Zdrada

Północna Irlandia nigdy nie należała do bezpiecznych części świata. Tam można było być gliniarzem, żołnierzem albo członkiem IRA. Albo martwym członkiem IRA, co wychodzi na to samo. Właśnie w tym czasie przyszło żyć Francisowi McGuire – zwany też Frankie Anioł. To członek IRA, odłamu najbardziej radykalnego, walczącego o niepodległość. Dzięki kontaktom trafia do Nowego Jorku, gdzie ma kupić broń dla kumpli i to nie byle jaką, bo rakietnice. Z nowym nazwiskiem oraz dokumentami trafia pod dach rodziny Toma O’Meary – policjanta z długim stażem, który nie zna jego tożsamości.

zdrada1

Alan J. Pakula nie spodziewał się, że to będzie jego ostatni film. Ta historia o silnym irlandzkim zabarwieniu próbuje przedstawić historię Zielonej Wyspy, ogarniętej wojną i przemocą, gdzie zapętla się nienawiść. To jednak jest tylko dla kontrastu miedzy naszymi bohaterami. Pakula tutaj pokazuje podobieństwo między Tomem i Frankiem – obydwaj są ludzi wiernym własnym zasadom: uczciwości, lojalności, z twardym charakterem. Jeden mógłby być ojcem dla drugiego, gdyby poznali się w innych okolicznościach. Tutaj stawia się bardziej na psychologię postaci oraz intrygę skupioną na zakupie broni. Sporadycznie widzimy sceny z pracy Toma: pościgi za drobnymi złodziejaszkami, kłótnia domowa z przemocą, by bliżej poznać bohaterów. Ale najbardziej pamięta się sceny akcji: świetnie zrealizowane, trzymające za gardło. Nieważne czy to zasadzka na policjantów, zakończona starciem z armią czy strzelanina w stoczni między Frankiem z handlarzem bronią.

zdrada3

Przypomina to troszkę kino z lat 70. (stonowana kolorystyka, świetne oświetlenie, praca kamery, dynamiczny montaż), gdzie stawiano na efektowość niż efekciarstwo. Jednak jako całość „Zdrada” wydaje się troszkę płytka, nie do końca przekonuje, pojawiają się przestoje i czasami tempo siada. No i jeszcze to mocno hollywoodzkie zakończenie, co psuje efekt.

zdrada2

Broni się ten film klimatem (fantastyczna muzyka Jamesa Hornera, z której pachnie zwyczajnie Irlandią) oraz dobrym aktorstwem. Harrison Ford kolejny raz gra prawego i dobrego faceta, z twardym kręgosłupem moralnym (żadnych łapówek, machlojek, oszustw), starającego się raczej do spokojnego rozwiązywania problemu, bez przelewu krwi. Spokojny, opanowany, ale w środku się gotuje. Lepszy jest od niego Brad Pitt (ten akcent – cudowny dla ucha) jako powoli zmęczony zabijaniem Frankie. Skażony przemocą, zna tylko tą drogę, jednak jego oczy zdradzają potrzebę stabilizacji. Drugi plan jest tutaj zdominowany przez niezawodnego Treata Williamsa (Billy Burke) oraz śliczną Natashę McElhone (Megan).

Jako całość „Zdrada” to przykład solidnego kina sensacyjnego zrobiona z pewnym pomysłem oraz próbą (nie do końca przekonującą) opowieści o skomplikowanej historii Irlandii, pełnej krwi, przemocy oraz zamordyzmu. Nie do końca wykorzystuje swój potencjał, ale nie traci się czasu.

6/10

Radosław Ostrowski

Zaginione

Dziki Zachód nadal inspiruje filmowców. A wydawałoby się, ze po realizacji „Bez przebaczenia” ten gatunek nie ma racji bytu. Jednak w XXI wieku powstało kilka ciekawych filmów w tym gatunku i paru twórców próbowało wrócić do historii z kowbojami w roli głównej. Nic dziwnego, ze Ron Howard podjął się wyprawy na ten niebezpieczny rejon.

zaginione1

Główną bohaterka jest mieszkająca na odludziu uzdrowicielka, Magdalena. Mieszka z dwiema córkami oraz mężczyzną, który jej pomaga. W ten spokojny wieczór pojawia się ktoś, o kim najchętniej chciałaby najszybciej zapomnieć. To jej ojciec, który wiele lat temu porzucił swoją rodzinę, zostając Indianinem: Samuel Jones. Wraca, by odkupić winy z poczuciem, ze nie zostało mu wiele czasu, jednak rany zadane przez mężczyznę są zbyt silne. Następnego dnia Blake (partner) razem z córkami jadą do miasta, ale wraca tylko najmłodsza Dot. Z jej historii wynika, ze siostrę porwali Indianie. Kobieta prosi ojca o pomoc w wytropieniu, a trzeba się spieszyć, gdyż prawdopodobnie dziewczyna może zostać sprzedana Meksykanom.

zaginione2

Howard miesza różne wątki, przez co seans może wywoływać poczucie dezorientacji. Czego tu nie ma: zemsta, Indianie, wojsko, magia, wędrówka, nawet strzelaniny (finał). Dzieje się tu wiele, ale nie wszystko to się klei w spójną całość. Rozumiem przejścia na Lily, żeby to mogło zbudować napięcie oraz oczekiwanie na spotkanie. Jednak elementy nadprzyrodzone kompletnie psuły frajdę, czasami tłumacząc kompletnie niezrozumiałe sceny (rozmowa Samuela z… ptakiem oraz powrót bohatera do rodziny po tym), wywołując dezorientację. Do połowy filmu utrzymuje się napięcie i jest tajemnica, wynikająca z mocy szamana Indian, ale zbyt częsta obecność oraz używanie magii osłabia ten film. Potem zmienia się to w sprawnie zrobioną, ale schematyczną strzelaninę – bez ikry i pazura. Jedynie próby pogodzenia się Magdaleny z Samuelem są w pełni wygrane do końca.

zaginione3

Nie sposób zapomnieć pięknych zdjęć, pokazujących przestrzeń pustynnych krajobrazów czy zimowej przestrzeni na początku filmu. Wszystko to jeszcze okraszone jest świetną muzyką Jamesa Hornera, która wie, jak podkreślić nastrój każdej sceny.

Sytuację od porażki i bycia dziwnym średniakiem ratują Cate Blanchett oraz Tommy Lee Jones. Ona jest twardo stąpającą po ziemi babką, co nie daje sobie w kaszę dmuchać, potrafiącą leczyć. Z kolei on miota się i nie potrafi odnaleźć się w żadnym ze światów: ani białych ani Indian, ale magnetyzuje swoją tajemnicą, bólem i przeszłością. Powoli zaczynają docierać do siebie i ten duet nakręca film.

zaginione4

Dziwaczna hybryda westernu, dramatu, kina drogi, thrillera, nie do końca wykorzystująca swoje możliwości i strasznie rozdarta. Sami twórcy też nie do końca wiedzieli w jakim kierunku pójść, więc efekt częściowo rozczarowuje. Niemniej wyszło dość strawne kino.

6/10

Radosław Ostrowski

Okup

Ile było już filmów z porwaniem i żądaniem okupu? To jeden z ulubionych chwytów kina sensacyjnego. Ktoś bardzo sprytny znajduje bardzo bogatego jelenia, porywa jednego z członków jego rodziny, żądają w zamian pieniędzy. Nie inaczej jest w filmie Rona Howarda z 1996 roku.

okup1

Poznajcie Toma Mullena – biznesmena, który posiada firmę lotniczą, żonę i syna. Mieszka w Nowym Jorku, jest bezpieczny i wydawało się, że to spokojna, szczęśliwa familia. Jak się domyślamy, spokój nie może trwać wiecznie. Odrobina nieuwagi i staje się najgorsze – potem telefon i zawiadomienie o 2 milionach dolarów okupu. Jest napięcie, jest czekanie, jest plan. Howard pewnie i co najważniejsze, z pazurem, podkreślając klimat strachu, zaszczucia i bezsilności. Montaż podkreśla tę aurę, prowadząc dwutorowo całą narrację: od strony rodziny oraz porywaczy, przeskakując z jednego miejsca w drugie. Początkowo wszystko idzie według sprawdzonego schematu: porwanie (samego zajścia nie widzimy, co jest bardzo sprytne)-żądanie okupu-wykonywanie poleceń. Coś musi jednak pójść nie tak, bo przeciwnik jest inteligentny, sprytny i zna wszelkie policyjne sztuczki. Jakby był dosłownie o krok i te sceny trzymają w napięciu.

okup2

Ale w połowie reżyser, a dokładnie nasz bohater wywraca cały układ do góry nogami: występuje w telewizji i ogłasza, że pieniądze przeznaczone na okup są nagrodą za głowę porywacza. I pojawia się pytanie – czy on wie, co robi? To szaleństwo, wydał wyrok na swoje dziecko. To mocna wolta, która zmienia tempo filmu. Porywaczom zaczyna sypać się grunt pod nogami i nie wiemy jak to się skończy. Napięcie jest jeszcze intensywniejsze, a wtedy wszystko staje się nieobliczalne. Każda scena staje się cięższa, a desperacja bohatera coraz bardziej zrozumiała. A finał, mimo gry znaczonymi kartami, ogląda się z zapartym tchem.

okup3

Howard zaskoczył bardzo obsadzając w roli ojca porwanego dziecka Mela Gibsona, który daje tutaj możliwość pokazania się z troszkę innej twarzy. Wyciszony, skupiony, a jednocześnie w oczach widać strach, desperację, ból. I jest to znakomicie wygrywane przez takie sceny jak jego oświadczenie w telewizji czy prowokacyjna rozmowa z porywaczem (oraz to, co potem), gdzie wściekłość, gniew i strach mieszają się ze sobą tworząc Mieszankę wybuchową. Wspiera go niezawodna Rene Russo (żona) oraz Brandon Nolte (syn). Ale i tak wszystkim film kradnie wyborny Gary Sinese w roli policyjnego detektywa Shankera. Inteligentny, wyważony i niepozbawiony sprytu twardziel, który (uwaga: spojler) jest głównym rozgrywającym, szefem gangu. Jeszcze potrafi sprytnie adoptować się do okoliczności. Trudno też nie docenić Delroya Lindo jako doświadczonego federalnego, co podejmie wszelkie możliwe środki do uratowania dziecka.

okup4

„Okup” to jeden z mocniejszych filmów Howarda w całej karierze. Sprytnie grająca z widzem sensacja, która trzyma w napięciu, ciągle zaskakuje i nadal ma takiego kopa, że głowa mała. Po prostu świetne kino, które zostawiło mnie z jednym pytaniem: co ja bym zrobił w takiej sytuacji?

8/10

Radosław Ostrowski

Kokon

Filmy o seniorach i ludziach starszych mają to do siebie, że można podzielić je na dwie grupy. Pierwsza to depresyjne kino pokazujące mroczną stronę tego okresu: fizyczna ułomność, zmęczenie życiem. Druga grupa to pokazanie tego okresu jako sytuacji, gdy jeszcze można być głodnym życia. Tak jest w przypadku filmu Rona Howarda z 1985 roku.

kokon1

Poznajcie Arta, Bena i Joego – to trzej pensjonariusze domu opieki w St. Petersburgu (ale nie tego w Rosji). Ci ludzie jeszcze nie zamierzają się nudzić. Dlatego w tajemnicy zakradają się do opuszczonego domu, by popływać w znajdującym się tam basenie. Problem jednak zaczyna się, gdy budynek zostaje wynajęty przez tajemniczego Waltera, a na dnie basenu pojawiają się bardzo duże kamienie. Jedno nie ulega wątpliwości: podczas kąpieli nasi emeryci stają się coraz bardziej ożywieni i zdrowieją. Sami odkrywają, iż tajemniczy goście to przybysze z kosmosu.

kokon2

Akcja „Kokonu” przebiega dwutorowo: z jednej strony mamy naszych emerytów, co stają się coraz młodsi i bardziej energiczni niż zwykle. Nawet do tego stopnia, że wszelkie choroby i dolegliwości znikają automatycznie. Drugi wątek skupiony jest wokół Waltera oraz wplątanego w całą eskapadę z kokonami Jacka Bonnera (kapitana statku wynajmowanego przez kosmitów). Prędzej czy później musi dojść do zderzenia tych bohaterów. Po drodze nie brakuje odrobiny humoru oraz troszkę rubasznych żartów (aczkolwiek scena w dyskotece, gdy Art wykonuje breakdance – wow), ale Howard potrafi też wzruszyć oraz zastanowić. Nie da się zapomnieć nagłego odejścia jednej z pensjonariuszek (Rose), zgonu jednego z kokonów czy dramatycznego, finałowego pościgu z gęstą mgłą. To wszystko pokazuje, że starość też może być piękna, a staruszkowie to też ludzie. Potrafiący kochać, cierpieć, sprawić innym ból lub być mentorami (relacja Bena z wnukiem).

kokon3

To ładne kino z pięknymi zdjęciami podwodnymi oraz genialną muzyką Jamesa Hornera. Howard troszkę tutaj przypomina Stevena Spielberga, a historia pierwszego kontaktu z obcymi utrzymana jest w duchu ciepłego humanizmu. Do tego jest świetnie zagrany przez niesamowitych aktorów, choć już dzisiaj zapomnianych. Dominuje trio Don Ameche/Wilford Brimley/Hume Cronyn, między którymi czuć silną chemię oraz prawdziwą przyjaźń. Widać, że wiele przeszli i nie zamierzają godzić się na nudne życie. Po drugiej stronie mamy troszkę nieśmiałego Steve’a Guttenberga (Jack) oraz opanowanego i spokojnego Briana Dennehy’ego jako przywódcę kosmitów Waltera, który jest bardzo ludzki i życzliwy. To nie wszyscy, bo wyliczyć każdego byłoby trudno.

kokon4

„Kokon” jest bardzo ciepłym, sympatycznym, a jednocześnie pogodnym filmem. Howard pozostaje twórcą życzliwym, a chociaż efekty specjalne zestarzały się mocno, to klimat pachnący nostalgią oraz kinem nowej przygody pozostaje. Refleksyjne, pełne serca kino.

7/10

Radosław Ostrowski

33

2010 rok dla Chile był bardzo ważny, chociaż nikt tego się nie spodziewał. W małym miasteczku Copiaco mieszkają górnicy, którzy dojeżdżają do San Jose, gdzie jest kopalnia złota. Jednego październikowego dnia dochodzi do tąpnięcia i jedyne wyjście zostaje zablokowane. 33 górników zostało w pułapce, czekając na pomoc i praktycznie zdani tylko na siebie. Jednak po 69 dniach zostają wyciągnięci cali i zdrowi.

33_2

Brzmi jak bajka stworzona przez jakiegoś nawiedzonego hollywoodzkiego scenarzystę. Ale to wszystko wydarzyło się naprawdę i trzeba było czekać pięć lat na realizację filmu o tym niezwykłym cudzie. Reżyser Patricia Reggan stara się chwycić za serce tego pozornie klasycznego filmu katastroficznego zmieszanego z dramatem. Ale jeśli spodziewacie się wiernej rekonstrukcji w skali jeden do jeden, to jej nie otrzymacie. Za to będzie sporo wzruszeń, konfliktów oraz walki. Żeby jednak nie było to pokazane tylko z jednej strony, czyli utkniętych górników, widzimy też ich rodziny stojące przed kopalnią oraz ekipę ratunkową kierowana przez ministra górnictwa, by poprawić notowania obecnych władz. Trudno odmówić klimatu klaustrofobii, co spowodowane jest niemal pozbawionym światła kopalni po zawaleniu. Każdy z bohaterów (nie w pełni wyraziście zarysowany) musi zmierzyć się z głodem, wątpliwościami, ale też swoimi kolegami (racjonalizacja jedzenia, pretensje do właścicieli za zaniedbania) oraz dalszym, nieznanym losem.

33_3

Nawet jeśli te wzruszenia i emocje są budowane prostymi środkami (szczere rozmowy, motywacje, wyobrażony w głowie ostatni posiłek z najbliższymi czy suspens związany z wiertłami), to nie miałem wrażenia stosowania szantażu czy manipulacji. Muszę jednak stwierdzić, że pewne rzeczy zostały podkoloryzowane. Są oskarżenia o pewne niedopatrzenia, ale nie zostają wyraziście nakreślone, bo trzeba skupić się na ocaleniu górników. Równie sama katastrofa wygląda dość spektakularnie i zrealizowane jest to bardzo solidnie.

33_1

I widać, że bohaterowie są dość papierowi, ale aktorzy dają im życie oraz barwy. Każdy z nich ma kogoś, kto czeka na nich, ma niezałatwione sprawy i urazy wobec bliskich (Dario). I z tego grona najbardziej wybija się Antonio Banderas w roli, niejako mimowolnego przywódcy grupy, Mario Sepulveda, dając tyle ognia i iskry, że już bardziej się nie dało tego zrobić. Drugą wyrazista postacią jest minister (Rodrigo Santos), który miał się tylko przyglądać, ale pod wpływem tłumu zaczyna angażować się i walczyć o ocalenie. Zawsze miło jest zobaczyć także Gabriela Byrne’a (inż. Andre Sougarret) i Juliette Binoche (Maria), chociaż są tylko tłem.

33_4

I muszę przyznać, że mimo hollywoodzkiego sznytu, „33” dobrze się ogląda, chwyta za serducho. Kilka scen na pewno zostanie w pamięci, mimo dość prostego schematu oraz przebiegu wydarzeń. Bo pozostawia jedno, ważne pytanie: co ja bym zrobił uwięziony kilkaset metrów pod ziemią? Z dala od bliskich, bez kontaktu i praktycznie bez szansy na ocalenie. Powiedzcie mi.

7/10

Radosław Ostrowski

Do utraty sił

Filmowcy kochają boks i nie jest to żadne zaskoczenie. Bowiem jest to jeden z bardziej dynamicznych sportów, widowiskowy, gwarantujący emocje, krew, pot i łzy. Ile razy widzieliśmy opowieści o facetach, którzy dostają szansę na osiągnięcie sukcesu lub powrotu do glorii i sławy? To jeden z fundamentów amerykańskiego snu, że nie ma rzeczy niemożliwy i nieosiągalnych. I czy można nadal coś ciekawego opowiedzieć w tej materii, czyli w kinie bokserskim?

do_utraty_sil1

Poznajcie wielką nadzieje białych – nie, nie mówię o Andrzeju „Endrju” Gołocie, tylko o Billym Hope. To młody, ale doświadczony bokser z czterema pasami mistrza świata. Jednak styl, w którym walczy jest dość dyskusyjny – wystawiając się na ciosy i wyglądając przy tym jak krwawy rzeźnik. Ale wtedy wygrywa, publika wyje i jest uwielbiany. Do czasu, kiedy pojawia się jedna chwila. Podczas imprezy charytatywnej jego żona zostaje zastrzelona i wszystko się sypie. Bańka pęka, a Billy zostaje sam ze swoimi demonami i traci wszystko – towarzystwo się rozchodzi, córka zostaje oddana do pomocy społecznej, dom idzie na sprzedaż, by spłacić swoje długi. Ostatecznie Hope trafia do slumsów i małej siłowni prowadzonej przez doświadczonego Ticka Willsa.

