Ślepy tor

Leo Handler to młody chłopak, który stara się żyć uczciwie. Właśnie wyszedł z więzienia, gdzie siedział za kradzież samochodów, ale nikogo nie sypnął. Teraz próbuje wrócić na łono społeczeństwa w czym pomaga mu nowy wuj Frank i jego syn Willie, którzy zajmuję się kolejowym interesem. Wtedy Leo odkrywa, że nie wszystko działa tu zgodnie z prawem. W nocy podczas niszczenia pociągów konkurencji dochodzi do tragedii, a Leo zostaje oskarżony o morderstwo, którego nie popełnił.

slepy_tor1

James Gray nie jest reżyserem, który robi typowe kryminalne kino, gdzie jest dużo strzelania, dynamicznych pościgów i mrocznej tajemnicy. Bardziej się skupia na bohaterach, na relacjach między nimi, które trzymają bardziej w napięciu niż sceny akcji, których tu też nie zabrakło. Ważniejsze są tutaj emocje od dynamiki, co wielu może się nie spodobać. Jednak film ma swój klimat, który gęstnieje i Gray w ten sposób pokazuje, że biznes jest bezwzględny i rodzina zamiast wsparciem staje się wielkim ciężarem, zwłaszcza nowa rodzina. Sceny akcji są bardzo intensywnie, choć mało efektowne czy widowiskowe (akcja na torach czy bójka miedzy Leo i Williem), jednak emocje dominują, a całość ma bardzo stonowane i ponure kolory (świetne zdjęcia Harrisa Savidesa), pokazujące Nowy Jork jak niebezpieczną dżunglę, gdzie panują bardzo bezwzględne reguły (rozmowy z burmistrzem czy moment, gdy nasz bohater decyduje się zeznawać i przy okazji gliniarze z burmistrzem zawierają deal). I wtedy każde rozwiązanie wydaje się złe, a każdy wybór ma swoją cenę i nie każdy jest w stanie ją zapłacić.

slepy_tor2

Aktorzy potrafią zagrać to i wspólnie z Grayem, który wie jak ich poprowadzić (przy okazji też nie przynudza) tworząc bardzo złożone i pełnokrwiste postacie. Można nie być fanem Marka Wahlberga, ale tutaj jako zagubiony i starający się być uczciwym Leo wypada całkiem nieźle. Ale przyćmił go (jak zawsze w wielkiej formie) Joaquin Phoenix. Willie w jego wykonaniu to król życia, który ma znajomości i układy, ale w ostateczności okazuje się słabym tchórzem, który nie potrafi poradzić sobie z odpowiedzialnością swoich czynów. Jednym spojrzeniem czy barwą głosu jest w stanie powiedzieć więcej niż jakiekolwiek słowa. Nie można tez nie wspomnieć o równie świetnych kreacjach Charlize Theron (piękna – nawet w krótkich, czarnych włosach – Erica) oraz Jamesa Caana (wuj Frank – biznesmen, który bywa bezwzględny jak mafiozo).

slepy_tor3

Mimo braku dynamiki czy ostrej akcji, Gray potrafi trzymać za gardło i jest naprawdę świetny, gdy pokazuje bardziej kameralne momenty w życiu swoich bohaterów. Naprawdę mocne, choć bardzo ciężkie i gorzkie to kino. Najlepszy jego film.

7/10

Radosław Ostrowski

Hobbit: Pustkowie Smauga

W skrócie jest to ciąg dalszy wielkiej wyprawy Krasnoludów po skarb i swój dom. Peter Jackson tym razem postanowił sprawę przyśpieszyć i zrobić naprawdę wielkie widowisko. Akcja pędzi miejscami mocno na złamanie karku (ucieczka z więzienia króla Elfów), krasnale nadal są ścigani przez paskudnych Orków, zaś treść „Hobbita” nadal (na siłę) próbuje być scalona z „Władcą Pierścieni”. I nadal uważam, że to debilizm, bo „Hobbit” to historia innego kalibru niż „Władca”. Jest tutaj bardzo mroczniej, znaczniej dynamiczniej i nie ma tu żadnego śpiewania. Z jednej strony dzięki temu zyskuje on na tempie i prawie trzy bite godziny mijają dość szybko, z drugiej jeśli czytaliście książkę Tolkiena zmiany i modyfikacje dokonane przez Jacksona i spółkę wywołają u was palpitacje serca i żądzę mordu.

hobbit21

Co jest pozmieniane? Po pierwsze pojawia się Legolas, syn król Leśnych Elfów oraz asystująca mu Tauriel. Owszem, oboje mordują orki zmniejszając ich populację nie gorzej niż Terminator, jednak są oni bardziej finezyjni i bezwzględni. Ta zmiana wprowadza też jeden wątek, który absolutnie tutaj nie wypala, czyli romans między elficą a krasnoludem Kili (ledwo to naszkicowane i sztuczne to). Druga poważna zmiana to postać Nekromanty (Saurona) i schwytanie Gandalfa, który ma dziwną tendencję wpadania w ręce potężnych od siebie czarowników. I trzecia, chyba najpoważniejsza to zmiana życiorysu Barda, który naznaczony grzechem swego ojca (nie udało mu się zabić smoka) jest odrzucony przez społeczność.

Ale poza tym w zasadzie jest tak jak w powieści, tylko z większym rozmachem i większą jatką.  Kamera szaleje i skręca we wszelkie możliwe kierunki, jednak nie gubi ona rytmu ani tempa. Nadal wrażenie robi scenografia – wygląd Miasta nad Jeziorem (prawie jak Wenecja, tylko skuta lodem) czy skarbiec smoka wygląda po prostu imponująco. Jackson nadal potrafi rozgryźć Śródziemie jakby tam mieszkał, ale cała opowieść urywa w najciekawszym momencie (i znów trzeba będzie czekać rok – słabo).

hobbit24

Jeśli zaś chodzi o aktorów, to rozkręcił się Martin Freeman, a jego Bilbo nabrał sprytu, charyzmy i silnego charakteru. Ian McKellen (Gandalf) nadal trzyma fason, a Richard Armitage (Thorin) troszkę stracił w oczach i widać, że powoli zaślepia go żądza skarbu. Z nowych postaci błyszczy Bard (Luke Evans) – odpowiedzialny, choć żyjący z piętnem oraz Tauriel (Evangeline Lilly) – piękna elfica, choć mam nadzieję, że odegra jeszcze kluczową rolę.

hobbit26

No i w końcu najważniejsza postać ze wszystkich, a mianowicie Smaug. Smok – no takie bydle po prostu. Jest wielki, wygląda naprawdę majestatycznie i budzi przerażenie. Strzałem w dziesiątkę było podłożenie głosu przez Benedicta Cumberbatcha, który potrafił pokazać wszelkie emocje stwora: od wściekłości i gniewu, po ciekawość i siłę. Może z twarzy trochę przypomina on smoczycę ze „Shreka”, ale to tylko jedyna jego wada.

hobbit25

„Pustkowie” jest lepsze od „Niezwykłej podróży”, jednak poważne odstępstwa od pierwowzoru mocno kłują w oczy. Poza tym są pewne nielogiczności, ale to jednak nie przeszkadza cieszyć się wielką zabawą. A za rok w finale zobaczymy: (to nie spojler) ostatecznie pokonanie Smauga i walkę o skarby zwaną też Bitwą Pięciu Armii. Oj, będzie się działo.

7/10

Radosław Ostrowski

Howard Shore – The Departed

The_Departed

Każdy szanujący się kinoman wie, kim jest Martin Scorsese – reżyser, który Oscara otrzymał dopiero w 2007 roku za niezłą „Infiltrację”, czyli remake azjatyckiego dreszczowca „Piekielna gra”. Ale powiedzmy sobie to wprost – nagroda za najlepsza reżyserię była tylko i wyłącznie nagrodą pocieszenia za wszystkie pominięcia członków Akademii Filmowej. Natomiast pominięto jeden z najlepszych elementów tego filmu – warstwę muzyczną. Reżyser znany jest z tego, że wrzuca przeboje muzyki rozrywkowej (podobno posiada duża kolekcje płyt), w czym dorównuje mu tylko Quentin Tarantino, ale tez korzysta z usług zawodowych kompozytorów, co zostało zauważone przez wytwórnie płytowe.

Howard_ShoreScorsese skorzystał z usług, już „nadwornego” kompozytora, czyli Howarda Shore’a. Panowie poznali się przy pracy podczas „Po godzinach”, zaś od „Gangów Nowego Jorku” jest to już stała kooperacja. Tym razem kompozytor bardzo zaskoczył wszystkich tworząc muzykę bardzo gitarową, gdzie orkiestra tak naprawdę robiła tu tylko za tło, odzywając się w kilku miejscach. Shore zaprosił do współpracy zawodowych gitarzystów – Sharon Iberin, George’a Edwarda Smitha, Marca Ribota i Larry’ego Saltzmana. Efekt jest bardzo pozytywny, tworząc kompozycje z ikrą i do tego naprawdę dobrze skrojoną (nieco ponad 40 minut grania).

Siłą tej płyty jest bardzo chwytliwy temat przewodni zagrany na dwie gitary, który przewija się na tym albumie często. W „Cops or Criminals” motyw jest wspierany przez sekcję smyczkową oraz perkusję, co podnosi tętno. Może nawet i zbyt często zaznacza swoją obecność, jednak jest bardzo rozpoznawalny z tym tytułem i pojawia się w paru aranżacjach (najlepsza w „Colin”, „Command” i kończącym całość „The Departed Tango”) i mimo dość intensywnej obecności nie wywołuje znużenia. Choć było o to bardzo łatwo. Także na tych instrumentach budowane jest napięcie i muzyka akcji, która na ekranie podnosi adrenalinę, co najbardziej słychać w „344 Wash” (mocne uderzenie bębnów i ostrzejsza gitara elektryczna) i „Chinatown” („azjatycka” gitara elektryczna oraz uderzenia perkusji wspierane smyczkami), które poza ekranem nie radzą sobie już tak świetnie.

Jednak „Infiltracja” to nie tylko akcja i świetny motyw przewodni. Bo tutaj jest jeszcze druga, delikatniejsza twarz przesycona melancholią. Pojawia się ona równie często, co temat przewodni, ale albo robi za tło („The Faithful Departed”) lub ginie przy ostrzejszych fragmentach („Boston Common”). To dość prosta i spokojna melodia, ale bardzo silna emocjonalnie i  na niej spoczywa cały ciężar dramaturgiczny filmu. Najpełniej wybrzmiewa w 7-minutowym „Billy’s Theme”, będącym czymś na kształt suity, ale równie interesująco brzmi w „The Last Rite”, „Madolyn” czy „Beacon Hill”.

Jeśli chodzi o warstwę muzyczną, to „Infiltracja” kojarzy się z hiciorem „I’m Shipping Out to Boston” zespołu Dropkick Murphys (2 minuty, ale za to jakie). Trochę szkoda, bo Howard Shore też wyszedł z obronna ręką. W filmie ta muzyka miejscami, naprawdę mocno się wybija. Może i jest ona trochę monotematyczna i bardzo spokojna, ale to jedna z najlepszych partytur tego Kanadyjczyka. Ciekawe, ilu gitarzystów będzie próbował zagrać te tematy.

7,5/10

Radosław Ostrowski


Wilk z Wall Street

Każdy wie, co to jest Wall Street – mekka finansjery, gdzie praktycznie wszystko jest dozwolone w imię największego narkotyku na świecie, czyli forsy. I to właśnie do tej mekki przybywa Jordan Bellfort – młody, bez znajomości i układów facet marzący o jednej konkretnej rzeczy – zbijaniu kabzy w największej możliwej ilości. Ale jego początki jako broker w Wall Street było fatalne – „czarny poniedziałek”, czyli początek kryzysu lat 80. doprowadziły jego firmę do bankructwa i braku fuchy. W końcu razem z grupą kompletnych wariatów bez papierów i kwalifikacji założył firmę Stratton Oakmont. I wtedy dopiero zaczynają się szalone rzeczy. Ale jak wiadomo, nic nie trwa wiecznie, zwłaszcza jak wejdzie FBI.

wilk1

Tak samo każdy kinoman zna dona Martina Scorsese – ojca chrzestnego kina amerykańskiego. Wszyscy wiemy, że to świetny reżyser – pod warunkiem, że kręci kino gangsterskie (choć ja mam na ten temat inne zdanie). Można powiedzieć, że „Wilk…” to tacy „Chłopcy z ferajny” tylko w realiach giełdowych. I nie byłoby to słabe porównanie. Jest podobna konstrukcja narracji (początek kariery, wzlot i wielki upadek), narracja z offu głównego bohatera oraz kompletne szaleństwo. Do tego masa kantów oraz bardzo mocna, ostra satyra na finansjerę (kapitalny monolog mentora Bellforta) pokazujący mechanizmy ekonomii. Wystarczy tylko mieć kilka świetnych pomysłów, zaś kasa sama się kręci. No i najważniejsza rzecz – imprezy w firmie, gdzie panowała naprawdę luźna atmosfera (tak luźna, że wprowadzono zakaz uprawiania seksu od 9 do 16), narkotyki (w ilościach hurtowych), leki, dziwki, nagie dziwki z heroiną między nogami – czyli jak to pisał Kazik „wszędzie ruchawka, zniszczenia i pożoga”). Tak pieprznego filmu, to jeszcze nie widziałem od dawna z taką dziką energią. Humor (scena powrotu do domu na haju z Country Clubu – bezcenne!), napięcie, potężna dawka energii oraz fantastyczne dialogi (z największą ilością faków ever), mistrzowsko zmontowane. A jednocześnie bez moralizatorstwa i dość ironicznym finałem całej sprawy.

wilk3

A jeśli chodzi o aktorstwo, to jest ono kapitalne od drobnych ról po pierwszy plan. Nie jestem w stanie opisać tego, co na ekranie wyprawia Leonardo DiCaprio – to jest po prostu przez większość czasu chodzące ADHD. Jest strasznie ambitny, prawie non stop na haju lub między nogami jakiejś laski, a jednocześnie posiada tyle charyzmy, że ludzie byliby w stanie pójść za nim w ogień. Serio, serio. W jednej chwili potrafi przyciągnąć charyzmą, by potem pokazać się ze strony żałosnego nałogowca. Mam nadzieję, ze Leo dostanie statuetkę Oscara, ale konkurencja jest diablo mocna. Poza nim jeszcze jest tak duży wianuszek gwiazd, że nie jest w stanie tego ogarnąć: od Jona Favreau (adwokat Manny Riskin) i Jeana Dujardina (Saurel – szwajcarski bankier) po Jona Bernthala (potrafiący sprzedać wszystko drobny cwaniak Brad), Roba Reinera (ojciec Bellforta „Mad Max”) i Kyle’a Chandlera (zdeterminowany agent FBI Denham) do apetycznej Margot Robbie (Naomi, druga żona Bellforta) oraz świetnego Jonaha Hilla (nieudacznik Donnie Azoff, który wiedział jak się zabawić).

wilk2

Mi jednak najbardziej utkwił epizod Matthew McConaugheya. Mark Hanna, czyli mentor Bellforta z Wall Street przykuwa uwagę pojawiając się raptem kilka minut, potrafiąc być wygadanym „dzikusem”, który wyjaśnia jak należy działać w Wall Street. Mocny fragment, który zostanie w pamięci na długo.

wilk4

Jak to możliwe, że mający ponad 70 lat Martin Scorsese nakręcił taki dziki, ostry i pieprzny film? Widocznie energia i „jaja” nie odchodzą z wiekiem. Jak mówił Leonardo zgarniając Złoty Glob – „Martin Scorsese jest jak punk rock – nigdy się nie starzeje” Czy trzeba mówić coś więcej?

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Aviator

Biografie sławnych ludzi zawsze interesowały innych, także filmowców. Martin Scorsese nakręcił wiele biografii („Wściekły byk”, „Kundun”), ale najcięższym kalibrowo filmem w tej kwestii pozostaje „Aviator”. Jest to historia Howarda Hughesa – milionera, który zdecydował się zdominować rynek lotniczy.

aviator1

Reżyser skupił się na latach 1923-47, czyli czasów największej aktywności tego ekscentrycznego milionera (od realizacji „Aniołów piekieł” aż do lotu Herkulesa), tworząc prawie 3-godzinny fresk o geniuszu balansującym na granicy szaleństwa. Reżyser pokazuje i rozkłada na czynniki pierwsze osobowość Hughesa, którego nie było w stanie złamać nic i zawsze dostawał to, co chce. Nie ważne czy chodzi tu o realizację filmu, kobiety czy pieniądze. Całość robi epickie wrażenie, zaś sceny lotnicze (kręcenie „Aniołów piekieł”, lot samolotem szpiegowskim i katastrofa) robią ogromne wrażenie. Całość ogląda się znakomicie, choć pewne wątki są ledwo zasygnalizowane. Zdjęcia i montaż są rewelacyjne (m.in. sceny przesłuchań komisji Brewstera czy przybycie Hughesa na premierę), muzyka z epoki pasuje do realiów i dopełnia klimatu, a sama historia nie jest w żaden sposób schematyczna czy szablonowa. A obsesję bohatera są bardzo przekonująco pokazane.

aviator2

Jeśli zaś chodzi o aktorstwo, reżyser wybrał prawdziwą śmietankę. Hughesa świetnie zagrał Leonardo DiCaprio w pełni pokazując jego obsesje (mycie rąk), lęki i paranoje, a jednocześnie pewnego siebie marzyciela, który dokonywał rzeczy niemożliwych. Jest to prawdopodobnie najlepsza rola w dorobku tego aktora. Drugi plan też jest wręcz przebogaty, a znani aktorzy jak Willem Dafoe czy Jude Law pojawiają się w epizodach. Jednak na tym planie dominuje zjawiskowa i fantastyczna Cate Blanchett jako Katherine Hepburn – silna, pewna siebie i temperamentna. Poza nią warto też zwrócić uwagę na Alana Aldę (skorumpowany senator Brewster), Iana Holma (prof. Fitz), wracającego do formy Aleca Baldwina (Juan Tripp, szef Pan Am) i Johna C. Reilly’ego (księgowy Noah Dietrich).

Scorsese tym filmem mi naprawdę zaimponował i pokazał, że wrócił do formy, kręcąc jeden ze swoich najlepszych filmów. I nie ma w tym przesady.

8/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski


Gangi Nowego Jorku

Nowy Jork 1846 r. W dzielnicy Five Points dochodzi do starcia gangów: irlandzkiego pod wodzą Księdza Vallona i amerykańskiego Williama „Billa Rzeźnika” Cuttinga. Podczas walki ginie szef Irlandczyków, zaś jego syn, który był świadkiem zbrodni, ucieka. Mija 16 lat, chłopak pod imieniem Amsterdam wraca do Nowego Jorku i zbliża się coraz bardziej do Cuttinga, by się na nim zemścić.

gangi1

Martin Scorsese znów o gangach, ale tym razem w XIX-wiecznym Nowym Jorku w czasach wojny secesyjnej aż do 1865 r., gdy wojsko przejęło władzę. Pierwsza rzecz, która imponuje to imponująca scenografia, która bardzo wiernie odtwarza Nowy Jork (ze wskazaniem na Five Points) oraz kostiumy budujące atmosferę epoki. Sposób realizacji już pokazuje, że mamy do czynienia z epicką produkcją (pierwsza bitwa zrealizowana niemal jak w „Gladiatorze”), z bardzo ciekawą otoczką pokazującą dokładnie życie mieszkańców oraz korupcję miejscowych władz, które wspierają gangi kontrolujące miasto (bo policja i straż pożarna jest przekupna). Ale problemem jest dla mnie scenariusz, bo sama historia niespecjalnie należy do porywających i jest bardzo schematyczna. Choć znów mamy do czynienia z typowymi tematami reżysera: religia, honor, gangi oraz bardzo naturalistyczną przemoc. Czegoś tutaj zabrakło, zaś wątek miłosny między Amsterdamem i złodziejką Jenny wydawał mi się zbędny.

gangi2

Zaś samo aktorstwo jest na dobrym poziomie, ale jest kilka naprawdę wyróżniających się ról. Taką z pewnością była postać Williama Cuttinga w brawurowej interpretacji Daniela Day-Lewisa. Jest to silna i charyzmatyczna osobowość z wyraźnymi poglądami nacjonalistycznymi. Potrafi być elegancki, by nagle eksplodować i uderzyć z brutalną siłą. Ten aktor znów zdominował cały film, a reszta obsady robiła tylko za tło. Całkiem przyzwoicie wypadł Leonardo DiCaprio w roli młodego mściciela Amsterdama, który jest rozdarty między swoją przeszłością, a lojalnością wobec Cuttinga. To samo można powiedzieć o Cameron Diaz (Jenny). Zaś drugi plan jest przesycony znanymi aktorami takimi jak Liam Neeson („Ksiądz”), John C. Reilly („Wesoły” Jack) czy Stephen Graham (Shang), ale najbardziej z niego wybija się Jim Broadbent (William Tweed – skorumpowany polityk) oraz Brendan Gleeson („Mnich”).

gangi3

Ten film wielu wprawił w konsternację – nie wszystkie wątki były dopięte, parę wydało się zbędnych, zaś ciekawa otoczka i tło to trochę za mało, by mówić o dobrym filmie. 

6,5/10

Radosław Ostrowski

Po godzinach

Paul Hackett jest informatykiem pracującym w dużej firmie na Manhattanie. Pewnego wieczora, po pracy w knajpie poznaje dziewczynę Marcy, z którą chce się umówić. Podaje mu swój numer telefonu i idzie do jej mieszkania w SoHo. Tam przeżyje swoją najdziwniejszą noc w całym swoim życiu.

godzina1

Martin Scorsese i komedia? Ktoś powie, ze to połączenie nie ma racji bytu. A jednak. Film „po godzinach” to komedia, w której dochodzi do wydarzeń dziejących się na granicy prawdopodobieństwa, wręcz niewytłumaczalnych, z galerią pokręconych postaci wziętych z filmu Quentina Tarantino, zaś atmosfera przypomina senny koszmar w oparach groteski i absurdu. Bo nocą obowiązują trochę inne reguły niż za dnia i miasto pokazuje swoje mroczne oblicze, pełne niebezpieczeństw i tajemnic. Atmosferą film przypominał mi inny tytuł „Ale jazda!”, gdzie też się działy nieprawdopodobne historie i była masa pokręconych bohaterów. Co z jednej strony wywołuje masę zabawnych sytuacji i okraszone jest dobrymi dialogami, z drugiej mamy dziwne wrażenie, że los zwyczajnie uwziął się na Paula, wplątując go w kradzieże i inne tragedie, zmierzając do pokręconego i zaskakującego finału. Całość jest naprawdę świetnie zrealizowana (zdjęcia i montaż zasługują na uznanie), okraszona w dodatku bardzo ciekawą muzyką jak to u Scorsese.

godzina2

Ale całą opowieść rozkręca znakomity Griffin Dunne grający przeciętnego faceta w nieprzeciętnej sytuacji. Jego konsternacja, złość, brak opanowania jest pokazana w sposób bezbłędny i kibicujemy mu do samego końca. Poza nim jest cała masa ekscentrycznych postaci jak dziewczyna Marcy, rzeźbiarka Kiki, barman Tom czy złodziejaszki Neil i Pepe. W zasadzie na opisanie tych postaci zwyczajnie nie starczyłoby czasu, ale wszyscy tu wypadli bezbłędnie, co świadczy zarówno o ich umiejętnościach, jak i precyzyjnej pracy reżysera.

Już nigdy później ten Nowojorczyk nie zrobił takiej zgrywy i jazdy. Autentycznie zabawna, niepokojąca i bardzo mroczna historia.

8/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski


Howard Shore – The Game

the_score

„Rozgrywka” Franka Oza to kryminał o planowanym ostatnim skoku, którego celem jest cenne berło. Jednak Nick złodziej i właściciel nocnego klubu tym razem ma do pomocy młodego chłopaka Jacka, któremu nie ufa. Niby takich opowieści widzieliśmy wiele, ale jednak Ozowi udało się stworzyć naprawdę dobry film. Pytanie czy muzyka też jest udana i okazała się dobrym złodziejem czasu.

Howard_ShoreJej autorem jest Howard Shore – Kanadyjczyk, który jest najbardziej kojarzony z trylogią „Władca Pierścieni” oraz eksperymentalnymi pracami do filmów Davida Cronenberga. Jednak tym razem kompozytor trochę zaskoczył swoich fanów, bo stworzył dość przystępny album, gdzie wykorzystał do pomocy niewielką orkiestrę (głównie smyczki) oraz zespół jazzowy (trąbka, perkusja, kontrabas i lekko brzmiąca elektronika). To drugie może wydawać się dość nietypowe dla tego kompozytora, ale w konwencji tego filmu jest trafieniem prosto w tarczę, zaś sama płyta trwa nieco ponad 30 minut, więc nie ma tu miejsca na nudę. Ale po kolei.

Pierwsze, co rzuca się w oczy to temat przewodni pojawiający się jak tradycja nakazuje w „Main Title”, gdzie pierwsze skrzypce gra trąbka z kontrabasem i rytmiczną perkusją, zaś w tle towarzyszą im smyczki z dęciaki. Temat ten będzie pojawiał się jeszcze parokrotnie w różnych aranżacjach (m.in. kończącym album „Bye Bye”), dla wielu osób może nawet zbyt często. Mimo to całość brzmi naprawdę elegancko i bardzo stylowo jak we „Flashback” (z marimbą oraz fletem) czy „Recon”. Napięcie zaś jest potęgowane w „Ironclad” (nerwowy kontrabas i smyczki) oraz w kompozycjach opisujący cały skok, tworząc wielki finał.

„The Score Begins” zaczyna perkusja wspierana przez dęciaki, „Set Up” to popis nerwowych smyczków oraz delikatnego fortepianu i trąbki dla kontrastu, „Run Late” to marimba wspierana mocnymi dęciakami oraz trzaskami i elektroniką zmieszaną z kontrabasem z każdą sekundą przyśpieszająca, zaś najbardziej słychać to w najdłuższym „Suspended”, który zaczyna się ostro brzmiącymi smyczkami i trąbką, bardzo szybkim kontrabasem, marszowo brzmiącymi dęciakami i smyczkami, które zapętlają się i przyśpieszają. Perkusja wtedy również przyśpiesza, a trąbka robi za tło. Bardzo szybkie i dynamiczne 7 minut, a czas mija jak z bicza strzelił, kończąc wszystko podniosłym „Bye Bye”.

Shore po raz kolejny zaskoczył i napisał jedną ze swoich bardziej przystępnych partytur, która jednocześnie sprawdza się w filmie jak i poza nią. „Rozgrywka” nie jest może czymś zaskakującym, ale to bardzo przyjemna muzyka jazzowa napisana do filmu. Album nie tylko dla fanów kompozytora.

7,5/10

Radosław Ostrowski


Hobbit: Niezwykła podróż

Wszyscy (mam nadzieję) pamiętają jak wielkim przeżyciem było przeniesienie na ekran trylogii „Władcy Pierścieni” Tolkiena przez Petera Jacksona, który wtedy kręcił bardziej kameralne kino. Ta epicka przygoda miał to, co najlepsze w filmach fantasy: wyraziste postacie, wciągającą fabułę oraz niezwykły, barwny świat. Napisany 20 lat wcześniej wydaje się lżejszego kalibru opowieścią. Tym razem grupa 13 krasnoludów pod wodzą Thorina Dębowej Tarczy organizuje wyprawę, której celem jest odzyskanie rodzinnej twierdzy Erenor i skarbów się tam znajdujących, a pilnowanych przez smoka Smauga. Do grupy dołącza czarodziej Gandalf i (trochę wbrew woli) Bilbo Baggins.

hobbit

Nikt nie wyobrażał sobie, żeby adaptacji tej wprawki przed Władcą, mógł się podjąć ktokolwiek inny od Petera Jacksona. Choć pierwotnie zadania miał się podjąć Guillermo del Toro, ale problemy spowodowały, że zrezygnował. Jackson wskakuje na fotel z napisem director i ci, co czytali pierwowzór będą zaskoczeni zmianami. Po pierwsze, podzielona fabułę książeczki na trzy filmowe części, choć moim zdaniem dwie w zupełności by wystarczyły. Po drugie, Jackson bardziej łączy Hobbita z Władcą, co widać choćby w scenie narady u Elronda z udziałem Gandalfa, Sarumana i Galadrieli spowodowanej pojawieniem się Nekromanty (czy tylko ja podejrzewam, że to Sauron). Po trzecie, historia zaczyna się dosłownie parę minut przed wydarzeniami z Władcy, gdzie stary Bilbo spisuje swoje losy dla Froda. Potem jest świetny prolog pokazujący przyczyny organizowanej wyprawy.I choć pojawia się tu wiele zmian i retrospektyw (postać Białego Orka Azoga), a akcja pędzi z prędkością żółwia uczestniczącego w maratonie, to jednak Jacksonowi udaje się wciągnąć i zbudować klimat wielkiej przygody kończąc gdzieś w połowie drogi. Nie zabrakło odrobiny humoru (trochę rubasznego), patetycznych słów na temat honoru, odwagi i lojalności, jednak te wady wydają się drobnostkami, zaś kilka scen (prolog, pojedynek na zagadki czy finałowa batalia) to fantastycznie zrealizowane. Znów montaż i zdjęcia porywają, muzyka Shore’a jest wtórna i za bardzo przypomina tę z Władcy, choć w filmie się sprawdza.

hobbit2

Jedno, co Jackson nie zatracił to zmysłu w doborze aktorów. Ze starych twarzy nie mogło zabraknąć Iana McKellena jako Gandalfa, ale też Hugo Weavinga (Elrond), Cate Blanchett (Galadriela) i Christophera Lee (Saruman). Z nowych bohaterów trzeba wyróżnić trzech: młodszego Bilba, Thorina i Balina, granych kolejno przez Martina Freemana, Richarda Armitage’a i Kena Scotta. Ten pierwszy to przyzwyczajony do stabilizacji, który podczas wyprawy odkrywa w sobie cechy, jakich do tej pory nie podejrzewał, drugi jest silnym i charyzmatycznym przywódcą pełnym dumy i nieufności wobec obcych (poza Gandalfem), zaś ostatni jest oddanym i doświadczonym krasnalem. Reszta ekipy krasnoludów niespecjalnie zapadła w pamięć, ale coś czuję, że jeszcze nie pokazali wszystkiego.

Podchodząc uczciwie do sprawy „Hobbit” lekko rozczarowuje, bo wielu spodziewało się arcydzieła. „Niezwykła podróż” nim nie jest, ale to nadal udany i dobry film. Tylko albo aż tyle. Jednak Jackson już zawiesił haczyk i już czekam na następne części, zastanawiając się, co tym razem twórcy wykombinowali.

7/10

hobbit3

Radosław Ostrowski