Cyrano

Kto nie słyszał o Cyrano de Bergeracu – XVII-wiecznym francuskim żołnierzu i poecie, utrwalonym przez XIX-wiecznego dramaturga Edmunda Rostanda. Adaptacji oraz dzieł inspirowanych tą sztuką jest wiele. Ostatnim takim przedsięwzięciem był stworzony w 2018 roku musical autorstwa Eriki Schmidt z piosenkami autorstwa braci Dessner, Matta Berningera oraz Carin Besser, gdzie tytułową rolę zagrał Peter Dinklage. Przedstawienie było sukcesem na off-Broadwayu przez dwa lata, więc adaptacja filmowa była tylko kwestią czasu. Za kamerą stanął Joe Wright, który na kinie kostiumowym się zna.

Historia jest w zasadzie niezmienna (w ogólnym zarysie), a jej bohaterem pozostaje Cyrano – mistrz słowa oraz szpady. Jednak zamiast dużego, oszpecającego nosa, jest karłem, czyniąc z niego obiekt kpin. Jest jednak para przyjaciół, którzy go wspierają: kapitan Le Bret (dowódca) oraz Roxanne – dawna znajoma, obecnie z wyższych sfer. Kobieta nie wie, że Cyrano się w niej podkochuje, lecz z obawy na swój fizyczny defekt nie wyjawia swoich uczuć. Sprawa jeszcze się komplikuje, gdy smali do niej cholewki arystokrata de Guille (drugi po królu), co pozwoliłoby kobiecie podreperować finanse. Ale jest jeszcze trzeci adorator – młody rekrut Christian – i to jest ten słynny „grom z jasnego nieba”. Problem w tym, że – jakby to ująć – ma bardzo małe… słownictwo. Więc nasz mały rycerz staje się pośrednikiem między kochankami, pisząc listy za Christiana i pomagając im się spotkać.

Brzmi jak klasyka gatunku, ale Wright ubierając całość w musicalową konwencję dodaje wiele świeżości. Umowność świata przedstawionego z imponującą scenografią oraz kostiumami pozwala łatwiej wejść w ten świat, a kilka drobnych zmian (inny wygląd Cyrano, zmiana koloru skóry Christiana) dodaje szerszego kontekstu do opowieści o samotności, niespełnionej miłości i braku samoakceptacji. Do tego Wright sięga po kilka świetnych mastershotów (choćby sam początek filmu czy potyczka Cyrano w ciemnym zaułku), świetny montaż (kapitalna sekwencja przekazywania listów oraz reakcji Roxanny) oraz odrobinkę humoru.

A skoro jest to musical, to jak wypadają piosenki? Sama choreografia jest więcej niż delikatna i pokazywana jest na dalszym planie. Towarzyszy ona głównym prostym, codziennym rzeczom jak zgniatanie chleba czy trening szermierczy. I dzięki tej prostocie zarówno potrafi zachwycić detalami, jak i nie odwraca uwagi od piosenek. Te zaś są… po prostu porządne. Nie będą one podśpiewywane, gdyż nie chodzi o chwytliwość czy przebojowość, lecz oddanie stanu emocjonalnego bohaterów: samotności, rozdarcia, obawy przed śmiercią. Być może dla wielu te teksty mogą się wydawać zbyt współczesne, jednak dla mnie miały one charakter uniwersalny i pasowały do całości.

A jak się odnaleźli aktorzy? Tutaj wszystko skupia się na czwórce postaci i każda z nich jest bardzo wyrazista, choć pozornie są łatwe do opisania. W tytułowego Cyrano wciela się Peter Dinklage i tworzy swoją najlepszą rolę w karierze. Z jednej strony to charyzmatyczny wojownik, mistrz słowa oraz szpady, sprawiający wrażenie nieustraszonego. Z drugiej to romantyk pełną gębą i osoba nie do końca akceptująca samego siebie, przez co tłumi swoje uczucie do kobiety. Absolutnie zjawiskowa jest Haley Bennett jako Roxanne, też łącząca skrajne sprzeczności: silny charakter z bujaniem w obłokach i romantyzmem. Najsłabiej wypada Kelvin Harrison Jr., czyli Christian – przystojny facet z bardzo skromnym słownictwem i odstaje od reszty. Kompletnie nie czuć chemii między nim a Bennett i Dinklagem, przez co w jego miłość do Roxanne trzeba wierzyć na słowo. Za to główny antagonista, czyli hrabia de Guille w wykonaniu Bena Mendelsohna jest odpowiednio śliski, złowieszczy i podły.

„Cyrano” to powrót Wrighta do formy oraz potwierdzenie, że z ogranej, znajomej historii da się stworzyć angażujący, świetny film. Fantastycznie zrealizowany, ze wspaniałym aktorstwem, cudnymi piosenkami.

8/10

Radosław Ostrowski

Hanna

Hanna pozornie wydaje się zwykłą blondwłosą nastolatką. Tylko, że mieszka w dziczy razem z ojcem, który przekazuje jej całą wiedzę. Wiedzę o świecie, polowaniu na zwierza, znajomości języków oraz… zabijaniu. Ukrywają się do chwili, aż dziewczyna będzie gotowa na konfrontację, nie tylko ze światem. Chodzi o pewną kobietę, która jest odpowiedzialna za śmierć jej matki, a także dawną szefową jej ojca. Czy wspomniałem, że facet pracował dla tajnych służb? Zaczyna się polowanie, gdzie wygrać może tylko jedna strona.

Kiedy myślicie o takim reżyserze jak Joe Wright, najczęściej przychodzi do głowy kino kostiumowe. Stylowo zrobione, pięknie wyglądające i zagrane na wysokim poziomie. Ale to, co zrobił w 2011 roku zaskoczyło wszystkich. Bo „Hanna” to thriller akcji, czyli gatunek raczej nieznany temu filmowcowi. Trzeba być naprawdę odważnym, by wyjść ze swojej strefy komfortu. Ale od razu uprzedzam, że nie jest to do końca konwencjonalna sensacja. Im dalej zaczynamy obserwować historię, tym bardziej wydaje się odrealniona, wręcz groteskowa. Odniesienia do baśni braci Grimm, zmieszane z silnym zmysłem estetycznym plus przenoszenie akcji z miejsca na miejsce (od bieguna przez Maroko do Berlina) tylko pozornie może pasować do kina szpiegowskiego. Niby były już opowieści o osobach w wieku dziewczęco-nastoletnim, które opuszczają swój klosz, chcąc prowadzić normalne życie. Ale z powodu kilku ludzi i/lub supermocy czy specjalnych umiejętności nie jest im to dane.

Wright jednak nie pędzi na złamanie karku, nie bawi się w efekciarski montaż a’la „Krucjata Bourne’a” (czytaj: akcja tak dynamiczna, że gówno widać przebieg wydarzeń) czy popisy pirotechniczne. Co nie oznacza, że scen pościgów, bijatyk czy strzelanin nie ma. Co to, to nie. Może i tempo jest spokojne, ale napięcie wielokrotnie uderza niczym dresiarz wieczorową porą w ciemnym zaułku. Wright nie boi się pokazać kilku fantastycznych mastershotów (próba dorwania ojca Hanny po wyjściu z dworca) czy szybkich cięć bez tracenia rytmu czy wywoływania chaosu (pościg za Hanną z kontenerami w tle). I to nadal wygląda po prostu znakomicie, choć wyjaśnienie całej tajemnicy wokół bohaterki brzmi jakby tandetnie. Do tego wariackiego klimatu pasuje elektroniczno-eksperymentalna, potęgująca napięcie muzyka duetu The Chemical Brothers. Choć czasem świdruje uszy, zostaje w głowie, co jest rzadkim osiągnięciem.

I to wszystko jeszcze jest wsparte absolutnie świetnym aktorstwem. Powiem może coś niepopularnego, ale dla mnie „Hanna” to najlepsza rola Saorise Ronan. Ona trzyma ten cały film na barkach, tworząc niby znajomy typ silnej-słabej dziewczyny. Wyszkolona zabójczyni, ale nastolatka przechodząca swoją pierwszą inicjację, z marzeniami oraz chęcią prowadzenia życia normalnej nastolatki. No i w scenach akcji wypada świetnie, bez ani jednej fałszywej nuty. A za wsparcie miała o wiele doświadczonych kolegów: od wycofanego Erica Bany (Erik, ojciec Hanny) przez balansujące na granicy przerysowania postacie Cate Blanchett (Marissa Wiegler) i Toma Hollandera (zabójca Isaacs) po stonowane, lecz wyraziste kreacje Olivii Williams czy Jessiki Barden.

Wariacki koktajl – tak jednym słowem można opisać „Hannę”. Joe Wright tym filmem pokazuje twarz więcej niż kompetentnego twórcy kina akcji. I troszkę szkoda, że nie poszedł więcej w stronę tego gatunku. Ale nie wszystkim ta krwawa baśń przypadnie do gustu, wiec jeśli nie boicie się nieoczywistych hybryd, będziecie oczarowani.

8/10

Radosław Ostrowski

Czas mroku

Maj roku 1940 nie zapowiadał się zbyt dobrze dla Europy, która coraz bardziej dostawała łupnia od pewnego niedoszłego malarza, co został fuhrerem. Krótkowzroczna polityka ugodowa brytyjskiego premiera Neville’a Chamberlaina obróciła się przeciwko niemu, doprowadzając do upadku jego gabinetu. Rządząca partia chce, by urząd objął szef dyplomacji, lord Halifax, lecz ten odmawia. Wtedy na jego miejsce trafia człowiek niechciany, nieplanowany, uważany za nieporadnego, niekompetentnego idiotę (katastrofy pod Gallipoli do tej pory nie wybaczono), wyłączonego z głównego nurtu polityki. Jest nim pierwszy lord Admiralicji, Winston Churchill, tworzący bardzo szeroki gabinet wojenny i od razu musi zmierzyć się z bardzo poważnym problemem – Dunkierką.

czas_mroku1

Joe Wright to brytyjski filmowiec mierzący się z różnymi gatunkami, wychodząc zazwyczaj z tych konfrontacji z tarczą. A postać Winstona Churchilla wydaje się samograjem, bo pokazania takiej ikony brytyjskości nie da się zepsuć, prawda? Skupiając się tylko na tym miesiącu, reżyser wyciska z tej postaci wszystko, nie stawiając (zbyt mocno) spiżowego pomnika. Jest to kino polityczne czystej próby, która można potraktować jako uzupełnienie „Dunkierki” Nolana, pokazujące całą operacje z perspektywy urzędników oraz przywódcy. Rzadko pojawiają się tutaj obrazki z wojny (ujęcia wręcz z góry, zwane okiem Boga), a całość skupiona jest na rozgrywkach i spięciach między Churchillem a Halifaxem oraz Chamberlainem, pragnącymi zawrzeć pokój z Hitlerem. Premier jest początkowo traktowany jako ktoś wrogi, szalony, pragnący poświęcenia oraz ofiar, człowiek zawierający masę politycznych błędów oraz grzechów. Te spięcia są zdecydowanie najmocniejszą stroną filmu.

czas_mroku2

Wizję niepokoju oraz mroku potęgują świetne zdjęcia Bruno Delbonnela, który wręcz perfekcyjnie operuje światłocieniem. Mocno to widać w takich ujęciach jak przemowy w niemal ciemnej izbie parlamentu czy gdy widzimy bohatera jadącego windą. To dopełnia wizji czasów, gdzie każda godzina dla tego kraju może być ostatnią, najczarniejszą godziną. Owszem, są pewne wady jak patos (w finale jest go dużo) czy lekko mniej wyraźny od bohatera drugi plan (bo Churchill wręcz błyszczy), ale to kompletnie nie przeszkadza, wręcz do tej ścieżki.

czas_mroku3

Nie będę oryginalny twierdząc, że „Czas mroku” to Gary Oldman Show. Aktor, mimo charakteryzacji, tworzy bardzo wyrazistą, wręcz charyzmatyczną postać. Gdy przemawia w parlamencie, sprawia człowieka głęboko wierzącego w swoje racje, niewzruszonego niczym twardziela. Ale to bardziej skomplikowany charakter – bywa porywczy (jak sam mówi: „powściągliwość jest rzadka w jego rodzinie”), wręcz wybuchowy, miewa chwile wątpliwości oraz walczy z własnymi politycznymi demonami. Nieprawdopodobna kreacja wnosząca film na wyższy poziom. Drugi plan wydaje się zepchnięty przez wielkiego Oldmana, a pozostali bohaterowie mają trochę mało czasu na zbudowanie głębokich ról. Nie znaczy to, że są tylko delikatnym tłem, o nie. Najbardziej wybija się tutaj Stephen Dillane jako bardzo ugodowy lord Halifax, sprawiający wrażenie wręcz nietykalnego członka rządu. Swoje pięć minut ma też Ben Mendelsohn (król Jerzy V) oraz Kristin Scott Thomas (pani Churchill), stanowiący solidne wsparcie.

czas_mroku4

Nowy film Wright to przykład solidnej biografii z jedną, WIELKĄ kreacją Gary’ego Oldmana, który dźwiga całość na swoich barkach. To mroczny, trzymający w napięciu dramat, ale – na szczęście – Churchill jest pokazany jako postać z krwi i kości, a nie pomnikowy charakter znany z podręczników historii. To musi robić wrażenie.

8/10

Radosław Ostrowski

Anna Karenina

Historia tej miłości skazanej na potępienie była przenoszona na ekran wielokrotnie. Tym razem zadania się podjął Joe Wright, który miał na to swój własny pomysł, bo zrobił z tego spektakl – dosłownie. Niby toczy się to w wielu miejscach, ale tak naprawdę wszystko jest kręcone w teatrze (jedynie sceny w majątku Lewina są w plenerze). Może się to wydawać sztuczne, ale reżyser wie, co robi, bo zrealizowane jest to wybornie. Kamera wręcz podąża za bohaterami, gdy scenografia (świadomie sztuczne tła) zmienia się jak w kalejdoskopie – przenosimy się z miejsca na miejsce, a jednocześnie nie gubimy się w tym wszystkim, a całość ogląda się znakomicie. Mimo pewnej teatralności, Wrightowi udało się przekazać i pokazać emocje wśród bohaterów, co można było zignorować. Imponują też kostiumy oraz piękna muzyka, która buduje klimat tej opowieści. Niezwykła i pomysłowa realizacja, co trzeba przyznać.

karenina1

Jednak esencją i największą siła poza oryginalną dość warstwą formalną są bardzo ciekawe i przekonujące kreacje, choć dość nietypowo obsadzeni. Takim przykładem jest Jude Law w roli chłodnego i opanowanego Karenina, który ukrywa swoja upokorzenie. Drugim zaskoczeniem jest Aaron Taylor-Johnson jako Wroński – trochę lalusiowaty, ale powściągliwy bawidamek. Jednak ich wszystkich przyćmiła Keira Knightley. Nie przepadałem za tą aktorką, ale muszę przyznać, ze mnie zaskoczyła, powaliła i bardzo przekonująco pokazała kobietę, która wyzwala się z ciasnych konwenansów i płaci za to wysoką cenę.

karenina2

Ale poza tym trójkątem nie brakuje równie ciekawych ról drugoplanowych, z których najbardziej zapadł Domhnall Gleeson jako idealista Konstantyn Lewin, którego wątek miłosny jest drugim istotnym dla fabuły oraz wywołujący uśmiech Matthew Macfayden (Obłoński).

karenina3

Wierna treściowo, zaskakująca formalnie, wciągająca i angażująca adaptacja. Kolejny przykład, że nie trzeba szokować czy przesadnie eksperymentować, by osiągnąć wymarzony efekt. Brawo!!

8/10

Radosław Ostrowski