Z piekła rodem

Kuba Rozpruwacz – jego sprawa do dziś pozostaje fascynującą tajemnicą. Morderca pięciu kobiet w najbiedniejszej dzielnicy Londynu, Whitechapel pozostaje pierwszym znanym w historii kryminalistyki seryjnym mordercą. Kim był i dlaczego zabijał? Do tej pory powstało wiele teorii oraz spekulacji, zaś tajemnica stała się polem działania dla ludzi kultury. Tak zrobił autor komiksów Alan Moore, tworząc razem z rysownikiem Eddie Campbellem dzieło „Z piekła rodem”. Zainteresowali się tym dziełem filmowcy i tak powstała pierwsza adaptacja utworu Moore’a.

Historia skupia się na policyjnym śledztwie w sprawie zabójstwa pewnej kobiety upadłej. Jak się zwykło mawiać na prostytutki. Nikt nic nie widział, a poza poderżnięciem gardła nie ma innych śladów. Z czasem przy kolejnych ofiarach dochodzi do brutalniejszych zbrodni. Sprawę dostaje inspektor Frederick Abberline, który lubi się szprycować opium. Dzięki temu ma wizję, pokazujące przyszłe wydarzenia. Jednak czy to wystarczy?

z piekla rodem3

Film braci Hughes to mieszanka kryminalnego śledztwa z klimatem horroru. Sam początek może wywołać konsternację, bo widać sceny pozornie będące zapychaczami (przeprowadzenie lobotomii). Ale to wszystko jest zmyłką i okaże się istotnym elementem intrygi. Prowadzonej bardzo powoli, zabarwionej paroma narkotycznymi wizjami (pełnymi zielonego filtru oraz szybkiego montażu) oraz klimatem godnym czarnego kryminału. Brudne ulice, niebezpieczne zaułki, gdzie w każdej chwili może coś wyskoczyć. Alfons, policjant, nawet zabójca, a wszystko w mieście spowitym czernią nocy oraz czerwienią wschodzącego słońca. A za wszystkim stoją ludzie mający wielkie wpływy oraz znajomości (coś mówi nazwa masoneria?), co uniemożliwia dojście do prawdy.

z piekla rodem2

Realizacyjnie ten film wygląda niesamowicie: szczegółowa scenografia i kostiumy plus bardzo piękne zdjęcia. W tle gra bardzo niepokojąca muzyka Trevora Jonesa, zaś sama historia potrafi wciągnąć aż do brutalnego, bardzo gorzkiego końca. Na szczęście udaje się tutaj uniknąć łopatologii, zaś rozwiązanie daje wiele satysfakcji. No i jest logiczne, co nie zawsze się udaje. Czy tak mogło być naprawdę? Jest to prawdopodobne, ale prawdy nie dowiemy się nigdy. Poza tym, film nie jest próbą rekonstrukcji wydarzeń, tylko wariacją na ten temat.

z piekla rodem1

I jest to także znakomicie zagrane. Absolutnie błyszczy tutaj Johnny Depp jako Abberline, który myśli troszkę inaczej niż reszta śledczych. Bo w tych czasach uważano, że osoby z wyższych sfer nie mogą popełnić zbrodni, tylko jest to dzieło osób niewykształconych, prymitywnych i prostych. Niby to typowa ekscentryczna postać, widząca oraz spostrzegająca więcej, ale też naznaczona mrokiem. Aktorowi udaje się pokazać empatię oraz determinację. Świetnie Deppowi partneruje Robbie Coltrane (cytujący Szekspira sierżant Godley), a także Heather Graham (prostytutka Mary Kelly), tworząc bardzo przekonujące relacje. Tak samo drugi plan obfituje w znajome twarze m.in. Iana Holma (sir Gull, lekarz rodziny królewskiej), Jasona Flemynga (woźnica) czy Iana McNeice’a (koroner).

Kiedy oglądałem ten film po raz pierwszy, zrobił na mnie bardzo mocne wrażenie. Dzisiaj „Z piekła rodem” nadal broni się mrocznym klimatem, kilkoma mocnymi scenami gore oraz świetnym aktorstwem. Fani kryminałów z dreszczykiem powinni się poczuć jak w domu.

8/10

Radosław Ostrowski

Alicja po drugiej stronie lustra

Pamiętacie Alicję, która trafiła do Krainy Czarów i pokonała Żabrołaka? Minęło od tego wiele lat, a Alicja pozostaje bardzo niezależną kobietą, która sama sobie jest sterem, żaglem i okrętem. Jednak okoliczności zmuszają ją do trudnej decyzji, by sprzedać okręt i zachować swój dom. Wtedy udaje się jej uciec lustrem do Krainy Czarów, gdzie Szalony Kapelusznik powoli umiera. Prosi Alicję o pomoc, by znaleźć jego rodzinę. Ale do wykonania tego zadania trzeba wykraść Chronosferę od Czasu.

alicja21

Powiem szczerze, że nie czekałem na ten sequel i wydawał się tylko stratą czasu, skokiem na czasu oraz odcinaniem kuponów. Jednak reżyser James Bobin dokonuje cudu, bo zrobił kontynuację lepszą od oryginału. Zanim zaczniecie ględzić, że wygaduje bzdury i twórcy idą szlakiem Tima Burtona (czyli tworzenia wariacji na temat niż adaptacji jako takiej), muszę przyznać, że ta fabuła zwyczajnie wciąga. Alicja z jednej strony próbuje dokonać kolejnej niemożliwej rzeczy (niczym Tom Cruise w serii „M:I”), ale zaczyna się także uczyć, że pewnych rzeczy, choćbyśmy nie wiem jak próbowali i kombinowali nie da się zmienić. Co ma się stać, stanie się. Dlatego z Czasem (w jakiejkolwiek postaci by nie był) nie warto się kłócić, tylko pogodzić.

alicja22

Same podróże w czasie wyglądają niczym wyprawa przez morze wspomnień, a poszukiwania pomagają bliżej poznać nie tylko historię Kapelusznika, ale także Białej Królowej (Mirada) i jej siostry Czerwonej Królowej (Leżbieta), która doprowadziła do poróżnienia oraz zemsty. To jest jedno z największych zaskoczeń. Także sam wygląd Krainy Czarów nadal imponuje baśniowością oraz rozmachem. Choć nie mogłem pozbyć się wrażenia, że ten świat został wygenerowany komputerowo niż jest rezultatem scenografów (przynajmniej na początku), to jednak wsiąkłem w ten świat bardziej niż w poprzedniej części. Pięknie wygląda zwłaszcza mroczna, mechaniczna siedziba Pana Czasu.

alicja23

Wracają dawni znajomi, choć niemal wszyscy (poza Czerwoną Królową i Szalonym Kapelusznikiem) są zepchnięci do niemal epizodów, co troszkę mnie boli. Oni czynili poprzednią część odrobinkę przyjemną. Johnny Depp nie drażni aż tak mocno, mimo kilogramów charakteryzacji oraz bardzo piskliwego głosu. Fason dzielnie trzyma Mia Wasikowska, nadal czyniąc Alicję bardzo charakterną dziewuchą. Ale film kradnie Sacha Baron Cohen, czyli Czas – wnosi nie tylko sporo humoru (zarówno słownego, jak i slapstickowego), a także pokazuje jak wielką ma na sobie odpowiedzialność. To jedna z bardziej nieoczywistych rzeczy w tym filmie, tak jak Helena Bohnam Carter.

Drugie spotkanie z Alicją bardzo pozytywnie mnie zaskoczyło. Historia bardziej wciąga, jest bardziej dopracowane i zachwyca nie tylko stroną wizualną. Ale potrafi przypomnieć dość banalną kwestie, że rodzina i życie mamy tylko jedno. Nie zmarnujmy go.

7,5/10 

Radosław Ostrowski

Pakt z diabłem

Amerykanie kochają swoich gangsterów, którzy są otoczeni niemal kultem, a filmy o nich zawsze są interesujące dla filmowców. „Chłopcy z ferajny”, „Ojciec chrzestny”, „Dawno temu w Ameryce” czy ostatni „Legend” to potwierdzenie tego nurtu. Do tego próbuje też wejść „Pakt z diabłem” powoli rozkręcającego się reżysera Scotta Coopera.

pakt_z_diabem1

Pomysł jest diablo intrygujący: James „Whitey” Bulgar to drobna płotka, będąca właścicielem nocnego klubu w latach 70. w Bostonie. Gdy go poznajemy pomaga młodemu wykidajle, dostającemu w łeb od dawnych kumpli. Ale Jimmy chce coraz więcej, coraz bardziej, jednak przeszkadzają mu w tym konkurenci z włoskimi korzeniami. I nawet mimo posiadania wpływowego brata-senatora. Wtedy do Bostonu wraca dawny znajomy Jimmy’ego, obecnie agent FBI, John Connolly. Mężczyzna proponuje gangsterowi deal: zostanie informatorem FBI w zamian za nietykalność. Bulgar idzie na to, wykorzystując swoje koneksje do eliminacji konkurencji.

pakt_z_diabem2

Wydaje się to brzmieć jak interesujący film gangsterski? Bulger był pierwowzorem Franka Costello z „Infiltracji”, co pokazuje ogromny potencjał tej postaci. Problem w tym, że reżyser nie do końca wykorzystuje potencjał w tym układzie: gangster-agent-polityk. Pierwszy wykorzystuje swoje konotacje do bezkarnej eliminacji swoich wrogów oraz poszerzanie swojego terytorium, drugi w zamian chce zdobyć haki na mafię oraz coraz bardziej zafascynowany swoimi nowymi przyjaciółmi, zaczyna szastać forsą, trzeci udaje z kolei, że o niczym nie wie i przymyka oko. Najgorsze w tym wszystkim jest jednak to, ze twórcy bardziej skupiają się na pokazywaniu kolejnych scen eliminacji wrogów Bulgera, pokazaniu mrocznej strony jego charakteru, porąbanego psychopaty, zmierzając do oczywistego i przewidywalnego finału: od bycia nikim, wejściu na szczyt po spektakularny upadek. Jak w dokumencie, a najciekawsze momenty, próbujące pokazać bardziej prywatne oblicze gangstera, zostają potraktowane po macoszemu (ciężka choroba syna, która go złamała i żona, która po tym wydarzeniu nigdy się nie pojawia, brak informacji o kochankach).

pakt_z_diabem3

Same sceny gangsterskie są całkiem niezłe, chociaż tempo jest bardzo spokojne, wręcz usypiające. Zaułki, speluny, ukryte domy – to tworzy klimat, podobnie jak stylizacja i odtworzenie realiów lat 70. i 80. Problem jednak w tym, że ten film kompletnie nie angażuje, a w rękach sprawniejszego reżysera byłby po prostu kozacki. Sytuację próbuje ratować Johnny Depp i daje radę, ale jest jeden problem – koszmarny make-up, przez który bardziej wygląda na wampira niż mafioza. W scenach, gdy nie zabija i nikomu nie grozi robi większe wrażenie, zaskakując swoim bardziej ludzkim obliczem. Drugim ważnym graczem jest agent Connelly w wykonaniu Joela Edgertona – skromny, wyciszony i bezgranicznie lojalny wobec gangstera, z czasem szpanuje hajsem, stając się zbyt pewnym siebie gnojkiem. Reszta obsady jest solidna, mimo zaangażowania takich aktorów jak Benedict Cumberbatch (Billy Bulgar), Kevin Bacon (agent Charles McGuire), Corey Stoll (Fred Wyshak) czy Peter Saarsgaard (Brian Holloran).

pakt_z_diabem4

Dla mnie „Pakt z diabłem” to strasznie zmarnowany potencjał, dodatkowo spłaszczający postać Bulgara jako kolejnego gangstera-psychopatę, jakich było wielu. Przeciętna biografia, która mimo solidności, zwyczajnie nie porywa, nudzi i nie przedstawia niczego nowego w mafijnej tematyce. Coś tu mocno nie zagrało.

5/10

Radosław Ostrowski

Hollywood Vampires – Hollywood Vampires

Hollywood_Vampires_album_cover

Termin supergrupa jest troszkę ostatnio nadużywany. W skrócie chodzi o to, ze doświadczeni muzycy znani z dokonań w innych grupach i/lub solo, tym razem łączą siły, by razem coś nagrać. W zeszłym roku pojawiła się taka nowa grupa. Jej członkami są niemal starzy znajomi i współpracownicy: Alice Cooper, gitarzyści oraz klawiszowcy Tommy Henriksen i Bruce Witkin oraz perkusista Glen Sobel. Do nich dołączył kompletnie nieznany gitarzysta Johnny Depp (nazywa się tak jak ten sławny aktor, prawda?) i tak powstało Hollywood Vampires, którzy wydali debiut.

Album w sumie zawiera trzy premierowe kawałki oraz 11 coverów, a od strony produkcji wsparł ich sam Bob Ezrin (współpraca m.in. z Pink Floyd czy Deep Purple). Sam opener zapowiada, że będzie mrocznie, tajemniczo. „The Lest Vampire” zaczyna się podmuchami wiatru, dzwonami, thereminem oraz ciężkim głosem Christophera Lee, czyli legendarnemu odtwórcy hrabiego Draculi, kończąc: „Listen too them, the children of the Wight. What music they make”. No i dostajemy czad z ogniem w postaci „Raise The Dead”, gdzie gitara z sekcją rytmiczną mocno walą, a obydwaj wokaliści drą się aż miło. Dalej za to są nieśmiertelne numery jak „My Generation”, „Whole Lotta Love” czy szalona zbitka „School’s Out/Another Brick In the Wall Pt. 2” oraz druga sklejka „Five To One/Break On Through”. Kapela czuje rocka, gra po swojemu, chociaż linia melodyjna oryginałów zostaje zachowana. Nawet nastrojowy i popowy Harry Nilsson został poddany rockowej obróbce (zbitka „One/Jump Into The Fire”)

Widać to choćby w przypadku „Whole Lotta Love”, gdzie słyszymy najpierw bas i harmonijkę, a dopiero potem odzywają się gitary (jedna z nich należy do Joego Perry’ego), a śpiewa sam Brian Johnson z AC/DC. A propos gości, muzycy zaprosili całą armię i to samych znakomitości. Wokalnie – poza wspomnianym Johnsonem – udziela się Perry Farrell z Jane’s Addiction i Paul McCartney, który poczuł w sobie syna nocy (w „Come and Get It” daje do pieca), a instrumentalnie jest tutaj m.in. sam Ezrin, Dave Grohl, Robby Krieger (The Doors) czy Slash. To się nie mogło nie udać.

Chociaż są utwory tak znanych wykonawców jak T.Rex, Jimi Hendrix czy Plastic Ono Band, muzycy naznaczają te kawałki swoim piętnem, co czuć choćby w przepełnionej elektronicznymi zabawami „Itchycoo Park” (końcówka, gdy Alice jest zdumiony i pyta – perła) czy „Cold Turkey”.

Jak słychać wampiry kochają rock’n’rolla i to takiego z ogniem. Czy ten projekt czy przetrwa czy to tylko jednorazowa akcja, czas pokaże, ale jedno jest pewne. Mam ochotę na więcej – krwi, zadymy, imprezy.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Mroczne cienie

XVIII-wieczny Liverpool. Tam do Ameryki wpłynął ród Collinsów, gdzie założył własne miasto i zbudował morskie imperium. Ich syn, Barnabas przejmuje interesy, jednak jego szczęśliwy los, odwraca się od niego. A to z powodu Angelique – służącej, w której się zakochał i złamał jej serce. Nie przewidział jednak, że kobieta jest wiedźmą i rzuciła klątwę na cały jego ród. Barnabas zostaje przemieniony w wampira i zakopany żywcem w trumnie. Przypadkowo zostaje odnaleziony po niemal 200 latach i próbuje przystosować się do nowych czasów, a także przywrócić blask swojej dawnej fortunie.

mroczne_cienie1

Tim Burton przez ostatnie lata raczej prezentuje zniżkę formy, zachwycając jedynie stroną wizualną. Tym razem postanowił przenieść na ekran koncepcje ze starego (i popularnego w USA) serialu z lat 60., gdzie do rodziny trafia dawny przodek-wampir. Problemem „Mrocznych cieni” jest tak naprawdę w jakim tonie ma być utrzymana cała historia. Bo niby to horror, niby komedia (czasami pikantna), niby kino familijne – miesza się wszelkie konwencje, ale żadna z nich nie zostaje wygrana do samego końca. Jako horror ma mroczny klimat (stylowe zdjęcia Bruno Delbonnela – zwłaszcza nocne ujęcia w lesie) i imponującą scenografię domostwa Collinsów, jednak nie trzyma w napięciu, nie strasząc. Największym źródłem humoru jest zderzenie XVIII-wiecznej mentalności i języka Barnabasa do realiów lat 70., choć dalej bywa różnie z poziomem żartów. Sama intryga dość wolno się wlecze i idzie w przewidywalnym kierunku (konfrontacji wampira z wiedźmą), a finał tylko połowicznie zadowala.

mroczne_cienie2

Reżyser zmierza w oczywistym kierunku oraz rozpoznawalnym stylu, jednak coraz bardziej czuć zmęczenie materiałem – przewijają się tu sprawdzone motywy (szaleństwo, odmienność), jak i bardziej kojarzony z produkcjami Wesa Andersona portret dysfunkcyjnej rodziny. Wszystko to już znam z innych filmów Burtona i zwyczajnie brakuje tutaj czegoś świeżego, oryginalnego oraz po prostu dobrego.

mroczne_cienie3

Sytuacji nawet nie ratuje przyzwoite aktorstwo. Etatowy współpracownik Burtona, Johnny Depp powoli zaczyna skręcać w stronę autoparodii, wygląda groteskowo (chyba tak miało być), a zmanierowany głos arystokraty wywoływał irytację. Podobnie wypadła Helena Bohnam Carter, tym razem jednak na drugim planie jako dr Hoffman. Najjaśniejszym blaskiem błyszczy Eva Green jako klasyczna femme fatale – apetyczna, seksowna i przebiegła Angelique, która sieje strach. Kontrastem dla niej jest głowa rodziny Collinsów, Elizabeth. Grająca ją Michelle Pfeiffer jest jednocześnie łagodna, ale i twardo stąpająca po ziemi kobieta walcząca o swoje.

mroczne_cienie4

Kryzys coraz bardziej dosięga Burtona, a „Mroczne cienie” tylko potwierdzają słabszą dyspozycję Amerykanina. Trudno powiedzieć, czy reżyser przełamie brak weny, ale rzeczywiście cień nad nim jest wielki i nie wiadomo jak dalej potoczy się kariera tego zdolnego reżysera.

6/10

Radosław Ostrowski

Alicja w Krainie Czarów

Pamiętacie Alicję, co jak była mała dziewczynką trafiła do krainy przypominającej sen? Powieść Lewisa Carrola była (i nadal jest) klasykiem literatury, nie tylko dziecięcej. Świat w niej wykreowany wydawał się idealnym materiałem filmowym, o czym wiedział wcześniej Walt Disney. Obecnie tylko dwóch reżyserów było w stanie przenieść na ekran wizję Carrolla – Terry Gilliam i Tim Burton. Dla Disneya swoją wersję w 2011 przedstawił ten drugi, ale jego film jest co najwyżej inspirowany literackim pierwowzorem.

alicja_1

Alicja tym razem jest 19-letnia dziewczyną, której ojciec zmarł wiele lat wcześniej. Gdy ją widzimy, jedzie na przyjecie, podczas którego ma się jej oświadczyć młody lord Hamish. Dziewczyna waha się i… wtedy dostrzega białego królika. Goniąc go wpada do dziury, za którą trafia do krainy terroryzowanej przez Czerwoną Królową. Jednak już nie pamięta, że była tu wcześniej znana jako „ta” Alicja, która pokonała Żaberzwłoka. I musi to zrobić jeszcze raz, ale potrzebuje do tego paru przedmiotów.

alicja_2

Brzmi troszkę jak gra komputerowa? Poniekąd ta wariacja opowieści o Alicji tym właśnie jest – grą z prosta fabułą na poziomie gry (zwłaszcza finałowe starcie, gdzie dochodzi do potyczki między dobrem z złem), gdzie Alicja musi odnaleźć się na nowo w starym miejscu. A to trzeba zdobyć klucz (gdy jest się mniejszym, to znalezienie go staje się trudne), znaleźć miecz do pokonania potwora itp., zaś Szalony Kapelusznik, Marcowy Zając i Kot z Cheeshire są spiskowcami planującymi pomóc Białej Królowej. Wędrówka Alicji staje się dla niej motorem do przewartościowania swojego życia oraz kierowania się swoimi potrzebami – problem w tym, że to nie jest absolutnie nic nowego i w dodatku jest to mało wciągające.

alicja_3

Plastycznie to jest film Burtona – widać tutaj barwną kolorystykę, uwielbienie groteski (nienaturalny wygład Królowej czy Kapelusznika) oraz imponującą scenografię. W obiektywie Dariusza Wolskiego Kraina Czarów prezentuje się z jednej strony bajkowo, z drugiej mrocznie i niepokojąco (siedziba Czerwonej Królowej), przez co film wygląda pięknie. Nawet charakteryzacja jest tutaj bez zarzutu, chociaż na granicy przerysowania. Burtonowi cała historia po prostu nie klei się, a sam reżyser gubi się w tym wszystkim i… nudzi. Prawie jak w „Planecie małp” z 2001 roku. I nawet komputerowo stworzone postacie Zająca, Kota czy straży Czerwonej Królowej nie są w stanie tego filmu uratować przed porażką.

alicja_4

Także poziom aktorski jest dość nierówny. Przyzwoicie radzi sobie Mia Wasikowska – zagubiona, trochę nieporadna Alicja, próbująca odnaleźć reguły gry panujących w tym pokręconym świecie, aczkolwiek granie niemal przez cały film dwiema minami nie jest do końca tym, czego oczekuję. Depp, choć w pstrokatych kolorach i postrzelonej charakteryzacji, ma w sobie obłęd Szalonego Kapelusznika. Podobnie najlepsza z całej obsady Helena Bohnam Carter – antypatyczna, wyglądająca na granicy karykatury oraz zabawna, gdy ciągle żąda ścięcia głowy. Natomiast najsłabsza była Anne Hathaway – Biała Królowa w jej wydaniu jest manieryczna, mdła i irytująca.

Niestety, ale „Alicją…” Burton wpadł w dołek tak głęboki jak królicza nora. Problem w tym, że poza dołem nie widać niczego więcej. Nawet głębia jest tutaj pozorowana i gdybym miał 10, może 12 lat pewnie chwyciłoby mnie za gardło. Ale już chyba wyrosłem z takich bajek.

6/10

Radosław Ostrowski

Sweeney Todd: Demoniczny golibroda z Fleet Street

XIX-wieczny Londyn. W nim żył kiedyś fryzjer (wtedy tą profesję zwano golibrodą) Benjamin Barker, który miał piękną żonę i śliczną córeczkę. Jednak wskutek intrygi sędziego Turpina, zostaje skazany na kolonię karną. Po 15 latach wraca do Londynu i odkrywa, że jego żona nie żyje, a córkę wziął pod opiekę Turpin. Zrozpaczony golibroda planuje zemstę. By jej dokonać idzie w spółkę z panią Lovett, która robi najgorsze ciastka w mieście.

sweeney_todd1

Tim Burton znany jest z opowiadania mrocznych opowieści, tym razem jednak sięgnął po musical Stephena Sondheima z lat 70. opowiadający o krwawej zemście. Owszem, reżyser czasami wykorzystywał wstawki śpiewane (m.in. w „Charliem i fabryce czekolady”), jednak nie na taką skalę, a zmieszanie tego z horrorem mogło wydawać się ciężkostrawną mieszanką. Jednak reżyser nie tylko trzyma rękę na pulsie, ale potrafi wciągnąć w swoją ponurą historię zemsty. Londyn tutaj pokazany jest jako ponure miasto (całość wizualnie jest utrzymana w czarnych kolorach i toczy się w nocy), pełne brudu, korupcji i nieuczciwości. Ludzie władzy są zepsuci, a biedota żyje w strasznej nędzy. A sprawiedliwość trzeba wymierzyć na własną rękę. Pod tym względem, miasto przypomina Gotham City, gdzie działały te same reguły gry. Atmosferę grozy, poza znakomitymi zdjęciami, jeszcze bardziej nasila scenografia (niemal gotycka) oraz utrzymana w jaśniejszych kolorach kostiumy. Jasne kolory pojawiają się jedynie w retrospekcjach i w scenie wizji przyszłego związku pani Lovett z Toddem.

sweeney_todd2

Skoro jest to musical, to nie można nie zwrócić uwagi na sceny śpiewane, bo tutaj nie ma zbyt wielu scen tańca (najlepsza to, gdy Todd krąży po mieście szukając klientów), co dla mnie jest pewną zaletą. Natomiast sam śpiew jest co najwyżej średni i może wywołać rozdrażnienie dla uszu i pod tym względem „Sweeney Todd” rozczarowuje. Horrorem jest troszkę lepszym, zwłaszcza w dramatycznym finale.

sweeney_todd3

O ile partie śpiewane nie są zadowalające, o tyle sama gra aktorska jest na zupełnie innym poziomie. Znakomicie poradził sobie Johnny Depp w dość nietypowej dla siebie roli mściciela, pełnego mroku w sobie, pozbawionego wiary w dobroć człowieka. Zemsta jest robakiem, które gnije jego duszę, stając się jedynym sensem jego życia. Nigdy później aktor nie grał tak skrytej postaci. Równie ciekawa jest Helena Bohnam Carter jako pani Lovett. Wdowa jest sprytną kobietą, która wie jak ożywić swój interes i zakochuje się w golibrodzie, co będzie miało dla niej tragiczne skutki (nieodwzajemnione uczucie). Ten duet jest siłą napędową tego krwawego musicalu. Poza tym duetem, jest kilka równie interesujących ról. Bezwzględny sędzia Turpin (świetny Alan Rickman), woźny Beadle (odpychający Timothy Spall) czy włoski mistrz Pirelli (barwny i najlepiej śpiewający Sacha Baron Cohen) to bardzo wyraziste i zapadające w pamięć postacie.

sweeney_todd4

„Sweeney Todd” jest bardzo mrocznym i stylowym filmem Burtonem, pełnym krwi, zabijania oraz okropności. Brutalne przypomnienie do czego może doprowadzić miłość lub zemsta.

7/10

Radosław Ostrowski

 

Tusk

UWAGA!

Tekst zawiera spojlery.

Z czym wam się kojarzy Kanada? Ze spokojem, nudą, Winnipeg oraz tym, że są w przeciwieństwie do Amerykanów jakieś 10 lat do tyłu (kto oglądał „Jak widziałem wasza matkę”, wie o czym mówię). A także z tego, że jest tam spora banda idiotów. Ich przedstawiają dwaj prezenterzy radia internetowego – Teddy i Wallace z Non-See Party. Ten drugi wyrusza do kanady, by przeprowadzić wywiad z internetową gwiazdą, jednak na miejscu okazuje się, że osobnik nie żyje. Przypadkowo nasz radiowiec znajduje notkę z intrygującą treścią i tak poznaje Howarda Howe’a, co mocno zmieni jego życie.

tusk3

Jak można z tego opisu, film Kevina Smitha nie jest biografią Donalda Tuska. Nawet dziadka z Wehrmachtu tu nie znajdziecie (jest co prawda wspominany Adolf Hitler, jednak to tyle w tym temacie). Sam początek wydaje się typową komedią w stylu Smitha (nieprzyzwoite żarty, niepozbawione wulgarności i ciosów poniżej pasa, ale to nadal zabawne), jednak dalej humor staje się coraz bardziej smolisty, atmosfera mroczniejsza i na granicy obrzydzenia. Sama intryga (która rozkręca się po 30 minutach) mogła powstać tylko w chorym umyśle – stworzenie człowieka, który fizycznie i mentalnie przemieni się w morsa budzi odrazę i poczucie wstrętu. Napięcie jest tutaj budowane bardzo powoli, jednak całość jest tak strasznie groteskowa i surrealistyczna, że nie było możliwością powstrzymania się od śmiechu (walka morsów czy opowieści Howe’a). Pomieszana chronologia pozwala na bliższe poznanie głównych bohaterów, którzy jednak nie wzbudzają do końca naszej sympatii.

 

W cała tą pokręconą konwencję wpisali się aktorzy. Znakomity jest Michael Parks w roli Howe’a – początkowo sprawia wrażenie interesującego gawędziarza, jednak pod tym wszystkim skrywa się szaleniec z chorym pomysłem. Przypomina on stara prawdę, że najbardziej przerażający jest człowiek. Sekundują mu bardzo dobrzy Justin Long (niewierny i arogancki Wallace) oraz powracający do gry Haley Joel Osmond (misiowaty Teddy). I kiedy wydaje się, że już nic ciekawego nie może się zdarzyć, pojawia się detektyw Guy LePointe, grany przez… Guya LePointe (to żart Smitha, tak naprawdę LePointe nazywa się Johnny Depp). Dziwaczny detektyw z bardzo charakterystycznym akcentem, jest tak przerysowany, jakby wzięty z innej opowieści, wnosząc i tak dużą dawkę humoru.

tusk4

Takiego oblicza Smitha się nie spodziewałem. Niby horror, niby dramat, niby komedia. Zgrywa i groteska idą tutaj ręka w rękę z obrzydliwością i poczuciem niesmaku. Ostrzegam, ten koktajl nie wszystkim się spodoba, ale jeśli macie twarde żołądki i chorą wyobraźnię, „Tusk” jest dla was idealną propozycją.

7/10

Radosław Ostrowski

Charlie i fabryka czekolady

Dawno, dawno temu działała fabryka czekolady, której właścicielem był ekscentryczny Willy Wonka – człowiek o nieskrępowanej wyobraźni, tworzącego niezwykłe słodycze. Jednego jednak fabryka wznowiła działalność i właściciel zaproponował grę. W pięciu opakowaniach czekolady, ukryte są złote bilety, które są „wejściówkami” do fabryki, za którą czeka nagroda.

willy_wonka1

Jeśli „Duża ryba” była przebudzeniem Tima Burtona, to adaptacja powieści dla dzieci Roalda Dahla wydaje się potwierdzeniem formy reżysera. Znów nakręcił film w bardzo charakterystycznym dla siebie stylu, mieszając surrealizm, bajkową oprawę plastyczną i specyficzny humor. Tak, jest to bajka opowiadająca o tym, że warto być dobrym dzieckiem. Historia jest prosta i droga, jaką się ona toczy jest bardzo przewidywalna, jednak niesamowity styl Burtona tutaj sprawdza się znakomicie. Nie przeszkadzał mi ani narrator z offu, ani moralizatorstwo, które jednak wprowadzono w dość niekonwencjonalny sposób (musicalowe wstawki wykonywane przez pracowników fabryki – Umpa-Lumpy, swoją drogą sama ich realizacja to mały majstersztyk). Każde pomieszczenie fabryki wygląda po prostu zjawiskowo – czy to obrabiarka orzechów, czekoladowy wodospad czy pokój, gdzie można czekoladę przenieść do telewizji – jest to wielka robota scenografów oraz specjalistów od efektów specjalnych. Całości towarzyszy szalona muzyka Danny’ego Elfmana oraz bardzo dobre, pełne kolorów zdjęcia Philippe’a Rousselota, tworzące baśniowy klimat.

willy_wonka2

Pochwalić też trzeba grę aktorska, która – jak to u Burtona – jest na naprawdę wysokim poziomie. Reżyser bardzo polubił Johnny’ego Deppa i znów go zatrudnił w głównej roli. Wonka w jego interpretacji to ekscentryczny jegomość o wrażliwości dziecka, który nie przepada za dorosłymi, co wynika z przeszłości naszego bohatera. Ale największą niespodzianką jest Freddie Highmore – młody aktor, który grał już u boku Deppa w „Marzycielu”. Tu potwierdza swój potencjał. Choć jego rola wydaje się mocno „kryształowa” (niemal idealne dziecko), jednak jest on w tym całkowicie naturalny i wiarygodny. Poza tym duetem na ekranie pojawia się także druga twarz kina Burtona – Helena Bohnam Carter. Tym razem bez charakteryzacji, a jej rola matki troszkę przypominała tą z „Jak zostać królem” – wspierająca, empatyczna i zachowująca pogodę ducha mimo okoliczności. Taką matkę chciałoby na pewno wiele dzieci. Najbardziej w pamięci utkwił mi energiczny David Kelly (dziadek Joe) oraz pojawiający się w epizodzie Christopher Lee (chłodny ojciec Wonki).

willy_wonka3

Burton potwierdza powrót do wysokiej formy, co dostrzegła też widownia, tłumnie idąc do kin. Bajka skierowana raczej dla młodszego odbiorcy, choć i starsi widzowie znajdą coś dla siebie (aluzja do „2001: Odysei kosmicznej”). Jednak następna produkcja Burtona miała być jego najlepszym dziełem XXI wieku, ale o tym jeszcze opowiem.

7/10

Radosław Ostrowski

Jeździec bez głowy

Rok 1799. Miasteczko Sleepy Hollow gdzieś daleko za Nowym Jorkiem. To do niego zostaje wysłany posterunkowy Ichabod Crane, by zbadać makabryczne zbrodnie. Otóż w tej miejscowości doszło do trzech morderstw – ofiary zostały pozbawione głów. Sprawcą tych morderstw podobno jest mityczna postać Jeźdźca bez głowy.

jezdziec_bez_glowy1

Tim Burton zawsze tworzył pokręcone i szalone kino, pełne mroku, jednak tym razem postanowił zrobić pełnokrwisty horror oparty na klasycznej historii Washingtona Irvinga. Sama historia jest oparta na zderzeniu (odwiecznym) dwóch światów: racjonalnego, pełnego logicznego i naukowego podejścia (Crane) oraz magii, tajemnicy i… zabobonu (mieszkańcy). Ten koncept jest typowy dla klasycznej literatury grozy, a reżyser postanawia wskrzesić realia, gdy jeszcze nauka jeszcze pozostawała tajemnicą. Trudno odmówić reżyserowi stylu oraz klimatu, tworzonego przez Sleepy Hollow – las, senne miasteczko i grota wiedźmy. Te miejsca potrafią budzić atmosferę niepokoju, a strach tworzy bardzo dobra muzyka Danny’ego Elfmana. Problem jednak w tym wszystkim, że wszystkie sztuczki Burtona nie działają i jako horror, „Jeździec…” po prostu się nie sprawdza. Nawet obecność samego Jeźdźca oraz jego krwawe rozprawy wywołują bardziej znużenie niż przerażenie. Są pewne próby całkiem niezłe (tajemnicze znaki), jednak cała intryga po mniej więcej 30 minutach stała się dla mnie zbyt łatwa do odczytania.

jezdziec_bez_glowy2

Sytuację próbują ratować aktorzy i to dzięki nim ten seans nie był czasem straconym. Burton w głównej roli drugi raz obsadził Johnny’ego Deppa, a ten w roli Crane’a sprawdza się bardzo dobrze. Jest on racjonalistą z krwi i kości, co wynika z dość traumatycznej przeszłości (sceny z niej nawiedzają naszego bohatera w snach), jednak pobyt w Sleepy Hollow jest dla niego testem tej wiary. Największą gwiazdą jest tak naprawdę Christina Ricci w roli córki wpływowego van Tassela (solidny Michael Gambon), Katrin. Jest nie tylko urodziwą kobietą, ale posiada pewien tajemniczy magnetyzm, mocno działający na Crane’a. kluczowa rolę w całej intrydze odgrywa przekonująca Miranda Richardson (lady van Tassel). Jedyną rzeczą budzącą autentyczne przerażenie w tym filmie jest Christopher Walken w roli tytułowej. Czy nie poczulibyście się przerażeni, gdybyście zobaczyli tą twarz?

jezdziec_bez_glowy3

Burton próbował zrealizować rasowy, choć staroświecki horror. I chyba słowo staroświecki jest tutaj kluczem. Wiem, że aby wystraszyć kogoś nie trzeba krwi, posoki oraz brutalnej przemocy. Reżyser chciał pójść pod prąd, jednak tym razem mocno się poparzył. Zarówno jako horror, co świadczy chyba o tym, ze podjęto realizację tego przedsięwzięcia bez głowy.

jezdziec_bez_glowy4

5/10

Radosław Ostrowski