Warszawskie Combo Taneczne – Sto lat, panie Staśku!

sto-lat-panie-stasku-b-iext52749074

Urodziny można obchodzić na multum różnych sposobów. Można zrobić zrobić dużą imprezę, pokazać nowy film czy wydać nową płytę. Ale jak są urodziny, zaś solenizant już dawno opuścił ten świat, pozostaje nagrać tribute album. Tak też postanowił zrobić Jan Młynarski ze swoim Warszawskim Combo Tanecznym, wydając płytę w hołdzie dla Stanisława Grzesiuka – jednego z najsłynniejszych pieśniarzy warszawskiej ulicy.

Jeśli ktoś spodziewał się ewolucji oraz zmiany stylu brzmienia formacji, to się nie doczeka. Mandolina, banjo, piłka, akordeon z gitarą nadal tu grają, a uliczny klimat wręcz wycieka. Czasem pojawi się pewien drobiażdżek jak solo saksofonu w “U Bronki wstawa”, zaś siłą pozostaje zmienne tempo jak żwawsze “Choć z kieszeni znikła flota”, pełen gitar walc “Bujaj się Fela”, lekko rozbrykana “Fabrykantka”, rozkręcające się tango “Hanko” (akordeon szaleje w tle) czy wiele spokojniejsze “Kaziu nie bądź kiep” z krótkimi wstawkami fortepianowymi albo mroczny “Antek” z melancholijną gitarą czy polana smutkiem “Noc ciemna i zimna”

Poza muzyką równie istotne są teksty. Nie brakuje w nich zarówno opisów imprez, napadających bandytów, ale też spraw damsko-męskich, radości życia, lokalnego patriotyzmu czy ironicznego komentarza w sprawie wojny (“Niech żyje wojna!”), co dodaje animuszu, jest zrobione z głową, wdziękiem oraz humorem. Nie zabrakło też nieśmiertelnej “Ballady o Felku Zdankiewiczu”, “Nie masz cwaniaka nad warszawiaka” czy “Wszystkie rybki”.

Janek Młynarski na wokalu nadal robi świetną robotą, utrzymując fason i podtrzymuje tradycję ulicznego grania. Trzecia płyta zachowuje poziom poprzedników, ale też nie doprowadza do dużych zmian. Nadal się przyjemnie słucha.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Młynarski-Masecki Jazz Camerata Varsoviensis – Fogg – pieśniarz Warszawy

fogg-piesniarz-warszawy-b-iext53006665

Co rok Muzeum Powstania Warszawskiego z okazji rocznicy powstania zawsze wydaje album z tą tematyką. Jednak tym razem postanowiono pójść w zupełnie innym kierunku, bo postanowiono przypomnieć dorobek przedwojennego klasyka polskiej piosenki – Mieczysława Fogga. Zadania podjął się znany już duet Jan Młynarski (wokal, produkcja) oraz Marcin Masecki (pianista, aranżaer), powołując Jazz Camerata Varsoviensis.

A jakie my tu znajdujemy frykasy? Od największych hiciorów, po te troszkę zapomniane lub mniej kojarzone z tym wykonawcą utworem. Produkcyjnie przypomina to poprzednie dzieło duetu Młynarski/Masecki, czyli nagrania brzmią jakby powstały te 70-80 lat temu i ktoś po latach je odgrzebał, zremasterował oraz rozpowszechnił. Początek to zwiewne “A ja sobie gram na gramofonie”, gdzie na początek dostajemy śliczne klarnety z wręcz falującymi smyczkami (zwłaszcza w refrenie). By nie było tak nudno pojawia się rozpędzone “Polowanie na tygrysa” – foxtrot wspólnie śpiewany, gdzie instrumenty nie są w stanie złapać oddechu, a Masecki szaleje na pianinie oraz przy aranżacji (“tuptanie” w środku), dodając lekkości. I kiedy wydaje się, że będzie tak leciutko, wręcz przyjemnie, wchodzi prawdziwy walc (a nawet walec) – “Ja mam czas, ja poczekam”, z melancholijnymi skrzypcami oraz wręcz “grobowym” fortepianem. Tutaj instrumenty mają więcej do powiedzenia, a nawet swoje solo ma mandolina. Lekkość pozornie wraca do “Ameryki”, gdzie czuć pewien – nie wiem, jak to nazwać – żydowski klimat, spowodowany specyficzną grą skrzypiec oraz szybkim tempem walca, a także w lirycznym “Nic o Tobie nie wiem”. Tutaj znowu smyki falują, fortepian uwodzi, robi sie cieplej na serduszku, zaś melodia przewodnia wybrzmiewa tak uroczo, że nawet głos Młynarskiego może wydawać się zbędny.

Ale wszystko zmienia się w rzewnej piosence “Związane mam ręce”, brzmiącej niczym grana przez barową kapelę. Tutaj wybija się saksofonowy początek, delikatne popisy smyków oraz dęciaków w tle. To trwa jednak chwilkę, bo radość wraca do “O-key”, gdzie znów fortepian pozwala sobie na wiele, a w tle trąbeczki, perkusja i robi się tak przyjemnie. W podobnym tonie, chociaż troszkę minorowo gra “Może kiedyś, innym razem”, a odrobina melancholii pokrywa nieśmiertelne “Tango milonga”. A jeśli myśleliście, że nie pojawi się “Ta ostatnia niedziela”, no to się pomyliliście. I ten utwór nadal ma w sobie moc oraz porusza. Po drodze jeszcze będzie szalona, czasami brzmiąca spektakularnie “Argentyna”, chwytająca za serce “Warszawo ma”, ciągle czarujące, pogodne “Młodym być i więcej nic”, by zakończyć to “Piosenką o mojej Warszawie”.

Sam Młynarski radzi sobie wokalnie tak jak przyzwyczaił nas choćby w Warszawskim Combo Tanecznym. Jednak nasz duet postanowił zaprosić kilkoro gości. Klasę potwierdza Joanna Kulig (“Związane mam ręce”), potrafi poruszyć Barbara Kinga Majewska (“Warszawo ma”), jednak dla mnie całość skradli śpiewający dość nisko, ale bardzo energicznie Szymon Komasa (m.in. “A ja sobie gram na gramofonie” oraz “Młodym być i więcej być”) oraz Agata Kulesza (“Ameryka”, “Może kiedyś, innym razem”), ubarwiając całość.

“Fogg – pieśniarz Warszawy” to spojrzenie szersze na tego niezapomnianego artysty, zachowującego przedwojenną elegancję oraz szyk, a także i błyskotliwy dowcip. Jednocześnie przypomina, że Fogg to nie tylko “Ta ostatnia niedziela” i – jak głosił Bolec w niezapomnianych “Chłopakach nie płaczą” – to był gość, zaś aranżacje Maseckiego dodają tylko blasku całości. Cudowne wydawnictwo.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Warszawskie Combo Taneczne – Dancing, salon, ulica

dancing_salon_ulica

Janek Młynarski razem ze swoim combo dalej penetrują przedwojenne szlagiery, wykonując je tak jak kiedyś miejskie kapele. Dwa lata temu wydali drugi album, którego tytuł nie jest przypadkiem. Jak zwykł mawiać Andrzej Włast (przedwojenny autor) piosenka staje się szlagierem dopiero wtedy, gdy kochają ją dancing, salon i ulica. Na pewno też było z utworami znajdującymi się na tym albumie.

Od razu uprzedzę, brzmieniowo absolutnie się nic nie zmieniło. Nadal wygrywa gitara z mandoliną i bandżolą, wspierana przez… piłę oraz kontrabas. I wszystko to jest wykonywane z lekkością, ulicznym sznytem, co już wychwytujemy od „Dziś panna Andzia ma wychodne”. A im dalej w las, tym znajdziemy te bardziej znane („Tango Milonga”, „Chryzantemy złociste” – nie, nie te serwujące słowne wiązanki uliczne), jak i te mniej dla osób spoza Warszawy. Jest i żwawy walczyk („Kącik marzeń” czy „Twych słodkich ust”), troszkę bardziej liryczne granie ze skrzypcami w tle (powoli rozkręcający się „Dlaczego właśnie dziś”), lekko „podchmielona” „Wódeczka” czy posiadająca długi wstęp „Tango Milonga”. Warto też wspomnieć gitarowe „Ecie pecie” z dowcipnym tekstem czy wolniejszy „Kwiat paproci”.

Teksty nie są pozbawione zarówno poetyckości („Dlaczego właśnie dziś”, „Kwiat paproci”), jak i dowcipu („Mój czarny kot”, „Czarnoksiężnik”), co na pewno wzbogaca to wydawnictwo. Owszem, utwory brzmią jakby grane na jedno kopyto, ale wdzięk Młynarskiego oraz zgrane brzmienie formacji daje wiele luzu do całości. Tak sympatycznej, dowcipnej, jak i groźnej niczym ulice przedwojennej Warszawy. Czas mija szybko (troszkę za szybko), ale zawsze można włączyć płytę od nowa.

7/10

Radosław Ostrowski

Warszawskie Combo Taneczne – Przyznaj się

przyznaj-sie-w-iext38493581

Czy mówi wam coś nazwa Warszawskie Combo Taneczne? To formacja kierowana przez Jana Młynarskiego, która gra i przypomina utwory przedwojennej Warszawy, a dokładniej utwory śpiewane przez ulicznych grajków. Już wkrótce szykuje swój trzeci album, ale ja przypomnę nagrany w 2014 debiut “Przyznaj się”, zawierająca w większości utwory Andrzeja Własta, zmarłego w getcie warszawskim autora ponad 2000 piosenek.

Mamy dość klasyczne instrumentarium, czyli gitarę, mandolinę, kontrabas, klarnet, a nawet… piłę (taką, co ścinania drzew), a całość brzmi jakby grana w jakiejś knajpie czy gdzieś nagrana na ulicy. Czasem po drodze pojawi się jakiś akordeon z saksofonem (taneczny “Wspominałem ten dzień”), ale nawet spokojniejsze numery są zrobione z nerwem jak “Na wolskiej Sali iskry szły”, gdzie jeszcze mamy bardzo chropowaty wokal Anny Bojary w refrenie. Nie zabrakło tanga w postaci “Daremnie prosisz”, krótkiego popisu w minimalistycznych “Były święta u Sztachetów” i “Rum Helce” czy bardziej skocznych pieśni w rodzaju “Warszawo, moja Warszawo” aż po bardziej egzotyczne fragment jak w “La Paloma” z cudną perkusją oraz wręcz płynącą gitarą akustyczną (w podobnym tonie wybrzmiewa utwór tytułowy, tylko bardziej psychodeliczno-melancholijny, gdyż gra tam saksofon), znacznie dynamiczne “Ach, te Rumunki” lub bardziej podniosłe “Serce w plecaku”.

Nie zabrakło też znanych przebojów jak “Siekiera motyka”, poruszająca “Warszawo ma” czy “Bal na Gnojnej”, a to wszystko Młynarski ubiera w takie bardzo retro brzmienie, lecz nie idzie w stronę skansenu. Teksty, od bardziej dowcipnych po wręcz wzruszające pozostają nadal aktualne. Ta ulica nadal żyje, oddycha I funkcjonuje.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Jazz Band Młynarski-Masecki – Noc w wielkim mieście

noc-w-wielkim-miescie-b-iext51843068

Jazz w Polsce ma bardzo długie tradycje, o czym pamięta niewielu. I do tej, przedwojennej tradycji, postanowił sięgnąć jazz band kierowany przez pianistę Marcina Maseckiego oraz wokalistę Jana Młynarskiego, który postanowił sięgnąć po mniej znane przeboje z lat 20. i 30., poddać jej innym aranżacjom oraz wydać na płycie.

Pierwsze, co rzuca się w uszy to brzmienie. Dźwięki każdego instrument, od fortepianu przez dęciaki (głównie saksofony), zachowują klimat dawnej epoki. Zupełnie jakby ktoś wygrzebał nagrania z ocalałych vinyli, zrekonstruował je oraz puścił, jakby nigdy nic. A wszystko tak zwiewne, eleganckie oraz fantastycznie zagrane. A wiecie jak trudno było osiągnąć taki efekt? Muzycy dostają w każdym utworze spore pole do popisu (głównie Masecki), zaś wokal pojawia się bardzo rzadko, puentując bardzo dowcipne teksty. Zarówno żywiołowy “How Do You Do Mr. Brown?, jak I bardziej spokojny (chociaż pod koniec przyspieszający) “Czy Ty wiesz, Mała Miss?” pokazują wszelkie predyspozycje bandu. A im dalej, tym ciekawiej: nerwowa gra fortepianu na początku “Czarnej kawy”, przechodząca w bardziej delikatne tony przez niemal “tańczące” saksofony, rozpędzony i zabarwiony orientalnymi dźwiękami “Abduł Bey”, bardzo romantyczny “Kącik marzeń” oraz “New York Baby”. A jeśli dodamy do tego cudnego “Nikodema” z cudownym refrenem oraz “strzelającą” perkusję w środku, bardziej spokojny walczyk “Jadzia”, to mamy piękny zestaw.

Młynarski może wokalnie nie pojawia się długo, ale jego głos idealnie pasuje oraz imituje wokal z tamtej epoki. Jest trochę nonszalancki, ale jednocześnie romantyczny, delikatny. I to dziwne połączenie retro doprowadza do prawdziwej ekscytacji. Jestem absolutnie pewny, że na sylwestrową noc sprawdzi się świetnie.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski