Martwe zło II

Po zaskakującym sukcesie kasowym „Martwego zła” wydawało się, że wrota do Hollywood bardzo szeroko otworzyły się dla Sama Raimiego. Jednak powstała wspólnie z braćmi Coen „Fala zbrodni” nie spotkała się z aż tak ciepłym odbiorem jak debiut. Do tego jeszcze mocno ingerowało studio, więc pozostało jedno wyjście – wrócić do debiutu i zrobić sequel, by dać finansową wiarygodność. Ale „Martwe zło volume zwei” to troszkę inna bestia.

Ponieważ twórcy nie mieli praw do materiału z oryginału, trzeba było niejako odtworzyć sceny poprzedzające. I na pierwszy rzut oka wszystko jest bardzo znajome: domek na odludziu otoczony lasem, Księga Umarłych, której przeczytanie budzi pradawne zło, most, co zostanie potem uszkodzony oraz Ash (Bruce Campbell). Tym razem jednak przyjeżdża tylko ze swoją dziewczyną Lindą (Denise Bixler). Na miejscu uruchamiają taśmę, gdzie profesor (raczej nie żyjący) zaczyna tłumaczyć Księgę Umarłych. To uruchamia portal, z którego wyłazi zło, Linda zostaje opętana, co kończy się dekapitacją głowy i pochowaniem reszty ciała. Niemniej to nie kończy sprawy, sam Ash zostaje opętany, z okolicy nie można się wydostać. Czy może być gorzej? Otóż do chatki przybywa córka profesora Annie (Sarah Berry) razem z chłopakiem (Richard Domeier).

Niby jest to sequel, ale bardziej należy potraktować „dwójkę” jako remake zrobiony z większym budżetem. I to czuć już od początku (wprowadzenie Księgi Umarłych i jej krótka historia – wszystko w formie animacji poklatkowej), a także mamy więcej – nawet jeśli są to krótkie – scen poza chatką. Ale reżyser podkręca mieszankę horroru z komedią, gdzie Ash jest coraz bardziej dręczony, wręcz torturowany – od majaków (widok tańczącego kościotrupa Lindy czy „roześmiane” rekwizyty) czy sztuczki z lustrem aż po opętaną dłoń, która próbuje go zabić oraz okazjonalne dostawanie w mordę, potykanie się i inne fizyczne próby zrobienia krzywdy bliźniego swego. Slapstickowe gagi (nawet ohydne jak wystrzelona gałka oczna) idą ręka w rękę z bardzo krwawą makabrą (posoka lejąca się z dziur), zaś nasz protagonista zmienia się w pewnego siebie mistrza one-linerów oraz złodupnego twardziela mimo woli.

I to właśnie tutaj zbudowana została legenda Asha Williamsa oraz grającego go Bruce’a Campbella. Tutaj już gra bardziej pewnie, wręcz brawurowo i bardziej wszechstronnie. Od coraz większego obłędu i szaleństwa (włącznie z opętaniem) przez determinację i walkę do upadłego. Nawet jeśli przeciwnikiem jest jego własna ręka (co jest zarówno zabawne, przerażające oraz imponujące kaskadersko). Pozostała część obsady też ma swoje momenty: od wnoszącego odrobinę lekkości duetu redneckiego Danny Hicks/Kassie DePaiva (Jake i Bobby Joe) przez świetną Sarę Baley (najbardziej twarda i racjonalna Annie) po kompletnie nierozpoznawalnego Tedem Raimi (opętana matka Annie, Henrietta).

Nie dziwi mnie fakt, że drugie „Martwe zło” kompletnie przyćmiło część pierwszą, niemal bezbłędnie mieszając horror z komedią. Chociaż nadal niektóre efekty specjalne wyglądają nadal surowo, to jednak ta mieszanka działa, zaś Ash Williams stał się nową ikoną kina grozy. To jednak nie była ostatnia przygoda naszego herosa z Księgą Umarłych, ale to temat na osobną historię.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Martwe zło

Rok 1981 to był czas, kiedy paru młodych ludzi wyruszyło gdzieś do stanu Michigan, by nakręcił swój pierwszy film. Budżet nie był zbyt imponujący (375 tysięcy), aktorzy w zasadzie mało znani, za to pasja była niepoliczalna na jakiekolwiek pieniądze. I tak jak wielu twórców przed nimi jak George Romero stworzyli produkcję, która jest otoczona ogromnym kultem. A także uruchomiła kariery wielu osobom.

Pierwsze „Martwe zło” ma pomysł tak prosty, że już bardziej się nie da. Piątka przyjaciół (trzy dziewczyny i dwóch chłopa) wyjeżdża spędzić wspólnie czas jak najdalej od cywilizacji. Udało im się wynająć chatkę (dość tanio), do której prowadzi mocno podniszczony most. Na miejscu niby wszystko wydaje się spokojne. Może poza uderzającą o ścianę werandę czy nie działającym zegarze. Jednak sprawdzając to miejsce, udaje się znaleźć starą księgę oraz taśmę magnetofonową. A na niej wypowiada się pewien profesor, który badał księgę (jak się okazuje Sumaryjską Księgę Umarłych) oraz znajdujące się w niej zaklęcia i inkantacje. Chłopaki decydują się puścić taśmę z nudów. Co może pójść nie tak?

Debiutujący reżyser Sam Raimi tworzy historię na pierwszy rzut oka sztampową historię grozy, którą sparodiował choćby „Dom w głębi lasu”. Bardzo skromna przestrzeń, gęsta mgła oraz puste, choć wcale nie takie małe domostwo. A jednak reżyser bardzo pewnie buduje atmosferę wyobcowania oraz – w przypadku Asha – popadania w szaleństwo. Co najważniejsze nigdy nie widzimy jak wygląda to zło, tylko ujęcie z jego/jej (jak to określić?) perspektywy, najczęściej pod dziwacznymi kątami. I to potrafi wywołać o wiele większe przerażenie, ale kiedy dojdzie do opętania, to nie ma zmiłuj. Choć charakteryzacja i efekty specjalne mogą wydawać się dość archaiczne (jak zbliżenie na zranioną, stającą się nawiedzoną nogą), to jednak lejąca się posoka potrafi uderzyć. Szczególnie trzeci akt jest podkręcony do niemal ekstremy: piwnica i filmowy projektor z puszczoną płytą gramofonową nigdy nie będzie kojarzył się tak samo.

Choć widać pewne drobne rysy jak idiotyczne zachowanie tych nastolatków (co można uzasadnić szokiem – a w przypadku Asha byciem pizdą) czy zaledwie poprawne aktorstwo (z wyjątkiem Bruce’a Campbella, próbując grać poważnie, co wychodzi… niezbyt poważnie), niemniej już tu czuć wyrazisty styl Raimiego. Pierwsze „Martwe zło” leży mocno w cieniu sequela, który bardziej skręca ku czarnej komedii, niemniej to kawał porządnego, pomysłowego straszaka. Nie pozbawiona humoru i poczucia paranoi, jednak to miała być dopiero rozgrzewka przed kolejnymi dziełami Amerykanina.

7,5/10

Radosław Ostrowski