Plusk

Wyobraźcie sobie taką sytuację, że macie 8 lat i płyniecie z całą rodziną nad zatokę. Podczas całej eskapady widzicie dziwne, migające światełko. Nagle i bez zastanowienia skaczecie do wody, ale szybko zostajecie wyciągnięci. Jednak przedtem widzicie jakąś niewyraźną sylwetkę, kobiecą, piękną. To było dawno temu – teraz jesteście dorośli i macie poważną fuchę, ale życie prywatne jest kompletnie skopane. Tak jest z Allenem Baurem, właścicielem hurtowni prowadzącej sprzedaż owoców i warzyw. Robi ten interes razem z bratem, ale brakuje mu kobiety. I dokonuje po 20 latach dokładnie tego samego – wpada do wody, aż pojawia się Ona. Naga, blondwłosa piękność. Amor na jej widok sam sobie wbija strzałę. Kiedy znowu się pojawia się ta kobieta, musi zaiskrzyć. A że jest ona syreną? To chyba nie powinien być żaden problem.

plusk1

Każdy reżyser ma na swoim dorobku film, od którego kariera zaczęła się rozkręcać. I mam wrażenie, że w przypadku Rona Howarda to był ten trzeci film. „Plusk” to klasyczna komedia romantyczna, gdzie wszystko idzie jak po sznurku, ale najzabawniejsze jest to, że nie ma poczucia straconego czasu. Do tego poza naszą zakochaną i bardzo powoli docierającą do siebie parą, krąży nieprzebierający w środkach naukowiec. Dr Kornbluth (Eugene Levy) chce udowodnić istnienie syreny, przez co zawsze pakuje się w tarapaty. Całość mocno jest osadzona w latach 80., co czuć zarówno w muzyce, ubraniach, jak i przedmiotach (półka pełna telewizorów). Nie brakuje tutaj kilku zabawnych i komicznych scen, związanych ze zderzeniem naszej syrenki (miłej i sympatycznej, w przeciwieństwie do pewnych „Córek dancingu”) i świata dookoła. To jak ona je homara, ogląda telewizor i galerii, kopiując taniec z ekranu czy kupując… fontannę do mieszkania Allena. Ładne w obrazku i bardzo ciepłe, ale brakuje jakiegoś pazura (wyjątkiem jest pewnie zrealizowany pościg za naszymi bohaterami przez żołnierzy).

plusk2

Brakuje tutaj elementu zaskoczenia (kiedy ona ucieka od niego, to musi padać deszcz, a w tle przygrywać smutna muzyka), ale Howard sprawnie wygrywa wszystko. I to jest zasługą dwójki aktorów grających główne role, między którymi była pełna chemia. Tom Hanks dopiero zaczynał swoją przygodę z dużym ekranem, ale ma w sobie urok takiego troszkę niezdarnego chłopaka (scena w barze, gdy wyznaje pod wpływem procentów swoje odczucia), ale szczerego i oddanego. Jednak nawet on nie miał szansy równać się ze zjawiskową Daryl Hannah (syrena Madison) – nie można było od niej oderwać oczu, a jej dziecięca naiwność oraz nieporadność robiły niesamowite wrażenie.

plusk3

Sam „Plusk” nie wyróżnia się byt mocno od filmów tego gatunku, ale Howard wykorzystał szansę na podbój Hollywood oraz zarobienie kupy forsy. To miłe, sympatyczne kino do oglądania najlepiej parami. Na nadchodzące Walentynki wydaje się odpowiednią propozycją. Czasami wystarczy tyle.

6/10

Radosław Ostrowski

Planeta singli

Na hasło komedia romantyczna z Polski reakcja moja jest jedyna możliwa – trzeba wiać za nogi, bo humor wymuszony, słaby jest, a lukru jest tyle, że można się nim udławić. Nie żebym miał coś do takich współczesnych bajek, ale czasami jest to tak nierealne i nieprawdopodobne, że można pomylić to z kinem spod znaku SF. Jednak w końcu musi pojawić się coś, co będzie po prostu dobre w tym gatunku i nie będzie wywoływało irytacji – wydaje mi się, że właśnie na coś takiego trafiłem.

