Dom Hemingway

Kimże jest tytułowy Dom Hemingway? To kasiarz, który po 12 latach wychodzi na wolność i za tą odsiadkę (nikogo nie sypnął), ma otrzymać rekompensatę od swojego szefa. Jednak cała jego forsa zostaje skradziona przez jego kochankę, która ucieka. Jakby było tego mało, nie może załapać żadnej fuchy, zona nie żyje, a córka nie chce go znać.

dom_hemingway1

Richard Shepard próbuje wzorować się na najlepszych wzorcach brytyjskiej komedii gangsterskiej w stylu Guya Ritchie. Humor oparty na bluzgach i absurdalnych sytuacjach, szybkie tempo, świetnie skrojona muzyka i wyrazisty portret pokręconego gangsterskiego półświatka. I tak w zasadzie jest przez pierwsze pół godziny, bo potem reżyser skupia się na próbach naprawy relacji Doma z córką, która go nienawidzi. Próbuje jakoś ułożyć sobie życie, ale nic mu nie wychodzi. Jednak potrafi jakimś cudem wykaraskać się. Wątek obyczajowy troszeczkę osłabia energię tego filmu, jednak dzięki temu nasz bohater zyskuje inną twarz – przegranego człowieka, który przegrał i stracił wszystko, próbując nadgonić stracony czas. Ale o dziwo efekt jest naprawdę dobry. Specyficzny czarny humor, brytyjski półświatek, gdzie gangsterzy są albo przesadnie nadziani, albo są sadystami, którzy nie wybaczają zabicia swojego… kota. A to dopiero początek zabawy.

dom_hemingway2

Siła napędową tego filmu jest fantastyczny Jude Law. Facet ze złotym zębem, zakolami i szpanerskimi ciuchami nakręca się, obrzucając mięsem wszystkich dookoła, co świadczy o wysokim ego i dużym mniemaniu o sobie. Ale tak naprawdę to słaby człowiek, uzależniony od chlania, dziwek i koksu, który nie potrafi się odnaleźć. Jest za stary na ojca, bandziora czy dziadka i potrafi wywołać współczucie. Cała reszta obsady robi tak naprawdę za tło i nie jest w stanie przebić nabuzowanego Lawa. Ale i tak należy wspomnieć o Richardzie E. Grancie (Dickie, jedyny przyjaciel Doma), Emily Clarke (Evelyn, córka Doma) i Demiana Bechirze (Ivan Fontaine), którzy tworzą bardzo interesujące postacie.

dom_hemingway3

Niby nie jest to nic nowego, ale Richard Shephard wychodzi ze starcia z obronna ręką. Szkoda, że nie trafił do naszej dystrybucji.

7/10

Radosław Ostrowski

Big Lebowski

Krótkie spodenki, szlafrok i klapki na nogach, a w ręku Biały Rusek i okulary na nosie – tak poniekąd wygląda. W papierach ma napisane Jeff Lebowski, ale woli być nazywany Kolesiem. Niby menel jakich wielu, jednak to jemu dwóch zbirów naszczało mu na dywan. Potem okazało się, że to pomyłka. Wzięto go za innego Jeffa Lebowskiego – strasznie dzianego gościa. Ale kiedy panu Lebowskiemu (nie mylić z Kolesiem) zostaje uprowadzona żona, Koleś wplątuje się w dość poważną kryminalną intrygę.

lebowski1

Ten film braci Coen przyniósł im status dzieła kultowego. Co wyróżnia braciszków od innych filmowców? Ich filmy zazwyczaj są albo prostymi opowieściami kryminalnymi, gdzie intryga ulega komplikacjom, obnażając chciwość, zło i głupotę ludzką (‘Fargo”) albo komediami z masą absurdalnego humoru („Arizona Junior”). Więc czym jest „Big Lebowski”? To wypadkowa obydwu konwencji – czarna komedia kryminalna, gdzie nie ma spraw oczywistych, zaś realizacja jest po prostu perfekcyjna (m.in. scena pokazania kręgielni czy odjechane „wizje” Kolesia – najsłynniejsza z nich to „Jaja w rynsztoku”). Już sam początek, gdy mamy wziętą z westernu melodię oraz zaczerpnięta z tego gatunku „jadący” kłąb zmierzający do Los Angeles – można być pewnym jednej rzeczy. Tak zacznie się przygoda waszego życia. A co po drodze? Porwanie, skomplikowana intryga, w której „jest wiele różnych czynników”,  kręgle, niemieccy nihiliści, wkurwiony Polak, artyści, Biały Rusek, kasa i takie tam. Wplątując się w cała historię, będziemy próbowali rozgryźć, co tu jest tak naprawdę grane, zaś zakończenie wywróci wszystko do góry nogami. I to wszystko okraszone kapitalnymi dialogami – takie filmy się po prostu przeżywa, a opowiadanie o nich mija się kompletnie z jakimkolwiek celem.

lebowski2

Jeśli chodzi o aktorstwo mógłbym wymienić tylko jedną osobę, a i tak by wszyscy wiedzieli o kogo chodzi. A imię jego Jeff Bridges i jest to najbardziej rozpoznawalna rola tego aktora. Kim jest Koleś? To podstarzały hipis, który nie ma pracy, ma wszystko gdzieś i ma fajny styl. Przypadkowo wplątany w intrygę, która go przerasta, ale okazuje się, że nie jest do końca takim idiotą, za jakiego jest uważany. Poza nim nie można nie wspomnieć o Walterze Sobczaku, brawurowo zagranym przez Johna Goodmana. Narwany i agresywny Polak, który przeszedł na judaizm z jednej strony potrafi rozśmieszyć, z drugiej mocno balansuje na granicy obłędu i po części to on komplikuje całą sprawę. Poza nimi jest tu przebogata galeria postaci epizodycznych i drugoplanowych, zagrana przez gwiazdorską obsadę. Ale skoro ma się do dyspozycji takie osoby jak Julianne Moore (ekscentryczna artystka Maude Lebowski), Philip Seymour Hoffman (lokaj Brandt), Steve Buscemi (nieogarnięty Donny), Johna Turturro (Jesus Quintana – gracz w kręgle) czy Petera Stormare’a (nihilista Uli Kunker) to byłoby grzechem zmarnować taki potencjał.

Zdrowo kopnięty i dla wielu mocno porąbana historia. Dla mnie do bracia Coen w najczystszej postaci oraz w najwyższej formie. Jeśli jeszcze nie mieliście jeszcze kontaktu z tego typu kinem, musicie koniecznie to nadrobić. Wasze zdrowie.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

American Hustle

Jest rok 1979. Irving Rosenfeld jest facetem, który odziedziczył mała firmę po ojcu (naprawa szyb i pralnia). Ale w końcu, zdecydował się zając kantowaniem innych oraz wyłudzaniem pieniędzy od innych, w czym pomaga mu kochanka Sydney. Jednak zrobili o jeden kant za daleko, gdyż ich ofiarą jest agent FBI DiMaso, który zmusza ich do współpracy. Chce wykorzystać ich do schwytania skorumpowanego polityka, burmistrza Carmine’a Polito. Tylko, ze to nie jest takie łatwe.

hustle1

Ile to było filmów o kantach i przekrętach, gdzie obowiązuje zasada „dymu i luster”? David O. Russell nie jest na tym polu nikim oryginalnym czy zaskakującym, bo mamy tutaj łapówki, polityków, a nawet mafię. I tutaj nie ma żadnych niespodzianek i ten wątek (kryminalny) wydaje się najmniej zaskakujący, więc co jest siła tej historii? Reżyser skupia się na postaciach, które kantują nie tylko naiwnych desperatów szukających szybkiej forsy (czy tylko mi się to skojarzyło – na chwilkę – z „Wilkiem z Wall Street”?), ale też oszukują samych siebie. O tym tak naprawdę jest „American Hustle” – o sztuce kłamania i oszukiwania, bo tylko w ten sposób jesteś w stanie osiągnąć sukces społeczny, polityczny i zawodowy. Brzmi ostro i poważnie? To nie jest ostra satyra, choć nie jest pozbawiona ironicznego i ostrego humoru, ale jednocześnie czuć sympatię do bohaterów, którzy nie są tacy jednowymiarowi i oczywiści. Każdy kogoś udaje, tylko kto tu kogo tak naprawdę kantuje? Oto jest pytanie.

hustle2

A wszystko jeszcze osadzone w realiach lat 70-tych (te stroje, te fryzuje, ta muzyka), w dodatku naprawdę ładne wizualnie i z paroma dialogami do przemyślenia. Może przeszkadzać skupienie się na bohaterach niż na sensacyjnej intrydze (z paroma niespodziankami, choć trochę też przekombinowanej i miejscami mocno ocierającej się o granice prawdopodobieństwa), jednak film ogląda się naprawdę dobrze i z niemałą przyjemnością.

hustle3

Russell potwierdza też, że potrafi prowadzić aktorów i robi to w świetny sposób (znowu zgarnięto nominacje do Oscara we wszystkich kategoriach aktorskich – i to drugi raz z rzędu!), że naprawdę trudno się do kogokolwiek przyczepić. Bo tak jest, ale skupię się na najważniejszych dramatae personas. Kolejny raz mocno zaskakuje Christian Bale w roli głównego machera – Irvinga. Łysawy, z brzuszkiem, słabym sercem i sporą dawką uroku osobistego plus spieprzone życie osobiste. Facet wzbudza sympatię, potrafi zachować spokój i wyczuć, gdy robi się niebezpiecznie. To samo można powiedzieć o Amy Adams, która wygląda fantastycznie i jest równie sprytna (a nawet sprytniejsza) niż Irving – niby się kochają, ale czy można im wierzyć na słowo, skoro oboje oszukują, także siebie nawzajem? No właśnie.

hustle4

I w tym momencie pojawia się dwoje, z braku lepszego słowa, popaprańców. On, agent DiMaso (fenomenalny Bradley Cooper) sprawia wrażenie kompletnie nieodpowiedzialnego kolesia, zachowującego się jak dziecko pozbawione zabawek. Megaloman, zapatrzony w siebie, wstydzący się swojej matki i narzeczonej, mocno znerwicowany i przez to niebezpieczny. To samo można powiedzieć o Roselyn (mocna Jennifer Lawrence) – passive-agressive, manipulatorka i strasznie działająca na nerwy kobieta, która nie znosi bycia ignorowaną. Nienawidziłem tą kobietę przez cały seans, a to mi się zdarza rzadko. Wisienką na torcie za to jest Jeremy Renner, czyli burmistrz Polito – może i bierze w łapę, ale mocno wierzy w to, że w ten sposób może zrobić coś dobrego dla miasta oraz kompletnie zaskakujący Robert De Niro.

hustle5

David O. Russell trzyma poziom i tworzy naprawdę dobrze skrojone kino rozrywkowe z dość wiarygodną psychologią bohaterów. Może i nie wszystko jest dopięte do ostatniego guzika, ale jest to zbyt dobre by zignorować. A może po prostu wciskam wam kit? Sami osądźcie.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Wilk z Wall Street

Każdy wie, co to jest Wall Street – mekka finansjery, gdzie praktycznie wszystko jest dozwolone w imię największego narkotyku na świecie, czyli forsy. I to właśnie do tej mekki przybywa Jordan Bellfort – młody, bez znajomości i układów facet marzący o jednej konkretnej rzeczy – zbijaniu kabzy w największej możliwej ilości. Ale jego początki jako broker w Wall Street było fatalne – „czarny poniedziałek”, czyli początek kryzysu lat 80. doprowadziły jego firmę do bankructwa i braku fuchy. W końcu razem z grupą kompletnych wariatów bez papierów i kwalifikacji założył firmę Stratton Oakmont. I wtedy dopiero zaczynają się szalone rzeczy. Ale jak wiadomo, nic nie trwa wiecznie, zwłaszcza jak wejdzie FBI.

wilk1

Tak samo każdy kinoman zna dona Martina Scorsese – ojca chrzestnego kina amerykańskiego. Wszyscy wiemy, że to świetny reżyser – pod warunkiem, że kręci kino gangsterskie (choć ja mam na ten temat inne zdanie). Można powiedzieć, że „Wilk…” to tacy „Chłopcy z ferajny” tylko w realiach giełdowych. I nie byłoby to słabe porównanie. Jest podobna konstrukcja narracji (początek kariery, wzlot i wielki upadek), narracja z offu głównego bohatera oraz kompletne szaleństwo. Do tego masa kantów oraz bardzo mocna, ostra satyra na finansjerę (kapitalny monolog mentora Bellforta) pokazujący mechanizmy ekonomii. Wystarczy tylko mieć kilka świetnych pomysłów, zaś kasa sama się kręci. No i najważniejsza rzecz – imprezy w firmie, gdzie panowała naprawdę luźna atmosfera (tak luźna, że wprowadzono zakaz uprawiania seksu od 9 do 16), narkotyki (w ilościach hurtowych), leki, dziwki, nagie dziwki z heroiną między nogami – czyli jak to pisał Kazik „wszędzie ruchawka, zniszczenia i pożoga”). Tak pieprznego filmu, to jeszcze nie widziałem od dawna z taką dziką energią. Humor (scena powrotu do domu na haju z Country Clubu – bezcenne!), napięcie, potężna dawka energii oraz fantastyczne dialogi (z największą ilością faków ever), mistrzowsko zmontowane. A jednocześnie bez moralizatorstwa i dość ironicznym finałem całej sprawy.

wilk3

A jeśli chodzi o aktorstwo, to jest ono kapitalne od drobnych ról po pierwszy plan. Nie jestem w stanie opisać tego, co na ekranie wyprawia Leonardo DiCaprio – to jest po prostu przez większość czasu chodzące ADHD. Jest strasznie ambitny, prawie non stop na haju lub między nogami jakiejś laski, a jednocześnie posiada tyle charyzmy, że ludzie byliby w stanie pójść za nim w ogień. Serio, serio. W jednej chwili potrafi przyciągnąć charyzmą, by potem pokazać się ze strony żałosnego nałogowca. Mam nadzieję, ze Leo dostanie statuetkę Oscara, ale konkurencja jest diablo mocna. Poza nim jeszcze jest tak duży wianuszek gwiazd, że nie jest w stanie tego ogarnąć: od Jona Favreau (adwokat Manny Riskin) i Jeana Dujardina (Saurel – szwajcarski bankier) po Jona Bernthala (potrafiący sprzedać wszystko drobny cwaniak Brad), Roba Reinera (ojciec Bellforta „Mad Max”) i Kyle’a Chandlera (zdeterminowany agent FBI Denham) do apetycznej Margot Robbie (Naomi, druga żona Bellforta) oraz świetnego Jonaha Hilla (nieudacznik Donnie Azoff, który wiedział jak się zabawić).

wilk2

Mi jednak najbardziej utkwił epizod Matthew McConaugheya. Mark Hanna, czyli mentor Bellforta z Wall Street przykuwa uwagę pojawiając się raptem kilka minut, potrafiąc być wygadanym „dzikusem”, który wyjaśnia jak należy działać w Wall Street. Mocny fragment, który zostanie w pamięci na długo.

wilk4

Jak to możliwe, że mający ponad 70 lat Martin Scorsese nakręcił taki dziki, ostry i pieprzny film? Widocznie energia i „jaja” nie odchodzą z wiekiem. Jak mówił Leonardo zgarniając Złoty Glob – „Martin Scorsese jest jak punk rock – nigdy się nie starzeje” Czy trzeba mówić coś więcej?

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Złodziej w hotelu

John Robin zwany Kotem zajmował się kradzieżami biżuterii, jednak od dłuższego czasu jest na emeryturze i mieszka spokojnie we Francji. Jednak od pewnego czasu zaczęły nasilać się kradzieże diamentów, zaś sposób ich realizacji przypominał metodę Kota. Mężczyzna próbuje na własną rękę odnaleźć sprawcę.

zlodziej1

Alfred Hitchcock znów bawi się w schemat pt. Niewinny człowiek wplątany w paskudną intrygę i na własną rękę rozwiązujący sprawę. Tylko, że tutaj nasz bohater nie jest do końca święty. Poza tym film hybrydą – z jednej strony jest kryminalna intryga, pojawia się wątek miłosny, a wszystko to okraszone dowcipnymi, pełnymi ironii dialogami. W dodatku jesteśmy w pięknym Lazurowym Wybrzeżu (naprawdę ładne zdjęcia) – czyli raj na ziemi. Jednak napięcie nie pojawia się tu zbyt często, rozwiązania domyśliłem się pół godziny przed finałem (włamanie do pałacu w trakcie balu). Owszem, jest to zgrabnie poprowadzone, nieźle opowiedziane i ogląda się to dobrze, ale jednak mam wrażenie pewnego rutyniarstwa. W dodatku za bardzo skupiono się tu na wątku miłosnym, co mi trochę przeszkadzało.

zlodziej2

Ze strony aktorskiej jest całkiem przyzwoicie. Jak zwykle najbardziej przykuwa Grace Kelly – pięknie wygląda (we wszystkim), może jest trochę naiwna, ale czy to przeszkadza. Cary Grant zaś trzyma fason i jest tak uczciwy jak to tylko możliwe. Wierzymy mu. Poza tym całkiem niezłym duetem warto wyróżnić niezawodnego Johna Williamsa (agent ubezpieczeniowy Hughson) oraz atrakcyjną Brigitte Auber (Danielle Foussard).

„Złodziej w hotelu” to kawał niezłego kina, które może i nie zaskakuje, ale jest porządnie zrobione. Nie mniej od takich reżyserów wymaga się dużo więcej.

6,5/10

Radosław Ostrowski

39 kroków

Richard Hannay jest młodym Kanadyjczykiem, który przyjechał do Londynu. Podczas występu w jednej z sal koncertowych jest świadkiem bójki i strzelaniny. Potem pewna młoda kobieta Annabelle, która prosi go o przenocowanie. Ujawnia, że jest śledzona i próbuje nie dopuścić do wywiezienia pewnej tajemnicy z kraju. Tej samej nocy zostaje zamordowana, a Hannay ucieka, próbując rozwikłać zagadkę i wpada na trop „39 kroków”.

39_krokow1

19 film w dorobku Alfreda Hitchcocka okazał się przełomowym w jego dorobku, nie tylko dlatego, że odniósł kasowy sukces, ale także wyznaczenia i stworzenia pewnych schematów wykorzystywanych do dnia dzisiejszego. Mamy niewinnego człowieka wplątanego w morderstwo, skomplikowaną intrygę, poczucie kompletnego zagrożenia i niepewności, komu można zaufać, odrobinę humoru i masę zbiegów okoliczności, które wprowadzają spory zamęt. Widać pewne realizacyjne wady (miniatura helikoptera czy nie zawsze słyszalny dźwięk), jednak mimo to świetnie się bawiłem. Sama historia wciąga, choć jest lekko naiwna. Zdjęcia i montaż nadal się bronią (zwłaszcza finał w London Palladium), napięcie jest wyczuwalne, choć nie tak intensywne jak w późniejszych filmach, dialogi brzmią świetnie, a zakończenie jest satysfakcjonujące.

39_krokow2

I jeszcze jak to jest zagrane. Naprawdę dobrze poradził sobie Robert Donat w roli Hannaya. Wplątany wbrew swojej woli, zagubiony i trochę naiwny musi wybronić się z absurdalnej sytuacji, co wychodzi mu naprawdę nieźle. Drugą wyrazistą postacią jest Pamela (zjawiskowa Madeleine Carroll), która wskutek okoliczności zostaje wspólniczką Hannaya i oboje uciekają. Nie wierzy w jego słowa, zaś utarczki słowne między nimi są wisienką na torcie. Pozostali aktorzy też dają od siebie wiele, ze wskazaniem na Godfreya Tearle’a (profesor Jordan) czy Johna Laurie (farmer John, u którego się ukrywa Hannay).

Mimo ponad 70 lat na karku „39 kroków” pozostają dobrym kryminałem w rodzącym się stylu Hitchcocka. Nawet nakręcone później trzy remaki nie osłabiły jego siły. O czymś to świadczy, prawda.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Numer 17

Do domu pod numerem 17 trafia bezdomny Ben. Jednak na miejscu znajduje ciało pewnego mężczyzny i drugiego faceta. Potem na miejsce pojawia się kobieta, córka właściciela oraz przychodzi jeszcze kilka osób. Okazuje się, że w domu przebywa szajka złodziei diamentów, którzy chcą przemycić jedną błyskotkę przez prom.

numer_17a

Alfred Hitchcock zanim zaczął kręcić swoje najgłośniejsze filmy, kręcił produkcje za dużo mniejsze pieniądze, ciągle pozostające w stylistyce kryminału. Sama intryga jest dość prosta i bazująca na drobnych elementach mistyfikacji, jednak forma jest mocno archaiczna, zwłaszcza bijatyki są bardzo sztuczne. Nawet humor (dość slapstickowy i bazujący na dialogach) nie jest w stanie tego wybronić. Owszem, jest kilka niezłych scen jak pościg za pociągiem początek filmu, ale to trochę przymało. Dźwięk też (poza dialogami i dźwiękami pociągu) jest słaby, muzyka mocno monotonna, zaś gra aktorska jest delikatnie mówiąc przeciętna. Trochę jak w debiucie Kubricka.

numer_17b

Ale spokojnie, Hitch jeszcze zaskoczy i pokaże swój talent. To jednak temat na inną opowieść.

5/10


Dick Tracy

Tytułowy bohater jest gliniarzem pracującym w Mieście, gdzie walkę o wpływy w półświatku mafijnym prowadzi Big Boy Caprice. Obaj panowie prowadzą ze sobą otwartą wojnę, jednak Big Boy otrzymuje tajemniczego sojusznika Noface’a, który decyduje się mu pomóc.

Jak widać sama historia jest prosta jak konstrukcja cepa i bazująca na komiksach Chestera Goulda, które już były parokrotnie przenoszone na ekran. Ale w 1990 roku zadania adaptacji podjął się Warren Beatty – wówczas już uznany reżyser i bardzo popularny aktor. Sam film jest dość komiksowy, co nie powinno dziwić – jednowymiarowi bohaterowie, prosta, choć komplikująca się fabuła, kiczowata kolorystyka (dominuje czerwień, zieleń i czerń), prosty humor. Jednak paradoksalnie wyszedł z tego udany film. Jak to możliwe? Świadomość pochodzenia i nie wypieranie się tego stało się atutem, bo intryga wciąga, zabawa jest całkiem przyjemna, a i realizacja też jest bardzo intrygująca, czerpiąca zarówno z estetyki komiksu (kolorystyka, montaż), kina noir (scenografia – ręcznie rysowana miejscami, kostiumy) i kiczu (przerysowana charakteryzacja), okraszając to zgrabnymi piosenkami. Ponieważ adaptacje komiksów jeszcze raczkowały (rok wcześniej powstał „Batman” Tima Burtona), więc wtedy film robił wrażenie, ale w porównaniu z mrocznymi opowieściami serwowanymi obecnie (Batmany Nolana, X-Men) wypada dość blado. Beatty jednak nie udaje, że chodzi o coś więcej, niż tylko zabawę i na tym polu wygrywa.

dick_tracy2

Także od strony aktorskiej postarano się uwiarygodnić ten świat. Pierwsze skrzypce gra tu sam Beatty, który nieźle wypada w roli nieugiętego gliny, chociaż wydaje się on zbyt kryształowy. Znacznie ciekawszy jest drugi plan, gdzie pełno jest gangsterów z paskudnymi ryjami (charakteryzacja jest naprawdę świetna). Tutaj bryluje kapitalny Al Pacino w roli Big Boya – jest on groteskowy, przerażający, zabawny i wyrazisty. Tutaj Al parodiuje swoje gangsterskie wcielenia, co najważniejsze nigdy nie popada w granicę przerysowania, co niedawno zrobił Sean Penn w „Gangster Squad”. Jest jeszcze Madonna, która dobrze sobie radzi w roli femme fatale. Zaś w kluczowych lub epizodycznych rolach nie zabrakło takich aktorów jak James Caan (Splendini), Dustin Hoffman (Bełkot), William Forsythe (Flattop) czy Mandy’ego Patinkina (pianista 88 Keys).

dick_tracy1

Film Beatty’ego jest świadomie kiczowatym, komiksowym filmem, który broni się paroma pomysłami, atmosferą i świetną obsadą. Jeśli szukamy tylko i wyłącznie dobrej zabawy, to znajdziecie jej tu wiele.

7/10

Radosław Ostrowski

Scoop – Gorący temat

Sondra Lonsky jest młodą, amerykańską studentką dziennikarstwa, która marzy o wielkim tekście, dzięki któremu mogłaby wypłynąć. Podczas występu u iluzjonisty Splendiniego, widzi ducha zmarłego dziennikarza Joe Stromble’a. Prowadził prywatne śledztwo w sprawie „Tarotowego Zabójcy” i ma dowody, ze zabójcą jest syn lorda Lymana. Prosi Sondrę o pomoc w rozwiązaniu sprawy i napisanie artykułu, jednak kobieta zakochuje się w podejrzanym.

scoop1

Woody Allen drugi raz wybrał się do Londynu i znów opowiada o morderstwie wśród wyższych sfer. Ale robi z tego komedię, dla której wątek kryminalny jest pretekstem do żartów i obserwacji wyższych sfer. Niestety, tym razem reżyser się potknął, bo jest strasznie wtórny. Ani Londyn nie intryguje jak we „Wszystko gra”, ani łamigłówka nie jest specjalnie skomplikowana (znacznie ciekawsza była w „Tajemnicy morderstwa na Manhattanie”), a błyskotliwego humoru nie ma tu zbyt wiele. Owszem, są niezłe zdjęcia, w tle leci Czajkowski, ale to trochę przy mało, by przykuć uwagę na dłużej. Jest zwyczajnie nudno, co zdarza się mu bardzo rzadko, a w kryminale (nawet na wesoło) jest to wada niewybaczalna.

scoop2

Aktorzy robią co mogą, ale nie są w stanie uratować tego filmu. Allen jako iluzjonista nadal jest znerwicowanym, pełnym fobii facetem, jednak nawet to zaczyna drażnić (dlatego Allen pojawił się po drugiej stronie kamery dopiero po sześciu latach). Lepiej wypada Scarlett Johansson jako Sondra, która pakuje się w niezłe tarapaty i jest znacznie ciekawsza niż we „Wszystko gra”. Poza tą dwójką reszta nie ma zbyt wiele do pokazania. Ian McShane jest tu dociekliwym dziennikarzem, Hugh Jackman przystojny i czarujący, jedynie epizod Charlesa Dance’a (pan Malcolm – wydawca gazety) przykuł uwagę na dłużej.

scoop3

„Scoop” to pierwsza od bardzo dawna wtopa w dorobku Allena. Za mało Allena w Allenie, za mało tego błyskotliwego humoru, intryga nuży, aktorstwo takie sobie. Szkoda, ale chyba Londyn przestał służyć Allenowi.

5/10

Radosław Ostrowski

Klątwa skorpiona

Nowy Jork, rok 1940. C.W. Briggs jest detektywem pracującym dla firmy ubezpieczeniowej i zajmuje się odnalezieniem skradziony przedmiotów należących to tej firmy. Od nie dawna pracuje tu panna Fitzgerald, która reorganizuje pracę i nie przepada za Briggsem. Na przyjęciu urodzinowym w klubie, oboje zostają zahipnotyzowani przez magika Voltana i po pokazie niby wracają do normalnego życia. Ale pod wpływem jednego słowa, wpadają w trans i zostają zmuszeni do kradzieży.

skorpion2

Tym filmem Woody Allen wszedł w XXI wiek, tworząc najlepszą historię kryminalną w swojej karierze. Sama intryga wydaje się dość prosta, ale jest genialnie poprowadzona i rozpisana, mimo tego, że znamy sprawę od początku. Udało się dość ciekawie odtworzyć realia lat 40. i wystylizować całość w konwencji kryminału, gdzie detektywi noszą prochowce, kobiety są piękne i niebezpieczne, zaś feminizm jeszcze nie istniał (nawet nie wiem, czy ktoś znał w ogóle to słowo). Pomysłową intrygę dopełniają dialogi pełne ironii i złośliwości, okraszone to jazzową muzyką, budującą klimat i lekko nostalgicznymi zdjęciami Zhao Fei. Ale ten film ma swoje drugie dno – jest nim maskowany wątek miłosny, w którym Allen kolejny raz pokazuje trudność relacji i skrywanie prawdziwego ja za pomocą sarkazmu i drwin. Całość jest przepyszna i ogląda się z wielką frajdą.

skorpion1

To że Allen świetnie prowadzi aktorów i przyciąga bardzo znane nazwiska jest sprawą oczywistą. Tutaj tylko to potwierdza. Znów widzimy samego reżysera w roli głównej – błyskotliwego, staroświeckiego detektywa, który żadnej kobiecie nie odpuści, a jednocześnie boi się ich (przynajmniej tych mądrzejszych). Kompletnym zaskoczeniem jest dla mnie Helen Hunt, która tworzy pewną siebie, inteligentną kobietę, która ma pecha do facetów. Dialogi między tą dwójką nakręcają całą akcję i pokazują dynamikę tej relacji. Poza nimi na drugim planie błyszczą dawno nie widziany i trochę nieobecny na ekranie Day Aycroyd (Chris Macgruder, szef Briggsa), Charlize Theron (Laura Kensington – femme fatale) i David Ogden Stiers (magik Voltan).

Allen zaczął XXI wiek z wysokiego pułapu, choć wielu uważa ten film za jeden ze słabszych Allenów. Moim zdaniem to ścisła czołówka i najlepszy Allen kryminalny.

8/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski