Na karuzeli życia

Coney Island, lata 50. To tutaj pracuje Ginny. Jest kelnerką u boku męża robiącego przy karuzeli w tutejszym parku rozrywki. I do tego miejsca przybywa Carolina – córka mężczyzny z pierwszego małżeństwa. Dziewczyna była związana z gangsterem, przed którym się ukrywa, bo powiedziała za dużo federalnym. Troszkę na złość żonie, mąż pozwala córce zostać. Ale by nie było zbyt nudno, jest jeszcze kolejny wierzchołek tej figury: Mickey, student literatury i ratownik na plaży.

na karuzeli zycia1

Woody Allen jest konsekwentny w realizacji swoich filmów. Zawsze co rok pojawia się nowy tytuł, nawet jeśli nie jest to popis jego pełnych umiejętności. Jednak zamiast komedii, reżyser próbuje jeszcze raz pokazać swoje poważniejsze oblicze jak w „Blue Jasmine”. Humoru jest tutaj jak na lekarstwo, za to wątków tyle, iż można z niego kilka filmów zrobić. Poza typowymi motywami mistrza (miłosne komplikacje) jest jeszcze: poczucie zmarnowanego życia oraz marzeń, które nigdy nie zostaną spełnione, tkwienie w bezsensownej egzystencji, walka z uzależnieniem czy „rywalizacja” rodziców o realizowanie potrzeb swoich dzieci. Dla mnie jednak problemem było to, że nie bardzo byłem w stanie się zaangażować w tą historię. Tylko wątek dotyczący Ginny oraz jej demonów wydaje się być najbardziej rozwiniętym, najciekawszym, zaś reszta (w tym zagrożenia gangsterów) sprawia wrażenie tła. Tła, z którego nie chce się tutaj nic połączyć ze sobą. Wątek romansowy wybijał mnie z rytmu swoimi dialogami, pozbawionymi tego błysku, z jakiego znany był Nowojorczyk.

na karuzeli zycia2

Nie mogę się przyczepić do kwestii formalnych, bo film wygląda bardzo stylowo. Klimat lat 50. Robi wrażenie, chociaż mam pewien problem ze zdjęciami. I nie chodzi mi o to, że Vittorio Storaro schrzanił robotę. Chodzi mi o to, że kolory w tym filmie, zwłaszcza podczas rozmów są wręcz przesycone, za bardzo odwracają uwagę od wszystkiego innego. To troszkę przeszkadza w seansie.

na karuzeli zycia3

Tak naprawdę jedynym mocnym punktem jest tutaj Kate Winslet, absolutnie magnetyzująca jako kobieta dusząca się w swoim związku, zakładająca kolejne maski. Tłumiąca swoje pragnienia, niby próbująca coś zmienić, ale chyba już się przyzwyczaiła do obecnego status quo. Równie świetny jest James Belushi jako jej mąż – troszkę prostak i raptus, ale bardziej trzyma się ziemi. Troszkę od tego duetu odstaje Juno Temple (zagubiona Carolina) oraz Justin Timberlake (pretensjonalny, początkujący dramaturg), chociaż radzą sobie naprawdę nieźle.

Allen kolejny raz próbuje być troszkę bardziej serio, idąc troszkę ku dziełom Tennessee Williamsa. Tylko, że zabrakło tej klasy, wnikliwości oraz trafnych obserwacji. Lepiej jeszcze raz obejrzeć „Blue Jasmine”, gdzie wszystko to było lepsze.

6/10

Radosław Ostrowski

Projektantka

Dungatar, rok 1951. Małe miasteczko gdzieś na australijskiej prerii, o którym mało kto pamięta. I to właśnie tu wraca po 25 latach niejaka Myrtle Dunnage. Obecnie jest bardzo znaną na świecie projektantką strojów, ale tutaj pamiętana jest jako córka „Szalonej Molly” i ja ta, która zabiła. Ale kogo? I czy teraz, po wypędzeniu, kobieta będzie chciała zemsty? A może mieszkańcy jej wybaczyli? Kobieta próbuje najpierw ogarnąć ten chlew w domu jej matki, a następnie tworzy zakład krawiecki.

projektantka1

Rzadko zapuszczam się w rejony australijskie, jednak czasami pojawiają się dość interesujące filmy z tego kraju. Nie inaczej jest z filmem Jocelyn Moorhouse, która wróciła do kina po bardzo długiej przerwie. „Projektantka” to dziwna gatunkowa hybryda, gdzie komedia, dramat (nawet melodramat) i kryminał idą ze sobą ręka w rękę. Niby szablon miasteczka skrywającego tajemnicę oraz ludzi żyjących w sieci kłamstw jest dość znany, ale reżyserka bardzo sprawnie wykorzystuje do budowania napięcia, pokazania życia w tym zakłamanym miejscu oraz jak takie sekrety działają destrukcyjnie na wszystkich. Jak skrywane tajemnice, kłamstwa, zdrady, zakłamanie coraz bardziej przesiąka i gnije to miasteczko od środka. A reżyserka konsekwentnie, ale bardzo powoli zaczyna odkrywać kolejne fragmenty z przeszłości, jednocześnie daje pewną szansę dla kilku osób. Więcej wam nie zdradzę, bo inaczej musiałbym iść w strefę spojlerów. A to by filmowi tylko zaszkodziło.

projektantka2

Film dość wiernie odtwarza realia lat 50., chociaż takie miasteczka wydają się takie, jakby czas kompletnie stanął w miejscu. Proste, drewniane budynki, bardzo stylowe auta oraz wykorzystane piosenki budują klimat epoki. No i najważniejsze w tym wszystkim: kostiumy. Ubrana szyte przez Myrtle są po prostu przepiękne – rywalizować z nimi może tylko „Nić widmo”, chociaż te eleganckie stroje z wielkich miast noszone przez damy z jakiegoś wygwizdowa wywołują dość groteskowy efekt. Niby strój czyni człowieka i powoduje, że na pewne osoby patrzymy inaczej, ale potrafi być też zmyłką i zasłona dymną. Bo to, że ktoś jest dobrze ubrany nie oznacza, że jest dobrym człowiekiem. I o tym bardzo brutalnie przypomina ta historia o pokonaniu demonów oraz ostatecznej zemście. Pewnie opowiedziana, parę razy zaskakująca i niepozbawiona złośliwego humoru. Może jedynie wątek miłosny jakoś niespecjalnie mnie porwał, lecz ta relacja okazała się istotna dla pewnych wydarzeń.

projektantka3

Reżyserka też pewnie prowadzi aktorów, dając każdemu symboliczne pięć minut. Absolutnie cudowna jest tutaj Kate Winslet w roli tytułowej. Jej Tilly (Myrtle) jest z jednej strony świadomą swojego talentu kobietą z potężną dawką sekapilu, z drugiej zagubioną, niepewną siebie dziewczyną z małego miasteczka, szukającą wsparcia. I te dwie sprzeczności są wygrywane znakomicie, bez potknięć czy charakterologicznych zgrzytów. Drugim mocnym punktem jest równie imponująca Judy Davis („Szalona Molly”) w roli lekko zdziwaczałej matki, która powoli zaczyna się zmieniać, pozostając ostrą i hardą kobietą, pełną złośliwego humoru. Wspólne sceny docierania się to (obok strojów) najlepsze emocjonalnie sceny tego filmu. Na drugim planie błyszczy absolutnie fantastyczny Hugo Weaving w roli sierżanta policji, który bardzo lubi modę (a nawet damskie ciuchy) oraz Sarah Snook (Gertrudne Pratt) zmieniająca się pod wpływem Tilly z szarej myszki w piękną kobietą (piękna tylko wewnętrznie). Troszkę odstaje od reszty Liam Hemsworth w roli niejakiego McSweeny’ego, bo wątek romansowy między nim a Tilly nie był dla mnie przekonujący. Nie czułem chemii między tą parą, a to błąd poważny.

„Projektantka” z nie do końca dla mnie zrozumiałych powodów nie trafiła do naszych kin. A szkoda, bo to przykład jak z ogranego schematu można zrobić świeżą, wciągającą opowieść o zemście (choć nie jest to film akcji). A dzisiaj jest to trudne do osiągnięcia.

7,5/10 

Radosław Ostrowski

Steve Jobs

Żaden człowiek w historii współczesnej technologii nie miał takiego medialnego szumu jak Steve Jobs – wizjoner, geniusz, jeden ze współodpowiedzialnych za coraz bardziej fikuśne wynalazki. Komputery, telefony, iPad i Bóg wie, co jeszcze. Geniusz, manipulator, skurwysyn czy robot? Na to pytanie próbuje odpowiedzieć narzucający swój styl scenarzysta Aaron Sorkin oraz reżyser Danny Boyle. Jak im się to udało?

steve_jobs1

Jednak nie jest to klasyczna biografia, jakiej należało się spodziewać z tego typu gatunkiem, dlatego że fabuła skupia się na trzech prezentacjach nowych wynalazków: Mac, Nexta oraz iMaca. A dokładniej na kulisach przed tymi wydarzeniami. Tam zaczynają iskrzyć spięcia między Jobsem a resztą jego współpracowników: Woźniakiem, Hoffmann, Sculley, Hertzfeld oraz kobietą z córką, uważająca Jobsa za ojca swojego dziecka. Skoro jest Sorkin, to wiadomo, ze będziemy mieli tzw. „walk & talk”, podczas której poznajemy kolejne konflikty, animozje, spięcia. I jak to w fabułach Sorkina była, dialogi serwowane są z prędkością karabinu maszynowego, podkręcając w ten sposób napięcie oraz atmosferę. Tutaj mamy jeszcze pewne montażowe tricki: podczas rozmowy na ścianie widzimy odpalaną rakietę, w innej pojawiają się wplecione na ścianie cytaty czy sam początek, gdzie mamy rozmowę Arthura C. Clarke’a (autora „2001: Odysei kosmicznej” – tej literackiej), a także równolegle przeplatającą się przeszłość z teraźniejszością (rozmowy Jobsa ze Sculleyem) tylko podbijają stawkę. A w tle jeszcze mamy elektroniczno-symfoniczną muzykę Daniela Pembertona, dodając jeszcze więcej oliwy do ognia.

steve_jobs2

Sam reżyser musi żonglować niczym cyrkowiec różnymi elementami, by opanować ten cały bajzel. Bo sprzęt w ostatniej chwili nie chce zadziałać, bo Steve nie przyznaje się do swojej córki, zaś jej matkę traktuje bardzo szorstko (ta go z kolei wykorzystuje jako skarbonkę do wyciągania forsy). Jeszcze po drodze są jeszcze Woźniak, który czuje się bardzo niedoceniony (zrobił Apple II), pełniący role ojca Sculley czy próbująca w miarę utrzymać Jobsa na wodzy Joanna Hoffmann. Jednocześnie Boyle z Sorkinem chcą pokazać tytułowego bohatera w sposób jak najbardziej uczciwy sposób, co udaje się naprawdę bardzo przekonująco (zwłaszcza pod koniec).

steve_jobs3

Boyle mocno się odnajduje w tym całym stylu i zbiera naprawdę mocną obsadę. Pewne emocje wywołał wybór Michael Fassbendera, który za cholery nie jest podobny do Jobsa, jednak jest absolutnie GENIALNY. Z jednej strony to bardzo twardy, przekonany o swojej nieomylności, nie znający słowa: „pomyłka”, „błąd”, „nie mam racji”, bardziej przypominający robota (pamiętacie Davida z „Prometeusza” czy „Alien: Covenant”?) niż człowieka, ale jednak coś się w nim gotuje. Te różne spięcia wygrywa absolutnie bezbłędnie, kompletnie dominując nad wszystkimi. Co nie znaczy, że reszta jest nieciekawa. Kompletnie zaskakuje Seth Rogen (Steve Woźniak), grając absolutnie poważnie, fason trzyma Jeff Daniels (John Sculley), który zawsze dobrze wygląda w garniaku oraz Michael Stuhlberg (Andy Hertzfeld). Jednak drugi plan kradnie i dzieli Kate Winslet, która wydaje się być najmniej widowiskowa ze wszystkich, lecz staje się czymś w rodzaju głosu sumienia dla Jobsa. Ich wspólne rozmowy jeszcze bardziej podsycają całą temperaturę.

Byłem troszkę sceptyczny wobec „Steve’a Jobsa” odkąd odwołano ze stołka reżyserskiego Davida Finchera. Jednak Danny Boyle odnalazł się w tym charakterystycznym stylu Sorkina, odpowiednio podkręcając napięcie i nawet te wątki obyczajowe potrafią zaangażować. Kolejne potwierdzenie, że współpraca z Sorkinem zawsze zmienia się w złoto.

8/10

Radosław Ostrowski

Pomiędzy nami góry

Historia pozornie prościutka niczym konstrukcja cepa. Oboje muszą pilnie polecieć, lecz burza śnieżna spowodowała, iż ich loty zostały odwołane. Ona jest fotografem pracującym dla gazety i spieszy się na… swój ślub. On jest lekarzem, wracającym z konferencji i musi wracać do swojego szpitala. Kobieta wpada na prosty pomysł, by prywatną awionetką wyruszyć. Co może pójść nie tak? Jeśli pilot dostaje udaru, samolot rozbija się w górach, to wszystko.

pomiedzy_nami_gory1

Wydaje się, że zrobienie kina z gatunku survival a’la Bear Grylls nie może być jakoś super skomplikowanym zadaniem. Rozbity samolot, duże góry, a jak góry, to od groma śniegu, brak zasięgu, brak ludzi, brak cywilizacji. Dodajmy jeszcze bardzo skromne zasoby żywności, drobne urazy (chyba, że mówimy o złamaniu nogi) oraz kompletnym – przynajmniej na początku – braku zaufania tej pary. Czy udaje się reżyserowi zbudować klimat zagrożenia oraz walki o przetrwanie? Na początku tak i już sama scena zderzenia zrobiona w jednym ujęciu z perspektywy pasażerów robi mocne wrażenie. Dwie różne postawy, które doprowadzają do spięć, wreszcie przyroda wyglądają wręcz monumentalnie (ale piękne te góry, las też bardzo ładny, a śnieg to w ogóle jest bielszy niż zęby z reklam). Problem w tym, że im dalej w las, tym poczucie zagrożenia staje się coraz słabsze. Jasne, wynika to z faktu coraz lepszego radzenia sobie z tym wszystkim, ale upływającego czasu od katastrofy zwyczajnie nie czuć (jedynie pada to w dialogach). I troszkę bohaterowie mają sporo szczęścia.

pomiedzy_nami_gory2

Z jakiegoś nie do końca zrozumiałego powodu, reżyser doszedł do wniosku, że będzie świetnie poprowadzić bohaterów ku romansowi. Bo jak wiadomo, przeciwieństwa przyciągają i nic tak nie łączy ludzi, jak wspólna walka o przetrwanie. Tylko, że ten romans nie jest w żaden sposób przekonujący, działając troszkę na zasadzie wciśnięcia guziczka i bach – już się zakochują (dzięki czemu przetrwają – to już naprawdę bolą uszy) i ta przemiana jest pozbawiona podstaw. Być może takie okoliczności mogłyby doprowadzić do takiej głębszej relacji, zaś ostatnie 20 minut – ciężko się to ogląda i niszczy kompletnie całość.

Sytuację próbują ratować Idris Elba oraz Kate Winslet, którzy może nie wznoszą się na wyżyny swoich możliwości, ale wypadają naprawdę przyzwoicie. Szczególnie Elba, tworząc postać naznaczoną pewną tajemnicą, determinacją oraz bardziej opanowanego. Problem w tym, że między tą parą nie czuć kompletnie chemii, co kompletnie zgrzyta. Ale nawet oni nie są w stanie wznieść tego filmu powyżej stanu średniego, który ogląda się bezboleśnie, lecz nie angażuje za bardzo. Z taką obsadą powinno wręcz iskrzyć.

5/10

Radosław Ostrowski

Psy mafii

Atlanta, miasto gdzieś w USA. A jak w każdym mieście działają gliniarze, bandyci i bezprawie szaleje. Całość terroryzuje rosyjsko-żydowska mafia, złośliwie nazywana La Koszer Nostra. I wierzcie mi, to nie są śmieszni kolesie noszący jarmułki oraz pejsy. Kierowani przez Irinę (wygląda jak bardzo wytapetowana burdelmama niż szefowa, ale niech będzie), sieją postrach. Jednym z jej ludzi są członkowie gangu skorumpowanych gliniarzy pod wodzą Michaela Atwooda, którzy wykonują dla niej akcje. I na dzień dobry jesteśmy rzuceni w napad na bank. Akcja się udaje, jednak szefowa ma jeszcze jedno zadanie. By je wykonać ekipa musi zyskać sporo czasu, by odwrócić uwagę od gliniarzy. Najskuteczniejsze byłoby wezwanie kodu 999, czyli zabójstwo policjanta.

psy_mafii1

John Hillcoat postanowił wykorzystać szansę od Hollywood, by dostać świetne kino sensacyjne. Pozornie wydaje się, ze wszystko gra i wydaje się na miejscu. Pierwsze sceny, gdy widzimy skok bankowy – szybko zrobiony, zrealizowany jak trzeba, bez zbędnej gadaniny, zakończony dziką akcją na autostradzie, gdzie wystrzelono kolorowe granaty z łupu (wtedy bandyci wyglądają niemal jak cosplayerzy Deadpoola 😉 ) i padają strzały. Twórcy chcą bardziej skupić się na psychologii bohaterów oraz realistycznym pokazaniu brudu, zgnilizny oraz zepsucia. I to daje nawet efekty – bandyci wyglądają jak notowani z kartotek (tatuaże, ogolone karki, wiązanki słowne itp.), dziwki wyglądają jak dziwki i nie boją pokazać wszystkiego, co mają. Krążymy po spelunach, zaułkach i knajpach wyglądających jak brazylijskie fawele – rządzą się one własnymi prawami, a rozmowy z gliniarzami nie są mile widziane.

psy_mafii2

Klimat niemal jest jak w „Sicario” (są nawet poobcinane głowy) – brud, smród, zgnilizna oraz brak szans na wyjście z tego piekła. Bo jak już raz się sprzedałeś, to zdrajcą już będziesz na zawsze. Nawet jeśli – tak jak główny bohater – robisz to po to, by móc mieć kontakt ze swoją rodziną. Nie brakuje i efektownych scen akcji (nalot na kryjówkę, zakończona dynamiczną strzelaniną), podkręcanych agresywną muzyką elektroniczną. Atmosfera robi się coraz gęstsza, a lojalność, zdrada i podstęp są na porządku dziennym.

psy_mafii4

Tylko jest jeden, a nawet dwa poważne szkopuły. Po pierwsze, bohaterów jest tutaj aż za dużo i nie wiadomo tak naprawdę na kim się skupić. Mamy skorumpowanego Atwooda (dobry, nawet bardzo Chiwetel Eljofor), zmuszonego szantażem do współpracy oraz jego kumpli z policji oraz wojska (mózgowiec Russell, wiecznie nawalony i naćpany Gabe, podstępny i obrotny detektyw Rodriguez i trzęsący okolicą Marcus – kolejno: Norman Reedus, Aaron Paul, Clifton Collins Jr. Oraz Anthony Mackie), jest nowy partner Marcusa – uczciwy i zdeterminowany gliniarz Chris (niezawodny Casey Affleck). No i prowadzący śledztwo wuj Chrisa – ciągle naćpany i nawalony detektyw Jeff Allen (jakby ciągle obecny na planie „Detektywa” Woody Harrelson). Żaden z nich – poza Michaelem – nie zostaje w pełni rozbudowany, nie znamy w pełni motywacji, charakteru, ich tła. Wydają się oklepanymi postaciami z szablonów, parę razy aktorzy sprawiają wrażenie grania na autopilocie (w szczególności Aaron Paul i Harrelson, ale ten drugi ciągle się broni). Jedyną dużą niespodzianką jest Kate Winslet jako „matka chrzestna” Irina – kobieta tak bezwzględna i ostra jak to tylko możliwe.

psy_mafii5

Po drugie, w połowie filmu – mimo kilku kopniaków – zaczyna siadać tempo, a finał jest taki skromny i nie daje takiego kopa jak początek. Żadnego wstrząsu, szoku czy niespodzianki, przewidywalne (i kameralnie, co można było wygrać). Brak napięcia, poczucia niepokoju czy pierdolnięcia – tak się kina sensacyjnego nie kończy. W ogóle tak się filmów kończyć nie powinno, jakby cały arsenał środków został gdzieś nagle pochowany. Nie wolno tak łamać obietnicy.

psy_mafii3

Dlatego tak trudno mi jednoznacznie ocenić ten film. „Psy mafii” miały potencjał na to, by być mięsistym sensacyjniakiem, niepozbawionym ambicji sięgnięcia głębiej. Z taką obsadą nie można było tego spieprzyć. A tak mamy niewykorzystany potencjał i produkcję zaledwie niezłą. Ale i tak jest to lepsze od ostatniego „PitBulla”, co jest pewną skromną rekompensatą.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Długi, wrześniowy weekend

Końcówka sierpnia 1987 roku. Henry jest młodym chłopcem, który mieszka razem z matka Adele (ojciec zostawił ich) w dużym domu na przedmieściach. W supermarkecie trafiają na mężczyznę, który prosi ich o pomoc. Okazuje się, że Frank (bo takie jest jego imię) uciekł z więzienia i jest ranny, potrzebuje pomocy. Zmusza kobietę do pomocy, grożąc śmiercią jej syna. Na miejscu okazuje się, że nie jest aż takim brutalem, a ukrywanie się mające trwać kilka godzin potrwa kilka dni.

weekend1

Dla wielu Jason Reitman pozostanie na zawsze synem twórcy „Pogromcy duchów” i reżyserem „Dziękujemy za palenie”. Następne filmy przyniosły mu rozgłos i nominacje do prestiżowych nagród, jednak nie zawsze było to dla mnie zrozumiałe. Teraz Reitman postanowił zrobić własną wersję „Doskonałego świata”, którą zrobił ponad 20 lat temu Clint Eastwood. Tak jak w tamtym filmie mamy tutaj zbiega, który staje się wzorcem i mentorem dla młodego chłopca. Tylko tutaj jest jeszcze matka, która powoli zaczyna odżywać dzięki mężczyźnie. Niby jest to kryminał, ale to tak naprawdę love story z przewijającym się w tle wątkiem wchodzenia młodego chłopca w dorosłe życie. Czuć w tym pewien nostalgiczny charakter (narracja z offu dorosłego Henry’ego, ciepłe kolory), jednak jest to opowieść pełna smutku (przeszłość zarówno Franka jak i Adele nie była usłana różami), czasami pogodna (wspólne ćwiczenie uderzenia kijem baseballowym), poprowadzona w dość niespiesznym i spokojnym tempem, ale nie pozbawiona scen napięcia, gdy Frank musi się ukrywać. I o dziwo to ogląda się naprawdę dobrze i z zainteresowaniem, a wyczucie nie opuszcza Reitmana do samego końca (trochę przesłodzonego dla mnie). Bez kiczu i pójścia na łatwiznę.

weekend2

I trzeba też pochwalić tutaj aktorów, którzy naprawdę sobie poradzili ze swoimi rolami. Kate Winslet niczym nie zaskakuje, bo granie skomplikowanych kobiecych postaci nie jest dla niej problemem. I tylko to potwierdza – samotna, trochę niepewna i zamknięta dla innych, naznaczona pewną bolesną traumą (nieudane ciąże, które kończyły się poronieniami) powoli zaczyna „kwitnąć” w oczach. Ta przemiana jest bardzo sensownie i wiarygodnie pokazana. Między nią a partnerującym jej Joshem Brolinem (Frank) jest odczuwalna chemia. On sprawia wrażenie silnego fizycznie, ale okazuje się bardzo życzliwym, serdecznym facetem. Mógłby być wzorcem dobrego ojca (wszystko posprząta, zrobi ciasto, ponaprawia tu i tam), gdyby nie to, że musi się ukrywać. Ale i jego przeszłość jest powoli odkrywana w retrospekcjach. I w końcu trzeci wierzchołek trójkąta, czyli syn. Nie wiem jak w stanach to robią, ale tamtejsze dzieci nie brzmią sztucznie na ekranie. Gattlin Griffin tylko to potwierdza i jest całkowicie naturalny od pierwszej do ostatniej minuty. Trzeba mówić coś więcej?

weekend3

Muszę przyznać, że Reitman może nie nakręcił jakiegoś super potężnego czy tak ostrego jak debiut. Niemniej jest to kawał naprawdę dobrego i interesującego kina, któremu (jeśli tylko pozwolicie) uwiedzie was.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Rozważna i romantyczna

Anglia, wiek XVIII. Gdy umiera Henry Dashvwood, zgodnie z prawem jego majątek otrzymuje jego syn John. Wbrew jego woli, zmusza macochę i jej trzem córkom opuścić domostwo. W końcu trafiają do letniego domu sir Johna Middletona. Najstarsze córki Elinor i Marianne w tym czasie przeżywają miłosne uniesienia. Starsza w młodym i lekko nieśmiałym Edwardzie Ferrarsie, zaś młodsza w pewnym siebie Johnie Willioghby.

rozwazna1

Jane Austen  jest jedną z najpopularniejszych pisarek angielskich wszech czasów, a ilość adaptacji jej książek jest tak wielka, że nie da się tego wymienić na wszystkich palcach jakie ma człowiek. „Rozważna i romantyczna” też była przenoszona parokrotnie, zaś najbardziej znanej adaptacji dokonał w 1995 roku Ang Lee. I były wątpliwości, co do wyboru reżysera, ale zostały one szybko rozwiane. I bardzo przekonująco odtwarza realia XVII-wiecznej Anglii, gdzie konwenanse mocno ograniczały relacje międzyludzkie (zwłaszcza miedzy kobietą a mężczyzną), a o ich przeszłości nie decydowała miłość, ale pozycja społeczna i stan posiadania (co widać w niemal każdej scenie rozmów). Na szczęście dzisiaj to nie jest problem, jednak wróćmy do filmu, w którym nie zabrakło odrobiny humoru (głównie ironicznego), pięknych kostiumów i zdjęć oraz eleganckiej muzyki pachnącej realiom. Zaś cała historia jest naprawdę wciągająca i prowadzona pewną ręką.

rozwazna3

I jedno co najważniejsze – zagrane jest to po prostu wyśmienicie. I tutaj mam na myśli nie tylko główne role, ale nawet drobne epizody, co jest dość sporą rzadkością (z drugiej strony mając do dyspozycji takich aktorów jak Tom Wilkinson, Imelda Stauton, Hugh Laurie czy Roberta Hardy nie można było narzekać). Jednak najbardziej uwagę skupiają dwie panie i jeden pan – Emma Thompson (rozważna Elinor – stonowana, powściągliwa), Kate Winslet (Marianne – romantyczna, nie ukrywająca swoich emocji) i Alan Rickman (pułkownik Brandon – skryty dżentelmen z tajemnicą). Wszyscy troje są rewelacyjni i patrzy się na nich z wielką przyjemnością. Trochę w ich cieniu jest Hugh Grant, który jednak nadal potrafi zauroczyć.

rozwazna2

Mimo upływu wielu lat, film Anga Lee nadal pozostaje wyborną pozycją w jego dorobku. Choć to melodramat ,czyli gatunek traktowany przez krytykę i większość mężczyzn za coś nie wartego uwagi, jest to najwyższej próby produkcja, która naprawdę potrafi przykuć uwagę i poruszyć. A to się zdarza naprawdę nielicznym.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Niebiańskie istoty

Nowa Zelandia, rok 1953. Do szkoły w Christhurch pojawia się nowa uczennica Juliet Hulme, która zaprzyjaźnia się z Pauline Rieper, która trzyma się z daleka od innych. Jednak ta przyjaźń wywołuje niepokój u rodziców obu dziewczyn, którzy próbują je rozdzielić, obie tworzą własne światy. Jednak finał jest tragiczny…

Peter Jackson to facet, którego nie trzeba specjalnie przedstawiać. Bardziej znany dzięki „Władcy Pierścieni”, wcześniej kręcił horrory i po nich stworzył bardzo dziwny film. Bo tak naprawdę jest to prawdziwa historia toksycznej przyjaźni, której finałem było morderstwo. Jednak reżyser nie szafuje i pokazuje wszystko w sposób bardzo subtelny i delikatny. Bazując na pamiętnikach Pauline, pokazuje bardzo niejednoznaczną relację łączącą obie dziewczyny, którą trudno tak naprawdę określić – przyjaźń, miłość? Nie ma tu jednoznacznej odpowiedzi, jednak ta silna relacja była bardzo toksyczna i obie panie były od siebie uzależnione.  Nie chciały się pogodzić z tym, że nie będą razem.

istoty

Jackson sięga po dość klasyczne środki (narracja z offu, gdzie słyszymy autentyczne zapiski z pamiętnika), a jednocześnie wszystko jest pokazane w dwóch światach – rzeczywistym i tym wykreowanym przez Pauline oraz Juliet. Jest on bardzo wysmakowany plastycznie, gdzie pojawiają się zarówno ożywione postacie z plasteliny, jak i ich Czwarty Świat. W dodatku okraszone to piękną muzyką i świetnym montażem (zwłaszcza prolog, w którym dwie biegnące dziewczyny w lesie przeplatają się z czarno-białymi ujęciami ich na statku idącymi do rodziców Juliet). Resztę i wnioski wyciągnijcie sami.

W dodatku wszystko to jest świetnie zagrane. Najtrudniejsze zadanie miały debiutujące na dużym ekranie Kate Winslet i Melanie Lynskey. I obie bardzo przekonująco pokazały dwie, trochę zwariowane dziewczyny, trochę żyjące na granicy szaleństwa. Obie po pewnym czasie tracą kontakt z rzeczywistością i obie nie potrafią żyć bez siebie. Ale poza nimi trudno nie zwrócić uwagi na grających rodziców Juliet Dianę Kent oraz Clive’a Merrisona.

istoty1

Film ogląda się to z pewną fascynacją, ale i obawą. Trudny do zaszufladkowania i jednoznacznych osądów, jest bardzo ciekawą i intrygującą propozycją.

8/10

Radosław Ostrowski