Krótki film o zabijaniu

14 maja zmarł Krzysztof Piesiewicz – prawnik, senator i przede wszystkim scenarzysta filmowy, znany jako współautor fabuł dzieł Krzysztofa Kieślowskiego. Czy może być lepszy powód, by sobie przypomnieć jedno z dzieł mistrza, którego nie widziałem od bardzo dawna. „Krótki film o zabijaniu” był piątą częścią serialowego „Dekalogu”, który został rozszerzony do pełnometrażowej produkcji przeznaczoną do kinowego ekranu.

Tytuł mówi wszystko – film jest krótki (niecałe 85 minut) i jest o zabijaniu, ale to nie jest krwawa jatka. Wszystko dzieje się w słynnym mieście leżącym między Pruszkowem a Wołominem, skupiając się na trzech postaciach: antypatycznym taksówkarzu (Jan Tesarz), zagubionym młodzieńcu (Mirosław Baka) oraz świeżo upieczonym adwokacie (Krzysztof Globisz). Nikt nie spodziewał się, że ich losy przetną się niczym nóż chleb.

Kieślowski nigdy wcześniej ani później nie zrobił filmu tak wyrazistego i mrocznego wizualnie jak „Krótki film o zabijaniu”. Pierwsza połowa niejako przeskakuje z postaci na postać, co może wywoływać na początku sporą konsternację. Bo widzimy proste scenki, zrobione w niemal dokumentalnym stylu, gdzie w zasadzie nie byłem w stanie zgadnąć, dokąd to wszystko zmierza. A jeszcze mamy do tego mocno zielonkawo-żółty filtr ze sporą dawką czerni, co potęguje niepokojący klimat. Już pierwsze ujęcia pokazują z martwymi zwierzętami (robaki, martwy szczur i powieszony kot) pokazują zgniły, wręcz zdegenerowany świat. Warszawa jest tu odpychająca, nawet w takich miejscach jak plac Zamkowy. To jest kino wręcz turpistyczne, odrażające i brudne, wręcz skręcające ku horrorowi (w czym pomaga choćby intensywna muzyka Zbigniewa Preisnera).

A potem w połowie staje się to, co wywołuje szok nawet teraz. Morderstwo taksówkarza dzieje się nagle, choć wisiało ono w powietrzu. Nie jest ono krwawe, pełne flaków, ale pokazane jest w bardzo surowy, pozbawiony znieczulenia sposób, wręcz aptekarski. Równie niepokojące jest w tej zbrodni to, że wydaje się ona… przypadkowa, pozbawiona sensu. Fakt, że w scenariuszu nie ma żadnych ekspozycji w dialogach, jeszcze bardziej prowokuje do zadania pytań. A potem mamy szybkie cięcie oraz koniec procesu i wykonanie wyroku śmierci. Równie szokujące, osadzone w klaustrofobicznej przestrzeni, z której chce się uciec. To morderstwo – bo jak inaczej można nazwać wykonanie kary śmierci – ma inny ciężar, poczucie nieuniknionego i dzieje się o wiele szybciej. W zachowaniu strażników czy kata jest coś zwierzęcego, dzikiego, niemal dusznego.

Nawet drobne akcenty humorystyczne nie są w stanie zmyć tej grozy, jaką pokazuje „Krótki film o zabijaniu”. To najmroczniejszy (dosłownie i w przenośni) film w dorobku Kieślowskiego, pokazujący świat pełen znieczulicy, obojętności oraz nienawiści.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski