Constantine

Był taki czas, że popularność kina superbohaterskiego nie była aż tak wysoka jak obecnie. Na nowo ta fala po słabej drugiej połowie lat 90. Podniosła się po sukcesie „X-Men” oraz pierwszego „Spider-Mana” od Sama Raimiego. Potem – tak jak dzisiaj – bywało różnie, szukając innych materiałów niż komiksy Marvela czy DC. Ale poza „Hellboyem” oraz „Watchmenami” nic nie zrobiło dużego zamieszania. A czy mówi wam coś Constantine? John Constantine.

Postać stworzona przez brytyjskiego autora komiksów Alana Moore’a to blondwłosy, brytyjski gość, który widzi anioły i demony. Kiedyś próbował odebrać sobie życie, co doprowadziło do faktu, że jego życie zostało skazane na potępienie. Chcąc troszkę odzyskać łaskę od Boga, pełni rolę takiego egzorcysty. A nasza planeta pełni coś w rodzaju miejsca gry między piekłem a niebem, gdzie tzw. mieszańcy dbają o równowagę. I nasz bohater dostaje sprawę. zgłasza się do niego policjantka, której siostra bliźniaczka popełniła samobójstwo w szpitalu psychiatrycznym. Policjantka nie wierzy w samobójstwo, ponieważ była ona osobą wierzącą.

„Constantine” to reżyserski debiut Francisa Lawrence’a, wówczas reżysera teledysków, dzisiaj znany jako twórca serii „Igrzyska śmierci” (oprócz części I). I jest to bardzo luźna adaptacja materiału źródłowego. Akcja z Londynu przeniesiono do Nowego Jorku, zaś nasz bohater to brunet z amerykańskim akcentem oraz ciemnym garniturem. Sama historia wydaje się prosta, ale nie jest opowiedziana w sposób prostacki. Reżyser próbuje zbudować wokół wiary mitologię, choć czasami logika potrafi zrobić sobie wolne. Wolne oraz spokojne jest także tempo, rzadko sięgające po sceny akcji, dając czas na wejście w klimat lekko noirowy. Świetny wizualnie, utrzymany głównie w ciemnych kolorach oraz dziejący się w nocy. Tylko, że ta historia – choć ma parę zakrętów – nie wciąga, a nawet troszkę nudzi. Dialogi czasami są przeładowane ekspozycją, świat wydaje się bardzo niewielki oraz ledwie zarysowany, zaś ustalenie kto stoi za wszystkim nie jest wcale trudne. No i czasami twórcy za bardzo chcą być cool (spluwa w kształcie połączenia Thompsona z… krzyżem), choć sceny egzorcyzmów czy drobnej akcji dobrze się trzymają. Tak jak niezłe efekty specjalne oraz wizje piekła przypominające pst-apokaliptyczną rzeczywistość.

Jeśli chodzi o aktorstwo to jest więcej niż OK. Tytułową rolę zagrał Keanu „Neo” Reeves, który do ról niezbyt rozmownych, wycofanych stoików pasuje idealnie. A że nie ma nic wspólnego z komiksowym pierwowzorem? Cóż, to akurat drobiazg, chociaż ta postać wydaje się zbyt wycofana oraz obojętna na to, co się dzieje dookoła. Znacznie ciekawiej prezentuje się Rachel Weisz w ról bliźniaczek: „psychicznej” Isabel oraz detektyw Angeli, chociaż między nią a Reevesem nie ma żadnej silnej chemii. A szkoda. Film za to kradną drobne epizody Petera Stormare’a (Lucyfier) oraz Tildy Swinton (archanioł Gabriel), dodając odrobinę charakteru do całości.

Solidna adaptacja oraz debiut, chociaż troszkę za bardzo skupiony na wizualiach. Bo sama historia nie robi aż tak wielkiego wrażenia, zupełnie jakby to był wstęp do większej całości, sequela? Ale szkoda, że nic z tego nie wyszło.

6/10

Radosław Ostrowski

Balerina

Wszystko zaczyna się gdzieś na prowincji w XIX-wiecznej Bretanii, gdzie znajduje się sierociniec. Tam mieszka Felicja – młoda dziewucha, marząca o jednej rzeczy: zostaniu baletnicą. Ale by trafić do Paryża musi ucieć z przytułku, w czym pomaga przyjaciel Wiktor. Na miejscu drogi naszej pary się rozdzielają. Ona trafia pod opiekę sprzątaczki, pani Odette, a chłopiec do pracownik samego Gustava Eiffla. Dziewczynie – podstępem i pod wpływem złośliwości – podszywa się pod zarozumiałą i bezczelną uczennicę – trafiając do szkoły baletowej, by przygotować się do występu „Dziadka do orzechów”.

balerina1

Po wielu produkcjach spod znaku Pixara, Disneya i całej tej amerykańskiej perfekcji, świeżym oddechem było poznanie produkcji dziecięcej z Francji. Muszę przyznać, ze jest to film skierowany dla młodego odbiorcy, ale nie jest w żaden sposób naiwny i infantylny. Klasyczna opowieść o tym, że ciężką pracą, pasją i determinacją można podbić świat, ale absolutnie mi to nie przeszkadzało. Dałem się wpuścić do tego świata, co jest zasługą ładnej animacji, która nie kłuje w oczy. Ale nie tylko – XIX-wieczny Paryż jest barwnym miastem, gdzie wszystko może się udać. Widać, ze twórcy dali z siebie wszystko i włożyli masę serca i pracy. Jestem zachwycony scenami tańca i treningu naszej bohaterki – ruch pokazywany jest z wręcz pietyzmem (spowolnienia wykorzystane z głową), jakbyśmy widzieli prawdziwe postacie, a nie aminowanych ludzików. Widać to zarówno w świetnie poprowadzonej scenie w knajpie bretońskiej jak i finałowej potyczce – te dwie sceny powinny zachęcić.

balerina2

Żeby jednak nie było za słodko, „Balerina” to zdecydowanie kino dla dzieci, wiec humor oparty jest na prostych gagach, samo przygotowanie jest uproszczone, a przebieg fabuły jest przewidywalny. Ja jeszcze dorzuciłbym do zestawu piosenki, które były zbyt plastikowe, ale to raczej kwestia indywidualna. Podoba mi się przesłanie (choć to jak potraktowano kwestię kłamstwa może budzić pewne wątpliwości moralno-etyczne), muzyka – ta instrumentalna – jest dobra i współtworzy klimat, bohaterowie budzą sympatię i czas spędzony nie jest stracony.

balerina3

W zasadzie powinienem dać coś koło 6/10, ale taniec wyglądał prześlicznie i polski dubbing też był dobry. Najważniejsza jest tutaj Felicja (Julia Kamińska znowu błyszczy) i lekko postrzelony, ale uroczy Wiktor (zaskakująco dobry Antoni Królikowski). Czuć zgranie i silne więzy między postaciami, a relacja między nimi ulega dynamice. Drugi plan kradnie madame Odette (Anna Guzik) – kobieta silna, pokorna, z przeszłością, pełniąca na początku rolę mentorki. Z czasem ta kobieta stanie się dla naszej dziewczyny najpierw przyjaciółką, a następnie kimś w rodzaju matki. Tutaj najbardziej surowe postacie jak nauczyciel Merente (Radosław Pazura) skrywają coś więcej.

balerina4

I za te drobiazgi „Balerina” dostaje u mnie:

7/10

Radosław Ostrowski

Dla niej wszystko

Poznajcie państwa Auclert – przeciętne małżeństwo francuskie. Julien jest nauczycielem języka francuskiego, Lisa pracuje w firmie i razem zajmują się synem Oscarem. Są szczęśliwi, mają szerokie perspektywy – idealne małżeństwo. Tak jest do czasu, kiedy do ich domu puka niespodziany i nieprzyjemny gość – policja. Kobieta zostaje aresztowana za zabójstwo swojej szefowej, a dowody są mocne i zapada wyrok – 20 lat więzienia. Po 3 latach kasacja zostaje odrzucona, a wyrok uprawomocnia się. Wtedy Lisa próbuje popełnić samobójstwo w więzieniu. To przelewa czarę goryczy i Julien decyduje się na desperacki krok – na własną rękę chce zorganizować ucieczkę żony z więzienia.

dla_niej_wszystko1

Francuski reżyser Fred Cavaye w swoim debiucie niby sięga po sprawdzony motyw – ucieczkę z więzienia, jednak postanawia wykorzystać ten schemat do stworzenia pełnokrwistego dramatu z wątkiem sensacyjnym. Dla wielu ta opowieść może wydawać się bardzo naciągana, bo który wariat zdecydował się na tak ryzykowny ruch. Że jest to słuszne posunięcie, reżyser wyjawia już po 15 minutach, pokazując prawdziwy przebieg wydarzeń w retrospekcji. Kobieta jest niewinna i została wrobiona, nie należy doszukiwać się tutaj spisku. To po prostu zbieg nieszczęśliwych okoliczności. Oglądając ten tytuł, próbowałem rozgryźć motywy Juliena – zwykłego faceta postawionego pod ścianą i mierzącego się z niezrozumiałą i nielogiczną sytuacją. Skąd ta ślepa wiara w niewinność, nie odcinanie się od tych wydarzeń oraz ten cały szalony plan? Miłość, obłęd, desperacja, poczucie bezsilności i krzywdy – nie ma tu jednoznacznej odpowiedzi, prawdę mówiąc chyba to twórcy nie interesuje.

dla_niej_wszystko2

Twórca miota się między pełnokrwistym dramatem a kinem sensacyjnym, gdzie mamy wszystko podzielone na trzy etapy: przygotowania, realizacja i ucieczka. Pierwsze jest na tyle poruszające, że nie pozwala na zadawanie pytań, z wyjątkiem jednego: co JA bym zrobił w takiej sytuacji i czy BYŁBYM w stanie podjąć takie ryzyko? I nadal nie potrafię znaleźć na nie odpowiedzi. Same sceny akcji są tutaj zrobione z pazurem i nerwem. Nie chodzi mi tylko o ucieczkę (dynamiczną, efektowną, ale nigdy efekciarską), ale też pobicie przez emigrantów czy kradzież forsy drobnym gangsterom – jest surowo, krwawo i brutalnie, odmalowane w brudnych kadrach kamery. Jedynie zakończenie, pełne zbiegów okoliczności, wydawało mi się pobożnym życzeniem scenarzysty, bo choć jest to happy end, dla mnie jest on dość gorzki (Ucieczka jest prosta, to zostać na wolności jest trudno) i nie do końca wierzę, że to jest rozwiązaniem problemu.

dla_niej_wszystko3

Ale Cavaye ma w swojej talii dwie mocne karty: Vincente’a Lindona oraz Dianę Kruger, którzy wiarygodnie zbudowali portrety dwojga ludzi w absurdalnej sytuacji, co jest mocnym atutem. Ona czuje się w więzieniu wyczerpana i osłabiona, traci siły i wiarę, z kolei on zmienia się ze spokojnego i przeciętnego everymama w bezwzględnego gangstera, chłodno przygotowującego się do akcji. Nie można nie wspomnieć o epizodzie byłego gliniarza Olivera Marshalla (znanego także jako reżysera filmów „36” czy „Gang story”), który wciela się w Henriego Pasqueta – specjalistę od ucieczek. Pojawia się w jednej scenie, ale kradnie ją totalnie.

Cavaye zachowuje surowy realizm i jego debiut zwyczajnie wciąga. To mocne, trzymające za gardło kino sensacyjne, starające się być bardziej przy ziemi, nie idąc w stronę efekciarskiej rozwałki. Emocjonalne, inteligentne i zgranie poukładana opowieść.

7/10

Radosław Ostrowski

Wyszłam za mąż, zaraz wracam

Isabelle jest młodą i atrakcyjną dentystką, która od wielu lat jest związana z Pierre’m. Ale nie chce za niego wyjść teraz. Przyczyną tego jest rodzinna klątwa, na skutek której szczęśliwe jest dopiero drugie małżeństwo. Dlatego kobieta na plan szybkiego ślubu z przypadkowym facetem i jeszcze szybszego rozwodu. Ale plan się sypie, kiedy na jej drodze pojawia się Jean-Yves – autor przewodników turystycznych.

wyszlam1

Komedia romantyczna to jeden z tych gatunków, gdzie znamy początek i koniec. Jedyną tajemnicą jaką mogą nam zaserwować twórcy brzmi: co się stanie po drodze? Reżyser Pascal Chaumail jest tego w pełni świadomy i robi wszystko, by zaskoczyć nas. Po drodze zwiedzimy Kenię i spotkamy się z lwem, zahaczymy też o Moskwę, gdzie będziemy pić i tańczyć, a nawet będziemy w stanie nieważkości (nie, nie z powodu alkoholu). Może i finał nie jest zaskakujący (ale nadrabia to efektownością i mieszanką kulturową), ale całość wypada całkiem nieźle. Humor zaś jest taki po środku: nie wywołuje ostrego ataku, ale nie jest też żenujący i wulgarny. Ociera się to trochę o slapstick (wpadnięcie do wody w ciuchach czy walnięciem łbem o skałę), jednak parę razy udaje się zaskoczyć i rozbawić.

wyszlam2

Także grający tutaj duet Diane Kruger/Dany Boon wypada całkiem przyzwoicie jako kontrastująca para, zaś jej próby zmuszenia podpisania rozwodu są naprawdę pełne złośliwości. Drugi plan niespecjalnie rzuca się w oczy (wyjątkiem jest Alice Pol jako Corinne) i troszkę można było nad tym popracować.

Sam film to jedna z wielu francuskich komedii jakie pojawiają się w ostatnim czasie. Niby nie jest to coś specjalnie rzucającego się w oczy, ale ogląda się to całkiem nieźle.

6/10

Radosław Ostrowski

Córka mojego kumpla

W małym miasteczku w New Joersey, obok siebie mieszkają zaprzyjaźnione ze sobą rodziny Wellingów i Ostroffów – oni naprawdę są zżyci ze sobą. Całe ich wspólne życie zostaje mocno pozmieniane, kiedy po 5 latach wraca do domu Nina, córka Ostroffów. Jej rodzice chcą ją zeswatać z Toby’m, synem sąsiadów, ale ona zakochuje się w jego ojcu. A zaczęło się od pocałunku i chyba się na tym nie skończy.

oranges

Sam film jest słodko-gorzką opowieścią, która trochę tematyką przypomina „American Beauty” – bo na pierwszy rzut oka mamy dwie rodziny mocno zaprzyjaźnione, ale tak naprawdę obie nie są szczęśliwe i obie przeżywają kryzys. Zaś powrót córki marnotrawnej zmusi ich nie tylko do przewartościowania, ale to do przemyślenia własnego życia i nawet do zmian. Choć niby wiemy jak się to skończy, ogląda się to dobrze, nie brakuje odrobiny humoru (czasem zaprawionym ironią), a technicznie jest solidnie. A i trochę do pomyślunku czasem daje. Niby nic wielkiego, ale czy każdy film musimy odbierać jako arcydzieło? To sympatyczna i przyjemna produkcja.

Ale za to obsadę ma bardzo mocną. Znowu bryluje Hugh Laurie, grając bardzo subtelnie faceta przeżywającego kryzys wieku średniego, wplątującego się w romans z małolatą. Mimo to, nie jesteśmy w stanie nie polubić Jamesa Wellinga. Jego przeciwieństwem jest Oliver Platt jako jego sąsiad Terry. Zaś partnerujące im panie (Catherine Keener i Allison Janney) tworzą z nimi ciekawe duety. Jednak najlepiej ku mojemu zaskoczeniu wypadła Leighton Meister – zagubiona, nie do końca wiedząca czego chce Nina. Między nim a Lauriem jest wyczuwalna chemia, przez co ich wątek jest przekonujący.

oranges2

Jest to naprawdę lekka i dość przyjemna komedia, która może nie przejdzie do historii, ale seans nie jest czasem straconym. Nice.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Asterix i Obelix: W służbie Jej Królewskiej Mości

Jest rok 50 p.n.e., czyli jak dobrze wiemy w tym czasie Juliusz Cezar spuścił łomot wszystkim Galom. Prawie wszystkim, gdyż jedna mała wioska, w której żyją Asterix i Obelix dzielnie stawia opór rzymskim najeźdźcom. Ale Cezar postanowił im odpuścić i ruszyć na podbój Brytanii. Królowa wysyła swojego zaufanego człowieka, Mentafixa do galijskiej wioski z prośbą o pomoc. Asterix i Obelix w towarzystwie Skandalixa (siostrzeniec wodza) i beczką magicznego napoju ruszają do Brytów.

Będąc młodym chłopcem zdarzało mi się oglądać stare filmy animowane z Asterixem i Obelixem zrealizowane przez Francuzów, dzięki którym miło spędzałem (i nadal spędzam) czas. Ale w końcu żabojady wpadły na pomysł, by przenieść komiksy o dzielnych Galach na duży ekran z żywymi aktorami. Pierwsza próba „Asterix i Obelix kontra Cezar” była całkiem niezła, za to „Misja Kleopatra” była esencją tego, za co kochano komiksy (dowcipne dialogi, masa odniesień do popkultury i świetna realizacja + świetny polski dubbing). „W służbie Jej Królewskiej Mości” to czwarta część serii (o „Asterixie na Olimpiadzie” nie wspominam) nakręcona przez Laurenta Tiranda („Mikołajek”), któremu udało się zachować atmosferę udziału w bezpretensjonalnej i lekkiej zabawie. Nie brakuje tutaj nabijania się ze stereotypów Angoli (picie o piątej, zachowanie opanowania i bycie dżentelmenem nawet w sytuacji wymagajacej brutalnego zachowania, zespoły), biurokracji  Rzymian (kontrola audytu w trakcie inwazji) czy Wikingów, którzy chcą poznać strach. I tu udaje się wykorzystać humor sytuacyjny, a także nie zabrakło żartów z popkultury („Kill Bill”, „Gwiezdne wojny”, gdy Cezar mówi Asterixowi, że jest jego ojcem czy przymusowa terapia savoir vivru w stylu „Mechanicznej pomarańczy”). Mimo humoru, zdarzają się jednak zastoje i spowolnienia tempa, ale to na szczęście rzadkie momenty.

asterix

Film był u nas pokazywany z polskim dubbingiem, a twórcy wpadli na dość ciekawy patent. Brytowie tutaj mówią mieszanką słów polsko-angielskich, z brytyjskim akcentem, co w zamierzeniu miało rozśmieszać i to się udało. A jak poradzili sobie aktorzy? Całkiem nieźle. Ze stałej obsady ostał się tylko Wiktor Zborowski, który jako Obelix spisał się tak jak w poprzednich częściach, czyli świetnie. Asterixowi tym razem (po wybornym Mieczysławie Morańskim i słabym Sławomirze Packu z olimpiady) głos podłożył Tomasz Borkowski i poradził sobie naprawdę przyzwoicie. Z drugiego planu należy zdecydowanie wyróżnić Miłogosta Reczka (Juliusz Cezar – scena u terapeuty naprawdę zabawna oraz „veni, vidi i nici”), Beatę Tyszkiewicz (królowa Kordelia) oraz Katarzynę Kwiatkowską (pani Macintosh – mistrzyni dobrych manier).

brytowie

Ta część serii wyszła Francuzom naprawdę przyzwoicie. Technicznie trudno się do czegoś przyczepić (nawet efekty specjalne są dobre), choć zdarza się rozwlekanie fabuły. Niemniej humor jest przedni, dubbing polski dobry, a fabuła solidna. Czas nie będzie stracony.

6,5/10