Robin Hood: Koniec legendy

Znamy wiele opowieści o Robin Hoodzie – wyjętym spod prawa, co okradał bogatych, rozdawał biedocie oraz mieszkał w lesie Sherwood. Filmowych inkarnacji też było: od Douglasa Fairbanksa przez animowanego lisa od Disneya i Kevina Costnera aż po Tarona Egertona sprzed kilku lat. Ale teraz reżyser Michael Sarnoski postanowił zrobić swoją wersję, bardziej opierając się na dawnych tekstach i bardziej trzymająca się ziemi.

Tutaj nasz Robin ma twarz Hugh Jackmana z dłuższymi, siwymi włosami (niczym wiedźmin), bardzo zmęczonym spojrzeniem oraz drogą naznaczoną krwią i masą trupów. Ścigany przez przeszłość oraz krewnych ludzi, których wymordował trafia na Małego Johna (Bill Skarsgard). Ten zmienił tożsamość (podszywając się pod nieboszczyka), poznał kobietę i ustatkował się, ale krewni kobiety go rozpoznali. Prosi Robina o pomoc w walce, ale wskutek jatki żona Johna zostaje zabita, a sam banita zostaje ciężko ranny. Mężczyzna trafia do znajdującego się na wyspie klasztoru znanym z cudownych uzdrowień, prowadzony przez matkę przeoryszę (Jodie Comer).

Jeśli spodziewacie się napędzonego akcją „Logana” w wersji średniowiecznej, to nie jest dobry adres. Sarnoski inspiruje się tutaj mocno „Wikingiem” Roberta Eggersa w przedstawieniu brutalnego, krwawego i bezwzględnego świata. I już pierwsze pół godziny są właśnie takie: szorstkie, wręcz naturalistycznie pokazującą przemoc, która sięga wszystkiego. Włącznie z dziećmi. Ale w momencie trafienia do klasztoru film zmienia całkowicie ton. Czas płynie o wiele wolniej, Sarnoski skupia się na rozmowach i drobnych rzeczach jak polowanie czy opieka nad dziećmi. Szczególnie nad małą Margaret, córką Małego Johna, która trafia na wyspę. A w tle mamy pewne rozważania zarówno wobec siły mitów i legend, które ukrywają o wiele brutalniejszą, niewygodną prawdę, czy da się wyrwać ze spirali przemocy, ale także na temat pokuty oraz odkupienia. Wiem, że dla wielu to wolne tempo może zmęczyć i wystawić wielu na cierpliwość, jednak mnie ta atmosfera złapała.

Jest tutaj parę onirycznych oraz tajemniczych momentów pod koniec, które są dla mnie niejasne (jaskinia, gdzie przeorysza odprawia jakiś rytuał). Ale nawet tam pojawia się kilka niezapomnianych momentów jak ostatnia rozmowa Robina z trędowatym czy przeplatające się sceny dwóch pogrzebów i modlitw. Wszystko to spina się w zadziwiająco delikatnym zakończeniu.

A wszystko niesie fenomenalna obsada. Choć Hugh Jackman w roli Robina może na pierwszy rzut oka wydawać się klonem Wolverine’a (naznaczony krwawą przeszłością samotnik), ale bliżej mu tutaj do Williama Mummy’ego z „Bez przebaczenia”. To brutalny, wręcz psychopatyczny zabijaka, pozbawiony domu i celu w życiu, ale jest to bardzo wyciszona kreacja w dorobku Australijczyka. Przekonujący zarówno na początku podczas scen akcji, jak i w chwilach wyciszenia, gdzie wiele pokazuje samym spojrzeniem. Równie elektryzująca jest Jodie Comer jako siostra Bridget, przeorysza klasztoru, choć pozornie może wydawać się zbyt jednowymiarowa. Czyli pełna empatii i życzliwości, wykształcona, ale też znająca tą ciemną stronę życia. Za to kompletnie zaskakujący oraz wręcz nie do poznania byli zarówno Bill Skarsgard – długa broda oraz zupełnie inny głos robią swoje – oraz Murray Bartlett w roli tajemniczego trędowatego.

Czy w dzisiejszych czasach potrzebowaliśmy zdekonstruowanego Robin Hooda i odartego ze swojej otoczki? Pewnie nie, ale film Sarnoskiego okazał się jedną z niespodzianek w początku rozczarowującego sezonu letniego. O wiele mroczniejszy, bardziej medytacyjny film, ciągle grający z oczekiwaniami widowni.

7/10

Radosław Ostrowski

28 lat później

Niebo gwiaździste nade mną, a zombie we mnie
Człowiek człowiekowi zombie

Wydawałoby się, że przez serię „Walking Dead” rynek produkcji z zombie jest przesycony. Niemniej żywe trupy nie chcą umrzeć, co pokazały choćby takie filmy jak „World War Z” czy „Apokawixa”. Teraz jednak wracamy do świata zombie szybkich oraz wściekłych, które stworzył reżyser Danny Boyle i scenarzysta Alex Garland w 2002 roku dzięki „28 dni później” (o nich kiedyś opowiem).

Jak sam tytuł mówi, minęło 28 lat odkąd wirus agresji zamienił ludzi w „zarażonych” – wściekłe bestie, pozbawione człowieczeństwa. Cała Wielka Brytania została oddzielona od świata kwarantanną, otoczona wojskiem i w zasadzie cofająca się w rozwoju. Nie ma Internetu, telefonów komórkowych, telewizji, nawet broni palnej. Z takiego miejsca nawet Snake Plissken nie dałby rady uciec. Znajdujemy się w małym miasteczku, znajdującym się na wyspie, gdzie droga jest dostępna tylko podczas przypływu. Tutaj mieszka Spike (debiutujący Alfie Williams) – 12-letni chłopak, wychowywany przez bardzo surowego ojca Jamiego (Aaron Taylor-Johnson) i chorującą matką Islą (Jodie Comer). Spike razem z ojcem wyruszają na ląd, by przejść etap inicjacji, czyli zabić zarażonego. Przy okazji dociera do niego informacja, że gdzieś tam znajduje się pewien lekarz, dr Kelson (Ralph Fiennes), choć podobno jest szalony. Niemniej dzieciak decyduje się zabrać do niego matkę, wymykając się z miasteczka.

Boyle z Garlandem kreują świat opustoszały i wyglądający niczym po apokalipsie. Ogromne przestrzenie przyrody z niemal opustoszałymi pozostałościami po ludzkiej cywilizacji: wyniszczone domy, stacja benzynowa, wykolejony pociąg. A wszędzie tylko zwierzęta oraz zarażeni zombie: od bardzo grubych oraz powolnych niczym żółw aż po alfy. Te ostatnie są silniejsze, większe i… inteligentne? Skąd to się wzięło? Do tego chodzą kompletnie bez niczego (sama skóra, kości oraz organy rozrodcze), a nawet mogą się… zapładniać? Skąd to się wzięło i jak? Po drodze jeszcze nawiną się żołnierze z rozbitego statku, wściekła alfa zwana Salomonem oraz cały na brązowo Kelson. Niby tempo jest powolne, jednak całość jest bardzo intensywna, z nerwowymi ruchami kamery, wręcz bardzo dzikim montażem (zabijanie zombie, gdzie w chwili trafienia mamy krótką stopklatkę i zmiana perspektywy). Najbardziej kreatywnie zmontowaną sceną jest moment opuszczenia wyspy przez Spike’a i Jamiego, gdzie mamy recytowany w tle wiersz Rudyarda Kiplinga „Buty” przeplatane z archiwaliami i fragmentem filmu ze strzelającymi łucznikami. Aczkolwiek muszę przyznać, że wybijały mnie z filmu sceny nakręcone na czerwonym filtrze.

A to wszystko jest fantastycznie zagrane. Imponujące wrażenie robi debiutujący Alfie Williams w roli Spike’a. Chłopak budzi sympatię od samego początku, przechodząc inicjację i zderzając się z nieznanym, obcym światem. A to, co zobaczy zrobi na nim potężne wrażenie. Wszystkie bardziej emocjonalne momenty wygrywa bezbłędnie, szczególnie razem z Jodie Comer (Isla), stanowiące serce tego filmu. Równie świetny jest Taylor-Johnson, czyli szorstki ojciec, próbujący przygotować syna na nieznane. Tym wielka szkoda, że ta postać pojawia się w zasadzie w pierwszym akcie, po czym znika. Wtedy jednak pojawia się (na krótko) Ralph Fiennes, wyglądający niczym Marlon Brando w „Czasie Apokalipsy”. Jego postać najbardziej fascynuje i stanowi sporą tajemnicę, w końcu to lekarz przebywający na odludziu, który jakimś cudem przetrwał epidemię. Staje się on kolejną ważną postacią dla Spike’a, ucząc go o śmierci.

Sam film jest początkiem nowej trylogii osadzonej w świecie „28 dni”, co tłumaczy pewne niewyjaśnione tajemnice. Boyle z Garlandem są szaleni i mają jaja, choć nie wszystkim to podejdzie. Tak samo jak zakończenie, które wywołało we mnie konsternację. Niemniej ta szalona zabawa formą czyni „28 lat później” jednym z intensywniejszych horrorów ostatnich lat. Wyczekuję ciągu dalszego, który ma nastąpić na początku przyszłego roku.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Free Guy

Wyobraźcie sobie taką sytuację: prowadzicie normalne, uporządkowane według rutyny życie. Wstajesz, ubierasz się, idziesz do pracy, potem fajrant i do domu. „Pić, jeść, spać jak tamagochi.” – śpiewali klasycy rapu. A potem przypadkiem odkrywacie oraz zauważacie, że ten świat wygląda zupełnie inaczej niż do tej pory. To jeden z najbardziej znanych tropów w historii kina, niemal od samego początku. „Metropolis”, „Matrix”, „Truman Show”, „Mroczne miasto” – to tylko kilka przykładów, a do tego grona dołącza „Free Guy”.

free guy1

Bohaterem jest niejaki Guy, czyli Facet (Ryan Reynolds) – pracownik banku we Free City. On też ma swoją rutynę: wstawanie, śniadanie (płatki z mlekiem), przebranie się, spacer do pracy z kumplem Buddym (Lil Rel Howery) oraz kawą w ręku. Następnie praca, gdzie dochodzi do napadu i wszyscy zachowują spokój, również rutynowo. I tak w kółko, marząc o poznaniu TEJ JEDYNEJ, wymarzonej, idealnej. No i nie uwierzycie, pojawia się taka kobitka, co nuci jego ulubiony kawałek. To musi coś znaczyć i nasz Facet zaczyna przełamywać swoją rutynę. Ale też przypadkiem, dzięki znalezionym okularom – niczym w „Oni żyją” – poznaje prawdę o swoim świecie. Że całe jego życie, praca i rzeczywistość to… gra komputerowa, a on jest NPC-em – postacią niegrywalną. Jak żyć po czymś takim? I jaki ferment to wywoła nie tylko w samej grze?

free guy2

Za „Free Guy” odpowiada Shawn Levy, który ostatnio jest znany jako reżyser i jeden z producentów kultowego „Stranger Things”. Tutaj mamy mieszankę filmów w stylu „Truman Show” czy „Matrixa” z… „Tronem”. Czemu to drugie? Przez wątek dziewczyny Millie (Jodie Comer), która razem z chłopakiem (Joe Kerry) współtworzyła pewną grę. Ta trafiła do szefa dużej korporacji, a ten zbudował na jego kodzie strzelankę MMO. I cała ta zabawa toczy się dwutorowo, gdzie świat wirtualny ma wpływ na rzeczywisty. Sama akcja mocno wykorzystuje elementy z gry komputerowej (gdy Facet widzi przez okulary), przez co kontrast między prostodusznością Faceta a brutalnością miasta oraz graczy.

free guy3

Tu się obrywa zarówno graczom – niejako bezmózgim, trochę za bardzo skupionym na wirtualnym świecie oraz żerujących na nich szefach korporacji (cudownie przerysowany Taika Waititi) tak oderwanych od rzeczywistości i przekonanych o swoim geniuszu. Geniuszu do zarabiania pieniędzy, wykorzystywaniu cudzych pomysłów. Klasyczna walka dobra ze złem, gdzie świadome AI nie chce nas zamordować, zrobić z nas niewolników itp. W czasach mrocznych SF pokroju „Ex Machina”, „Upgrade” czy innych „Terminatorów” jest to bardzo odświeżające. Akcja jest poprowadzona z jajem, gdzie nie brakuje ucieczek, strzelanin i pojawiających się znikąd broni oraz postaci, zaś jedna z finałowej bójki między Facetem z Kolesiem iskrzy humorem, zadziwia kreatywnością. Nie mówiąc o brawurowej ucieczce przed coraz ciasnym miastem.

free guy4

A wszystko to jest cudnie zagrane. Ryan Reynolds tutaj trochę jest inny niż choćby w „Deadpoolu”, ale mi to nie przeszkadzało. Jego Facet mógłby wydawać się irytującym palantem, ale jego naiwność, prostoduszność ma w sobie wiele ciepła, uroku i przyziemności. Jednak szoł kradnie tutaj absolutnie świetna Jodie Comer. Kiedy walczy w grze jako Molotovgirl jest twarda, szorstka, jednak dynamika z Facetem ma w sobie wiele uroku. Natomiast w świecie realnym to zdeterminowana, trochę upierdliwa wojowniczka, próbując znaleźć dowód kradzieży kodu. I tutaj pakuje się w to grany przez Joe Kerry’ego jej były chłopak Keys, choć początkowo ma opory. Aktor solidnie wspiera resztę, nawet jeśli jest troszkę w cieniu reszty obsady.

free guy5

„Free Guy” jest bezpretensjonalną, czysto rozrywkową zabawą, która miesza akcję, komedię i nawet… romans. Chociaż zawiera pewne wątki, które dość szybko są porzucone (świadomość AI) lub nie pogłębione (satyra na korporacje), ogląda się z wielką frajdą, gdzie efekty specjalne są świetne i nie rozpraszają. Nikt się nie spodziewał, a każdy dostał i wyszedł zadowolony.

8/10

Radosław Ostrowski