie) wykorzystane – jako modelka – do stworzenia rzeźby w Madison Square Garden przez architekta Stanforda White’a (Norman Mailer). Co można frustruje jej męża, Harry’ego Thawa (Robert Joy), żądającego pozbycia się statuy. Bez możliwości użycia prawnych działań, zabija mężczyznę.

Ale po drodze mamy jeszcze wiele innych pobocznych postaci: szwagra przedsiębiorcy (Brad Dourif) zakochanego w Evelyn, żydowski uliczny artysta (Mandy Patinkin) wyruszający z córką za lepszym życiem, rasistowski komendant straży pożarnej (Kenneth McMillan) czy będącym na dalszym planie postaci historycznych jak iluzjonista Harry Houdini czy starający się o urząd prezydenta Theodore Roosevelt. Takie mozaikowe kino było w takim czasie specjalnością Roberta Altmana, któremu zaproponowano reżyserię „Ragtime”, ale odmówił. Trudno odmówić ambicji w pokazaniu początków XX-wiecznej Ameryki – pełnej skandali, bigoterii, rasizmu i nietolerancji. Także początków współcześnie rozumianego terroryzmu, gdzie mamy strzelaniny, atak bombowy oraz potencjalne wysadzenie budynku.

I mam bardzo mieszane uczucia wobec tego filmu. Z jednej strony widać tu ogromną skalę, imponującą scenografię oraz kostiumy z epoki, a także sceny z masą statystów. I mimo ponad 40 lat wygląda to świetnie, aż chce się wejść do tego świata. Problemem dla mnie był dość powolny i chaotyczny początek, przez który nie do końca mogłem się przebić. I z tych dwóch opowieści to wątek Walkera zaczyna coraz bardziej dominować (co daje większego kopa emocjonalnego), zaś cała kwestia naszej dziewuchy-celebrytki w zasadzie znika w połowie i nie wraca. Co troszkę mi psuło równowagę, choć całość jest zagrana świetnie przez wszystkich. Nie byłem jednak w stanie całkowicie się zaangażować emocjonalnie, co wynika z pewnego chaosu narracyjnego i przeskoków z postaci na postać.

Choć doceniam ambicję oraz techniczną stronę, to „Ragtime” był dla mnie rozczarowaniem. Całość dziwnie się wlecze, nadmiar wątków dezorientuje i nie brakuje tu dłużyzn. Częściowo sytuację ratuje nabierający rozpędu wątek Coalhouse’a Walkera i świetne aktorstwo, co czyni film przyzwoitym kawałkiem kina. Bo nawet słabszy Forman nadal jest warty uwagi.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Tajny agent

Brazylia pod względem kinematografii kojarzyła się przez bardzo długie lata z telenowelami, ale w ostatnich dekadach coś się mocno zmieniło. Co jest zasługą choćby takich tytułów jak „Miasto Boga”, „Carandiru” czy zeszłoroczne (jeszcze nie obejrzane przeze mnie) „I’m Still Here”. Teraz do tego grona dołącza kolejny nominowany do Oscara film z kraju karnawału i samby.

Akcja „Tajnego agenta” toczy się w 1977 roku, kiedy krajem nadal rządziła dyktatura wojskowa. Już sam początek pokazuje rzeczywistość tej epoki, gdzie jesteśmy na stacji benzynowej za miastem. Tam przyjeżdża kierowca żółtego Garbusa, zaś w okolicy znajduje się… rozkładający się trup. Akurat w pobliskim mieści Refire trwa karnawał, więc policja nie bardzo ma czas się tym zająć. A tu przybywa radiowóz i przeprowadza kontrolę nowego kierowcy, ale nic nie udaje się znaleźć. A mężczyzna, Marcelo (Wagner Moura) zostaje puszczony. Przybywa do lokum prowadzonego przez don Sebastianę (Tania Maria), gdzie przebywają ludzie ukrywający się przed państwem. Z różnych powodów. Jak się dowiadujemy, mężczyzna ma w mieście syna i razem z nich planuje uciec z kraju. Sprawy o tyle się komplikują, gdy na zbiega poluje dwóch zabójców opłaconych przez włoskiego biznesmena oraz szefa firmy inżynieryjnej.

Ale kim tak naprawdę jest Marcello? Dlaczego się ukrywa? I kim jest ten tytułowy tajny agent? Na część z tych pytań odpowiada najnowszy film Klebera Mendonca Filho, który wśród naszych recenzentów i krytyków nie spotkał się z aż takim entuzjazmem jak za granicą. A sama historia toczy się bardzo wolnym tempem, które ma zbudować przekonująco Brazylię drugiej połowy lat 70. Od początku krążyła masa pytań związanych z naszym bohaterem. Porusza się niczym konspirator, który przemieszcza się w tajemnicy, prowadzi rozmowy telefoniczne z budek, a nawet rozmowy w cztery oczy dzieją się poza widokiem.

A jednocześnie widzimy wiele rzeczy dziejących się obok, co jeszcze komplikuje całość: duet killerów, co tropi Marcello; lokalny komendant policji Euclides (Roberto Diogenes) tuszujący morderstwa; absurdalna kwestia ludzkiej nogi znalezionej w… rekinie. By jeszcze bardziej wszystko pogmatwać mamy drobne przeskoki do współczesności, gdzie dwie studentki przesłuchują kasety magnetofonowe dotyczące tej historii. To jest prawdziwy labirynt, który wymaga skupienia, by połączyć wszystkie kropki. Co samo w sobie nie jest problemem, ale ten lokalny koloryt pozostaje niezrozumiały dla osób spoza Brazylii (pokazana bestia w czerwonej masce; karnawał; werbowanie cyngli), co może być barierą nie do przeskoczenia. Mnie też to przeszkadzało, a przywiązanie do detali jest imponujące. Tak samo jak dialogi, unikające nadmiaru ekspozycji.

Jeśli miałem z czymś problem, to z wątkiem współczesnym, który wydawał mi się zbędny (z wyjątkiem ostatnich scen – nie zdradzę, co się tam dzieje, ale ładnie to spina). Drugim problemem było też początkowe przeskakiwanie z wątku na wątek, co mocno dezorientowało. Byłem zaciekawiony, a nawet zaintrygowany, jednak napięcie czułem dopiero w drugiej połowie, kiedy poznajemy przeszłość Marcelo/Armando. A także mocniej zaczyna się zaciskać pętla wokół niego, co prowadzi do krwawego i mocnego finału.

A jednak to działa dzięki rewelacyjnemu, bardzo oszczędnemu Wagnerowi Mourze. Dużo jest w nim (pozornego) spokoju oraz nie rzucania się w oczy, a jednocześnie czuć w nim nerwowość. Bardzo subtelna, ale łapiąca za serducho kreacja. Chce się za nim podążać, by zobaczyć jaki wykona ruch, co może zrobić oraz jak lawiruje, by nie dać się złapać. Mocny punkt filmu. Ale też drugi plan jest tu przebogaty, nawet jeśli postacie mają niewiele czasu ekranowego: rewelacyjna Tania Maria (dona Sebastiana), śliski duet Gabriel Leone/Roney Villela (zabójcy Bobbi i Augusto), bardzo mocny Robert Diogenes czy cudowny Carlos Francisco (Alexandro, teść Armando). Jest tu też w swojej ostatniej roli zmarły w zeszłym roku Udo Kier jako ocalały z wojny krawiec Hans. Pojawia się w jednej scenie, ale zapada mocno w pamięć.

„Tajny agent” mocno testuje cierpliwość, jakby sam dwu i półgodzinny metraż nie wystarczył. A jednak ta opowieść o pamięci, ojcach i synach oraz jak bardzo mały jest człowiek w trybiku machiny totalitarnego systemu, gdzie ludzkie życie jest bezwartościowe. Mocna rzecz, choć nierówna.

7/10

Radosław Ostrowski

Tornado

Były już dawniej próby wrzucenia samurajów poza swoim naturalnym środowiskiem w postaci Japonii jak „Samuraj i kowboje” z 1971 roku. Teraz swoje zderzenie honorowych wojowników z Zachodem prezentuje „Tornado” – pierwszy od 10 lat film szkockiego reżysera Johna Macleana. I jest to ciekawe, choć nie dla wszystkich doświadczenie.

Tytułowa Tornado (Koki) to młoda dziewczyna, która razem z ojcem przemierza różne części świata. Występują ze swoim teatrem kukiełkowym. Tym razem są gdzieś w szkockiej prowincji pod koniec XVIII wieku. Jednak spokój nie trwa wiecznie, a wszystko z powodu gangu niejakiego Sugarmana (Tim Roth). Właśnie dokonał napadu, zabierając dwa spore worki złota, jednak te… zostają skradzione podczas występu Japończyków. Przez małego chłopca, który dołącza do Tornado. A to doprowadza do konfrontacji z gangiem, zakończoną śmiercią ojca dziewczyna i jej ucieczką.

Na pierwszy rzut oka wydaje się, że będziemy kino zemsty z samurajką w brytyjskich krajobrazach. Tylko, że to nie jest do końca prawda. Ale zamiast krwawej jatki, rzezi oraz mordowni Maclean bardziej stawia na klimat, atmosferę i nastrój. Sama fabuła jest bardzo prosta, surowa, wręcz minimalistyczna oraz nie prowadzona chronologicznie. Dialogów jest tu bardzo niewiele, gdzie przebija temat relacji rodzic-dziecko, której potem nie daje się naprawić. Z różnych powodów. Bardziej czuć tutaj pewnego rodzaju melancholię oraz przygnębienie, dotykające wszystkich. Całość jest pięknie sfotografowana (mimo ograniczonej ilości lokacji i skromnego budżetu), co jest zasługą niezawodnego Robbiego Ryana. W tle gra bardzo oszczędna muzyka, sprawnie budowane jest napięcie (cała scena w rezydencji), kończąc się z krwawym finałem w stylu kina samurajskiego. Czyli przemoc jest nagła, gwałtowna.

Aktorsko jest bardzo solidnie, choć wszystko na barkach trzymają trzy kreacja. Pierwsza to Koki, wcielająca się w tytułową Tornado. I nie jest to twarda, silna kobieta, przynajmniej na początku, lecz jej transformacja w anielicę zemsty wypada bardzo przekonująco. Świetny jest za to Tim Roth w roli szefa gangu, coraz bardziej przypominającego siwego lisa, czarującego, sprytnego i bezwzględnego mafiozo. Trzecim jasnym punktem jest Jack Lowden, czyli coraz bardziej zbuntowany syn gangstera, Mały Sugar.

To już kolejny przykład skromnego, ale bardzo kreatywnego podejścia do znajomej konwencji. Mi jednak szkoda, że z tego zderzenia japońskiej mentalności z europejską można było wycisnąć coś więcej poza wizualną estetyką. Ale i tak jest to ciekawe kino.

7/10

Radosław Ostrowski

Grzesznicy

Takiego dziwnego miksu raczej nikt się nie spodziewał po Ryanie Cooglerze. Jego „Grzesznicy” to film o muzyce, osadzony w latach 30. na południu USA połączony z odrobiną dramatu i… horroru wampirycznego. To nie miało prawa zadziałać, ale powstała piorunująca mieszanka.

Akcja dzieje się w 1932 roku w jednym z miast delty Mississippi. Tutaj wracają po 7 latach bracia bliźniacy Moore (Michael B. Jordan) – Stack i Smoke. Obaj działali w Chicago, zajmując się nie do końca legalnymi interesami. Ale teraz przyjeżdżają z masą gorzały i kupą pieniędzy, by zbudować tutaj wielką tańcbudę dla czarnych. Oraz zarobić na tym duży hajs. Dlatego ściągają do pomocy: swojego kuzyna „Kaznodziejskiego” Sammy’ego (muzyk Miles Caton) – aspirującego gitarzystę, co kocha bluesa bardziej niż Boga; robotnika Bochena (Omar Miller) jako bramkarza; właścicieli sklepu Grace (Li Jun Li) i Bo (Yun) po wszelkiej maści zapasy; pianistę Deltę Slima (Delroy Lindo); piosenkarkę Pearline (Jayme Lawson) oraz byłą żonę Smoke’a, Annie (Wunmi Musaku) w roli kucharki. Wszystko udaje się załatwić w ciągu jednego dnia, więc wieczorem zaczyna się zabawa. Lecz pojawiają się dwa problemy. Po pierwsze, zyski nie są tak duże jak się spodziewali (większości gości to pracownicy plantacji i dostają w ramach zapłaty „żetony”). Po drugie, pojawia się troje nieproszonych gości. I nawet nie chodzi o to, że są biali.

„Grzesznicy” w zasadzie dzielą się na dwie połowy. Pierwsza część buduje całe otoczenie i postacie, co Coogler robi bardzo intrygująco. Klimat Południa, gdzie czarni w większości nadal pracują na plantacjach bawełny jest wręcz namacalny. Całość wygląda przepięknie, ale prawdziwą gwiazdą jest muzyka mistrza (chyba mogę go już tak nazywać) Ludwiga Goranssona, co miesza folk z bluesem. Jest także absolutnie genialna scena, kiedy śpiew oraz gra Sammy’ego wywołuje duchy przeszłości i przyszłości: obok gości pojawiają się m. in. tańczący szamani, aktor japońskiego teatru w pełnym makijażu, funkowy gitarzysta, a nawet breakdancerzy i DJ (wszystko nakręcone w jednym ujęciu). Ale wtedy film skręca niczym w „Od zmierzchu do świtu”, czyli staje się horrorem o wampirach. Robi się krwawo, brutalnie oraz potrafi podskoczyć, dynamicznie zmontowany, a także bardzo przekonującymi efektami specjalnymi. Dzieje się sporo, zaś finał wali w twarz.

Wszystko jest także świetnie zagrane. Michael B. Jordan w podwójnej roli bardzo zaskakuje w podwójnej roli bliźniaków, różniąc się tak jak to możliwe. Od kolorów ubrań i mowy ciała po sposób mówienia: obaj jednak są świadomymi swoich czynów cwaniakami, nie liczącymi na odkupienie. Obaj mają pewną trudną przeszłość z kobietami, są wobec siebie lojalni i mają świetną chemię ze sobą (jakkolwiek to dziwnie brzmi). Prawdziwym odkryciem jest 19-letni Miles Caton wcielający się w Sammy’ego. Młody chłopak ma bardzo mocny, „stary” głos podczas śpiewu, jest uroczy w swojej nieśmiałości i ma siłę większą niż można to wyobrazić. Nie mogę też nie wspomnieć o kradnącym ekran Delroyu Lindo, która ma masę frajdy z grania oraz demonicznym Jacku O’Connellu, pozornie budzącego sympatię, lecz podstępnego wampira z Irlandii.

Gatunkowa hybryda zaserwowana przez Cooglera opowiadająca o tańcu z diabłem wielu może skonsternować, ale działa. „Grzesznicy” elektryzują, trzymają w napięciu i maja absolutnie cudowną muzykę oraz aktorstwo. Mocny przykład, że jeszcze jest miejsce na świeże, szalone, mniej konwencjonalne kino za dużą kasę.

8/10

PS. Jeśli zaczną pojawiać się napisy końcowe, nie wychodźcie z kina.

Radosław Ostrowski

Gladiator II

Ridley Scott od lat straszył, że zrobi drugiego „Gladiatora”. Problem w tym, że postać grana przez Russella Crowe’a zginęła i nie bardzo było pole do pojawienia się. Koncepcje i pomysły zmieniały się na przestrzeni wielu, wielu lat, lecz wszystko zaczęło się materializować pod koniec 2023 roku. Jeszcze bardziej zmroziło mi krew, gdy za scenariusz miał odpowiadać David Scarpa, który współpracował ze Scottem przy m. in. absolutnie fatalnym „Napoleonie”. Entuzjazm w tym momencie zrobił sobie wolne, a ja poszedłem na seans niczym na ścięcie. I co z tego finalnie wyszło?

Akcja toczy się wiele, wiele lat po części pierwszej. Rzym zamiast zmienić się oraz podążać wizją Marka Aureliusza coraz bardziej pogrąża się w korupcji, zgniliźnie, wojnach i degeneracji. Być może dlatego Imperium rządzone jest przez dwóch Cezarów: Pojebusa i Pojebanusa. Ok, te imiona zmyśliłem, tak naprawdę to Geta (Joseph Quinn) i Karakalla (Fred Hechinger). Nic dobrego z tego nie wynika, o czym przekonuje się Hanno (Paul Mescal) z królestwa Numibii w Afryce Północnej. Rzymskie wojska pod wodzą generała Akacjusza (Pedro Pascal) atakują stolicę, masakrując wielu żołnierzy, w tym żonę Hanno. Mężczyzna trafia do niewoli i – ku niczyjemu zaskoczeniu – zostaje gladiatorem, przykuwając uwagę niejakiego Makrynusa (Denzel Washington). Ten handlarz niewolników chce wykorzystać wojownika do swoich planów i pomóc mu w zemście.

Jeśli czytając ten opis nie macie wrażenia lekkiego deja vu, to nie jesteście osamotnieni. Drugi „Gladiator” to w zasadzie… pierwszy „Gladiator”. Niby wpompowano więcej pieniędzy, ale skala wydaje się jakby mniejsza. Sama historia powtarza znajome elementy: walki gladiatorów, polityczny spisek, zemsta za śmierć żony, zdegenerowany oraz zgniły Rzym. Ale najgorsze jest to, że nad tym wszystkim unosi się duch Maksimusa. Jest nawet więcej razy powtarzane niż w pierwszej części, nawet wraca jego zbroja (że po tylu latach nie zardzewiała, to jakiś cud) oraz… ręka głaszcząca zboże. W zasadzie jedyna poważniejsza zmiana dotyczy tutaj wątku politycznego i wszelkie machinacje Makrynusa, którego motywacja w zasadzie pozostaje tajemnicą. Jednak wszystko dzieje się tak chaotycznie, zaś motywacje postaci są tak zmienne (szczególnie Hanno, który okazuje się… Lucjuszem, prawowitym następcą tronu oraz synem Maksimusa), że aż nie chciało mi się wierzyć. I jeszcze ta końcówka w Koloseum, gdzie brakowało tylko słów: Talk to me, Goose! Technicznie niby wszystko wydaje się być w porządku. Scott zbliżający się do 90-tki nadal ma świetne oko i wie, jak zrobić oszałamiający obraz. Sama akcja jest bardzo dynamiczna, aczkolwiek efekty specjalnie potrafią przerazić (walczące małpy i ich otwierające paszczy – o fak). Muzyka odnosi się do poprzednika, ale nie wnosi niczego nowego. Złego słowa nie powiem o kostiumach czy scenografii.

Także aktorsko jest dość nierówno. Paul Mescal w roli Hanno/Lucjusza wypada co najmniej dziwnie. Kiedy walczy i wykazuje się fizycznie wypada bardzo dobrze, jednak dialogi przez niego wypowiadane brzmią niczym zjarał za dużo zioła. Niby ma być Maksimusem 2.0, ale nie ma charyzmy Russella Crowe’a nawet w 1/10. Podobnie zmarnowany jest Pedro Pascal w roli generała, co jest zmęczony wojną i szaleństwem swoich władców oraz (wracająca) Connie Nielsen. Ale całość kradnie absolutnie świetny Denzel Washington wcielający się w Makrynusa. Absolutnie czarujący, diablo inteligentny i cwany manipulator, którego motywacja przez większość czasu pozostaje niejasna. Wielka szkoda, że to nie o nim jest ten film, bo zyskalibyśmy coś ciekawszego.

Jakbym miał podsumować drugiego „Gladiatora” najlepiej pasowałoby zdanie z serialu „Czarnobyl”: not great but not terrible. Spodziewałem się kompletnie nieoglądalnego barachła, a dostałem całkiem niezły blockbuster. Niedorównujący poprzednikowi i zbytnio się do niego odnoszący, przez co potrafi być nudny. Niemniej ma parę momentów, które zapadną w pamięć.

6/10

Radosław Ostrowski

Bękart

Duński film kostiumowy może nie brzmieć jak coś zachęcającego. Jednak gdy główną rolę gra sam Mads Mikkelsen, sprawa staje się bardzo interesująca. Do tego jeśli współscenarzystą jest absolutnie szalony Anders Thomas Jensen (reżyser m.in. „Jabłek Adama” czy „Jeźdźców sprawiedliwości”), seans „Bękarta” dla mnie stał się wręcz obowiązkową. Ale o co tu naprawdę chodzi?

Jest druga połowa XVIII wieku i jesteśmy w Kopenhadze, gdzie poznajemy weterana wojennego, kapitana Ludwiga Kahlena (Mikkelsen). Mężczyzna postanawia podjąć się szalonej misji, czyli osiedlenia Jutlandii w zamian za otrzymanie tytułu szlacheckiego. W czym jest problem? Po pierwsze, Jutlandia to wrzosowiska i ta ziemia nie nadaje się do uprawy czegokolwiek. Po drugie, na terenie krążą różne bandy. I po trzecie, najważniejsze, okolicę zamieszkuje lokalny magnat, baron de Schinkel (Simon Bennebjerg), który traktuje tą ziemię jako własną. I robi wszystko, by Kahlena wykurzyć z tamtej ziemi. Konfrontacja wydaje się nieunikniona.

Reżyser Nikolaj Arcel pozornie wydaje się kinem kostiumowym, bo osadzony jest w przeszłości. Tylko że większość czasu spędzamy na tych nieurodzajnych wrzosowiskach, gdzie Kahlen ma przeciwko sobie wszystko i wszystkich. Naturę, wędrownych Cyganów, przekonanego o swojej sile barona, deszcz, śnieg, wilki jakieś. Aż chce się zadać pytanie: czy w ogóle warto podjąć to zadanie? Po swojej stronie nasz bohater ma tylko pastora (Gustav Lindh), zbiegłego z majątku barona zarządcy Johannesa (Morten Hee Andersen) i jego żonę, Ann Barbarę (Amanda Collin). Szanse nie są zbyt wyrównane, ale nasz bohater ma swoją wunderwaffe. Jaką? To jednak zostaje zdradzone dopiero w połowie filmu, a ja wam nie chcę tego psuć. Wszystko jest takie powolne, a jednocześnie bardzo namacalne, brutalne i bezwzględne, jakby Kahlen cały czas był poddawany próbom. Zmuszony jest do podejmowania decyzji, co najmniej wątpliwych moralnie, zmuszając do najważniejszych pytań o to, co jest w życiu najważniejsze. Odpowiedź nie jest jednak rzucona wprost, zaś finał okazał się dla mnie ogromną i satysfakcjonującą niespodzianką.

Wizualnie „Bękart” wygląda pięknie. Imponujące wizualnie krajobrazy umieszczają film Arcela jako… western. Choć scen zbiorowych jest tutaj jak na lekarstwo, a scenografia i kostiumy nie wydają się być najważniejszym elementem, reżyser nie robi tutaj taniego teatrzyku. Wszystko wygląda wiarygodnie, budując realia epoki. Jednak zaskakujący jest fakt, że historia „Bękarta” wydaje się o wiele bardziej uniwersalna niż się wydaje na pierwszy rzut oka.

