Bierz forsę i w nogi

Virgil Starkwell to młody chłopak, który od zawsze miał problemy. Nie radząc sobie, decyduje się zostać kryminalistą. Dokonuje wiele napadów na bank, z których żaden się nie udał. W miedzy czasie poznał fajną dziewczynę Louise, ale nawet ona nie jest w stanie mu pomóc.

Ten film powszechnie się uznaje za prawdziwy debiut Allena w roli reżysera. Tutaj reżyser jednak bardziej stawia na gagi i absurd niż swój błyskotliwy humor, ale jest to bardziej przyswajalne i naprawdę pomysłowo zrobione i autentycznie zabawne jak sceny nieudolnych napadów na bank, gdzie dochodziło do dość dziwnych sytuacji (m.in. w skarbcu mieszkała rodzina Cyganów). Żeby jakoś posklejać te gagi, film jest ubrany i stylizowany na dokument, w którym poznajemy życie Virgila. Pojawiają się zdjęcia i retrospekcje z młodości, rozmowy z osobami mającymi z nim styczność (m.in. agenta FBI, kumpla z więzienia), a także jego najbliższych (dziewczyny, a później żony i jego rodziców, dla nie poznaki noszących maski – dość dziwne). Allen się jeszcze uczy i widać, że się świetnie bawi, a my się bawimy razem z nim, a całość jest naprawdę dobrze zmontowana (m.in. brawurowe sceny ucieczek z więzienia) i okraszona ciekawą muzyka Marvina Hamlischa (później Allen rzadko zatrudniał kompozytorów do pisania muzyki do jego filmów).

forsa1

Z aktorów mógłbym wymienić tylko Allena, ale nie oszukujmy się – ten kameleon aktorstwa (człowiek o stu twarzach, wszystkie takie same) zawsze jest przekonujący, grając jakąkolwiek postać, nawet outsidera z wielkim pechem. Ale poza nim wyróżnić należy Janet Margolin jako prostolinijną Louise, która łączy prostolinijność z brakiem umiejętności kulinarnych (usmażyła mięso nie wyjmując go z opakowania).

forsa2

Widać, ze to debiut i nie wszystkie gagi są tak samo zabawne, ale już tutaj objawia się talent Nowojorczyka, który potem będzie się rozwijał. Dobry początek i naprawdę śmieszny film.

7/10

Radosław Ostrowski

Gambit, czyli jak ograć króla

Harry Deane jest pracownikiem konesera sztuki Lionela Shahbandara, który jest strasznie dziany i traktuje innych z wyższością, m.in. Harry’ego, który planuje oskubanie swojego pracodawcy za pomocą fałszywego obrazu. Ale potrzebuje jeszcze do pomocy kobiety – wybór pada na kowbojkę PJ Puznowski.

gambit1

Bracia Coen nie mają ręki do remaków. Tym razem napisali scenariusz do nowej wersji filmu z 1966 roku, gdzie główne role grali Michael Caine i Shirley MacLaine. Reżyserii podjął się Michael Hoffman, jednak nawet to nie jest w stanie wytłumaczyć dlaczego ten film jest tak nieudany. Braciszkowie mają swój bardzo wyrazisty styl i specyficzne poczucie humoru, które tutaj zostało mocno stępione (jak zabawne może być przechodzenie przez okno – dwa razy – w hotelu, kończąc w tym samym pokoju). Intryga jest przede wszystkim nudna, humor jak wspomniałem bardzo niskich lotów, a realizacja po prostu przeciętna. Szkoda, bo mogło to być bardzo stylowe i eleganckie kino, zamiast pierdów, golizny niepotrzebnej i czerstwości.

gambit2

Sytuację próbuje ratować obsada i wychodzi im to całkiem przyzwoicie. Colin Firth stawia na swoją flegmę i ciapowatość, Cameron Diaz trochę drażni swoim teksańskim akcentem, a Alan Rickman jest bucem, chamem i prostakiem. Asystuje im jeszcze Stanley Tucci (znawca sztuki Zaidenweber) i Tom Courtney (major Wingate – fałszerz), którzy też dali radę.

Ale nawet najlepsza obsada i solidna realizacja nie jest w stanie przykryć marności scenariusza. Dla mnie jest to spore rozczarowanie.

4/10

Radosław Ostrowski

7 psychopatów

Martin jest scenarzystą, który ostatnio przeżywa kryzys twórczy. Próbuje napisać scenariusz o siedmiu psychopatach, a jego najbliższy kumpel Billy razem z Hansem kradną psy i oddają właścicielom (że niby je znaleźli). Ale kiedy porywają psa pewnego gangsterowi sprawy się komplikują.

psychopaci1

Kiedy w 2004 roku objawił się Martin McDonagh – nikt nie spodziewał się tego, co nastąpi dalej. Ten ceniony dramaturg tak jak David Mamet zaczął podbijać kino i to z naprawdę dobrym skutkiem. „Sześciostrzałowiec” otrzymał Oscara za najlepszy krótki metraż, a „In Bruges” (polskiego tłumaczenia tego filmu nie podam z litości) świetnie łączyło czarny humor z poważną tematyką. Tutaj w zasadzie tez jest podobnie, choć tutaj reżyser żongluje tematami, bohaterami i planami. Pierwszy plan to Marty, Billy i cała jazda związana z kradzieżami psów. Druga to historia psychopatów, które są opowiadane przez Marty’ego i jego kumpli. Ta zbitka tworzy dość mocną bombę, w której czuć inspiracje zarówno Davidem Lynchem, Guyem Ritchie i braćmi Coen. Pomysłowość reżysera i scenarzysty jest naprawdę imponująca, choć można odnieść wrażenie chaotyczności. Wszystko to jest świetnie zrealizowane (zdjęcia, montaż jest naprawdę imponujące), dialogi błyskotliwe i pełne absurdalnego humoru w brytyjskim stylu. Ale mimo tego całego szaleństwa i miłości do kina (film chyba miał być dowodem na kreatywność scenarzystów), to czegoś tutaj mi zabrakło. Bardziej mi się podobało „In Bruges”, które było chyba spójniejsze.

psychopaci2

Jedno co się nie zmieniło u McDonagha to obsada, niezawodna i wyborna. Nieźle wypadł Colin Farrell w roli zagubionego scenarzysty, który ma kryzys twórczy, ale dzięki szalonym wydarzeniom odnajdzie inspiracje. Nie zawodzą też Christopher Walken, który jako Hans podtrzymuje wizerunek psychola z kamienną twarzą, Woody Harrelson będący bezwzględnym gangsterem dbającego o swojego pieska oraz pojawiający się w epizodach Tom Waits (Zachariasz z króliczkiem w ręku), Harry Dean Stanton (kwakier), Michael Pitt oraz Michael Stuhlberg, których rozmowa rozpoczyna film. Ale ci wszyscy są przebici przez Sama Rockwella, który jako Billy jest najbardziej nieobliczalnym facetem, skłonnym do zabijania gościem. Ta rola najbardziej zapadła mi w pamięć. Za to kompletnie zlekceważono panie Abbie Cornish i Olgę Kurylenko, które robią tu za tło oraz epizody.

psychopaci3

„7 psychopatów” to pokręcony i obłąkany film, który mógł być dla McDonagha „Pulp Fiction”, ale to nadal kawał dobrego kina. Chociaż bardziej podobało mi się „In Bruges”.

7,5/10

Radosław Ostrowski


Twardziele

Po 28 latach z więzienia wychodzi Val – stary gangster. Przychodzi po niego jedyny kumpel Doc. Obaj kumple decydują się znów połączyć siły, a potem przyłączają do siebie Hirscha. Ale Doc musi zabić Vala na polecenie szefa, bo inaczej jego sprzątną. Ma czas do 10 rano następnego dnia. W między czasie panowie decydują się zabawić.

goscie2

W zamierzeniu ten film miał być komedią kryminalną, jednak reżyser chyba do końca nie wiedział, co z tym materiałem zrobić. Humor jest, ale bardzo delikatny i subtelny. Akcja w zasadzie jest nieśpieszna, choć jest kilka naprawdę fajnych scen (ucieczka przed policją na autostradzie czy rozprawa z bandziorami, co zostawili rozebraną kobietę), jednak najważniejszy jest tu nostalgiczny klimat (genialna muzyka pachnąca latami 70-tymi), gdzie bohaterowie trochę wspominają swoją przeszłość. A teraz są już dojrzałymi facetami, którzy są coraz bardziej kim są. Mimo tego, nadal mają swoje pasje, tajemnice i nadal są w dobrej formie. Ta obyczajowa opowieść o przyjaźni i lojalności ma niezłe dialogi, otwarty finał i ogląda się go naprawdę przyjemnie.

