Batman

Bruce Wayne pseudo Batman – nie ma słynniejszego detektywa wśród superherosów od niego. Miał masę inkarnacji: od kiczowatego Adama Westa przez bliskiego ideału (według mnie) Michaela Keatona do przezroczystego Christiana Bale’a oraz pakera Bena Afflecka. Zawsze pada jednak pytanie: czy potrzebujemy nowego portretu Mrocznego Rycerza? W końcu podjęto decyzję i mimo perturbacji (to miała być solowa inkarnacja Afflecka, ale aktor/reżyser zrezygnował) zdecydowano się na reżysera Matta Reevesa (2/3 nowej trylogii Planety Małp) oraz Roberta „tego wampira ze Zmierzchu” Pattinsona w roli tytułowej. Co z tego wyszło?

Nasz ziom Bruce „Jam jest Zemsta” Wayne ma fiksakcję na punkcie biznesu związanego z byciem jednoosobowym wymiarem sprawiedliwości. Maluje sobie oczy jakby był emo, ma w dupie rodzinny biznes, a jedynymi jego partnerami w interesie są lojalny Alfred (Andy Serkis) oraz komisarz Gordon (Jeffrey Wright) – jedyny glina, który mu ufa. Dwa lata prowadzi ten interes, lecz jego przeciwnicy to w zasadzie drobne płotki. Poważniejsi gracze półświatka nie traktują go poważnie, ale to się zmieni. Wszystko przez tajemniczego Riddlera – nikt nie wie jak wygląda, jednak bardziej widać jego dzieło. Na początek zostaje zamordowany burmistrz Gotham w bardzo brutalny sposób. Morderca nazywający się Riddlerem pozostawił wskazówki oraz… wiadomość dla Batmana. To jednak dopiero początek morderczego polowania oraz serii trupów. Kim jest zabójca? Co go motywuje? Dokąd prowadzą wszystkie nitki? I co z tym wspólnego ma rodzina Wayne’ów?

Jeśli spodziewacie się tego, z czego obecnie filmy superhero są znane – lżejszy ton, sporo humoru, kolorowa estetyka, masa cięć montażowych – pomyliliście adresy. Reżyser idzie w stronę czarnego kryminału, czyli wszystko pod hasłem: brud, smród, korupcja. Nie jest aż tak mrocznie jak u Snydera, gdzie niemal nic nie widać, samo miasto nie wygląda jak u Nolana, zaś klimatem najbliżej jest do „Zodiaka” Davida Finchera. Batman próbuje połączyć wszystkie elementy układanki, a kolejne zbrodnie są coraz bardziej makabryczne (choć krwi oraz flaków nie pokazano), niepokojące oraz pokazujące jakim wielkim syfem jest Gotham. Polityka, władza, mafia, wymiar sprawiedliwości – ich ścieżki mocno się przecinają i nie do końca wiadomo kto dla kogo pracuje. Śledztwo toczy się powoli, śladami kolejnych trupów, wielkiej tajemnicy, bezwzględnych układów, kłamstw, matactw. Komu można zaufać, kto jest przyjacielem, wrogiem, a kto działa na własną rękę.

Muszę przyznać, że to dochodzenie Batmana i Gordona angażuje całkowicie. Nie chcę zdradzać zbyt wiele, jednak Reeves cały czas podrzuca kolejne tropy, podejrzenia, zaś kolejne postacie komplikują sprawę. Czy to działająca na własną rękę Selena Kyle (pociągająca Zoe Kravitz), trzymający wszystkie sznurki Carmine Falcone (świetny John Turturro) czy zwalisty, charakterny Pingwin (zaskakujący, kradnący szoł Colin Farrell) – każdy wnosi wiele do tej historii, wyciągając na wierzch kolejne tajemnice tego miasta. Samych scen akcji jest tu niewiele, ale jak już się pojawiają, potrafią podnieść adrenalinę na wyższy poziom. O ile samo walenie po mordach jest bardzo satysfakcjonujące (pierwsza walka Batka ze stadem oprychów w metrze), o tyle pościg samochodowy za Pingwinem (jak wjechał ten Batmobil – wow, cieszyłem się jak dziecko!!!) jest pokazywany za pomocą zbliżeń, przez co trudno zorientować się w geografii. Niemniej zdjęcia Creiga Frasera (ten facet ma szczęście – „Lion. Droga do domu”, „Łotr 1”, „Diuna”) fantastycznie budują mroczny klimat, tak jak mocarna muzyka Michaela Giacchino z bardzo wyrazistym tematem przewodnim.

Ja tak gadam i gadam (starając się nie zdradzać zbyt wiele niż to, co do tej pory marketing sprzedał), ale pozostaje najważniejsze pytanie: jak poradzili sobie nasi główni liderzy? Robert Pattinson budził spore obawy, zwłaszcza wśród ludzi, co widzieli go tylko jako wampira w filmie dla nastolatków. Jakby zupełnie od tego czasu w niczym nie grał, zapadł się pod ziemię i teraz został wygrzebany. Jego Batman to bardzo wycofany introwertyk w potężnej zbroi, w której izoluje się od całego świata. Napędza go zemsta i nie jest jeszcze tak doświadczony jak jego koledzy, to potrafi być bardzo efektywny w działaniu. Jednak konfrontacja z przeszłością oraz syfem tego miasta zmusza go do zmiany postawy. Zaś Riddler w wykonaniu Paula Dano (specjalista od grania dziwaków i odmieńców), choć pojawia się rzadko, budzi strach swoją nieobliczalnością, gwałtownymi wybuchami ekspresji (filmiki umieszczane online) oraz inteligencją. To godny przeciwnik, budzący szacunek oraz pokazujący wszechstronny talent tego aktora.

„Batman” bardzo wysoko podnosi poprzeczkę kinu superbohaterskiemu w tym roku i zastanawiam się, czy będzie ktoś w stanie dorównać temu dziełu. Imponujący rozmachem, skupiony na detalach, precyzyjnie wyreżyserowany i napisany. Nie potrafię znaleźć jakiejś poważnej wady, a te trzy godziny minęły niemal niezauważalnie, co jest chyba największą rekomendacją. Absolutnie polecam z całego serca.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Kurier Francuski z Liberty, Kansas Evening Sun

Nie mam pojęcia z jakiej planety pochodzi Wes Anderson, ale to musi być planeta niezwykła. Nasz uzdolniony stylista kina powraca z kolejną opowieścią, która tym razem dzieje się we francuskim miasteczku lat 70. Tutaj znajduje się redakcja amerykańskiego „Kuriera Francuskiego” – dodatku do wydaia Liberty, Kansas Evening Sun. A sam film jest nietypowy, bo to nowelowa historia wokół ostatniego wydania tej gazety. Dlaczego ostatniego numeru? Bo zmarł redaktor naczelny Arthur Howitzer Jr. (Bill Murray kolejny raz będący Billem Murrayem), a ten w swoim testamencie zapisał, że wraz z jego ostatnim tchnieniem „Kurier” ma zniknąć z powierzchni ziemi.

Na początek mamy relację z dnia codziennego, gdzie poznajemy miasteczko Ennui-sur-Blaze. Przez te kilka minut poprowadzi nas Herbaint Sazerac (Owen Wilson) na swoim rowerze, łamiąc czwartą ścianę. To jednak początek, bo potem dostajemy trzy, większe historie. I jakież to są opowieści. W pierwszej poznajemy Mosesa Rosenthala (cudowny Benicio Del Toro) – skazanego za podwójne morderstwo więźnia, co przebywa w szpitalu psychiatrycznym. Tam odkrywa w sobie talent artystyczny (dokładnie malarski), zaś jego muzą staje się… strażniczka Simone (eteryczna Lea Seydoux). Druga historia dotyczy rewolucji studentów kierowanej przez niejakiego Zeffirelliego (Timothee Chalamet) przeciwko rodzicom. Z kolei trzecia miała być relacją Rosebuck Wrighta (fantastyczny Jeffrey Wright) z kolacji u komisarza policji (Mathieu Amalric), gdzie na posterunku pracował mistrz kuchni, porucznik Nescaffier. Jednak wieczór kończy się porwaniem syna policjanta oraz pościgiem za bandziorami.

Czyli mamy tu swoistą mieszankę gatunkową, gdzie wszelkie emocje zmieniają się jak w kalejdoskopie: od śmiechu po łzy, gdzie radość i tragedia przeplatają się ze sobą niczym w niezapomnianym tańcu. I już od pierwszej sceny widać, że to jest film Wesa Andersona z niepodrabialnym stylem, choć jest jedna istotna różnica. Film przez większość czasu jest… czarno-biały, a kolor pojawia się nagle i niespodziewanie. Głównie w scenach, kiedy naczelny czyta tekst artykułu przy jego autorze (to się pojawia niczym refren), ale nie tylko. Reżyser ciągle bawi się formą (jedna scena jest opowiedziana w formie… spektaklu teatralnego, zaś pościg policyjny zmienia się w… komiksową animację), a akcja miejscami tak pędzi na złamanie karku, iż nie ma czasu na rozsmakowanie się detalami. Każda z relacji jest opowiadana z offu przez każdego autora (kolejno: Tilda Swinton, Frances McDormand i Jeffrey Wright), choć w przypadku pierwszej i ostatniej mają one swoją klamrę – pierwsza jest odczytem, a ostatnia wywiadem w telewizyjnym talk-show. W zasadzie styl Andersona wydaje się doprowadzony do ekstremum i wątpię, żeby dało się w nim jeszcze coś upchnąć. Ale pewnie na to stwierdzenie reżyser powie: potrzymaj mi piwo! i znowu nas zaskoczy.

Ale jednocześnie „Kurier Francuski” poza zabawą formą oraz kreowaniem kolejnego świata Andersona z ekscentrycznymi postaciami i absurdalnym humorem jest czymś jeszcze. To hołd złożony wobec zawodu dziennikarza. Osoby, która nie ogranicza się tylko do siedzenia za biurkiem oraz stukania tekstu na maszynie do pisania. Jest ona także uczestnikiem wydarzeń, czasem nawet próbując ingerować (rewolucja szachowa), co może wywołać pewien konflikt.

A wszystko opowiada w bardzo kwiecistym stylu, godnym najlepszych gawędziarzy. I się tego słucha oraz ogląda z niekłamaną przyjemnością. Aż chciałoby się tam pracować. 😊 Szkoda, że takich miejsc już nie ma.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Pralnia

Trzy lata temu było głośno o tzw. Panama Papers – czyli ogromny wyciek danych firmy prawniczej Mossack Fonseca z Panamy. To w tej firmie powstała masa firm-słupów, dzięki którym prowadzone są finansowe przekręty, wykorzystywane przez finansowe elity, półświatek przestępczy oraz ludzi ze świata polityki. Dokumenty zostały przekazane przez tajemniczego Johna Doe do dziennikarza niemieckiego Suddeutsche Zeitung. Jak funkcjonował ten cały system? O tym próbuje opowiedzieć w swoim nowym filmie Steven Soderbergh.

pralnia1

Wszystko zaczyna się od rejsu, w którym bierze udział Ellen Martin razem ze swoim mężem. Przepłynięcie statkiem przez jeziorze kończy się wypadkiem i śmiercią 21 osób w tym mąż Ellen. W końcu dostanie odszkodowanie z ubezpieczalni i jakoś będzie można żyć. Problem w tym, że firma ubezpieczeniowa była słupem, przekazujące innej firmie, potem innej i innej. Łańcuszek finansowy, gdzie odpowiedzialność prawna zaczyna się rozmywać. I kto ma ponieść odpowiedzialność za wypadek, śmierć? Pytanie, pytanie, kolejne mylne tropy prowadzące donikąd. Jak się odnaleźć w tym całym bajzlu?

pralnia2

Reżyser mocno pod względem formy oraz stylu inspiruje się dylogią Adama McKaya, gdzie w komediowym, lekkim tonie opowiada o skomplikowanych mechanizmach biznesu oraz polityki. Zaś naszymi przewodnikami są Jurgen Mossack i Ramon Fonseca, czyli założyciele tej prawniczo-biznesowej kancelarii. Czwarta ściana łamana jest dość często, a panowie mają w sobie tyle uroku, że nie można ich nie lubić (mimo że są tutaj czarnymi charakterami). Fakt, że więcej czasu spędzamy z tymi złymi nie przeszkadzałby mi aż tak bardzo, gdyby nie jeden istotny szczegół: to ma tak anegdotyczny charakter, że sama mechanika wydaje się niejasna. Nie brakuje tutaj miejscami rozbrajających scen (rodzinna sytuacja afrykańskiego słupa Charlesa czy Maynard próbujący się dogadać z chińskimi wspólnikami), gdzie humor bywa smolisty. Nie mogę jednak pozbyć się wrażenia, że to wszystko jest przerostem formy dla treści. A może już tematyka finansowych oszustw i machinacji zwyczajnie już mi się przejadła. Do tego główna bohaterka zostaje porzucona przez twórców w połowie opowieści, by pojawić się dopiero w samym finale, co mnie zaskakuje.

pralnia3

Choć nie brakuje tutaj znanych twarzy, są one głównie zepchnięte do epizodycznych ról (m.in. David Schwimmer, Sharon Stone czy Matthias Schoenaerts). Za to Meryl Streep prezentuje się dobrze, choć jej postać nie jest zbyt dobrze zarysowana. Najważniejszy jest tutaj duet Gary Oldman/Antonio Banderas w roli prawniczych oszustów, będących naszymi przewodnikami po świecie szarej sfery finansowej. Panowie błyszczą w swoich strojach, przerzucają się terminami i czuć duże zgranie między nimi. I to jest prawdziwe paliwo napędowe, tak jak łamiący czwartą ścianę finał.

pralnia4

„Pralnia” jest solidnym filmem w dorobku Soderbergha, ale nie mogę pozbyć się wrażenia zmarnowanego potencjału. Można było z tego wycisnąć o wiele, wiele więcej a nie tylko inspirować się stylem McKaya z ostatnich lat. Niemniej jest to całkiem przyzwoita rozrywka.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Kobieta w błękitnej wodzie

Cleveland Heep pracuje w apartamentowcu jako dozorca. Jąka się, ale jest bardzo pomocny i udzielający się innym. Największym jego problemem jest kwestia związana z basenem, a dokładniej z tym, iż ktoś w nocy włamuje się do basenu. Nakrywa kogoś, ale wpada do wody i traci przytomność. Gdy się budzi, widzi obok siebie przemoczoną kobietę. Imię jej Story, a Heep odkrywa jej pochodzenie nie z tego świata. Chce wrócić do siebie, ale stwory pilnują wejścia.

kobieta_blekit2

Film uważany jest za pierwsze duże potknięcie w dorobku Shyamalana i nawet jestem w stanie się z tym zgodzić. Ta dziwna mieszanka dreszczowca z baśnią, gdzie bohaterowie próbują poznać swoje prawdziwe miejsce na ziemi. Obecność każdego z bohaterów nie jest przypadkowa, pokazując silne powiązanie. Opowieść toczy się w typowym, spokojnym rytmie jaki znamy z poprzednich filmów Hindusa. Zapowiedzią całości może być wstęp pokazujący historię ludzi oraz morskich istot – narf. Shyamalan lekko podnosi stawkę i opowiada to wszystko absolutnie poważnie, chociaż mamy w tle galerię dość ekscentrycznych postaci: chińską studentkę, krzyżówkowicza i jego syna zafascynowanego płatkami śniadaniowymi, hipisów, opiekunkę zwierząt, atletę dbającego o połowę swojego ciała, pracującego na dziełem życia pod genialnym tytułem „Książka kucharska” oraz złośliwego, przemądrzałego krytyka filmowego. To nie wszyscy, ale najważniejsi bohaterowie. Klimat mroku budują świetne zdjęcia Christophera Doyle’a oraz magiczna muzyka Jamesa Newtona Howarda.

kobieta_blekit1

Tylko, że całość brzmi mocno absurdalnie, a kilka pomysłów wydaje się mocno szalonych. Dotyczy to odnalezienia postaci mających pomóc wrócić Story do domu: Bractwa, Strażnika i Tłumacza. Wszystko to oparte jest na bardzo starej baśni, a Heep czerpie z tego całą swoją wiedzę. Szukanie sposobu za pomocą… haseł z krzyżówki, a następnie… opakowań po płatkach śniadaniowych. Brzmi idiotycznie? I mógłbym to potraktować jako żart, gdyby reżyser nie opowiadał to tak serio. Książka mająca zmienić oblicze świata – aż za poważne czy wyciąganie informacji od córki starszej pani (to akurat było zabawne). Nawet pierwsza konfrontacja Heepa ze stworem zamiast budować napięcie wywoływała śmiech. Humor dodaje postać krytyka, czyli pana Farbera (Bob Balaban, wyglądający jak James Newton Howard), ale to za mało. Dodatkowo wszyscy, bez zająknięcia wierzą w historię tej dziewczyny, choć wydaje się nierealna dla człowieka.

kobieta_blekit3

Aktorsko film budują dwie osoby i wywiązują się ze swoich zadań z nawiązką. Mowa tu o Paulu Giamattim, czyli sympatycznym panu Heep z mroczną tajemnicą oraz zjawiskowej Bryce Dallas Howard. On jest bardzo empatycznym, ciepłym facetem, ona nieświadomą swojego prawdziwego przeznaczenia i posiada zdolność „budzenia” mocy siedzącej w ludziach. Czuć między nimi chemię i to ta dwójka rozkręca całość. Reszta postaci jest ledwo zarysowana (poza Faberem), przez co trudno traktować ich poważnie.

kobieta_blekit4

„Kobieta” miała być – i pewnie jest – baśnią, skierowaną raczej do młodszego odbiorcy. Osoby w takim wieku jak ja albo dostrzegą pewne drugie dno (musiałem je chyba bardzo przeoczyć), albo uznają całość za przekombinowaną, dziwaczną hybrydę, pełną głupoty, absurdu oraz niemożnością rozgryzienia logiki. Mnie odrzuciło kompletnie. Do tego Shyamalan obsadził się w większej roli, pogrążając się mocniej niż zwykle. Początek upadku intrygującego reżysera.

4/10

Radosław Ostrowski

Ali

Nie jest tajemnicą, że bardzo lubię i cenię Michaela Manna – za rozpoznawalny styl, za klimat i realizm w opowiadaniu historii. Ale w 2001 roku, po ambitnym „informatorze” postawił sobie jeszcze ambitniejszy cel. Postanowił opowiedzieć o jednym z najważniejszych pięściarzy wszech czasów – Cassusie Clayu, którego cały świat zna jako Muhammada Ali.

ali1

Nie jest to jednak całościowe przedstawienie życiorysu w pigułce. Twórcy zaczynają od pierwszej zawodowej walki z Sonnym Listonem w 1964, a kończą walką w Afryce z Georgem Foremana, dzięki której odzyskał tytuł mistrza świata.  A po drodze jest przyjaźń z charyzmatycznym Malcolmem X, przejście na islam, pozbawienie tytułu mistrza za odmowę służby wojskowej małżeństwo. Jak na dwie godziny sporo, gdyż Mann zamiast stricte biografii wpisuje życiorys Aliego w sytuację społeczno-polityczną lat 60. – czasów segregacji rasowej i nietolerancji. I tak walka jest dla reżysera ważniejsza niż walki na ringu. Pod tym względem reżyser nadal tworzy w charakterystycznym stylu wizualnym (tutaj akurat zaczyna sięgać po kamerę cyfrową), gdzie noc jest ciemniejsza, a samotność bohatera wręcz namacalna dzieki zbliżeniom. Bogatsza jest też muzyka sięgająca nie tylko po elektronikę, ale także „czarne” brzmienia z epoki. To wszystko tworzy specyficzny klimat, choć zdarzają się momenty znużenia (rozmowy z promotorami, wątek Malcolma X) odwracające uwagi.

ali3

Za to kompletnym zaskoczeniem była dla mnie realizacja scen bokserskich. Nie są one ani efekciarskie czy przesadnie dynamiczne, ale zrealizowane są z niemal pietyzmem. Mann razem z Emmanuelem Lubezkim, który zastąpił Dante Spinottiego, chętnie korzysta ze spowolnień, widoku na nogi Aliego (szybkie ruchy), a nawet sięga po nowy arsenał – mikrokamery zamontowane na głowach pięściarzy, dzięki czemu mamy wrażenie bezpośredniego uczestnictwa w walce, nadając całości niemal reporterskiego charakteru. I co najważniejsze – to wszystko nie gryzie się ze sobą, tworząc zaskakująco spójną całość.

ali2

Ale i tak największym atutem jest tutaj aktorstwo. Największą niespodzianka jest tutaj Will Smith, który nie gra Aliego, tylko nim po prostu jest. Poza ringiem sprawia wrażenie wyciszonego, spokojnego faceta, który próbuje odnaleźć się w islamie. Ale na ringu lub podczas konferencji prasowej to pewny siebie, trochę arogancki twardziel przekonany o swojej sile i mocy. Ale jednocześnie to facet pełen słabości (niewierny wobec żony, czasami lubi wypić), który dopiero w trakcie walki staje się zwierzęciem. Ludzie z jego otoczenia to solidnie zagrane, wyraziste postacie (m.in. Jeffrey Wright – fotograf Howard, Jamie Foxx – rozgadany Bundini czy Barry Shabaka Henley – promotor Howard Muhammad), a najbardziej wybijają się dwie postacie – charyzmatyczny Malcolm X (bardzo dobry Mario Van Peebles) oraz dziennikarz Howard Cosell (Jon Voight nie do poznania). Ale panie też mają co do pokazania, a szczególnie dwie – Jada Pinkett (pierwsza żona Claya, Sonji) oraz Nona Gaye (Belinda – druga żona), tworząc twarde kobiety walczące ze słabościami Aliego oraz jego religią.

ali4

„Ali” potwierdza formę Manna, choć dla mnie całość była trochę za długa. Niemniej jest to kawał solidnego kina z fantastycznym aktorstwem oraz ciekawym klimatem. Interesująca propozycja nie tylko dla fanów boksu.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Władza

Billy Taggart z zimną krwią zabił gwałciciela, którego sąd uniewinnił. Zostaje on uniewinniony, ale za namową burmistrza odchodzi z policji. Siedem lat później Taggart pracuje jako prywatny detektyw. Burmistrz daje mu zlecenie śledzenia żony, podejrzewając ją o niewierność. Ale jak się okaże, sprawa ma drugie dno.

wladza1

Kino polityczne zmieszane z kryminałem nie jest łatwym gatunkiem, a wielu już poległo. Reżyser Allen Hughes po części się wybronił tworząc całkiem niezły film. O ile początek to rasowy dramat polityczny, gdzie toczy się brutalna walka o władzę, jednocześnie pokazując, że zawsze znajdą się ludzie działający ponad prawem, ponad etyką i powszechnie przyjętą moralnością. To jedyna rzecz łącząca gliniarza i burmistrza, ale dalej mamy już schematycznie poprowadzoną akcję (od połowy), intryga jest dość prosta, zaś zakończenie dość amerykańskie. Niemniej film ma swój klimat, jest nieźle opowiedziany, ma realistyczne sceny bijatyk i technicznie jest porządnie zrobiony.

wladza2

Zaś aktorzy grają tu całkiem przyzwoicie. Mark Wahlberg pasuje do roli prostego eks-gliniarza, który nie stawia żadnych pytań, ale później zaczyna je stawiać. Podejmuje się poprowadzenia sprawy i odkrywa dość nieprzyjemną prawdę. Równie dobrze wypada Russell Crowe w roli cynicznego, choć czarującego burmistrza, choć tego aktora stać na zwyczajnie więcej. Z drugiego planu zdecydowanie wybija się Barry Pepper jako kontrkandydat burmistrza w wyborach. Reszta jest dość solidna.

Jeśli chodzi o kino z polityką w tle, „Władza” nie jest niczym zaskakującym. To kawał niezłego kina, które nie przynudza, potrafi wciągnąć (do połowy) i ma dość dobrą obsadę.

6/10

Radosław Ostrowski