Nienawiść

Jack Benteen jest strażnikiem Teksasu, nie idącym na kompromisy i układy, bezwzględnie skutecznym wrogiem narkotyków. Kiedyś jego najlepszym kumplem był Cash Bailey – obecnie baron narkotykowy działający w Meksyku i szmuglujący towar za granicę USA. Łączyła ich jeszcze kobieta, Salita. Spokój w miasteczku jednak zostaje przerwany przez obecność tajemniczej grupy kierowanej przez majora Hacketta. Byli żołnierze planują konfrontację z Baileyem i wplątują w swoją wojnę Jacka.

nienawi1

Kiedy za film bierze się Walter Hill należy spodziewać się bezpretensjonalnego, krwawego kina akcji dla facetów. „Nienawiści” najbliżej jest do westernu i to nie tylko ze wzgląd na pogranicze amerykańsko-meksykańskie czy bohatera żywcem wziętego z mentalności Dzikiego Zachodu. Pustynie, rzadka roślinność tworzy bardzo surowy klimat, gdzie liczy się spryt oraz szybkość wystrzeliwanych pocisków. Zderzenie technologicznych cudeniek wojskowych ze staroświeckim sposobem rozwiązywania problemów z bandytami robi nadal wrażenie. Podobnie jak dynamiczna scena napadu na bank zakończona brawurowym pościgiem czy przypominająca „Dziką bandę” finałowa konfrontacja w Meksyku (dużo strzałów, dużo krwi i dużo trupów) zakończona obowiązkowym pojedynkiem. Może i jest to mocno komiksowe i przerysowane, ale nie zostaje przekroczona granica kiczowatości. Wciąga to mocno, serwując jeszcze odpowiednią dawkę adrenaliny oraz rozrywki.

nienawi2

Do tego mamy etatowych twardzieli ery VHS, chociaż nie tak kultowi jak Stallone, Schwarzenegger czy Lundgren. Za to jest jak zawsze świetny Michael Ironside w roli majora Becketta – niby żołnierza, który wymaga dyscypliny i ślepego posłuszeństwa, ale to bezwzględny i chciwy drań, którego motywację poznajemy dopiero pod koniec filmu. Po drugiej strony barykady są dwaj faceci: Nick Nolte oraz Powers Boothe. Pierwszy jest surowym, twardym gliniarzem, nie dającym się przekupić, nigdy się nie uśmiecha i jest w pełni wiarygodny. Drugi jest elegancko ubranym dilerem narkotykowym – uśmiechniętym, ale i bezwzględnym i nieustępliwym draniem. Jako element dekoracji (bo inaczej nie jestem w stanie tego nazwać) działa Maria Conchita Alonzo wcielająca się w Saritę.

nienawi3

„Nienawiść” to jedna z najlepszych pozycji Waltera Hilla, który konsekwentnie realizuje plan stworzenia porządnego, klimatycznego kina akcji. Akcja trzyma za gardło, intryga wciąga, a aktorstwo jest świetne. Czegóż chcieć więcej?

nienawi4

7,5/10

Radosław Ostrowski

Mistrzowski rzut

Jest rok 1951 i trafiamy do Hickory – małego miasteczka gdzieś w stanie Indiana. Farmy, kościół, domy i szkoła, a w niej lokalna drużyna koszykówki. Niestety, poprzedni trener zmarł i trzeba powołać kogoś nowego na jego miejsce. I tu pojawia się niejaki Norman Dale – niemłody, ale doświadczony trener, który miał dość długą przerwę (ostatnie 10 lat służył w wojsku). Miejscowi jednak nie do końca są przekonani do nowego trenera i powoli liczą na powrót do drużyny gwiazdy drużyny, Jimmy’ego Chitwooda.

mistrzowski_rzut1

Takich filmów sportowych były co najmniej setki w USA, gdyż tam koszykówka jest (obok baseballa i futbolu amerykańskiego) narodowym sportem. Ale kiedy w 1986 roku debiutujący reżyser David Anspaugh (wcześniej pracował dla telewizji) nie widział albo nie interesował się taką tematyką. Wszystko toczy się wokół sprawdzonej i starej formuły: nowy trener, nowe otoczenie i nowe reguły, docieranie się obydwu stron, wreszcie poważne sukcesy oraz walka o mistrzostwo. Skoro znamy reguły tej gry, to dlaczego udaje się reżyserowi nie tylko zaangażować emocjonalnie, ale i trzymać kciuki za chłopaków do samego końca? Może dlatego, że nie próbuje kombinować i na siłę udziwniać, dodając coś więcej.

mistrzowski_rzut2

Twórcy przy okazji decydują się pokazać portret małego miasteczka – Hickery to dziura tak mała, że nie ma jej nawet na mapie. Koszykówka jest rzeczą, która łączy mieszkańców, a zawodnicy są niemal traktowani jak bogowie. Ale sukces w tej dyscyplinie może być pułapką, z powodu silnej presji. Porażka nie zostanie wybaczona i może być wykorzystana przeciwko tobie. bo gdy przyjdzie czas, że nie będzie można grać, co wtedy pozostanie? Życie przeszłością i (do kompletu) alkohol, ewentualnie praca trenera. Cóż innego można w takiej mieścinie zrobić? Te obserwacje oraz poboczne wątki związane zarówno z niektórymi zawodnikami (jeden z nich ma ojca-alkoholika, drugi jest zbyt niski jak na gracza, a największa gwiazda Jimmy zobowiązał się, że już nie wróci do tego) oraz mieszkańcami, początkowo nieufnymi wobec przybysza.

mistrzowski_rzut4

Najważniejsze elementy filmu sportowego, czyli treningi, inspirujące mowy trenera oraz same mecze, są zrealizowane bardzo porządnie i uczciwie wobec odbiorcy. Nie brakuje obowiązkowych spowolnień, dynamicznej muzyki Jerry’ego Goldsmitha, szybkiej pracy kamery i montażu. Wszystko to angażuje i trzyma w napięciu do samego (co z tego, że przewidywalnego) finału, a dialogi oraz scenografia nadają tylko autentyzmu całości.

mistrzowski_rzut3

Tak samo nie można zignorować świetnej obsady. Gene Hackman ma charyzmę oraz klasę, kompletnie przekonując w roli trenera Dale’a. Stosujący niemal wojskowe metody (stepowanie, bieganie linii, odbijanie piłki od ściany do zawodnika itp.), wymaga całkowitego posłuszeństwa i jest bardzo wymagający. Jednak ta postać ma pewną tajemnicę, a jego porywczy temperament wielokrotnie się udziela, w szczególności na meczach, gdy sędziowie sprawiają wrażenie ślepych kretynów. Równie młodzi chłopcy w rolach zawodników są bardzo przekonujący, oddając swoje lęki, budując pewność siebie i stając się pełnokrwistymi graczami, zyskującymi szacunek otoczenia. Ale i tak cały film skradł wspaniały Dennis Hopper. Aktor wciela się w Wilbura „Strzelca” Fletcha – świetnego znawcy koszykówki oraz miejscowego pijaka. Jego oczy i niepewne spojrzenie mówi więcej niż tysiąc słów, a dobitniej widać to w scenach, gdy działa jako asystent trenera. Ta postać wnosi film na wyższy poziom i wzrusza do samego końca, zapadając mocno w pamięci.

David Anspaugh jeszcze parę razy wejdzie na boisko, a debiut mimo lat oraz ogranych schematów pozostaje świeżym i piekielnie dobrym filmem. Wiemy jak to się skończy, ale jest to bardzo poruszający film, dający potężnego kopa.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Magia

Corky jest młodym i obiecującym magikiem, który po odejściu swojego mentora próbuje na własną rękę rozpocząć karierę iluzjonisty. Jednak jego pierwszy występ kończy się kompromitacją. Rok później razem z lalka Fats ze sprośnym poczuciem humoru zaczyna odnosić sukcesy. Za tymi sukcesami jednak kryje się bardzo mroczna tajemnica, która ujawnia się w momencie, gdy Corky decyduje się przyjechać do swojej dawnej miłości – Peggy Ann.

magia_1977_1

Richard Attenborough znany był z tego, ze opowiadał filmy o wielkich postaciach z dużymi budżetami i gwiazdorską obsadą. Jednak „Magia” – adaptacja powieści Williama Goldmana (także autor scenariusza) jest jednym z nielicznych lżejszych filmów w tym bogatym dorobku. Zaczyna się jak kino obyczajowe, gdzie pojawia się magia – element ciekawy i tajemniczy. Całość skupia się na naszym bohaterze, który sprawia wrażenie nieśmiałego, ale zręcznego iluzjonisty, który wie jak oczarować widownię. Ale powoli skrywana tajemnica naszego bohatera rzuca inne światło na tą postać. W momencie pojawienia się u dawnej dziewczyny, film staje się mieszanką melodramatu z thrillerem. Zaczynają pojawiać się trupy, reżyser próbuje budować napięcie (wyczekiwanie i test cierpliwości – czy wytrzyma pięć minut bez lalki), powoli dochodzi do kolejnych zbrodni. Film ogląda się nieźle, jednak czegoś tutaj brakuje – nie przykuwa uwagi na dłużej, pojawiają się dłużyzny i zbyt szybko odkrywamy, co jest nie tak z naszym bohaterem.

magia_1977_2

Jednak nie zmienia to faktu, że jest to popisowa kreacja Anthony’ego Hopkinsa, który potwierdza swój nieprzeciętny talent. Jako Corky jest mieszanką uroku, nieśmiałości i determinacji, jednak okazuje się być nowym wcieleniem dr Jekylla i pana Hyde’a. Zdarza mu się łatwo wpaść w gniew (pierwsza próba sztuczki polegającej na odczytaniu myśli), wścieka się z byle powodu i jest słabeuszem zależnym od silniejszej osobowości. Jest nią lalka Fats (mówiąca głosem Hopkinsa), która steruje i manipuluje naszym bohaterem (taki pierwowzór laleczki Chucky), popychając go do kolejnych zbrodni. Reszta aktorów (cholernie dobry Burgess Meredith jako agent magika Ed Green i piękna Ann-Margret grającą dawną dziewczynę) jest tak naprawdę elementem dekoracyjnym dla potężnego Hopkinsa.

magia_1977_3

I choćby dla tej kreacji – uważanej za preludium do postaci Hannibala Lectera – warto „Magię” zobaczyć. Reszta nie jest aż tak wyborna (co jest wielką szkodą) potwierdzającą, że Attenborough wolał bardziej epickie freski.

6/10

Radosław Ostrowski

Jerry Goldsmith – Capricorn One

Capricorn_One

Kino i teorie spiskowe – materiał o tyle wybuchowy, o ile dość często przewidywalny i mało zaskakujący z dzisiejszej perspektywy. Jednak w latach 70. była to woda na młyn dla filmowców, którzy, jak reszta społeczeństwa, pozostali nieufni wobec władzy, co mocno pokazała afera Watergate. Wtedy tez powstała trylogia paranoiczna Alana Pakuli, ale jednym z najciekawszych filmów z gatunku political thriller jest nakręcony w 1979 roku „Koziorożec 1” Petera Hyamsa. Jest to historia załogowej misji kosmicznej na Marsa, która… zostaje zrobiona w studiu na Ziemi. Jednak niedoszli astronauci wkrótce buntują się i uciekają… Mimo upływu lat, film trzyma w napięciu i jest świetnie zrobionym kinem z bardzo dobrą warstwą muzyczną.

Jej autorem jest, już wtedy będący legendą, Jerry Goldsmith – dla fanów muzyki filmowej postać wręcz ikoniczna, która także nie bała się eksperymentować. W samym filmie muzyka prezentuje się naprawdę bardzo dobrze, a płytowo była wielokrotnie wydawana – początkowo na winylach, przy okazji premiery, potem w 1993 r., w duecie z muzyką z „Outland”, a następnie w 2009 i 2012 r., jako re-recording. Tą listę wieńczy limitowany, rozszerzony album Intrady z roku 2005 (dziś już wyprzedany), potwierdzający tezę, że więcej niekoniecznie oznacza lepiej.

goldsmithSiłą napędową partytury jest temat przewodni, który pojawia się w – a jakże! – „Main Title”. Jest on z jednej strony podniosły, lecz jednocześnie (dzięki dęciakom) budzi niepokój. Problem w tym, że temat ten zbyt często pojawia się na samym początku, choć częściowo przed monotonią ratuje słuchacza zmienna aranżacja, jak w „Abort 1”  (nerwowe smyczki, różne tempo i elektroniczny początek, ‘strzelające’ dęciaki), „Mars” (piękne elektroniczne tło pod koniec) czy bardziej dynamiczne „Docking”. Często jednak kompozycje są tak krótkie, że nie zwracają na siebie uwagi („Capricorn Control” czy smętne „Working Overtime” na fortepian).

Napięcie udanie podkręca kilka dłuższych utworów, bazujących oczywiście na motywie wiodącym. Tutaj w zasadzie wyróżniają się dwie potężne kompozycje – „The Message” i „Break Out”. W obydwu przypadkach temat został tu mocno spowolniony, a dęciaki wespół ze smyczkami nadają mu suspensu. Dopiero w drugim utworze ulega on wyraźnej intensyfikacji oraz bardziej szalonej (pod koniec) gry instrumentów.

Drugi kluczowy fragment pojawia się podczas ucieczki astronautów na przez pustynię, symbolizowaną przez nieprzyjemne syntezatory. Dramatyczna muzyka akcji jest jednak także obecna w „The Desert” z wolno grającymi smyczkami oraz etniczną perkusją, a także w „The Helicopters”, które ilustruje pojawienie się latających maszyn (nerwowa gra dętych – pojawia się on jeszcze m.in. w „Hide and Seek” oraz świetnym „The Station”). Popisem rzemiosła Goldsmitha jest jednak „The Snake” ilustrujący walkę z wężem (fantastycznie grające smyczki i trąbki, w tle przewija się nawet podniosła trąbka).

Szczęśliwie nie brakuje odskoczni od underscore’owego brzmienia. Czymś takim na pewno jest temat Kay – żony dowódcy misji. Elegancki smooth jazz z delikatną perkusją oraz ładnie grającym fortepianem. Podobną rolę pełni wielce liryczne „Bedtime Story” oraz podniosłe „The Celebration” z obowiązkowo patetycznym finałem.

Głównym problemem tego wydania jest niestety przesyt. Nadmiar krótkich kompozycji mocno psuje frajdę z odsłuchu, mimo dobrej jakości dźwięku oraz niezłych aranżacji. Intrada po prostu przedawkowała tą muzykę, która mimo iż tak fantastycznie sprawdza się na ekranie, to poza nim już nie do końca. Jeśli więc chcecie mieć „Koziorożca 1” w swojej płytowej kolekcji, radzę sięgnąć po inne, krótsze wydania tej ilustracji. Zapewniam, że to nie jest żaden spisek z mojej strony. I wszystko na ten temat.

7/10

Radosław Ostrowski

PS. Recenzja ta wcześniej się znalazła w portalu MuzykaFilmowa.pl.

Koziorożec 1

Teorie spiskowe w kinie są modne w zasadzie od dawien dawna (a dokładnie od „39 kroków” Hitchcocka). Zamach na Kennedy’ego, grupa trzymająca władzę, śmierć Paula McCartneya. Najbardziej popularna teoria mówi, że lądowanie na Księżycu nie miało miejsca, tylko zostało nakręcone w studiu przez Stanleya Kubricka. Ta teza stała się punktem wyjścia dla jednego z najciekawszych thrillerów politycznych.

koziorozec1

Już za paręnaście minut ma wyruszyć Koziorożec 1 – statek kosmiczny z trójką astronautów pod wodzą komandora Charlesa Brubakera. Ich celem jest dotarcie do Marsa. Ale w parę minut przed wyruszeniem, astronauci zostali przeniesieni samolotem do oddalonej bazy. Tam na miejscu znajdują się kamery i sprzęt filmowy, a szef misji szantażem zmusza ich do udziału w mistyfikacji. Ostatecznie misja kończy się awarią i zniszczeniem kapsuły, więc astronauci wiedząc, że ich los jest przesądzony, decydują się uciekać. W tym samym czasie dziennikarz Robert Caufield prowadzi własne śledztwo w sprawie zaginięcia jednego z pracowników NASA. Nie trzeba być geniuszem, by odkryć, ze te dwa wątki połączą się ze sobą.

koziorozec2

Już wtedy Peter Hyams zdecydował się pokazał, jak wielką siła jest manipulacja, a technika jest tak rozwinięta, że można dzięki niej wmówić ludziom wszystko. Wtedy wystarczyły kamery i telewizja, dzisiaj można użyć satelitów, Internetu, a manipulacja jest dokonywana wszędzie – reklamy, filmy, media. Jaki to problem dzisiaj wmówić innym fałszywe informacje? To bardzo sugestywnie pokazuje pierwsza część filmu – wielkie oszustwo, czyli nieudana misja na Marsa, zrobiona żeby nie doprowadzić do likwidacji programu kosmicznego oraz dla propagandy sukcesu. Dalej mamy ucieczkę i pościg, a w tle jednocześnie prowadzone dziennikarskie dochodzenie – zbieranie faktów, składanie do kupy elementów i strzępki informacji oraz próba pozbycia się dziennikarza (uszkodzenie hamulców – świetne zrobiona jazda pokazana z oczu bohatera; fałszywe oskarżenia, w końcu zwolnienie z pracy). Brzmi znajomo? Nic się nie zmieniło, a całość jest świetnie poprowadzona oraz bardzo inteligentnie opowiedziana. Napięcie jest tutaj bardzo mocno podkręcane (nie tylko przez ścigające helikoptery, ale także węża, strzały), a sceny akcji naprawdę nie trąca siły (ostateczny pościg lotniczy – perełka).

koziorozec3

Hyams świetnie portretuje manipulacje i wszystko trzyma mocno za gardło, ale ma tez naprawdę wybornych aktorów, którzy wyciągają ze swoich postaci ile się da. Najbardziej tutaj błyszczy James Brolin, czyli komandor Brubaker, który szybko (pod presją zamachu na rodziny) zgadza się na mistyfikację, jednak jest na tyle inteligentny i sprytny (w końcu dowódca), że nie jest łatwy do pokonania. Drugim takim facetem jest Caufield, fantastycznie poprowadzony przez Elliotta Goulda, którego jedynym wsparciem jest koleżanka Judy (Karen Black na gościnnych występach) – uparty, zdeterminowany i konsekwentny. A jednocześnie zabawny (troszeczkę). Jeszcze jest trzeci facet, czyli dr James Kalloway (Hal Holbrook) – stylizowany tutaj na czarny charakter, zarówno potrafi być przekonujący (pierwsza rozmowa z astronautami po ich starcie) jak i bardzo śliski. Poza tym trio, drugi plan obfituje w takich aktorów jak Sam Waterson (podpułkownik Willis), O.J. Simpson (komandor Walker) plus Brenda Vaccaro (żona Brubakera) i na sam finał epizod Telly’ego Savalasa (opryskiwacz Albain).

Lata mijają, a „Koziorożec” nie chce się za bardzo zestarzeć (może poza fryzurami postaci). Mimo sporego wieku na karku, pozostaje on naprawdę świetnym dreszczowcem ze świetnie opowiedzianą historią oraz bardzo ponurym klimatem. Naprawdę mocna rzecz.

8/10

Radosław Ostrowski

Omen

6 czerwca, Rzym. Podczas porodu umiera syn amerykańskiego ambasadora, Roberta Thorne’a. Namówiony przez księdza w szpitalu, decyduje się adoptować niemowlę, którego matka zmarła przy porodzie. Rodzina jest szczęśliwa i spokojna, a Thorn zostaje ambasadorem w Wielkiej Brytanii. Jednak kiedy Damian ma 5 lat, zaczynają się dziać dziwne rzeczy, zaczynając od samobójstwa niani.

omen3

Kino grozy wydaje się gatunkiem dość trudnym, gdzie pewne sztuczki są łatwe do przewidzenia. Albo jest zazwyczaj nudne i powolne albo przesadnie brutalne. Klasyczny film Richarda Donnera wydaje się czymś pośrodku – nie brakuje tutaj zarówno makabry jak i bardziej delikatnego budowania grozy. Sama historia pełna jest tutaj tajemnicy i atmosfery niesamowitości (gwałtowna burza, obecność rottweilerów, atak pawianów na samochód), a sposobu mordowania musiał być inspiracja dla twórców „Oszukać przeznaczenie”, bo śmierć jest tutaj gwałtowna i szybka (odcięcie głowy, wypadnięcie przez okno itp.) i nie do końca wiadomo kto i kiedy opuści ten świat, a osadzenie akcji w malowniczych plenerach Brytanii (oraz we Włoszech) nadal robi wrażenie, zwłaszcza scena we włoskim cmentarzu ma coś z romantycznego malarstwa. Klimat jest jeszcze potęgowany przez świetną muzykę Jerry’ego Goldsmitha z masą chóralnego śpiewu, bardzo zgrabnemu montażowi (atak szału Damiana pod kościołem), a finał wywraca wszystko do góry nogami. A wszystko to jest zrobione pewną ręką reżysera, trzymającą wszystko za gardło.

omen1

Jeśli chodzi o warstwę aktorską, to jest ona na naprawdę dobrym poziomie. Grający „rodziców” Damiena Gregory Peck (ambasador Robert) i Lee Remick (Katherine) tworzą naprawdę zgrabny duet, choć Peck tutaj ma znacznie więcej do pokazania, a jego wątpliwości co do uśmiercenia Damiena zostają rozwiane dopiero po znalezieniu trzech szóstek w głowie chłopca. Harvey Stephens jako Damien jest taki jak na Antychrysta przystało – wszechpotężny, ma dobry kontakt ze zwierzętami i bywa bardzo irytujący. Ma też wierną „wyznawczynię” (lekko teatralna Billie Whitelaw – dzisiaj już ona nie robi takiego wrażenia), która chroni go za wszelką cenę. Poza nimi warto wyróżnić dobrego Davida Warnera (dziennikarz Jennings), który trzyma fason.

omen2

„Omen” to już klasyk kina grozy, który trochę się zestarzał (nie tak bardzo jak „Egzorcysta”), jednak o dziwo posiada swój bardzo ponury klimat, rosnący z każdą sceną. Fani klasycznie rozumianego kina grozy powinni obowiązkowo się zapoznać.

7/10

Radosław Ostrowski

Ludzie miasta

Kevin Calhoun jest asystentem nowojorskiego burmistrza Johna Pappasa – człowieka z dużą reputacją i niemal nieskazitelną opinią. Pewnego dnia dochodzi do tragicznej sytuacji – na skutek strzelaniny zginął policjant, siostrzeniec mafioza i 6-letni chłopiec, który był przypadkową ofiarą. Poruszony tragedią Kevin próbuje na własną rękę wyjaśnić sprawę i trafia na dużą aferę.

ludzie_miasta2

Kino polityczne nie jest łatwym gatunkiem, bo wymaga od widza większego skupienia, ma wolniejsze tempo i jest pozbawione klasycznie rozumianej akcji. Pozornie film Harolda Beckera jest kolejną tego typu opowieścią, jednak potrafi on wciągnąć i zmusić do przemyśleń, choć wnioski są dość oczywiste: układy między policją, władzą, sądami i mafią są bardzo silne, oparte na znajomościach i lojalności. Doprowadzają one do czegoś, co fachowo nazywa się skażeniem i psuciem systemu. Owszem, film jest bardzo gadany (jednak dialogi są naprawdę dobre), scenariusz przykuwa uwagę jak w rasowym kryminale, co nie dziwi jeśli wśród autorów mamy m.in. Nicolasa Pileggi („Chłopcy z ferajny”) i Paula Schradera („Taksówkarz”). Drugą rzeczą istotną jest sposób realizacji – wszystko zrobione w sposób bardzo oszczędny, pozbawiony patosu i łopotu amerykańskiej flagi, co samo w sobie jest dużym plusem. Nawet finał jest zrobiony bez podniosłości i werbli.

ludzie_miasta1

No i jak to jest zagrane. Al Pacino jako burmistrz jest po prostu wyborny – to silna i charyzmatyczna osobowość (mowa na pogrzebie chłopca), która magnetyzuje i przykuwa uwagę. Także John Cusack w roli jego asystenta prezentuje się bardzo dobrze. To idealista, który jest uczciwy – przypomina trochę bohatera „Id marcowych”. Wzbudza sympatię i poznaje reguły polityki. Poza tym duetem obsada jest bardzo imponująca: od Danny’ego Aiello (powiązany z mafią Frank Anselmo), Brigdet Fondy (Marybeth Cogan – adwokat policjantów) i Martina Landau (sędzia Stern) do Davida Paymera (Abe Goodman – przyjaciel Calhourna) i Anthony’ego Francioza (Paul Zapatti – gangster).

To naprawdę dobry film, który jest zrealizowany w prosty sposób, bez żadnego kombinowania i udziwniania. Owszem, niektórych może to wynudzić, ale sprawna realizacja i świetne aktorstwo powinno wynagrodzić wszelkie słabostki.

7/10

Radosław Ostrowski