do_utraty_sil2

Brzmi znajomo? Reżyser Antoine Fuqua opowiada historię jakich było w kinie setki, jeśli nie tysiące. Schemat jest prosty: szczyt – upadek – walka o powrót. Najciekawsze w tym wszystkim jest to, że udaje się zaangażować emocjonalnie w tą historię i czyniąc ją wiarygodną do samego finału. Uważnie pokazuje światek bokserski, gdzie naszego bohatera otacza świta podlizujących się przydupasów, pazerny i chciwy promotor, żywiołowi komentatorzy i oczekująca widowiska widownia. A kiedy upadasz, jesteś sam, zdany tylko na siebie i wtedy wychodzi na jaw, kto był prawdziwym przyjacielem. Boks tak naprawdę jest tylko otoczką dla klasycznej opowieści o walce. Walce, która trwa nie tylko na ringu, lecz także poza nim – o swoja godność, życie, rodzinę.

do_utraty_sil3

Dalej jest ostra praca i trening, który ma zmienić filozofię walki – te sceny, mimo iż je widzieliśmy wiele raz, nadal potrafią porwać. Niby proste elementy, ale są spójnym elementem tego świata i co najważniejsze, nie odniosłem wrażenia gry znaczonymi kartami.

Zarówno sekwencje treningowe, jak i same walki są zrealizowane w widowiskowy sposób – nie brakuje klasycznego planu ogólnego, ale są też pewne eksperymenty w postaci pokazania z perspektywy głowy pięściarza czy spowolnienia. Mauro Fiore znów potwierdza swoją klasę, nadając tym scenom nerwu, tempa oraz adrenaliny, w czym pomaga dynamiczny montaż oraz muzyka spod znaku Eminema.

do_utraty_sil4

Żeby jednak nie było tak słodko, Fuqua nie uniknął skrętów w hollywoodzki styl (troszkę przesłodzony finał), a relacja Billy’ego z córką, która jest kośćcem dramatycznego wątku jest traktowana po macoszemu i nie zostaje do końca wygrana. Tu można było wycisnąć ciut więcej. Także brak czegoś nowego w tej konwencji można uznać za poważny zarzut, ale to już czepialstwo na siłę.

Fuqua poza świetną robotą jako reżysera, ma asa w rękawie – wielkiego Jake’a Gyllenhaala, grającego tutaj (moim skromnym zdaniem) rolę życia. Billy w jego interpretacji to wściekłe zwierzę na ringu, które dopiero, gdy zaserwuje widowni krwawy spektakl jest sobą. Ale po stracie swojej kobiety (bardzo przyzwoita Rachel McAdams), górę bierze gniew, wściekłość i droga ku autodestrukcji. Zarówno w scenach z żoną, podczas wizyt u córki, jak i podczas walk nie czuje się żadnego fałszu. Widzimy fightera, próbującego na nowo posklejać się. I wierzyłem w każde jego słowo i spojrzenie. Aktor zawłaszcza swoja osobowością cały film. Kto wie, może zgarnie nominacje do Oscara. Poza nim nie można nie pochwalić świetnego Forresta Whitakera, który wraca do formy, ogrywając schemat doświadczonego mentora – Till Wills to pozornie trener jakich wiele. Niespełniony bokser, opiekujący się młodymi chłopakami, próbując ich naprowadzić na jasną stronę Mocy. Tutaj nawet średni aktor i upadły finansowo raper 50 Cent w roli cwanego promotora dobrze się odnalazł.

do_utraty_sil5

Antoine Fuqua może w „Do utraty sił” nie serwuje niczego nowego w tym bokserskim dramacie, ale nie zmienia to faktu, że nakręcił najlepszy film w swojej karierze. Świetne, kipiące emocjami i fantastycznie zrealizowane. Niepozbawione wad, ale reżyser serwuje mocne ciosy, powalając na łopatki.

8/10

Radosław Ostrowski

Apollo 13

To miał być zwykły, podręcznikowy wręcz lot na Księżyc. 11 kwietnia 1969 Apollo 13 miał polecieć w przestrzeń kosmiczną, zebrać kamienie z Księżyca i wrócić na Ziemię. Załoga – dowódca Jim Lovell, Fred Haise i Ken Mettingly przez dwa miesiące ostro trenowali, jednak z powodu możliwości złapania odry, ten ostatni zostaje zastąpiony przez Jack Swigerta. Lot wydawał się tak nudny i spokojny, że żadna telewizja nie była zainteresowana transmitowaniem lotu. Wszystko się zmieniło przez trzy słowa: „Houston, mamy problem”.

apollo13_1

Ron Howard jest uważany za jednego z najlepszych rzemieślników Hollywood. Poniekąd jest to prawda, bo nie posiada własnego stylu, który by go wyróżniał od innych twórców, jednak gdy dostanie dobry scenariusz, jest w stanie z niego wycisnąć wszystko. Tak było w przypadku „Ognistego podmuchu”, „Frost/Nixon” czy ostatniego filmu – „Wyścig”. Historia misji Apollo 13 tylko potwierdza umiejętności Howarda w opowiadaniu historii. Mimo znajomości finału całej opowieści, udaje się trzymać w napięciu do samego finału, a o czymś to chyba świadczy. Technicznie trudno się przyczepić – ale to standard w przypadku produkcji zza Wielkiej Wody. Kamera bardzo sprawnie podąża, montaż podkręca tylko napięcie, a podniosła muzyka Jamesa Hornera nadaje powagi całej sytuacji. Nie sposób też nie zauważyć scenografii (zwłaszcza wygląd pojazdu kosmicznego robi wielkie wrażenie). Przerzucenia akcji z miejsca na miejsce (od momentu usterki jesteśmy w NASA, potem w domu pani Lovell, gdzie przychodzą przyjaciele ją wesprzeć, wreszcie mamy relacje telewizyjnych programów, gdzie zostaje nam wszystko powoli wytłumaczone) tylko podkręca dynamikę, a zbudowania filtru na dwutlenek węgla nie powstydziłby się sam MacGyver.

apollo13_2

Aktorsko w zasadzie też jest bez zarzutu, a całość jest rozpisana na piątkę postaci. Pierwsza to Jim Lovell o aparycji Toma Hanksa, czyli poczciwego, amerykańskiego everymana znajdującego się w sytuacji ekstremalnej. I – jak to Amerykanin – próbuje znaleźć rozwiązanie z każdej sytuacji. Partnerujący mu Bill Paxton (zabawny – na początku – Fred Haise) oraz Kevin Bacon (niezgrany do końca z członkami misji Jack Swigert) podtrzymują poziom, świetnie pokazują zarówno zaufanie, precyzję swojej roboty, nerwy oraz zmęczenie. Sekundują im dwaj mistrzowie. Pierwszy to (zasłużenie) nominowany do Oscara Ed Harris. Jego Gene Kranz (szef misji) to odpowiedzialny dowódca, który traktuje bardzo poważnie swoje zadanie i jest bardzo powściągliwy w wyrażaniu emocji. Druga postać to grany przez Gary’ego Sinise’a Ken Mattingly, który odegra kluczową rolę w misji powrotu na Ziemię. Jednak nawet drobne epizody są bardzo dobrze poprowadzone przez reżysera.

apollo13_3

Jednak „Apollo” nie jest pozbawiony wad. Najpoważniejszą jest tutaj amerykański patos, który pod koniec mocno wymyka się spod kontroli reżysera (sceny, gdy świat modli się za astronautów czy finał – trochę nadęty). Poza tym film może być odebrany jako kolejny triumf synów amerykańskiej ziemi, co akurat w tym przypadku jest prawdą.

Ale dla mnie to przede wszystkim historia triumfu człowieka wobec przeciwności oraz jego silnej. A że panowie w tym wypadku posługują się angielszczyzną jest sprawą drugorzędną. Całość jednak tak mocno trzyma za gardło, że te wady nie mają wielkiego znaczenia. Ale to nie jest najlepszy film Howarda (dla mnie takim jest „Wyścig”), ale to i tak ścisła czołówka.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Chłopiec w pasiastej piżamie

Rok 1940, wojna trwa. Poznajcie Bruno – 8-letniego chłopca, który nie jest świadomy tego, co się dzieje dookoła. Pewnego dnia z Berlina trafia wraz z całą rodziną na wieś, gdzie jego ojciec – oficer – obejmuje nową posadę. Wbrew zakazowi, chłopak opuszcza dom i poznaje ubranego w „pasiastą piżamę” chłopaka – Szmula, którego dzieli drut kolczasty. Między chłopcami zawiązuje się przyjaźń.

pasiasta_pizama1

Wydawało się, ze o Holocauście już powiedziano wszystko i niczego nowego wymyślić się nie da. Mark Herman poszedł w równie popularny sposób opowieści – przyjęcie perspektywy dziecka. Ale to jest dziecko, które jak większość narodu niemieckiego, nie było świadome otaczającej rzeczywistości. Przy okazji reżyser podpatruje jego rodzinę, dzięki czemu poznajemy indoktrynację całego społeczeństwa (siostra ślepo „wchłania” całą ideologię nazistowską, serwowana przez nauczyciela), co najbardziej widać w postawie mężczyzn – niemal wszystkich. My orientujemy się, co znajduje się za płotem i czemu wszyscy noszą pasiaste piżamy”, bo 8-latek nie zna słowa obóz koncentracyjny. Nawet matka wydaje się odwracać wzrok na samo to słowo i reaguje histerią. Problem w tym, że mnie ta historia pozostawiała przez spora część filmu obojętną – może poza rozmowami dzieci (bardzo wiarygodnie zagranych przez Asę Butterfielda oraz Jacka Scanlona). I jeszcze jedną rzeczą – finałem, który mnie naprawdę zmiażdżył.

pasiasta_pizama2

Poza dzieciakami, grającymi główne role, reszta obsady tak naprawdę robi za tło (choć zdecydowanie należy wyróżnić grających rodziców Davida Thewlisa i Verę Farmigę) – solidnie zbudowane i nie odwracające uwagi od głównych bohaterów, gdyż to na nich spoczywa cały ciężar tego przedsięwzięcia.

pasiasta_pizama3

Markowi Hermanowi wyszedł całkiem niezły film, który jest solidnie zrealizowany, ale najmocniejszym i najlepszym momentem pozostaje zakończenie. Choćby dla niego, warto obejrzeć to smutne kino.

6/10

Radosław Ostrowski

Czerwona gorączka

Ivan Denko jest kapitanem radzieckiej milicji, który tropi gruzińskiego handlarza narkotyków Viktora Rostę. Niestety, obława kończy się niepowodzeniem, a kolega Denki zostaje zastrzelony. Rosta ucieka do Chicago, gdzie pojawia się Ivan, którym ma się zaopiekować sierżant Art Ridzik. Sprawa deportacyjna wydaje się prosta, ale Rosta zostaje odbity przez swoich czarnoskórych wspólników. Dla obu panów dorwanie Rosty staje się sprawą osobistą.

czerwona_goraczka1

Był taki czas, że kimkolwiek byś nie był – nie mogłeś drażnić Arnolda Schwarzeneggera. Tą zasadę bardzo dobrze zna Walter Hill, który od lat 70. kręcił dość proste, ale bardzo klimatyczne i solidnie zrobione kino akcji. „Czerwona gorączka” wydaje się nie odbiegać od tego standardu. Jednak tutaj nie brakuje też humoru, bazującego na kulturowych, społecznych i politycznych kontrastach między sztywnym i muskularnym Denko a bardziej wyluzowanym, choć mocno ograniczonym papierami Ridzikiem. Wszystko jest tutaj zrobione w sposób dość prosty, ale i z mocnym nerwem. Wystarczy zobaczyć pierwszą scenę, gdzie Arnold w łaźni próbuje zdobyć informacje o ściganym Denko, strzelaninę w motelu czy finałowy pościg autobusowy, gdzie pokazana jest destrukcyjna siła tych pojazdów. Klimat też jest potęgowany przez realizm w pokazywaniu przemocy – pada tu masa strzałów, krew leci w dość sporej ilości, a wiele miejsc jest tak mrocznych, że można zacząć się bać. Największą wadą film jest jego schematyczność i przewidywalność, gdyż takich produkcji w latach 80. powstawało na pęczki. Na szczęście dostajemy kilka niezłych dialogów i żartów, a surowość realizacji działa tylko na plus.

czerwona_goraczka2

Od strony aktorskiej – umówmy się, takich filmów dla aktorstwa się nie ogląda, ale dobrze jest, jeśli osoby mają coś do pokazania. Arnold Schwarzenegger jest po prostu Arnoldem – małomównym, inteligentnym, muskularnym Ruskiem. Można wręcz śmiało stwierdzić, że jest jak prawo – bezkompromisowy, bezwzględny i skuteczny. Partnerujący mu James Belushi to jego przeciwieństwo – nie trzymający się mocno prawa, nerwowy i porywczy. Obaj panowie, choć nie łatwo, ale zaczynają się dogadywać ze sobą. No i w końcu świetny Ed O’Ross w roli łotra Rosty – jest bezwzględnym, wyrachowanym bandziorem, który nie cofnie się przed niczym.

czerwona_goraczka3

Mocne, męskie kino – tak się zazwyczaj określa takie filmy jak „Czerwona gorączka”. Dobre kino z czasów świetności Arnolda.

7/10

Radosław Ostrowski

James Horner – Gorky Park

Gorky_Park

W moskiewskim parku Gorkiego zostają znalezione zwłoki trojga ludzi, pozbawiony twarzy, dokumentów i odcisków palców. To śledztwo dla inspektora milicji Arkadego Renko jest dość kłopotliwe, bo w sprawę jest zamieszanych wiele wpływowych osób. Tak w skrócie można przedstawić fabułę „Parku Gorkiego” – jednego z zapomnianych, ale bardzo interesujących kryminałów lat 80-tych. Mroczny klimat komunistycznej Rosji, piętrowa intryga i wyborne aktorstwo (William Hurt, Lee Marvin, Brian Dennehy czy nominowana do Złotego Globu Joanna Pacuła) to tylko kilka z mocnych punktów tego filmu. Swoja także robi oprawa muzyczna, która skupiona jest przede wszystkim na budowaniu napięcia.

To zadanie stanęło przed Jamesem Hornerem i wyszedł z tego obronną ręką. Wcześniej album z muzyką do tego filmu wydało Varese, ale w 2011 roku niejaka wytwórnia Kritzerland postanowiła wznowić tą ścieżkę i zremasterować dźwięk. Jakby było tego mało, to mamy tutaj umieszczone utwór w kolejności chronologicznej zgodnie z filmem. Ale też dostępna jest wersja pierwotna i to umieszczona na jednej płycie. To jak będziecie chcieli odsłuchać muzyki jest waszym wyborem, choć w zasadzie nie ma to żadnego znaczenia.

hornerW zasadzie całość jest tutaj budowana na action i underscorze, więc jest to mocno powiązane z ekranem. Jest tu charakterystyczny jazgot oparty na dęciakach (puzon), nerwowej grze smyczków oraz bardzo rytmiczna perkusja, nadająca całości bardziej agresywnego brzmienia. Większy wpływ mają też syntezatory – to wszystko buduje bardzo posępny klimat. Słychać to już w „Main Title”, gdzie typowo hornerowskie brzmienie (trzaski smyczek, ciągnące się dęciaki i mroczna elektronika) przeplata się z kompozycjami Piotra Czajkowskiego (kluczowe dla filmu). Typowo akcyjne zagrywki kompozytor umieszcza w scenach pościgów czy śledzenia, polewając je czasem „rosyjskim” sosem wykorzystując bałałajkę („Main Title”) czy akordeon, zaś budowanie tutaj akcji łudząco przypomina „48 godzin”. Słychać to najbardziej w „Following Kirwill”, gdzie przewijają się echa „48 godzin” (spokojne wejście smyczków, które zostaje gwałtownie przerwane przez mocny rytm perkusji) czy bardzo krótkim „Chase Through the Park” (nerwowe i „opadające” smyczki w tle). Takie dysonanse Horner wygrywa naprawdę mocno, choć najlepiej sprawdzają się tylko na ekranie. W podobnym tonie szaleje „Irina’s Chase”, który zaczyna się dość spokojną gra perkusji i ponurej elektroniki. Ale już od drugiej minuty wszystko ulega przyśpieszeniu i dochodzi do gwałtownego uderzenia (smyczki, marszowa perkusja i puzony zmieszane z elektroniką), by znów się wyciszyć oraz znowu zaatakować z większym impetem.

Na szczęście „Gorky” to nie tylko efektowna akcja i dynamiczna „rozwałka” dźwiękowa. Jest tutaj jedna bardzo liryczny temat skupiony na postaci Iriny. Bardzo delikatny i spokojny, dający chwilę na złapanie oddechu. Plumkające smyczki, delikatny fortepian, cymbałki, harfa i pogodniejsza elektronika tworzą bardzo piękny, choć dość tajemniczy motyw, który jeszcze pojawi się w „Airport Farewell”, smętnym „Arkady and Irina” i połowie finału „Releasing the Sables/End Titles”. Poza tym jest jeszczem mroczne „Faceless Bodies” bazujące na bardzo nieprzyjemnej elektronice, która się zapętla

Jednak prawdziwą wisienką jest tutaj „The Sable Shed”, pojawiające się w kluczowej scenie „rekonstrukcji” zbrodni dokonanej przez Renkę, gdzie „łamię” Irine pokazując głowę jej martwej koleżanki. Początek to temat akcji grany na perkusję i różnego rodzaju „gitarowo-plumkające” dźwięki. Ale gdzieś w okolicy półtorej minuty następuje wyciszenie i zaczyna robić się dużo mroczniej – snujące się smyczki, nerwowe fagoty i elektronika, a także co chwila trzask. Wszystko się zapętla, atmosfera gęstnieje i nawet fortepian, choć delikatny brzmi tu złowrogo, razem z imitującą dźwięk syreny smyczkami, które pod koniec zapętlają się. Niby nie ma tu zaskoczenia, ale czuje się niepokój. Naprawdę świetna robota.

Więc jak tu ocenić „Park Gorkiego”? Samej muzyki nie jest tu zbyt (dwa razy po 35 minut), co wywołuje pewien niesmak, ale wybrano najważniejsze tematy, przez co nie ma tu zbędnych powtórek czy zapychaczy. Jednak wydanie to ma swoje wady. Po pierwsze, w zasadzie dostajemy dwa razy to samo, choć inna kolejność (film and album presentation) mogą zaważyć na odsłuchu, na mnie nie robi to żadnego wrażenia. Słuchanie drugi raz tego samego, nawet w innej kolejności to strata czasu i miejsca na płycie. Po drugie, Horner tutaj dość mocno bazuje na „48 godzinach”, polewając w zasadzie mroczniejszym underscorem i dodając „rosyjskie” smaczki. I po trzecie, dość archaiczna elektronika. Jest tu pewien widoczny progres, ale ta muzyka lepiej sprawdza się na ekranie.

7/10

Radosław Ostrowski