Do tego jest to świetnie napisane oraz zagrane. Mads Mikkelsen kolejny raz potwierdza jak wiele jest w stanie pokazać samą mimiką: od pogardy, nienawiści i gniewu po wręcz ośli upór oraz… zaskakujące momenty wrażliwości. Na zewnątrz szorstki, bardziej pragmatyczny, jednak w środku gotuje się masa skrajnych emocji. Kolejna fenomenalna kreacja warta uwagi. Równie znakomita jest Amanda Collin, też operująca na sprzecznych emocjach co Mikkelsen. Jej Ann Barbara też potrafi być szorstką, twardą kobietą, co życie dobrze zna i bardziej pragmatyczna. Razem tworzą zadziwiająco mocny duet, pełen silnej chemii. W kontrze do nich stoi balansujący na granicy przerysowania Simon Bennebjerg jako pyszałkowaty baron de Schinkel. Rozkapryszony, pełen władzy i jednocześnie sadystycznych bydlak, którego będziecie nienawidzić z całego serca, chcąc od niego brutalnej kary. Tylko to są takie czasy, że tacy ludzie decydowali o życiu i śmierci wszystkich, sami wychodząc bez żadnego zadrapania. Reszta mniej znanych twarzy wypada bardzo solidnie, ze szczególnym wskazaniem na Laurę Bilgrau Eskild-Jensen w roli cygańskiej dziewczyny, Anmai Mus.

„Bękart” kolejny raz potwierdza, że kino skandynawskie w Europie jest najbardziej interesujące do obserwowania i potrafiące cały czas zaskoczyć. Idziesz na film kostiumowy, a dostajesz western z pełnokrwistymi postaciami, charyzmatycznym Mikkelsenem na czele oraz pięknymi zdjęciami. Nie dziwię się, że Dania wystawiła ten film do wyścigu po Oscara za film międzynarodowy.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Strefa interesów

Czy potrzebujemy kolejnego filmu o Holocauście? Widzieliśmy już tyle historii we wszystkich możliwych formach, że temat ten może wydawać się eksploatowany do granicy możliwości: od perspektywy ofiar, osób próbujących im pomóc aż po samych katów. Można tu wspomnieć takie tytuły jak „Pasażerka”, „Lista Schindlera”, „Wybór Zofii”, „Życie jest piękne” czy „Chłopiec w pasiastej piżamie”. Więc pytanie o sensowność kolejnej historii z Zagładą w tle wydawało się bardzo istotne. Co takiego nowego postanowił zrobić brytyjski reżyser Jonathan Glazer?

„Strefa interesów” oparta jest (dość luźno) na powieści Martina Amisa i już sam początek ustawia całą atmosferę. Tytuł filmu bardzo powoli zanurza się w ciemności i przez parę minut jest mrok, okraszony jedynie dźwiękami oraz muzyką. A potem mamy zwykły obrazek: rodzinę nad rzeką, która spędza ze sobą czas. Dzieci się bawią, pływają, matka zajmuje się świeżo urodzonym dzieckiem, po wszystkim wracają do domu i wieczorem wszyscy kładą się spać. Następna dnia są urodziny głowy rodziny, Rudolfa (Christian Friedel). Dom jest spory, wiele rzeczy robi służba, zaś żona Hedwig (Sandra Huller) wszystko nadzoruje. Przy domku jest ogródek, mocno zadbany i pełen roślinności, otoczony sporym murkiem z drutami kolczastymi na górze. Tylko czemu nad nim widać jakieś budynki, wieżę strażniczą i czasem pojawia się jakiś dym?

Na to ostatnie pytanie odpowiedź jest zaskakująco prosta. Bo wiecie, gdzie jesteśmy i kim jest nasza rodzinka? Proszę Państwa, jesteśmy w roku 1943, rodzina nazywa się Hoss, zaś za murkiem znajduje się… Auschwitz – obóz koncentracyjny, gdzie pan Hoss pracuje jako komendant. Czujecie się… dziwnie? To dobrze, bo tak ma być. Reżyser podchodzi do tego tematu niczym naukowiec obserwujący pod mikroskopem owada czy jakiegoś innego insekta. I ta „normalność” dnia codziennego, ze zwykłymi pogaduszkami, wycieczkami dookoła pięknego lasu i rzeki (gdzie czasem przepływają ludzkie szczątki, co wymusza bardzo dokładną kąpiel) czy wizytą mamusi wydaje się czymś nierealnym. Jak był patrzył na kogoś imitującego człowieka, bardziej przypominającego pozbawioną emocji maszynę. Zupełnie jakby cała ta tragedia za murem, która nigdy nie zostaje nam pokazana, ale co jakiś czas przebija się dźwiękowo (strzał z broni, krzyki, wrzaski) lub pod bardziej schowanymi obrazkami (dym zbliżającego się pociągu czy widoczny nocą ogień z pieca).

Te ostatnie pojawiają się niezbyt często, jednak cały czas wszystko wydaje się takie niebezpiecznie namacalne, bez jakiegokolwiek wentylu bezpieczeństwa. Glazer najbardziej efektywnie na mnie działał, kiedy obraz i dźwięk rozjeżdżają się ze sobą. Gdzie proste czynności skontrastowane są z niepokojącymi odgłosami, gdzie opowiadana dzieciom na dobranoc bajka o Jasiu i Małgosi ilustruje sceny z dziewczynką, co przemyka się do obozu z owocami (ujęcia te kręcono z noktowizorem). Wszystko po to, by przypomnieć prawdę, jaką od dawna wypieramy ze swojej pamięci: ludzkiej strony zła. Bo ci naziści nie byli żadnymi kosmitami, nie wzięli się z powietrza, nie byli jakimś wytworem tajnych eksperymentów naukowych. Byli ludźmi takimi samymi jak my, co w żaden sposób nie uspokaja i jeszcze bardziej szokuje. Tak jak wrzucona pod koniec osadzona współcześnie sekwencja, tak wyrywająca z tego świata.

„Strefa interesów” zrobiła coś, czego nie czułem od bardzo dawna: takiego poczucia dyskomfortu i odrętwienia, że w momencie pojawienia się napisów końcowych NIE MOGŁEM wstać. A po wyjściu z sali nie mogłem uwierzyć w to, co zobaczyłem. Niby nic się nie dzieje, a fabuły jest tu jak na lekarstwo, ALE te obrazy, ujęcia i (przede wszystkim) dźwięki będą mnie jeszcze nawiedzać. Niemal dokumentalnie zrobiony horror, gdzie najbardziej przerażające rzeczy zostają ukryte.

10/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

1670 – seria 1

Polskie seriale komediowe (te zabawne) wydają się być reliktem przeszłości. Niemniej w ostatnich latach coś ruszyło, głównie dzięki produkcjom Canal+ jak „The Office PL” i „Emigracja XD”. Obydwa te tytuły jeszcze przede mną, ale pojawiła się ogromna niespodzianka od Netflixa. Powiem szczerze, że byłem dość sceptycznie nastawiony do serialu „1670”. Bo jak to tak – zrobić serial komediowy, do tego jeszcze historyczny, w stylu mockumentary? Przypomina to sen jakiego wariata albo początkującego scenarzysty w trakcie eksperymentowania z narkotykami.

Akcja zaczyna się w roku 1670 we wsi Adamczycha gdzieś na terenie Rzeczypospolitej – największego mocarstwa swoich czasów. Naszym przewodnikiem po tej okolicy będzie Jan Paweł Adamczewski (Bartłomiej Topa) – pełnokrwisty Sarmata, którego życiowym celem jest zostanie najsłynniejszym Janem Pawłem w historii. Szlachcic przebywa w swoim majątku razem z żoną Zofią (Katarzyna Herman) oraz trojgiem dzieci: najstarszym Stanisławem (Michał Balicki), cwanym duchownym Jakubem (Michał Sikorski) i jedyną córką Anielą (Martyna Byczkowska). No i jest jeszcze ten sąsiad, Andrzej (Andrzej Kłak), będący dla bohatera prawdziwym wrzodem na zadzie.

Za ten krótki (8 odcinków po około 40 minut) serial odpowiadają scenarzysta Jakub Różyłło (drugi sezon „Sexify”) oraz reżyserski duet Maciej Buchwald/Kordian Kądziela. Pierwszy z nich to stand-uper oraz członek improwizowanego teatru Klancyk, drugi wcześniej zrobił dla Polsatu serial „Mental”. Każdy odcinek w zasadzie jest oddzielną opowieścią, gdzie Jan Paweł mierzy się z różnymi sytuacjami. A to szykuje się sejmik, gdzie ma dojść do podwyższenia podatków, a to najstarszy syn zaręczył się z mieszczką (tfu!!!) i trzeba poznać przyszłych teściów, a to ma się odbyć marsz innowierców czy ślub i chłopskie wesele. Dzieje się dużo, wielokrotnie łamana jest czwarta ściana, zaś masa dialogów mocno odnosi się do naszej rzeczywistości oraz naszych wad: pieniactwa, chciwości, hipokryzji, egoizmu, głupoty i upokarzania innych. Tu obrywa się wszystkim: szlachcie, chłopom, duchowieństwu oraz mieszczanom. Nawet jest parę dzisiejszych „gadżetów” („smartfon”, łódki jako ówczesny odpowiednik samolotu) czy odniesień w dialogach do współczesności (program wymiany studentów Erazmus lub trzy etapy bitew). Tutaj nawet postacie epizodyczne są bardzo wyraziste i zapadające w pamięć (od lat żyjący w trzeźwości chłop Jędrula, etatowa płaczka – pani Stasia, przesiąknięty francuską modą magnat Lubopolski czy śledczy koronny ojciec, ksiądz Żmija z Sandomierza). Zaś niektóre dowcipy i gagi bardzo mnie zaskoczyły niespodziewaną linijką dialogu czy wstawką muzyczną (XVII-wieczna wersja „The Final Countdown”), doprowadzając do nagłych ataków śmiechu. Nie mówiąc już o niektórych wizualnych żartach w rodzaju mierzenia sobie… kutasów (i nie jest to coś, o czym myślicie).

Do tego „1670” jest bardzo dobrze zrobione pod względem technicznym. Świetnie sfotografowane, z kapitalną muzyką imitującą epokę (absolutne brawa dla Jerzego Rogiewicza!!!!) i bardzo dobrym udźwiękowieniem. Dialogi są tak wyraźne, że nie trzeba oglądać tytułu z napisami. Równie imponująca jest scenografia i kostiumy, mimo pewnej kameralności całej fabuły. Czuć namacalnie to miejsce, bez poczucia takiej „sterylności” (błoto!!!) jaka była w wielu historycznych serialach. Pod tym względem serial bardzo przypominał mi… „Kosa” Pawła Maślony, choć tamten jest bardziej poważny w tonie.

Serial jeszcze jest absolutnie rewelacyjnie zagrany. Kapitalny jest Bartłomiej Topa w roli Jana Pawła Adamczewskiego, tworząc najbardziej wyrazistego szlachcica od dawna. W nim znajdują się wszystkie wady polskiego sarmatyzmy: przekonanie o własnej racji, narcyzm, poczucie wyższej wartości. Mocny jest tylko w gębie i ma więcej szczęścia niż rozumu, ale w dalszych odcinkach potrafi pokazać się z dobrej strony jak choćby odbierając poród. Tak samo znakomity jest Michał Sikorski w roli śliskiego księdza Jakuba. To najbardziej obłudny i diaboliczny członek rodziny, co bardziej skupia się na karierze oraz własnej sakiewce. Wiele zabawnych scen i dialogów pochodzi od niego. Zaskakuje też Katarzyna Herman, czyli dość osobliwa żona Jana Pawła. Bardzo wycofana, niemal non stop modląca się i nosząca czarny strój żałobny, ale nawet ona zostaje pogłębiona w zaskakujący sposób. Szoł wielokrotnie kradnie Martyna Byczkowska, której postać wydaje się bardziej pasować do naszych czasów niż XVII wieku. Najinteligentniejsza z całej rodziny, zbuntowana przeciw ówczesnym konwenansom, próbująca podążać swoją własną drogą i nie daje sobie w kaszę dmuchać. Niech chcę nawet wspominać o kradnącym ekran Dobromirze Dymeckim (zaprawiony w boju Bogdan), bardzo uroczym Kiryle Pietruczuku (Litwin Maciej, pomocnik kowala) czy trochę zepchniętym do tła Andrzeju Kłaku (sąsiad Andrzej).

Nie wiedziałem czego oczekiwać, a dostałem najlepszy polski serial komediowy od lat. Choć muszę przyznać, że mocno absurdalny humor „1670” i jego satyryczne spojrzenie na historię nie wszystkim się spodoba. Ale to bardzo odświeżające doświadczenie, absolutnie kapitalnie zagrane, napisane i zrealizowane. Niby zakończenie jest zamknięte, ale bardzo chciałbym zobaczyć ciąg dalszy.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Kos

Jakoś polscy filmowcy w kwestii produkcji historycznych wyrobili sobie pewien z góry określony schemat. Hektolitry patosu, bohaterowie historyczni pokazani w bardzo pomnikowy, wręcz jednowymiarowy, cierpiętnictwo, dramat, dramat i… nuda. Nie oznacza to, że nie próbowano podejść do tego tematu inaczej jak pokręcona (oraz bardzo ambitna) „Hiszpanka”, ubrany w sensacyjną konwencję „Piłsudski” czy komediowi „Niebezpieczni dżentelmeni”. Teraz do tego trendu dołącza nowe dzieło Pawła Maślony „Kos”.

Tytułowym bohaterem jest Tadeusz Kościuszko (Jacek Braciak), co w 1794 roku chciał rozkręcić powstanie po II rozbiorze Polski. Towarzyszy mu towarzysz z wojny o niepodległość USA – czarnoskóry Domingo (Jason Mitchell), który wydaje się bardziej stąpać po ziemi. I ma ku temu powody, bo może zapał do walki jest, ale szansę na walkę szlachty z chłopstwem ramię w ramie są żadne. Nie tylko z powodu wzajemnej wrogości między klasami społecznymi, ale kompletnego braku organizacji, broni oraz dewizy „szlachta na przedzie i jakoś to będzie”. Kos wyrusza na spotkanie z hetmanem w dworku u pułkownikowej Giżyńskiej (Agnieszka Grochowska).

To w rzeczywistości NIE JEST główny wątek opowieści, bo prawdziwym bohaterem tego filmu jest Ignac Sikora (Bartosz Bielenia) – bękarci syn szlachcica. Traktowany jak chłop, czyli jak niewolnik i nienawidzony przez resztę rodziny. Aczkolwiek jego ojciec, niejaki Duchnowski (Andrzej Seweryn z epickim wąsem) uwzględnia go w testamencie. Tylko, że powracający z Warszawy brat, Stanisław (Piotr Pacek ubrany na Francuza) nie jest z tego zadowolony. Ignacowi udaje się wykraść testament i musi ruszyć do krakowskiego sądu, by uprawomocnić zapis. Co może pójść nie tak? Trafia na Domingo oraz Kościuszkę, którzy biorą go ze sobą do dworu. Jakby było mało tarapatów, do dworu przybywa oddział Rosjan pod wodzą rotmistrza Iwana Dunina (Robert Więckiewicz) na nocną kwaterę. Co gorsza oficer próbuje schwytać „Kosa”, czyniąc sytuację bardzo nerwową.

Reżyser absolutnie nie tworzy filmowej wersji podręcznika do historii, za to ewidentnie bawi się gatunkami. „Kos” ma w sobie coś z westernu (sam początek z przepięknym krajobrazem), kina awanturniczo-przygodowego w mikro skali czy nawet dramatu. Jednak Maślona najmocniej tutaj inspiruje się… Quentinem Tarantino. I nie chodzi o czasem pojawiające się bluzgi, masę krwi czy sceny zbliżone klimatem do „Django”, „Nienawistnej ósemki” czy „Bękartów wojny”, lecz o mieszankę zabawy realiami historycznymi z poważnymi obserwacjami. Nawet jeśli przez większość czasu jesteśmy zamknięci w dworku z paroma postaciami (Kościuszko, Domingo, Giżyńska, Dunin) atmosfera z każdą minutą robi się coraz gęstsza i gęstsza. Szczególnie z pojawieniem się Dunina, którego bardzo ciężko jest rozgryźć. Czy rozpozna Kościuszkę podszywającego się jako… Tadeusz Bieda, tłumacz Domingo? Czy on wie i tylko czeka na odpowiednią chwilę? Czy zdąży przybyć odsiecz? Maślona bardzo precyzyjnie buduje napięcie, by w ostatnich kilkunastu minutach doprowadzić do mocarnej eksplozji oraz rozpierduchy.

Wszystko to z masą świetnych dialogów, które napisane są bardziej współczesnym językiem niż staropolszczyzną. I chyba dobrze, bo inaczej mogłoby być to dla nas niezrozumiałe. Ale nie brakuje tu zarówno brutalnej władzy panów szlachciców, mogący z chłopami robić praktycznie wszystko (mocna scena traktowania zbiegłego chłopa jak psa i próba powieszenia go), docinków w stronę pieniactwa, słomianego zapału czy – chyba najmocniejszy tekst – dlaczego Bóg i Honor są przed Ojczyzną. A wszystko jeszcze okraszone błotem, krwią, ogniem i mieczem. Widać też, że budżet był, bo kostiumy i scenografia są wykonane pierwszorzędnie.

Do tego aktorsko wszyscy tu błyszczą. Świetny jest Bielenia w roli bohatera mimo woli, co chce załatwić swoją prywatną sprawę. Tylko świat i okoliczności mają dla niego inny plan, przez co będzie musiał dokonać ważkiego wyboru. Zaskakująco stonowany jest Jacek Braciak jako Kościuszko, o wiele bardziej przyziemny, z każdą chwilą zderzony z niezbyt przyjazną rzeczywistością. Tworzy bardzo interesujący duet z Jasonem Mitchellem (Domingo), z którym rozumie się bardzo dobrze. Czuć tą silną więź zaprawioną w boju oraz przyjaźń. Drobne, choć wyraziste role tworzą niezawodni Andrzej Seweryn (Duchnowski) oraz Łukasz Simlat (Wąsowski). Ale prawdziwym złodziejem scen jest absolutnie genialny Robert Więckiewicz. Jego Dunin bardzo i to BARDZO przypomina Hansa Landę z „Bękartów wojny”. Bardzo opanowany, inteligentny, mogący pozornie sprawiać wrażenie dżentelmena. Jednocześnie kryje się tutaj pełen dumy, zdeterminowany brutal, czujący się jak u siebie. Tak wyrazistego antagonisty nie było u nas od czasu Dario ze „Ślepnąc od świateł”.

„Kos” kolejny raz pokazuje jak można robić u nas kino historyczno-kostiumowe, które nie jest zero-jedynkową wizją świata. Może Maślona miejscami aż za bardzo naśladuje Tarantino, jednak ze wszystkich polskich reżyserów robi to najlepiej. Soczyste dialogi, fantastyczne aktorstwo, surowy klimat oraz czysta zabawa, choć nie pozbawiona gorzkich refleksji na temat naszej mentalności.

8/10

Radosław Ostrowski

Hrabia

Jeszcze nie miałem okazji obejrzenia filmu z Chile, choć trafiłem na reżysera Pablo Larraina dzięki „Jackie”. Filmowiec z Ameryki Południowej w tym roku postanowił zmierzyć z historią swojego kraju w najbardziej nieoczywisty sposób. A można się o tym przekonać, oglądając „Hrabiego” na Netflixie. I jest to jeden z lepszych oryginalnych filmów platformy streamingowej.

hrabia1

Tytułowym hrabią jest mieszkający na odludziu… Augusto Pinochet (świetny Jaime Vadell), były dyktator Chile. Uznany za zmarłego przebywa gdzieś w domku na pustyni. I nie sam, bo z bardzo starą żoną (równie podłą jak on) oraz rosyjskim lokajem Fiodorem (Alfredo Castro). Otoczony starymi księgami, rekwizytami, unikając kontaktu ze światem zewnętrznym. Ale jakim cudem on jeszcze żyje? Bo jest… wampirem, żyjącym od ponad 250 lat i nie bardzo chce mu się żyć. Czy może być coś gorszego? Zjazd pięciorga dzieci, które nie są wampirami oraz bardzo czekają na śmierć, by położyć łapę na ogromnym majątku. Rzekomo gdzieś schowanymi w ukryciu. Dlatego zostaje wysłana księgowa Carmen (wielkooka Paula Lushsinger), by wyliczyć, zbadać i odnaleźć. Ale mało kto wie, że kobieta jest tak naprawdę… zakonnicą. A jej celem jest odprawienie egzorcyzmów na dyktatorze.

hrabia2

Co to za misz-masz gatunkowy? Niby mamy wampira, quasi-biografia, polana czarnym humorem oraz satyrą na dyktatorów i ich rządy. Co jest zasługą tajemniczej Narratorki, pozwalającej sobie zarówno na ironiczny komentarz, jak i poznania historii samego Pinocheta. Cały czas tutaj lawiruje gatunkami, gdzie humor, napięcie oraz powoli skrywana tajemnica. Niby wszystko toczy się bardzo powolnym, niespiesznym tempem, co może spolaryzować. Bo osoby czekające na krwawą jatkę i lejącą się posoką, będą rozczarowani.

hrabia3

„Hrabia” jest o wiele bardziej wyrafinowany formalnie – absolutnie świetne, czarno-białe Edwarda Lachmanna budują klimat jakiejś odrealnienia, pewnej niesamowitości. Gdzie fikcja miesza się z historią, zaś demonizm Pinocheta zmieszany jest ze znużeniem, groteską. Facetem nie dostrzegającym swoich wad, okrucieństw i podłości, co wywołało we mnie bardzo gorzki śmiech. Jeszcze jak dodamy do tego dzieci dyktatora, dla których celem jest przejęcie majątku (bo to same nieroby – jak na rodzinę dyktatora przystało), absurd osiąga wyżyny.

hrabia4

Reżyser pokazuje i ubiera w bardzo zgrabną metaforę długowieczność dyktatury oraz ogromny wpływ na całe otoczenie. Nie chodzi tu tylko o pasożytujące dzieci czy ciągle niezaspokojonej chuci żony, co chciałaby także być wampirem. Takim mocnym przypadkiem jest Fiodor – lokaj z Rosji, dawniej mordujący wszystkich komunistów. Napięty jak struna, przemieniony w wampira za lojalność staje się niejako gorszą kopią swojego pana. Larrain nie ogranicza się tylko do krytyki i szyderstwa z dyktatury, lecz zderza ją z Kościołem katolickim, reprezentowanym przez Carmen. Pozornie delikatna, naiwna i silna wiarą, ale to tak naprawdę fasada skrywająca mniej przyjemne oblicze. Jak to się wszystko skończy, nie zdradzę. Niemniej jest to bardzo satysfakcjonujący finał.

hrabia5

„Hrabia” to absolutnie szalona, ale i bardzo gorzka komedia, będąca rozliczeniem się z mroczną przeszłością Chile. Larrain ubiera w gatunkowy sztafaż horroru, polewając to groteską i absurdem, jednak to wszystko skrywa bardzo poważne ostrzeżenie przed władzą absolutną. Bez względu na to, czy nosi mundur czy habit.

7,5/10

Radosław Ostrowski