goscie3

Najsilniejszym elementem tego filmu jest obsada. Ale umówmy się – jeśli zatrudniamy aktorów formatu Christophera Walkena i Ala Pacino, to nie powinno być lipy. I obaj panowie nie zawodzą. Pacino jest tutaj podstarzałym gangsterem, który jest pogodzony z losem i chce skorzystać z życia, póki jeszcze może. Za to Walken potwierdza klasę i jako targami między lojalnością wobec szefa a przyjaźnią.  A jednocześnie szuka wnuczki, maluje obrazy i jest sympatycznym jegomościem. Między nim a Pacino czuć chemię. Trzecim do pary jest Alan Arkin jako schorowany Hirsch – mistrz kierownicy.

Może nie jest to film, który zmieni oblicze świata, ale pozwala przez te półtorej godziny zapomnieć o świecie. Niby niewiele, ale o to tu chodzi. Czasem zdarzają się postoje, ale nie przeszkadzają.

6/10

Radosław Ostrowski

Zabijanie na śniadanie

Martin Blank zawodowo zajmuje się zabijaniem ludzi za pieniądze. Ale ostatnio nie radzi sobie, zdarzają mu się błędy, a konkurencja jest od niego szybsza i lepsza. Uczęszcza do psychoterapeuty, ale to mu niewiele pomaga. Pewnego dnia dostaje zaproszenie na zjazd absolwentów do swojej szkoły. Początkowo nie chce tam jechać, ale przy okazji dostaje kolejne zlecenie i jeszcze chce spotkać się z dawną ukochaną. Jednak nie wie, że w ślad za nim ruszą agenci NSA, konkurent Grocer i ktoś, kto chce go zabić.

zabijanie1_300x300

W zasadzie jest to komedia pełna czarnego humoru, elementu romansu i sensacji. Łączenie wielu gatunków wymaga zarówno pewnej ręki oraz wielu umiejętności, których nie zabrakło ani scenarzystom ani reżyserowi George’owi Armitage’owi. Zgrabnie łączy trudne do połączenia gatunki i efekt jest więcej niż zadowalający. Zarówno sceny akcji są bardzo porządnie zrobione (otwierający film zabicie „rowerzysty”, strzelanina w sklepie kończąca się eksplozją w rytm „Ace of Spades” czy ostateczna konfrontacja, podczas której bohater wyznaje miłość – strasznie śmieszne) jak i dialogi zabawne, choć pełne czarnego humoru, jak w scenie, gdy Martin przygotowuje przed lustrem do zjazdu („Nie mam żony, nie mam dzieci i rozwalę ci łeb, jeśli ktoś dużo mi zapłaci”), zaś wątek miłosny opowiedziany w bardzo ciekawy sposób.

zabijanie2_300x300

Jeśli zaś chodzi o aktorów, to tutaj pierwsze skrzypce gra świetny John Cusack (także współautor scenariusza), zaś jego Martin to trochę pogubiony cyngiel, który przeżywa kryzys i próbuje zerwać z profesją. Jego rozterki wypadają naprawdę przekonująco i wierzy się każdemu jego słowu. Olśniewa za to Minnie Driver jako Debi – sympatyczna dziewczyna-radiowiec, w dodatku pięknie wygląda. Zaś drugi plan jak zawsze w komediach musi być bogaty, bo inaczej może być nieciekawie. Tutaj szaleje Dan Aykroyd w roli Grocera – cyngla marzącego o stworzeniu czegoś na kształt związku zawodowego, równie sprytny gość jak Blank. Należy też nie zapominać o Alanie Arkinie (dr Oakman) i Joan Cusack (Marcella, współpracownica Blanka), którzy skupiają uwagę.

„Zabijanie na śniadanie” to bardzo udana komedia, w której wiele elementów ze sobą współgra, akcja jest dobra, tempo też i ogląda się z niekłamaną frajdą. Tak się powinno robić filmy.

7/10

Radosław Ostrowski