Rozważna i romantyczna

Anglia, wiek XVIII. Gdy umiera Henry Dashvwood, zgodnie z prawem jego majątek otrzymuje jego syn John. Wbrew jego woli, zmusza macochę i jej trzem córkom opuścić domostwo. W końcu trafiają do letniego domu sir Johna Middletona. Najstarsze córki Elinor i Marianne w tym czasie przeżywają miłosne uniesienia. Starsza w młodym i lekko nieśmiałym Edwardzie Ferrarsie, zaś młodsza w pewnym siebie Johnie Willioghby.

rozwazna1

Jane Austen  jest jedną z najpopularniejszych pisarek angielskich wszech czasów, a ilość adaptacji jej książek jest tak wielka, że nie da się tego wymienić na wszystkich palcach jakie ma człowiek. „Rozważna i romantyczna” też była przenoszona parokrotnie, zaś najbardziej znanej adaptacji dokonał w 1995 roku Ang Lee. I były wątpliwości, co do wyboru reżysera, ale zostały one szybko rozwiane. I bardzo przekonująco odtwarza realia XVII-wiecznej Anglii, gdzie konwenanse mocno ograniczały relacje międzyludzkie (zwłaszcza miedzy kobietą a mężczyzną), a o ich przeszłości nie decydowała miłość, ale pozycja społeczna i stan posiadania (co widać w niemal każdej scenie rozmów). Na szczęście dzisiaj to nie jest problem, jednak wróćmy do filmu, w którym nie zabrakło odrobiny humoru (głównie ironicznego), pięknych kostiumów i zdjęć oraz eleganckiej muzyki pachnącej realiom. Zaś cała historia jest naprawdę wciągająca i prowadzona pewną ręką.

rozwazna3

I jedno co najważniejsze – zagrane jest to po prostu wyśmienicie. I tutaj mam na myśli nie tylko główne role, ale nawet drobne epizody, co jest dość sporą rzadkością (z drugiej strony mając do dyspozycji takich aktorów jak Tom Wilkinson, Imelda Stauton, Hugh Laurie czy Roberta Hardy nie można było narzekać). Jednak najbardziej uwagę skupiają dwie panie i jeden pan – Emma Thompson (rozważna Elinor – stonowana, powściągliwa), Kate Winslet (Marianne – romantyczna, nie ukrywająca swoich emocji) i Alan Rickman (pułkownik Brandon – skryty dżentelmen z tajemnicą). Wszyscy troje są rewelacyjni i patrzy się na nich z wielką przyjemnością. Trochę w ich cieniu jest Hugh Grant, który jednak nadal potrafi zauroczyć.

rozwazna2

Mimo upływu wielu lat, film Anga Lee nadal pozostaje wyborną pozycją w jego dorobku. Choć to melodramat ,czyli gatunek traktowany przez krytykę i większość mężczyzn za coś nie wartego uwagi, jest to najwyższej próby produkcja, która naprawdę potrafi przykuć uwagę i poruszyć. A to się zdarza naprawdę nielicznym.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Córka mojego kumpla

W małym miasteczku w New Joersey, obok siebie mieszkają zaprzyjaźnione ze sobą rodziny Wellingów i Ostroffów – oni naprawdę są zżyci ze sobą. Całe ich wspólne życie zostaje mocno pozmieniane, kiedy po 5 latach wraca do domu Nina, córka Ostroffów. Jej rodzice chcą ją zeswatać z Toby’m, synem sąsiadów, ale ona zakochuje się w jego ojcu. A zaczęło się od pocałunku i chyba się na tym nie skończy.

oranges

Sam film jest słodko-gorzką opowieścią, która trochę tematyką przypomina „American Beauty” – bo na pierwszy rzut oka mamy dwie rodziny mocno zaprzyjaźnione, ale tak naprawdę obie nie są szczęśliwe i obie przeżywają kryzys. Zaś powrót córki marnotrawnej zmusi ich nie tylko do przewartościowania, ale to do przemyślenia własnego życia i nawet do zmian. Choć niby wiemy jak się to skończy, ogląda się to dobrze, nie brakuje odrobiny humoru (czasem zaprawionym ironią), a technicznie jest solidnie. A i trochę do pomyślunku czasem daje. Niby nic wielkiego, ale czy każdy film musimy odbierać jako arcydzieło? To sympatyczna i przyjemna produkcja.

Ale za to obsadę ma bardzo mocną. Znowu bryluje Hugh Laurie, grając bardzo subtelnie faceta przeżywającego kryzys wieku średniego, wplątującego się w romans z małolatą. Mimo to, nie jesteśmy w stanie nie polubić Jamesa Wellinga. Jego przeciwieństwem jest Oliver Platt jako jego sąsiad Terry. Zaś partnerujące im panie (Catherine Keener i Allison Janney) tworzą z nimi ciekawe duety. Jednak najlepiej ku mojemu zaskoczeniu wypadła Leighton Meister – zagubiona, nie do końca wiedząca czego chce Nina. Między nim a Lauriem jest wyczuwalna chemia, przez co ich wątek jest przekonujący.

oranges2

Jest to naprawdę lekka i dość przyjemna komedia, która może nie przejdzie do historii, ale seans nie jest czasem straconym. Nice.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Hugh Laurie – Let Them Talk (Special Edition)

Hugh_Laurie__Let_Them_Talk_Special_Edition_Cover_300x300

Zdarzało się, że za muzykowanie biorą się osoby spoza środowiska muzycznego, głównie aktorzy. Dlaczego wydawali swoje albumy? Dla większej sławy, kasy, popularności? A może dlatego, że potrafią? Trudno powiedzieć. Częściowej odpowiedzi może dać album najpopularniejszego lekarza telewizyjnego ostatnich lat.

Hugh Laurie czyli słynny Dr House to tak naprawdę człowiek wielu talentów. Głównie aktor, ale także pisarz, gra też na gitarze, fortepianie i harmonijce, co pokazywał w niejednym odcinku serialu. Jak sam mówił w jednym z wywiadów, bluesa słuchał od dziecka i zawsze chciał wydać płytę w tym gatunku.


Sam album zawiera bluesowe, tylko w kompletnie nowych aranżacjach. A o tym, że jest to niezwykły album pokazuje już pierwszy utwór „St. James Infirmary” z dwuminutowym wstępem na fortepian. Laurie potwierdza swoje umiejętności, zarówno jako instrumentalista, jak i wokalista. Czuć starego ducha bluesa, choć tutaj dominuje fortepian. Ale poza nim nie brakuje gitary („You Don’t Know My Mind”, „Police Dog Blues”), skrzypiec („Battle of Jericho”), dęciaków („St. James Infirmary”, „Tipitina”).  Zaś jeśli chodzi o tempo dominuje tu spokój, choć nie brakuje szybkich numerów („They’re Red Hot”) czy przyśpieszania w trakcie („Swanee River”). To wszystko buduje klimat.

Teksty są przewrotne i pełne czarnego humoru. Zaś głos Lauriego jest po prostu świetny i dopełnia tej atmosfery. Jednak poza nim zaśpiewało trzech gości: Dr. John („After You’re Gone”), Irma Thomas zwana królową soulu („John Henry”) i Tom Jones („Baby, Please Make a Change”). Wszyscy nie zawiedli i wywiązali się ze swoich zadań rewelacyjnie.

Edycja specjalna tej płyty poza 15 kawałkami, zawiera jeszcze 3 nowe kompozycje (z nich najlepsza jest „Hallelujah, I Love Her So”), koncertową wersję „You Don’t Know My Mind” z Paryża oraz DVD „A Celebration Of New Orleans Blues”, w którym poza zapisem koncertu z Nowego Orleanu Laurie opowiada o swojej muzycznej podróży śladami bluesa, czego słucha się po prostu znakomicie.


Jeśli aktorzy mają wydawać płyty i śpiewać, niech robią to tak, jak zrobił Hugh Laurie. Klimat, prostota i szczerość – to najmocniejsze atuty „Let Them Talk”. Widać i słychać, że ktoś usiadł i nagrał album z miłości do muzyki. Jeśli jeszcze nie nabyliście, to na co jeszcze czekacie? A mówią, że biali nie czują bluesa.


9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski