Niebezpieczni dżentelmeni

Zakopane, Zakopane – miejsce znane z imponujących górskich widoków, uzdrawiającego powietrza, ciągle zakorkowanej drogi do tego miasta, białych misiów lubiących się fotografować z ceprami (turystami). A jeszcze za panowania cesarza Austrii i króla Węgier Franciszka Józefa było miejscem hulanek ówczesnej bohemy artystycznej. O takich czterech apsztyfikantach będzie ten film. Od razu uprzedzę pytanie, choć sam film jest fikcją, to prawie wszystkie postacie istniały naprawdę.

Jest rok 1914, jeszcze I wojna światowa nie zaczęła, a w Zakopanem był ostry melanż. W domu niejakiego Witkiewicza (Marcin Dorociński) – kontrowersyjnego artysty, malarza, skandalisty i narkomana. Przewodnikiem naszym będzie dr Tadeusz Żeleński (Tomasz Kot) – praktykujący lekarz-pediatra z Krakowa, a także hazardzista i moczymorda, z niespełnionymi ambicjami literackimi. Oprócz tej dwójki w domu Witkacego są jeszcze Joseph Conrad (Andrzej Seweryn) – marynarz, pisarz i awanturnik oraz Bronisław Malinowski (Wojciech Mecwaldowski) – antropolog, hipochondryk. Wszyscy po ostrym chlaniu i ćpaniu – a co myśleliście, że taki typ zabawy jest rzeczą współczesną? I dzieją się dziwne rzeczy – Żeleńskiemu zaginął płaszcz, pieniądze na wspólną wyprawę Witkacego z Malinowskim zniknęły, a w pokoju jest trup. Z dwoma śladami po kuli. Kim on jest? Skąd się tu wziął? I czemu prasa piszę o śmierci… Żeleńskiego?

Debiutujący Maciej Kawalski miesza historię ze sobą w taki sposób, że może boleć głowa. Pod tym względem przypomina to… „Bękarty wojny” zmieszane z „Kac Vegas”. Cała fabuła jest pomieszaniem z poplątaniem, gdzie pojawia się coraz więcej znaków zapytania i pojawiające się retrospekcje dają tylko częściową odpowiedź. Jak w klasycznym kryminale prosta sprawa jest prosta tylko z nazwy i nasi bohaterowie pakują się w grubszą aferę. A w sprawę zamieszani mogą być zamieszani bolszewicy z towarzyszem Leninem (Jacek Koman) na czele oraz strzelcy Piłsudskiego (Michał Czernecki). Wszystko przyprawione bardzo ironicznymi dialogami, bardzo wyrazistymi postaciami (nawet na trzecim planie) oraz paroma gorzkimi słowami o nas samych (scena odczytu). Wrażenie robi realizacja – choć nie wiem, ile wynosił budżet – i czuć, że dobrze wykorzystano pieniądze. Świetna scenografia oraz kostiumy imponują szczegółami i wyglądem, w połączeniu z dynamiczną pracą kamery sprawia wrażenia oglądania wysokobudżetowej produkcji. Jak wrzucimy do tego „góralską” muzykę zmieszaną ze stylem Hansa Zimmera (głównie „Sherlocka Holmesa”) i Alexandre’a Desplata daje audiowizualną ucztę.

Nie oznacza to jednak, że „Niebezpieczni…” są niepozbawieni wad. W drugim akcie, gdy nasi bohaterowie rozdzielają się na dwie grupy zdarzają się (rzadkie) momenty przestoju. Nadmiar postaci historycznych doprowadza do osłabienia samej fabuły, zaś samo rozwiązanie może być uznane za niesatysfakcjonujące. Wielu może też przeszkadzać skręt w stronę farsy czy pokazanie artystów jako ludzi BAARDZO oderwanych od rzeczywistości. Choć to ostatnie może doprowadzić do paru spazmów.

Co zdecydowanie błyszczy i ciągnie ten film to znakomita obsada, głównie skupiona na naszych czterech jeźdźcach Apokalipsy. Chemia między nimi jest bardzo silna, a każdy z nich ma swoje momenty na zabłyśnięcie. Kwartet Seweryn-Kot-Mecwaldowski-Dorociński błyszczy, zwłaszcza ten ostatni jako najbardziej ekscentryczny oraz bezczelny z całego składu, kradnąc w zasadzie każdą scenę swoją silną charyzmą. Ale nawet na dalszym planie pojawia się wiele znajomych twarzy (m.in. Łukasz Simlat, Sebastian Stankiewicz czy zaskakujący Michał Czernecki w bardziej ironicznym portrecie Piłsudskiego), nie będę jednak zdradzał wszystkiego. Jest tutaj parę niespodzianek i każdy ma tutaj wykorzystuje niewielki czas ekranowy, co jest rzadkością.

Ostatnimi czasy z polską komedią było jak z polskim boksem – wielkie tradycje i bogata przeszłość, jednak starzy mistrzowie jak Machulski stracili formę, zaś młoda krew zazwyczaj rozczarowuje. Było parę drobnych przebłysków jak „Juliusz” czy „Atak paniki”, jednak Kawalski wchodzi na poziom jakiego mi brakowało. Fantastycznie zabrany, napisany oraz zrealizowany, z wielką szansą na stanie się kultowym klasykiem.

8/10

Radosław Ostrowski

Patrz jak kręcą

Jak pokazuje historia, pewne konwencje w kinie są nieśmiertelne. Takie jak kryminały w stylu zwanym przez Anglosasów whodonit, czyli kryminałów w stylu Agathy Christie. Mamy znajome elementy w rodzaju morderstwo najbardziej antypatycznej osoby, by mieć wokół siebie krąg podejrzanych, zamkniętą przestrzeń oraz detektywa wyjaśniającego całą misterną układankę. Z taką konwencją grają zarówno adaptacje królowej kryminału od Kennetha Branagha, jak i biorąca całą konwencję w nawias „Na noże”. I wydaje się, że w podobną stronę pójdzie film „Patrz jak kręcą”. Ale kto kręci, co i dlaczego? Wyjaśnijmy po kolei.

Na początku wydaje się, że przewodnikiem po Londynie roku 1953 będzie Leo Kopernick (Adrien Brody) – hollywoodzki reżyser. Co robi Jankes w stolicy Brytanii? Otóż ma on dokonać ekranizacji teatralnego przeboju West Endu, czyli „Pułapki na myszy”. Nieznajomość sztuki kompletnie mu w tym nie przeszkadza, mimo już setnego wystawienia. Impreza kończy się awanturą, zaś Leo musi się przebrać. Wtedy zostaje zamordowany przez tajemniczego nieznajomego w płaszczu i kapeluszu, a ciało trafia na scenę. Dochodzenie prowadzi zmęczony życiem inspektor Stoppard (Sam Rockwell) i początkująca, pełna entuzjazmu posterunkowa Stalker (Saorise Ronan). Czy uda im się ustalić tożsamość oraz motyw mordercy?

Debiutujący w kinie fabularnym reżyser Tom George do tej pory pracował dla telewizji, tam samo jak scenarzysta Mark Chappell. Nie przeszkadza im to jednak troszkę pobawić się znajomą konwencją oraz tropami klasycznych, eleganckich kryminałów z wyższych sfer. Fikcja miesza się z prawdziwymi postaciami (pojawia się choćby aktor Richard Attenborough, który w „Pułapce na myszy” grał inspektora policji czy producent Jack Wolfe, zaś sama sztuka inspirowana jest prawdziwą historią), zaś duch Agathy Christie unosi się nad całością. Nie brakuje znajomych klisz (skontrastowany duet śledczych, masa podejrzanych, antypatyczna ofiara, retrospekcje czy finał w rezydencji na odludziu), jednak twórcy z delikatnością bawią się tymi kliszami. Pomaga w tym zarówno dystans oraz ironiczne poczucie humoru, co dostajemy już na otwarcie. W końcu jak widziało się jedną taką historię, to się widziało tysiące, prawda?

Być może z tego powodu „Patrz jak kręcą” porównywano do „Na noże”, gdzie też prowadzono grę z konwencją kryminału a’la Christie. Bo twórcy nie boją się po sięgnąć i są pewni, że to zadziała. Pomagają przy tym niepozbawione błyskotliwości dialogi, ale przede wszystkim stylowa realizacja. Jest tutaj wiele ujęć jakby żywcem wziętych od Wesa Andersona (włącznie z jazdą kamerą w bok podczas jednej ze scen w komisariacie czy pościgu z dystansu), choć bez pastelowych kolorów. Nie można też nie wspomnieć o montażu, gdzie reżyser wiele razy dzieli ekran – głównie przy scenach przesłuchania czy mieszającej stylistyki muzyce Daniela Pembertona. Trudno odmówić klasy oraz lekkości.

W czym absolutnie pomaga świetnie dobrana obsada. Sam Rockwell jako zmęczony, trochę zblazowany inspektor Stoppard pasuje wręcz idealnie. Choć początkowo można odnieść wrażenie, że ta postać trochę ma gdzieś całą sytuację i bywa (delikatnie mówiąc) niezdarny. To wszystko jednak tylko pozory, pod którymi skrywa się inteligentny facet, próbujący przetrawić paskudną przeszłość. Ale wielką niespodziankę zrobiła mi Saorise Ronan, której fanem jakimś wielkim nie byłem. Posterunkowa (albo jak mówią Anglicy konstabl) Stalker jest kontrastem dla inspektora – niedoświadczona, ambitna, za dużo gadająca i nie pewna siebie. Aktorka wszystko to gra z takim wdziękiem, że strasznie polubiłem tą postać, która też próbuje sobie radzić z przeszłością. Tu się jakaś magia odbyła, bo i chemia między tą dwójką działa wręcz bezbłędnie. W zasadzie każdy z aktorów ma tutaj swoje przysłowiowe pięć minut, by móc zabłyszczeć. I nieważne, czy jest to Adrien Brody (Leo Kopernick), David Oleyowo (scenarzysta Cocker-Norris), Ruth Wilson (Petula Spencer, właścicielka teatru) czy Harris Dickinson (aktor Richard Attenborough) – nikt nie odstaje tutaj od reszty.

Niby kryminał bardzo retro, ale zaskakująco wciągający, zabawny i lekko post-modernistyczny. Ktoś powie, że już to widzieliśmy tysiąc razy, więc żadnych niespodzianek nie będzie. Ale czy aby na pewno? Duet George/Chappell mają inne zdanie na ten temat i warto je poznać.

7/10

Radosław Ostrowski

Pan Wilk i spółka

Kto jeszcze pamięta czasy, gdy studio DreamWorks było trzecią siłą w kwestii tworzenia amerykańskich filmów animowanych (po Disneyu i Pixarze). Teraz jednak czują oddech konkurencji w postaci choćby Sony, które ostatnio jest na wznoszącej fali. Potrafili parę razy zaskoczyć „Strażnikami marzeń”, „Krudami”, „Kapitanem Majtasem” czy „Trollami”, przeplatając to z rozczarowaniami w rodzaju „Dzieciaka rządzi” czy sequelami „Jak wytresować smoka”. Ale kreatywność i poczucie frajdy wróciło do starej ferajny.

„Pan Wilk i spółka” jest heist movie, gdzie nasi bohaterowie oraz najważniejsze osoby w mieście są… zwierzętami. Ale to nie jest „Zwierzogród”, bo reszta obywateli to ludzie, więc zrzynki nie ma. Spółka pana Wilka to paczka złodziei z różnymi umiejętnościami – pan Wilk to kieszonkowiec, pan Wąż włamywaczem, pani Tarantula pseudo Włóczka hakerką, pan Rekin mistrzem przebieranek, zaś pan Pirania narwanym mięśniakiem, co pod wpływem nerwów pierdzi. Musicie wiedzieć, że smród jego zabójczy jest niczym gaz bojowy. Ferajnę poznajemy jak robi napad na bank i brawurowo ucieka policji, więc decydują się na ambitniejszy skok – kradzież złotej statuetki podczas Gali Dobroczynnej, którą ma otrzymać profesor Marmalade. Czyli najinteligentniejsza osoba, czyniąca dobro w skali kosmicznej, będąca… świnką morską. Co może pójść nie tak?

Jak się okazuje, organizatorzy z panią burmistrz Foxington (tak, jest lisem) byli na to przygotowani i gang wpada w ręce policji. Jednak profesor – pod wpływem perswazji Wilka – chce przeprowadzić eksperyment na kryminalistach, by zaprowadzić ich na ścieżkę dobra. Ale jak się okazuje, na tym polega plan pana Wilka, by… udawać przemianę i dokończyć spartaczoną robotę, będąc poza podejrzeniem. Ale nie wszystko udało się przewidzieć naszym banditos i wpakują się w jeszcze większe tarapaty.

DreamWorks zaskoczyło mnie i to w paru aspektach. Za „Pana Wilka” odpowiada debiutujący reżyser – Pierre Perifel, który do tej pory pracował jako animator w DreamWorks (m.in. przy „Kung Fu Panda”) oraz scenarzysta Etan Cohen (m.in. „Jaja w tropikach”, „Madagaskar 2” czy „Faceci w czerni 3”). Fabuła czerpie garściami z konwencji heist movie (lub jak Amerykanie mówią caper movie) w stylu choćby „Ocean’s Eleven”. Czyli mamy ekipę, jest plan, masa komplikacji, zakrętów, twistów i niespodzianek. A jednocześnie jest to komedia, gdzie nie brakuje docinków, ironii oraz wariackich gagów (choćby podczas brawurowego pościgu na początku filmu). By było jeszcze ciekawiej, jest tu – jak to u DreamWorks – parę odniesień do popkultury dla dorosłych (pierwsza scena niemal żywcem wzięta z „Pulp Fiction”, przeskoki czasowe jak u Guya Ritchie), więc nikt się nie nudzi. Dialogi są świetne, sceny akcji i włamań mogłyby spokojnie trafił na kolejną część przygód Danny’ego Oceana, a w tle gra idealnie dopasowana jazzowa muza mistrza Pembertona.

Sama animacja też była dla mnie sporą niespodzianką, pod względem stylistyki. I nie chodzi mi o płynność, bo to bardzo wysoki standard. Trójwymiarowe postacie wyglądają dobrze, zmieszane z elementami dwuwymiarowymi (m.in. dym palonej gumy), ale także czuć wpływy japońskich animacji (zwróćcie uwagę na twarz policjantów – szczególnie pani Komendant oraz jej ekspresję i wygląd), tworząc koktajl Mołotowa. Jasne, że budżet nie był duży, a szczegółowość nie jest imponująca, lecz nadrabia to stylówką, troszkę przypominając niektóre sceny ze… „Spider-Man: Uniwersum” (może trochę przesadzam).

Widziałem polską wersję językową, za którą odpowiadał Bartosz Wierzbięta i brzmiała naprawdę przyzwoicie. Co mnie zaskoczyło, to był brak odniesień do naszej popkultury (jeśli chodzi o tłumaczenie), czego raczej po tym twórcy się nie spodziewałem. Aktorzy też są dobrani dobrze, choć w większości były to głosy mniej mi znanych aktorów dubbingowych (poza Izabellą Bukowską jako pani burmistrz). Czy chciałbym zobaczyć wersję oryginalną? Z tamtejszą obsadą, gdzie mamy m.in. Sama Rockwella, Richarda Ayoade, Zazie Beats i Awkwafinę – jak najbardziej.

Troszkę szkoda, że „Pan Wilk i spółka” ma premierę w tym samym czasie, co nowy „Top Gun”, bo nie będzie miał zbyt wielkiej szansy na przebicie się do szerszej widowni. A szkoda, bo jest to powrót DreamWorks do formy. Nie jest to może najlepsza animacja tego roku, lecz jeśli szukacie tytułu czysto rozrywkowego, z inteligentnie napisanym scenariuszem oraz wielką frajdą, idźcie śmiało. Wasze dzieci będą się świetnie bawić, a wy nawet jeszcze lepiej. Wilk syty i owca cała.

8/10

Radosław Ostrowski

Najmro

Polskie kino rozrywkowe kojarzy się głównie z trzema rzeczami. Pierwszą to (nie)śmieszne komedie romantyczne made in TVN, wyglądające niczym z żurnala, plastikowe i nudne. Druga to Patryk Vega – śmieciowe kino-sensacyjno-gangsterskie, oblane bluzgami, krwią i bardzo prostackimi żartami. Jest jeszcze próba trzecia, czyli podrabianie amerykańskiego stylu i przeszczepienie go na nasze podwórko. To jednak wydawało się robione na siłę oraz bez pomysłu. Ale czasem pojawiają się perełki i czymś takim jest „Najmro”.

najmro1

Debiutant Mateusz Rakowicz inspiruje się życiorysem Zdzisława Najmrodzkiego – słynnego złodzieja oraz króla ucieczek, jednej z barwniejszych postaci polskiego półświatka. Ale jeśli spodziewacie się faktograficznej biografii, trafiliście pod zły adres. „Najmro” czerpie pewne elementy z życiorysu bandyty, tworząc portret oparty na micie romantycznego złodzieja. Wszystko zaczyna się pod koniec działania systemu PRL-u, kiedy Najmro z ferajną nadal okrada Pewexy. Ale milicja nadal jest na jego tropie, wszystko z powodu nowego gliniarza Barskiego – ambitnego, doświadczonego i nieustępliwego psa w średnim wieku. Pojawia się jeszcze jedna komplikacja, a imię jej Kobieta – Tereska, pracuje jako bileterka w kinie. I między nimi zaczyna iskrzyć, lecz by zbudować związek, on musi skończyć z ferajną oraz zniknąć z radaru milicji.

najmro2

Już od pierwszych scen rzuca się jedna rzecz – jak bardzo stylowy jest to film. Od mocno nasyconych kolorów (nawet w scenach nocnych) przez dość częste wykorzystanie slow-motion po zabawy montażowe, gdzie ekran niemal żywcem wygląda jak kadry z komiksu. Niektórzy powiedzą, że te ostatnie elementy są zbyt efekciarskie, sprawiając wrażenie teledysku, ale nie jest to zbyt nadużywane. Jeszcze bardziej zaskoczyło mnie to, że mamy tu pościgi samochodowe (i to bardzo dobrze zrobione), jedną strzelaninę, w tle grają hity z lat 80. (ale muzyka napisana przez Smolika też się świetnie sprawdza). Czego chcieć więcej do szczęścia – oprócz paru scen z „Klątwy doliny węża”?

najmro3

By jednak nie było za dobrze, finał robi się bardzo mroczny, choć jest jedna przewrotka na koniec. Bo wchodzimy w lata 90., gdzie bandyterka staje się bardziej bezwzględna, krwawa i brutalna w nowej rzeczywistości. Spryt zastąpiła siła, ale czy to była dobra zmiana? Musi też dojść do konfrontacji starej szkoły z nową (Najmro vs Anton, który sypnął swojego szefa), a jej wynik został sprytnie ograny. I jak to jest zagrane – Ogrodnik w roli Najmro jest rewelacyjny, pełen uroku oraz działający z głową. W scenach z Tereską (przeurocza Masza Wągrocka) iskrzą chemią i wydają się tak naturalne jak to jest możliwe. Troszkę jego ekipa wydaje się tak naprawdę tylko tłem (poza Jakubem Gierszałem jako Antonem), a chciałoby się ich lepiej poznać. W kontrze do nich jest Robert Więckiewicz, który zawsze trzyma poziom i nie inaczej jest tutaj. Twardy gliniarz, z zasadami i potrafiący użyć mózgownicy czyni go godnym przeciwnikiem Najmrodzkiego oraz jego ekipy. W ogóle na drugim planie jest parę znajomych twarzy (nie powiem kto, bo to dodatkowa frajda), dający z siebie wszystko.

Bardzo lubię takie niespodzianki, gdzie twórcy bez kompleksów i wstydu robią kino gatunkowe na poziomie oraz z własnym charakterem. „Najmro” jest kolorowym ptakiem wśród naszego kina rozrywkowego, który czaruje, uwodzi i zachwyca. Jeśli nie widzieliście, co tu jeszcze robicie?

8/10

Radosław Ostrowski

Kingsman: Złoty krąg

Do dziś pamiętam jak mnie uderzyło pierwsze spotkanie z Kingsmanami. Nie kojarzycie ich? To brytyjska niezależna, elitarna komórka wywiadowcza, gdzie dołączył do niej młody chłopak z ulicy. Po wydarzeniach z pierwszej części Eggsy działa jako pełnoprawny członek o kryptonimie Galahad. Świat został ocalony, a facet poznał pewną skandynawską księżniczkę, z którą planuje związać przyszłość. Niestety, stracił mentora Harry’ego, co mocno się na nim odbiło, a kłopoty dopiero się zaczynają. Albowiem siedziba Kingsmanów i wszyscy agenci zostają zmieceni z powierzchni ziemi. Wszyscy, oprócz Eggsy’ego oraz Merlina. Kto za tym stoi i dlaczego dokonał tego ataku? Panowie są zdani na siebie, ale udaje się znaleźć wsparcie w postaci kuzynów z USA – Statesman.

„Złoty Krąg” w zasadzie to jest powtórka z rozrywki, tylko jeszcze bardziej podkręcona, brutalna, efekciarska i porąbana. Im więcej bym wam zdradził z fabuły, tym mniejsza szansa na frajdę z kolejnych niespodzianek. Bo jeśli myślicie, że Matthew Vaughn wystrzelał się z pomysłów i inscenizacji, jesteście w wielkim Błędzie. Reżyser lawiruje między drobnymi wątkami obyczajowymi (kolacja z rodziną królewską), szpiegowską intrygą a kompletną zgrywą. Wszystko polane bardzo ironicznym, brytyjskim poczuciem humoru oraz niemal teledyskowym sposobem realizacji. I to wszystko nadal działa, serwując prawdziwy rollercoaster. Ale jeśli nie oglądaliście pierwszej części, możecie nie bawić się aż tak dobrze, bo odniesień i aluzji jest od groma.

Akcja jest szalona, gdzie krew i odrywane kończyny lecą oraz leją się we wszystkie możliwe kierunki, a fabuła potrafi zaangażować. Bo nadal zależy nam na Eggsym (świetny Taron Egerton) i jego ekipie. Chociaż sami Statesmani też są niczego sobie – mocno przesiąknięci amerykańską kulturą kowboje, których ksywy są od rodzajów alkoholu, a w uzbrojeniu mają choćby lasso i rewolwery. Dzięki temu sceny rzezi i masakry nabierają jeszcze większej mocy (bójka w barze czy zadyma we Włoszech), mimo poczucia pewnej wtórności. Choć muszę przyznać, że powrót Harry’ego zza grobu (uroczy Colin Firth balansujący między nieporadnością a byciem totalnym kozakiem) nie wydaje się pomysłem z czapy wziętym.

I jak to jest cudownie zagrane, choć nie wszyscy aktorzy zostają w pełni wykorzystani. Stara wiara w postaci tria Firth-Egerton-Strong ciągle trzyma fason, a chemia między nimi jest wybuchowa niczym pole minowe przed eksplozją. Jeśli chodzi o nowych herosów, to tutaj Statesmani mają masę znanych twarzy, choć w pełni wykorzystani zostają Halle Berry (Ginger, czyli amerykański odpowiednik Merlina) oraz świetny Pedro Pascal jako twardy kowboj Whiskey. Co ten facet robi z lassem i biczem, czyni go największym zagrożeniem świata. Troszkę w cieniu jest zarówno Jeff Bridges (szef Champagne) oraz Channing Tatum (Tequila), zwłaszcza tego drugiego chciałoby się zobaczyć w akcji. Za to głównym złolem jest tutaj panna Poppy w wykonaniu Julianne Moore, która jest o wiele lepsza od Valentine’a. Jeszcze bardziej przerysowana o prezencji pani domu z lat 50., z diabolicznym planem podboju świata i tak słodkim uśmiechem, że może przyprawić o ból zębów.

„Złoty Krąg” to godna kontynuacja szpiegowskiej parodii, podnosząca wszystko do kwadratu. Jeszcze brutalniejsze, bardziej szalone i komiksowe. Aż boję się pomyśleć, z czym jeszcze wyskoczy Vaughn w kolejnej części. Bo przecież będą, prawda?

7/10

Radosław Ostrowski

Po kłębku do nitki

O Sherlocku Holmesie powstała masa filmów i seriali, które do postaci stworzonej przez Arthura Conan Doyle’a podchodziły różnie: od klasycznych motywów po czystą wariację. W 1988 roku reżyser Thom Eberhardt postanowił zabawić się tą postacią. A dokładniej odwrócić role Watsona i Holmesa.

po klebku do nitki1

„Po kłębku do nitki” zaczyna się od włamania do muzeum, które zostaje powstrzymane przez Holmesa. Dopiero po akcji okazuje się, że naszym geniuszem rozgryzającym wszelkie zbrodnie jest… doktor Watson (zaskakujący, lecz energiczny Ben Kingsley). Z kolei Sherlock Holmes jest wynajętym przez pisarza/detektywa aktorzyną Reginaldem Kincaidem (cudowny Michael Caine), który do postaci super-detektywa pasuje jak pięść do oka. Jest pijakiem, dziwkarzem i idiotą, ale to on tworzy wizerunek genialnego śledczego. Kiedy Watson chce zerwać współpracę oraz zacząć działać na własny rachunek, efekt jest dla niego mocno rozczarowujący. Wszyscy chcą Holmesa, więc doktor decyduje się na ostatnią wspólną sprawę. Chodzi o zaginięcie urzędnika mennicy państwowej razem z oryginalnymi matrycami 5-funtowego banknotu.

po klebku do nitki2

Już na wstępie powiem, że jest to parodia dzieł Conan Doyle’a i to zrobiona ze smakiem. Są bardzo znajome elementy: od dedukcji (tym razem Watsona) przez inspektora Lestrade’a i panią Watson po ferajnę (dzieci z ulicy, obdarzone sprytem oraz będące informatorami). Jest i sam Moriarty, który stoi za wszystkim, przewidując o kilka ruchów do przodu. Masa mylnych tropów oraz intryga na poziomie dzieł klasyka literatury. Zachowano klimat czasów wiktoriańskiej Anglii, scenografia i kostiumy robią dobre wrażenie, zachowując masę humoru. Ten ostatni wynika przede wszystkim z kontrastu między Kincaidem a Watsonem oraz ewolucji ich relacji. Ten pierwszy w końcu zostanie docenionym aktorem, zaś jego rola pomoże w rozwiązaniu sprawy. Drugi pogodzi się z obecnością swojej kreacji.

po klebku do nitki3

Caine z Kingsleyem działają na ekranie cuda, tworząc rewelacyjny duet i to prawdziwe paliwo napędowe. Drugi plan też potrafi błysnąć, zwłaszcza Jeffrey Jones w roli inspektora Lestrade’a oraz Paul Freeman jako Moriarty. Historia wciąga, intryga prowadzona jest pewną ręką, zaś zgrywa z postaci Holmesa nadal potrafi bawić. To jest przykład kreatywnego podejścia do ogranej i bardzo znajomej postaci.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Złote dziecko

Tytułowe Złote dziecko to pochodzący z Tybetu chłopiec, mający ocalić świat. Jednak zostaje on porwany przez tajemniczego Sardo Numpsy’ego, by został zgładzony. Problem w tym, że chłopiec nie jest w stanie ulec siłom zła, nawet jeśli jest przez nich otoczony. Uratować go może tylko Wybraniec. Ma nim być amerykański działacz społeczny, Chandler Jarrell, specjalizujący się w poszukiwaniu zaginionych dzieci. Problem w tym, że nie wierzy w całą tą historię oraz nadprzyrodzone moce.

Michael Ritchie jako reżyser specjalizował się w komediach oraz okraszonym humorem kinie sportowym. „Złote dziecko” ma być w założeniu hybrydą komedii, kryminału z elementami fantasy, czyli troszkę inny rewir. Sama historia wydaje się być prosta i balansująca między komedią a dramatem. Na papierze wydaje się wszystko działać, a sam początek (świetnie zrobiona scena porwania) obiecuje wielką przygodę. Niestety, coś poszło nie tak. intryga jest w zasadzie pozbawiona pazura, a przejście między scenami sprawia wrażenie gwałtownego. Zupełnie jakby parę scen zostało wyciętych, by zmieścić się w czasie. Tak samo rozmach ucinany przez zdjęcia, a dokładniej format obrazu jakby to był film telewizyjny (bardzo wąski 4:3). Antagonista nie ma zbyt wiele czasu na ekranie i brzmi jak wielu innych tego typu postaci (zmarnowany talent Charlesa Dance’a), sceny akcji są szybko ucinane, co pozbawia ich czytelności. Same elementy fantastyczne w zderzeniu z komedią wywołują silny zgrzyt, jakby jednego było za mało, drugiego za dużo i w dodatku nietrafionego.

Nie oznacza to jednak, że „Złote dziecko” to pełny niewypał. Ma kilka autentycznie zabawnych momentów (próba przemycenia sztyletu na lotnisku czy sen bohatera, gdzie mierzy się z antagonistą w formie telewizyjnego show), efekty specjalne nadal trzymają wysoki poziom, zaś scena zdobycia sztyletu potrafi trzymać w napięciu. Jednak kompletnie o „Złotym dziecku” bym zapomniał, gdyby nie świetny Eddie Murphy. W roli bardzo zdystansowanego do sprawy Jarrella autentycznie bawi, podnosząc całość na odrobinę wyższym poziomie. Kiedy on się pojawia na ekranie, robi się ciekawie oraz ogląda się to z przyjemnością. Jak go nie ma, film się robi nudny i pozbawiony duszy.

Strasznie zmieszany się czuje. „Złote dziecko” to pierwsza artystyczna wtopa w dorobku Eddie’ego Murphy’ego (w jednym z wywiadów nazwał film „kupą gówna”), lecz sama opowieść nie porywa. Brakuje tutaj lepszego, bardziej rozwiniętego scenariusza oraz wyrazistszych aktorów na dalszym planie. Z tego złota nie dało się stworzyć.

6/10

Radosław Ostrowski

Kiss Kiss Bang Bang

Shane Black to jest gość – scenarzysta z bardzo charakterystycznym stylem, który udoskonalił do perfekcji konwencję buddy movie. Dwóch niedopasowanych bohaterów, wspólna sprawa kryminalna, noirowy klimat, świąteczna atmosfera oraz ironiczny, cięty humor. Te elementy pojawiały się w jego scenariuszach, co wie każdy fan „Zabójczej broni”, „Ostatniego skauta” czy „Długiego pocałunku na dobranoc”. Po napisaniu tego ostatniego filmu w 1996 roku Black zniknął i powrócił niecałe 10 lat później jako reżyser. Jak myślicie, jaki film nakręcił? Dokładnie taki, jakiego należało się spodziewać.

Jesteśmy w Los Angeles w czasie zbliżających się Świąt Bożego Narodzenia. Tutaj trafił nasz bohater i narrator – Harry Lockhart. To drobny złodziejaszek ma pecha i szczęście jednocześnie, bo uciekając przed nieudaną kradzieżą trafił na… casting do filmu. Jako konsultant zostaje do dorzucony prywatny detektyw Perry van Shrike aka Gay Perry. Twardy facet, bezwzględny, inteligentny i… gej, a cierpliwości wobec Harry’ego ma bardzo niewiele. I w zasadzie nic specjalnego by się nie wydarzyło, gdyby nie kobieta o jakże cudnym imieniu Harmony – dawna dziewczyna Harry’ego. Najpierw tajemnicza kobieta zleca Perry’emu śledzenie osoby, co kończy się morderstwem. Do tego jeszcze poznana Harmony zostaje znaleziona martwa, a policja uznaje to za samobójstwo.

Jak sami widzicie intryga przypomina klasyczny kryminał spod znaku Raymonda Chandlera, tylko uwspółcześniony. Fabuła się gmatwa, zawierając klasyczne motywy: wielkie miasto, spora kasa, wpływowi ludzie, oszustwo, zderzenie naiwności z brutalną rzeczywistością. No i wiele zbiegów okoliczności na granicy prawdopodobieństwa. A wszystko w trakcie świąt Bożego Narodzenia, co wydaje się jeszcze bardziej ironicznym żartem. Tak jak cały film, który jest zgrywą z konwencji stworzonej w latach 80. i 90. przez Blacka – nie mamy postaci z krwi i kości oraz własnymi problemami (może poza Harrym, który dostaje szansę na nowy start), a wszelkie klisze gatunkowe są podkręcone do absurdu (włącznie z potencjalnie przegiętym happy endem). I nie ma tutaj miejsca na popisy pirotechniczno-kaskaderskie.

Prowadzący nas po tym świecie Harry (wracający do pierwszej ligi Robert Downey Jr.) jako narrator jest równie nieporadny, co uroczy. Potrafi strzelić ciętymi tekstami, zdarza mu się też – opowiadając historię – zaciąć się i nagle sobie o czymś przypomnieć, z czasem nabierałem coraz więcej sympatii do tego faceta. Stara się być tym dobrym i ma serce tam, gdzie być powinno, tylko że los okazał się dziwką, a Harry miał pusty portfel. W zderzeniu z Perrym (kradnący szoł Val Kilmer) wydaje się po prostu pierdołą, która ma pecha być w złym miejscu i czasie. Ale kiedy pojawia się Harmony (cudowna Michelle Monaghan), wszystko staje się proste jak ustawa sejmowa. Wtedy reżyser podkręca tempo, dorzucając wiele świetnych, zabawnych dialogów, stylową formę kina neo-noir z obowiązkową jazzową muzyką w tle. Jednocześnie Black pozwala sobie na zaskakująco gorzką satyrę na środowisko hollywoodzkie, które karmi młodych ludzi z LA (oraz spoza niego) obietnicą sławy i sukcesu. Ale tak naprawdę na obietnicy się kończy, przełykając i wypluwając niczym gumę do żucia. I jak w tym wszystkim odnaleźć się? Na to odpowiedź otrzymujemy w bardzo satysfakcjonującym finale, śmiejąc się czasem do rozpuku.

Choć film nie okazał się kasowym hitem, Black pokazał się, że jako reżyser jest równie sprawny i wyrazisty, co pisane przez niego scenariusze. Świetnie zrobiony pastisz czarnego kryminału, z prawdziwie wystrzałowym duetem Downey-Kilmer. Black-reżyser dopiero się rozkręcał, ale warto ten debiut oraz powrót z zaświatów przypomnieć. Szybkie strzały, piękne kobiety oraz smolisty, czasem ironiczny humor z kryminalną intrygą w tle. Czego chcieć więcej?

7/10

Radosław Ostrowski

Święta w El Camino

Małe miasteczko El Camino leży gdzieś na pograniczu z Meksykiem. Panuje tu spokój, nuda oraz brak śniegu od 40 lat. Nawet w Święta Bożego Narodzenia. Ale wszystko się zmienia, kiedy do tego miasteczka przebywa mężczyzna o budzącym zaufanie imieniu Eric Roth. I nie, nie jest krewnym słynnego hollywoodzkiego scenarzysty. Przybył tutaj, żeby znaleźć swojego ojca. Problem w tym, że pewien narwany policjant bierze go za handlarza narkotyków i rusza za nim w pościg. Wszystko kończy się sytuacją w sklepie, zmuszając Erica do roli porywacza.

swieta el camino1

Ten film Netflixa nie zapowiada się na coś intrygującego. Dzieło Jacka Talberta to tak naprawdę próba pokazania swoich nudnych bohaterów, którzy wpakowali się w sytuację skrajnie absurdalną. Samotna matka wychowująca syna-niemowę, strasznie głupkowaty policjant, zmęczony glina z gorzałą w ręku, dziennikarka w ciąży zesłana na prowincję, lokalny pijaczek z wojenną przeszłością. Samo w sobie nie jest niczym najgorszym, ale problem w tym, że nie mamy tutaj zbyt wiele czasu na poznanie tych bohaterów. Dosłownie mamy po 2-3 sceny, gdzie mamy nasze postacie w zasadzie ograniczone do jednej-dwóch cech charakteru. Intryga jest kompletnie pozbawiona sensu, policjanci są tutaj albo aroganckimi bucami (postać Vincenta D’Onofrio), albo kompletnymi idiotami (zastępca grany przez Daxa Shepharda), którzy nie daliby z niczym rady. Jest to zwyczajnie nudne, nieangażujące oraz – co jest absolutnie najgorsze – nieśmieszne.

swieta el camino2

Jeszcze bardziej bolesne jest to, że wykorzystano całkiem niezłych aktorów i nie dano im kompletnie pola manewru. Poza D’Onorfrio i Shephardem jest choćby Kurtwood Smith (szeryf), Jessica Alba (dziennikarka) czy Emilio Rivera (Vicente, właściciel sklepu). Tylko, że nie mają tutaj nic do zagrania, a dialogi brzmią w ich wykonaniu bardzo sztucznie oraz nieprzekonująco. Broni się z tej stawki jedynie Tim Allen w roli lokalnego pijaczka, który pod koniec ma parę poruszających momentów. Tylko, że nawet on nie jest w stanie udźwignąć całości w pojedynkę.

Całość jest pozbawiona świątecznego klimatu, zaś wizyta w El Camino wywołuje jedynie nudę, irytację oraz brak jakiejkolwiek więzi z jakimkolwiek bohaterem. Takie filmy są symbolem tego, co w Netflixie najgorsze.

2/10

Radosław Ostrowski

Na bank się uda

Heist movie to w sumie prosty pomysł, bo co może być trudnego w napadzie. Trzeba dać postacie, motywacje oraz pomysł na wykonanie skoku. W Polsce specem od tego typu kina był Juliusz Machulski, a następców nie widać. Choć jest nadzieja, którą zapowiada nowy film Szymona Jakubowskiego. Czy się udało?

Cała historia zaczyna się od mocnego uderzenia: w Krakowie dochodzi do napadu na bank. Zatrzymani zostają trzej dżentelmeni w wieku zaawansowanym, uzbrojeni po zęby i zamknięci w skarbcu. Nic nie zginęło, zabezpieczenia złamano, a prokurator Wojciech Słota ma duży zgryz. Bo nic tu się nie klei, dlatego prosi o pomoc policyjnego informatyka, Patryka Gajdę. Jest podejrzenie, że pomógł ktoś czwarty, lecz zeznania podejrzanych tylko mącą cały obraz.

na bank sie uda1

Więcej nie mogę powiedzieć o fabule, bo na odkrywaniu kolejnych elementów układanki skupia się cała strategia reżysera. Kolejne tropy, wątki są odkrywane stopniowo, by doprowadzić do zaskoczeń, niespodzianek. W tle mamy za to przekręty na szczytach władzy, bezduszny system pozwalający działać cwaniaków takim jak sprzedającym kamienice, by pozbyć się lokatorów, prezesom banków, co tworzą konta dla klientów w rajach podatkowych.

na bank sie uda2

Brzmi jak coś, co przypomina „W starym, dobrym stylu”? Inspiracja jest tutaj silna, bo mamy starszych panów w rolach głównych oraz to społeczne tło. Dla mnie jednak problemem jest to, że całość skupia się bardziej na Gajdzie (mniej drewniany niż zwykle Józef Pawłowski). Chłopak próbuje rozgryźć całą układankę, zaś nasi emeryci zostają zepchnięci na dalszy plan (a chciałoby się z nimi spędzić więcej czasu). A i sama intryga nie jest zbyt zaskakująca, prowadząc do przewidywalnych zwrotów akcji, za bardzo skupiając się na pobocznych wątkach.

na bank sie uda3

Także pod względem realizacyjnym szału nie ma. Zdjęcia są poprawne, a panoramy Krakowa niemal jak pocztówki. Wybija się tylko muzyka utrzymana w stylu przyjemnych jazzowych klimatów oraz miejscami dość szybki montaż. Plus jeszcze bardzo wyluzowane trio Dziędziel/Ferency/Dyblik w rolach głównych oraz szarżujący Maciej Stuhr jako prokurator.

No, niestety, ale „Na bank się uda” jest bardzo średnim filmem pozbawionym elementu zaskoczenia oraz czegoś, co pozwoliłoby zostać na dłużej w pamięci. Chyba już za dużo rzeczy obejrzałem w tym gatunku, by zadowolić się byle skokiem.

5/10

Radosław Ostrowski