Jeździec bez głowy

Rok 1799. Miasteczko Sleepy Hollow gdzieś daleko za Nowym Jorkiem. To do niego zostaje wysłany posterunkowy Ichabod Crane, by zbadać makabryczne zbrodnie. Otóż w tej miejscowości doszło do trzech morderstw – ofiary zostały pozbawione głów. Sprawcą tych morderstw podobno jest mityczna postać Jeźdźca bez głowy.

jezdziec_bez_glowy1

Tim Burton zawsze tworzył pokręcone i szalone kino, pełne mroku, jednak tym razem postanowił zrobić pełnokrwisty horror oparty na klasycznej historii Washingtona Irvinga. Sama historia jest oparta na zderzeniu (odwiecznym) dwóch światów: racjonalnego, pełnego logicznego i naukowego podejścia (Crane) oraz magii, tajemnicy i… zabobonu (mieszkańcy). Ten koncept jest typowy dla klasycznej literatury grozy, a reżyser postanawia wskrzesić realia, gdy jeszcze nauka jeszcze pozostawała tajemnicą. Trudno odmówić reżyserowi stylu oraz klimatu, tworzonego przez Sleepy Hollow – las, senne miasteczko i grota wiedźmy. Te miejsca potrafią budzić atmosferę niepokoju, a strach tworzy bardzo dobra muzyka Danny’ego Elfmana. Problem jednak w tym wszystkim, że wszystkie sztuczki Burtona nie działają i jako horror, „Jeździec…” po prostu się nie sprawdza. Nawet obecność samego Jeźdźca oraz jego krwawe rozprawy wywołują bardziej znużenie niż przerażenie. Są pewne próby całkiem niezłe (tajemnicze znaki), jednak cała intryga po mniej więcej 30 minutach stała się dla mnie zbyt łatwa do odczytania.

jezdziec_bez_glowy2

Sytuację próbują ratować aktorzy i to dzięki nim ten seans nie był czasem straconym. Burton w głównej roli drugi raz obsadził Johnny’ego Deppa, a ten w roli Crane’a sprawdza się bardzo dobrze. Jest on racjonalistą z krwi i kości, co wynika z dość traumatycznej przeszłości (sceny z niej nawiedzają naszego bohatera w snach), jednak pobyt w Sleepy Hollow jest dla niego testem tej wiary. Największą gwiazdą jest tak naprawdę Christina Ricci w roli córki wpływowego van Tassela (solidny Michael Gambon), Katrin. Jest nie tylko urodziwą kobietą, ale posiada pewien tajemniczy magnetyzm, mocno działający na Crane’a. kluczowa rolę w całej intrydze odgrywa przekonująca Miranda Richardson (lady van Tassel). Jedyną rzeczą budzącą autentyczne przerażenie w tym filmie jest Christopher Walken w roli tytułowej. Czy nie poczulibyście się przerażeni, gdybyście zobaczyli tą twarz?

jezdziec_bez_glowy3

Burton próbował zrealizować rasowy, choć staroświecki horror. I chyba słowo staroświecki jest tutaj kluczem. Wiem, że aby wystraszyć kogoś nie trzeba krwi, posoki oraz brutalnej przemocy. Reżyser chciał pójść pod prąd, jednak tym razem mocno się poparzył. Zarówno jako horror, co świadczy chyba o tym, ze podjęto realizację tego przedsięwzięcia bez głowy.

jezdziec_bez_glowy4

5/10

Radosław Ostrowski

 


Ed Wood

Są filmowcy, którzy przechodzą do historii, chociaż nie zawsze ze względu na wysoki poziom artystyczny swoich dzieł. Kimś takim był Edward D. Wood Jr. – reżyser, producent, aktor i scenarzysta. Co można o nim powiedzieć? Był on filmowcem, który miał wszystko, oprócz i szczęścia. Każdy jego projekt był artystyczną i komercyjna klapą, jednak sama postać była na tyle interesująca, iż postanowiono nakręcić jego biografię.

ed_wood1

Początkowo reżyserem miał być Michael Lehmann, jednak projekt trafił w ręce Tima Burtona. Wydawałoby się, że ten reżyser, nie posiadający doświadczenia przy realizacji filmów biograficznych nie poradzi sobie z tą materią. Jednak Amerykanin nie tylko wszedł w klimat, ale także nakręcił jeden z najlepszych filmów w swojej karierze. Jest to zarówno próba wejścia w psychikę Wooda, pokazania jego metody pracy, ale także jest to swoisty hołd dla tego filmowca. Widać to już w czołówce filmu – na początku widzimy opuszczony dom, kamera wchodzi do środka – z trumny podnosi się mężczyzna pokrótce wprowadzający nas w film, by potem obejrzeć cmentarz, gdzie na grobach widzimy nazwiska aktorów. Całość utrzymana w czarno-białej kolorystyce, co tylko bardziej miało stworzyć klimat starego kina. I to się sprawdza – podobnie „horrorowi” muzyka tym razem napisana przez Howarda Shore’a (zastąpił Danny’ego Elfmana, z którym Burton się pokłócił).

ed_wood2

Z jednej strony jest to film o kręceniu filmów, gdzie twórca niejako jest skazany na kompromisy i uzależniony jest producentów. Oni proponują pieniądze, a w zamian proszą albo o zmiany w scenariuszu czy umieszczenie w obsadzie swoich znajomych, często pozbawionych talentu aktorskiego. Z drugiej to też trafny portret freaków, którzy zrobili karierę w telewizji – fałszywych jasnowidzów, transwestytów oraz producentów-amatorów, szukających przede wszystkim profitów. I to tutaj dochodzi do niezwykłej relacji miedzy Woodem, a zapomniana już gwiazdą horroru, Belą Lugosim. I ta znajomość jest najważniejszym wątkiem tego filmu, gdyż obaj panowie są sobie potrzebni – Wood dzięki jego obecności stara się realizować kino, a Lugosi odzyskuje dawną sławę.

ed_wood3

To, że Burton potrafi prowadzić aktorów, wiadomo od dłuższego czasu. Klasę pokazuje tutaj Johnny Depp – tym razem bez makijażu i charakteryzacji, co w przypadku filmów Burtona jest rzadkością. Wood w interpretacji Deppa to przekonany o swojej wielkości facet, który nie ma talentu za grosz, jednak pasja, pomysłowość i determinacja musi budzić podziw, choć jego dziwactwa (jest transwestytą) nie spotykają się z akceptacją jego dziewczyny (naprawdę dobra rola Sarah Jessiki Parker). Jednak największe wrażenie robi znakomita kreacja Martina Laudau w roli Lugosiego. To stary, zmęczony aktor uzależniony od narkotyków oraz swojej roli Drakuli (pierwszy raz poznajemy go, gdy kupuje… trumnę),nie radzący sobie z nowymi regułami szołbiznesu, budzi on współczucie i sympatię. Ten duet wspaniale się uzupełnia i oglądanie go na ekranie sprawia wielką przyjemność.

Burton nawet w innym gatunku potrafi być równie wspaniały jak kręcąc swoje pokręcone opowieści. Świetna biografia pokazująca człowieka, próbującego odnieść sukces. A że udało mu się go osiągnąć po śmierci, to już inna kwestia.

8/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Edward Nożycoręki

Przedmieścia gdzieś w USA. Są tam idealne domy, gdzie mieszkają szczęśliwi ludzie, znający się nawzajem. Co się stanie, jeśli w tej okolicy pojawi się ktoś obcy, kogo nie znacie? Sprawczynią tego całego zamieszania jest pani Boggs – akwizytorka sprzedająca kosmetyki Avon. Odwiedziła opuszczone domostwo i znalazłam tam chłopca, który zamiast palców miał nożyczki. Na imię miał Edward, a kobieta zdecydowała się przygarnąć do siebie.

edward_nozycoreki1

Historia opowiedziana w tym filmie przez Tima Burtona jest dość prosta i nieskomplikowana. Zaczyna się jak baśń – najpierw mamy przepiękną czołówkę (ciemny błękit, zbliżenia na detale jak klamki czy wzorki), a potem widzimy starszą panią opowiadającą swoje wnuczce opowieść o Edwardzie. Samej wyobraźni i estetyki charakterystycznej dla tego reżysera tym razem jest bardzo niewiele. Pokręcony styl najbardziej widać w scenach pokazujących mroczne domostwo Edwarda, którego stworzył już mocno zaawansowany wiekowo wynalazca (skojarzenia bardziej z Pinokiem niż Frankensteinem). Gotycka budowa, taśma produkcyjna, dziwaczny piec – to tworzy bardzo mroczny klimat, spotęgowany przez bardzo sugestywna prace kamery oraz scenografię. Jednak przez większość czasu akcja toczy się na przedmieściach jakiegoś miasta gdzieś w latach 60. (w radiu lecą przeboje Toma Jonesa – „Delilah” i „It’s Not Unusual”), co widać zarówno w strojach, wnętrzach domów oraz fryzurach. Jedynym elementem niepasującym do reszty jest Edward ze swoimi rękoma. Osadzenie go w tym „idealnym” świecie staje się testem na człowieczeństwo. Sam bohater początkowo traktowany jest jako sympatyczne dziwadło, które jest w stanie zrobić kilka usług, np. ostrzyć żywopłot czy jako fryzjer. Ale ta idylla nie będzie trwała długo. Wtedy zacznie się wrogość, nienawiść, nieufność.

edward_nozycoreki2

Cały problem z „Edwardem” jest taki, że cała ta historia jest nie tylko przewidywalna (przesłanie też jest dość oczywiste), ale przez większość czasu mało angażująca. Pierwsze próby „adaptacji” Edwarda do świata ludzi są nawet zabawne (próba ubrania się), lecz dopiero pod koniec cała historia zaczyna działać na strunach wrażliwości i ma wiele niezwykłych ujęć (taniec Kim wśród płatków śniegu to magiczny moment, który zapamiętam na długo). Klimat tworzy też bardzo piękna muzyka Danny’ego Elfmana z niezapomnianym tematem przewodnim przypominającym kołysankę.

edward_nozycoreki3

Poziom podnoszą świetnie poprowadzeni aktorzy, z czego jeden z nich otrzymał „etat” u Burtona. Tym aktorem jest Johnny Depp, który jest po prostu uroczy w roli Edwarda. Aktor bardzo wiarygodnie zbudował postać „dużego dziecka” – zafascynowanego i odkrywającego nowy świat, ale jednocześnie łatwo podatnego na manipulację. Wszystko dla niego jest nowe, także miłość, a wszelkie emocje łatwo można odczytać w jego oczach. Równie czarująca jest Winona Ryder jako córka państwa Boggs, Kim. I jak to nastolatka jest wrażliwą dziewczyną, choć początkowo nieufną wobec Edwarda. Potem ta relacja zmienia się w poważniejszą zażyłość. Jest też kilka dobrych ról na drugim planie. Nie sposób nie docenić empatycznej Dianne Wiest (pani Boggs), traktującą Edwarda niemal jak swoje dziecko, antypatycznego Anthony’ego Michaela Halla (psychopatyczny Jake) oraz – ostatni raz na ekranie – legendarnego aktora kina grozy Vincenta Price’a (Wynalazca).

edward_nozycoreki4

„Edward” był ważnym filmem przede wszystkim dla Johnny’ego Deppa, który stał się stałym współpracownikiem Burtona oraz dzięki niemu stał się docenionym aktorem swojego pokolenia. Poza tym jest to dość przewidywalna baśń, która momentami przypomina to, za co kocha się Amerykanina. To jednak za mało, by wznieść się nieco ponad przeciętność.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Tajemnice lasu

Musicale to gatunek trudny i niełatwy do realizacji – jak zresztą każdy gatunek filmowy. Jednak tym razem reżyser Rob Marshall, który miał dość spore doświadczenie przy realizacji musicali („Chicago”, „Nine”) zrobił kolejny projekt, tym razem dla Disneya. A początek jest taki: dawno, dawno temu żył sobie piekarz razem z żoną. Żyli sobie szczęśliwie, ale brakowało im tylko dziecka. Nie mogą go mieć nie z powodu różnych medycznych przypadłości (lekarz wtedy nie istniał raczej), tylko spowodowane jest klątwą czarownicy i tylko ona może ją zdjąć. By to zrobić potrzebne są pewne przedmioty: krowę, złoty pantofelek, czerwony kaptur i złote włosy.

tajemnice_lasu1

Brzmi znajomo? Marshall miesza baśniowe postacie i motywy (Kopciuszek, Roszpunka, Jaś i magiczna fasola itp.), gdzie przeplatają się te postacie oraz wątki ze sobą. Pytanie tylko – po co to wszystko? I jeszcze tu wszyscy śpiewają – w wiadomym stylu, gdzie wszyscy rywalizują o to, kto mocniej wyje. Owszem, reżyser próbuje zrobić pewne cudeńka (zwłaszcza wizualna strona robi naprawdę dobre wrażenie), a odniesienia do klasycznych baśni sprawiają wrażenie pewnego mechanicznego działania (poza Czerwonym Kapturkiem i akcji z Wilkiem – to było zabawne czy ironiczny śpiew obu Książąt z bajki) czy niektórych dwuznacznych scen, jednak nawet one nie są w stanie przykuć uwagi na dłużej, choć przesłanie (uważajcie, czego życzycie, bo to się spełni) może się podobać.

tajemnice_lasu2

Jeśli chodzi o warstwę aktorską, to część śpiewana jest taka sobie (broniła się tylko Anna Kendrick i – czasami – Meryl Streep), jednak gdy nie trzeba śpiewać, to wtedy jest całkiem nieźle. Najlepiej zaprezentowała – moim skromnym zdaniem – urocza Emily Blunt jako żona piekarza (James Corden), która sprawia wrażenie bardziej zaradnej i niepozbawionej sprytu. A sama Meryl S., która dostała kolejną nominację do Oscara? Wygląda tak, jak czarownica wygląda powinna – jest ohydna, raczej antypatyczna i działająca w zgodzie ze swoim interesem. To po prostu solidna rola, bez jakiegoś zaskoczenia czy niespodzianki. A reszta, dla mnie poprawna i tyle.

tajemnice_lasu3

Cóż, po tym filmie, musicali raczej nie polubię. Nudny, niekonsekwentny, pozbawiony czegoś, co przykułoby moją uwagę na dłużej. A szkoda, bo wydawałoby się to bardzo intrygujące.

tajemnice_lasu4

5,5/10

Radosław Ostrowski


Wrogowie publiczni

Amerykanie kochają swoich gangsterów tak mocno, że tworzą o nich mity. A jednym z herosów czasów Wielkiego Kryzysu był John Dillinger, o którym nie powstało zbyt wiele filmów. Za jego historię postanowił wziąć się sam Michael Mann. I wyszedł mu naprawdę dobry film, ale po kolei.

wrogowie1

Wszystko zaczyna się w 1933 roku, gdy John Dillinger dokonuje spektakularnej ucieczki z więzienia. Po drodze zobaczymy kilka napadów na bank, czym zajmuje się Dillinger praktycznie od zawsze, pojawi się pewna dziewczyna, a J. Edgar Hoover wykorzystując Melvina Purvisa będzie próbował dopaść Dillingera. Ale ten facet jest sprytny, gdyż wie jak zbudować swój medialny wizerunek – a to dowcipkuje z dziennikarzem, ściska się z naczelnikiem więzienia po aresztowaniu. Celebryta tamtych czasów, a jednocześnie gangster ze starej szkoły, który woli napadać na banki niż czerpać profity z narkotyków, hazardu itp. A to mafii się niespecjalnie podoba (Frank Nitti). To poczynania Dillingera tak naprawdę przyśpieszyły działalność FBI, wprowadzając nowy rodzaj przestępstw – zbrodni federalnych, ściganych przez całe Stany. To jednak jest tło dla Manna, tak jak wykorzystany wątek przemijania pewnej epoki, zmierzchu starej gangsterki. Ze wzgląd na starcie Dillingera z Purvisem, film budzić może skojarzenia z „Gorączką”, jednak „Wrogowie” są zbyt chłodnym filmem, by ta konfrontacja mogła nas wciągnąć. Jest tu wiele klisz i schematów, ale całość ogląda się naprawdę dobrze. Zarówno scenografia, kostiumy jak i muzyka świetnie budują klimat epoki. Pewnym problemem może być warstwa wizualna – nie chodzi o samą kolorystykę zdjęć (te w sporej części są bardzo dynamiczne, z dominacją mroku przy świetnych strzelaninach czy scenach napadów), ale wykorzystanie kamery cyfrowej nie wywołuje zbyt dobrych wrażeń estetycznych. Wygląda to po prostu brzydko.

wrogowie2

Aktorsko film prezentuje się dość różnie. Na plus zdecydowanie warto wyróżnić Johnny’ego Deppa, choć bez charakteryzacji można go nie rozpoznać. Jako Dillinger jest czarującym dżentelmenem, który czerpie z życia ile się da. Choć strzela i to w dużej ilości, to jednak nikogo nie zabija – taki fajny facet. Jednocześnie jest świadomy swojego losu, lojalny wobec kumpli oraz romantyczny jak cholera. Jego przeciwieństwem jest Mervin Purvis (nudny Christian Bale), który szanuje swojego przeciwnika i jest uczciwy aż do bólu. Czy tylko mnie się wydawało, że Bale ma głos Batmana? Ciekawsza jest Marion Cotilliard jako dziewczyna Johna – niejaka Billie, która nie jest pierwszą lepszą damulką w opałach. Naiwna też nie jest, ale i tak trzyma się Johna mimo wszystko. Poza nimi jest wiele znanych twarzy w małych rolach (najbardziej utkwił w pamięci Stephen Graham jako psychopatyczny „Buźka” Nelson oraz twardy Stephen Lang jako agent Winstead), będącymi smaczkiem dla ekranu.

wrogowie3

Mann po kompromitacji pt. „Miami Vice” powoli wraca do dobrej formy. Solidna realizacja (poza cyfrówką), sprawna reżyseria, świetny Depp – to główne składniki sukcesu tego filmu. Nie wiem jak wy, ale ja nie mogę doczekać się najnowszego filmu Manna, który pojawi się w przyszłym roku („Haker” o walce z cyberterroryzmem). A „Wrogowie” to dobre kino.

7/10

Radosław Ostrowski

Transcendencja

Słowo „transcendencja” oznacza „istnienie bytu poza świadomością”. Innymi słowy, że jest byt, którego nasz umysł nie jest w stanie ogarnąć. Czymś takim może być sztuczna inteligencja. Ale to kwestia kilku(nastu) lat. Wyobraźcie sobie świat, gdzie prace nad sztuczną inteligencją na całym świecie są mocno zaawansowane. Będzie ona w stanie mieć własną świadomość i umysł silniejszy niż jakikolwiek człowiek lub grupa ludzi na świecie. Przewodzi tymi badaniami dr Will Caster, ale ludzie boją się tego, co nowe. I taka grupka terrorystów dokonuje ataków na kilka laboratorium, a Caster zostaje postrzelony kula z polonem. Ale jego zdesperowana żona będzie chciała połączyć jego umysł z rozwiniętą sztuczną inteligencją. I nawet ona nie będzie w stanie przewidzieć konsekwencji tych wydarzeń.

transcendencja1

Kino SF od dłuższego interesuje się kwestią AI oraz kontroli człowieka nad maszynami i na odwrót. Do tego głosu wlicza się debiutancki film Wally’ego Pfistera. Wszyscy go znamy jako operatora współpracującego z Christopherem Nolanem. I osoby spodziewającego się dużego budżetu, bajeranckiej akcji i wielkiej rozwałki – poczują się mocno rozczarowani. Bardziej jest to kameralne, bazujące na dialogach i stawiające poważne, etyczne pytania. O granicę między postępem technologicznym, który może zrobić z nas niewolników a posiadaniem własnego „ja”. Twórcy nie rozwiązują tego sporu, tylko próbują rozważnie przedstawić racje obu stron, które dla własnego dobra są w stanie zrobić wszystko. Wątek sensacyjny akurat wypada tutaj najsłabiej i wszelkie wybuchy czy strzelaniny zwyczajnie nużą. Całość jest mocno oszczędna wizualnie, a efekty specjalne poza scenami regeneracji nie odgrywają tutaj żadnego znaczenia. I na pewno „Transcendencja” daje tutaj sporo do myślenia i zmusza do refleksji.

transcendencja2

Jeśli chodzi o grę aktorów to jest ona dość nierówna. Za tło robią tutaj bohaterowie grani przez Morgana Freemana (dr Joseph Tagger) i Cillian Murphy (agent FBI Buchanan), którzy ładnie wyglądają, są poprawnymi postaciami, ale nie odgrywają istotnej roli. Najtrudniejsze zadanie miało troje głównych bohaterów. Pierwszy to dr Caster grany przez Johnny’ego Deppa. Po pierwsze, Depp wygląda tutaj normalnie i nie jest naładowanymi kilogramami charakteryzacji i jest to typowy naukowiec z kompleksem Boga, dla którego nie ma granic do nie przekroczenia, co trochę kontrastuje z dość powściągliwą grą tego aktora. Drugim mocnym punktem jest Rebecca Hall, czyli Evelyn Carter. Ta kobieta po śmierci męża, staje się ofiara swojego obłędu i chcą desperacko utrzymać męża przy życiu przekracza granicę etyki. Dla niej Will, nawet w formie komputera jest tym samym ukochanym, a zanim przejrzy na oczy minie sporo czasu. I trzecia postać, czyli dr Max Waters (solidny Paul Bettany), który ma znacznie więcej wątpliwości i jest bardziej sceptyczny od małżonków. I posiada on na tyle zdrowego rozsądku, że można się z nim identyfikować.

transcendencja3

Pfister nie boi się stawiać pytań, a choć całość nie porywa i ma dość powolne tempo, to jest jest całkiem przyzwoitą propozycją. Może i nie jest tak powalającym wizualnie widowiskiem, to jednak daje kilka poważnych pytań, nie dając w zamian żadnych odpowiedzi i zmusza do refleksji. Solidna produkcja.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Jeździec znikąd

Tajemniczy zamaskowany jeździec znikąd to postać znana w USA dzięki słuchowisku radiowemu z lat 30-tych. Ale jak wiadomo, prędzej czy później wszystko pójdzie na duży ekran i „Jeździec znikąd” tez musiał się tam znaleźć. Ale po kolei.

Głównym bohaterem jest młody prokurator John Reid, który przybywa w rodzinne strony po ukończeniu prawa. Jednak zostaje wplątany w odbicie więźnia Butcha Cavendisha. Razem z bratem, miejscowym szeryfem rusza w pościg, jednak wpadają w zasadzkę i wszyscy giną. No, prawie wszyscy. John zostaje ocalony przez Indianina Tonto, który ma z Cavendishem rachunki do wyrównania. Proste? Nie do końca.

jezdziec1

Ta pokręcona historia zrobiona przez Gore’a Verbinskiego to przede wszystkim hołd westernom Sergio Leone, ze szczególnym wskazaniem na „Pewnego razu na Dzikim Zachodzie” (cytowana scena oczekiwania na pociąg) oraz typowymi ujęciami dla tej konwencji (latające ptaki jako zły omen). Technicznie trudno się przyczepić, kilka scen jest genialnych (finałowa konfrontacja w pociągach), odrobina humoru głównie dzięki kontrastom bohaterów, ale czułem się mocno rozczarowany. Dlaczego? Po pierwsze, film trwa za długo, zaś intryga już mniej więcej w połowie staje się łatwo czytelna, co wywołuje tylko znużenie. Po drugie, jak na rozrywkowy film spod znaku Disneya jest bardzo brutalna (ostatnia szarża Komanczów pod ostrzałem karabinów czy wycinanie serca), co w zderzeniu z lekkością i raczej rozrywkowym charakterem filmu wywołuje duży zgrzyt i poważny kontrast. To mocno psuje frajdę z oglądania filmu, a scenariusz jest wręcz przeładowany i przedobrzony.

Sytuację próbują ratować aktorzy i wychodzi im to całkiem nieźle. Grający tytułową rolę Arnie Hammer całkiem przyzwoicie sobie radzi jako prawy, dzielny i naiwny John Reid, który brzydzi się przemocą. Z kolei Johnny Depp pod tonami charakteryzacji nie przynudza, zaś jako Tonto bywa zabawny, uroczy, ale i poważny. Udaje się uniknąć cienkiej linii przerysowania i parodii. Obaj panowie razem działają naprawdę sprawnie. Z kolei drugi plan jest znacznie ciekawszy, z wybornym Williamem Fichtnerem jako bandytą Cavendishem, który jest paskudny (nie chodzi tu tylko o wygląd). Przeciwieństwem jest elegancki Tom Wilkinson, czyli bandzior w rękawiczkach oraz Barry Pepper (kapitan kawalerii).

jezdziec2

„Jeździec…” nie jest tak tragicznym filmem jak mówili o nim krytycy, ale do najlepszych produkcji Verbinskiego sporo brakuje. Czuć pewne zmęczenie materiału, zgrzyty czy nudę, ale jest parę mocnych scen-pereł oraz kawał solidnego aktorstwa, który trochę rekompensuje to wszystko.

6/10

Radosław Ostrowski

Truposz

Do miasteczka Machine przyjeżdża William Blake. Przyczyną przyjazdu jest oferta pracy u niejakiego Johna Dickinsona, ale na miejscu okazuje się, że żadnej pracy nie ma. W końcu nocuje u przypadkowo poznanej kobiety. I wszystko byłoby dobrze, gdyby nie to, że pojawia się jej były facet, który ją zabija. Blake też go trafia śmiertelnie i ucieka. Zmarły okazuje się synem Dickensona, który wynajmuje trzech zabójców, by wytropili i schwytali Blake’a, któremu towarzyszy Indianin o imieniu Nikt.

truposz1

Niby jest to western, ale Jim Jarmusch to nie jest John Ford czy Clint Eastwood. Ten ambitny twórca wykorzystuje klisze westernowe i przerabia je na swoją modłę. Mamy więc szereg ujęć, które nie pokazują w zasadzie niczego istotnego dla fabuły, odrobinę humoru, przeskoki i żółwie tempo. Bardziej liczy się dla niego nastrój tajemnicy niż intryga czy akcja, która przez większość czasu toczy się w lesie. Jednym się to spodoba (czytaj: fanom reżysera), zaś reszta się bardzo wynudzi i nie zrozumie. Niestety, ja załapałem się do drugiej grupy, bo w połowie „Truposz” stał się coraz bardziej męczący i ziewogenny. Być może spowodowane było tym, że seans zacząłem po godzinie 22. Atmosferę dobudowują czarno-białe zdjęcia Robby’ego Mullera oraz muzyka Neila Younga, grana tylko na gitarze elektrycznej i akustycznej.

truposz3

Swoje tez próbują dołożyć aktorzy, wśród których nie zabrakło znanych nazwisk, które pojawiają się w epizodach: od Johna Hurta (Scholfield), Gabriela Byrne’a (Charlie) i Alfreda Moliny (misjonarz) przez Roberta Mitchuma (Dickinson) aż do Lance’a Henricksena (psychopata Cole) i Iggy’ego Popa (Sally Jenko). Jednak i tak cała uwaga skupia się na Johnnym Deppie, który gra postać jakby z innego świata. Elegancko ubrany, nie radzący sobie z bronią, typowy mieszczuch, który zmienia się w ściganego. Druga istotną postacią jest enigmatyczny Indianin Nikt (intrygujący Gary Farmer), którego losy są mocno pokręcone. Ale nawet oni nie są w stanie obronić tego filmu.

truposz2

„Truposz” to film-wyzwanie i albo go pokochacie, albo znienawidzicie. Jarmusch nie kręci filmów dla każdego, więc miejcie się na baczności.

5/10

Radosław Ostrowski