Zaczyna się dość klasycznie. Jest ona, Ania – dziewczyna chyba urodziła się w XIX wieku, ale jakimś cudem została zahibernowana do naszych czasów. Ładna, chociaż pulowerek i okulary nie pozwalają tego dostrzec na pierwszy rzut oka, romantyczna, serdeczna i samotna. Daje się namówić na udział w randkach przez Internet, czyli tytułowej „Planecie singli”. Przypadkowo randkę tą obserwuje pewien popularny prezenter telewizyjny – Tomasz „Wilk” Wilczyński. Proponuje jej prosty układ: ona opowie mu o przebiegu swoich randek, a zostaną one przerobione na skecze do jego programu telewizyjnego, w zamian jej tożsamość zostanie anonimowa i dostanie… nowy fortepian dla szkoły.

planeta_singli1

Mitja Okorn – Słoweniec od lat mieszkający i pracujący dla pewnej stacji telewizyjnej z niebieskim tłem oraz żółtymi napisami, zaskoczył mnie pięć lat temu „Listami do M.”. Niektórzy mówili, że to zrzynka z „To właśnie miłość” (nie widziałem, jeszcze), ale jak się wzorować to na najlepszych. Tutaj też widać inspiracje produkcjami zza Wielkiej Wody oraz pewnej europejskiej wyspy. Sam scenariusz jako taki jest dość wątły i stanowi pretekst do pokazania różnej maści gagów. I muszę przyznać, że sceny randek pokazujące facetów w dość stereotypowy sposób jako cwaniaczków, niedojrzałych, niewiernych, narcystycznych trafia w punkt. Parę razy nawet padłem ze śmiechu (sceny z programu Wilka a’la Kuba Wojewódzki), a to już coś oznacza. Jednak pretekstowość może dla wielu być słabością, gdyż reszta już troszkę szwankuje. Są problemy w szkole, jest idealny partner dla naszej bohaterki, jest przyjaciółka padająca ofiarą intrygi swojej pasierbicy, chcącej skłócić ją z ojcem. Te wątki są z jednej strony dość oczywiste i przewidywalne (tak jak cały film), ale nie wywołuje to irytacji czy poczucia żenady. Tak samo jak obecny product placement czy kilka zakończeń.

planeta_singli2

Po części film próbuje być także satyrą na współczesne media, goniące za sensacją oraz drwiną ze świata nastawionego na zysk, sensację i skandal. Niby nic nowego, ale kulminacja w Warszawskich Łazienkach wali w głowę jak obuchem. Straszno-śmieszne, tak samo jak finał w iście rycerskim stylu (średniowieczna wersja „The Final Countdown” – mistrzostwo). Tempo jednak w połowie zaczyna siadać i robi się troszkę poważne oraz nudnawo, rekompensując to wszystko od sceny chwytającego za serce monologu Tomka.

planeta_singli3

Ten lekki nieład próbują opanować aktorzy i tutaj jest największa siła. Cała robotę wykonuje Maciej Stuhr potwierdzając swój komediowy potencjał w roli zgorzkniałego, cynicznego szydercy. Pod tą maską jednak kryje się coś więcej, a aktor potrafi to pokazać bez sztuczności i manieryzmu. Partnerująca mu Agnieszka Więdłocha jako Ania jest po prostu urocza oraz czarująca w swojej nieporadności, naiwności oraz przekonaniach. Jednak dziewczyna powoli zmienia się w bardziej trzymającą się ziemi oraz walczącą o swoje. Miedzy tą dwójką jest tutaj odczuwalna chemia, chociaż razem pojawiają się troszkę zbyt rzadko. Drugi plan jest zdominowany przez Piotra Głowackiego, czyli producenta-geja Marcela, ciapowatego Pawła Domagałę (wuefista Piotr) oraz Michała Czarneckiego (lekarz Antoni). Żeby jednak nie było tak słodko, to dostajemy rzadko pojawiającego się na ekranie Tomasza Karolaka (dyrektor), którego maniera coraz bardziej irytuje i drażni.

planeta_singli4

„Planeta singli” jest filmem dość nierównym, ale mimo wad sprawdza się naprawdę dobrze. Można było mocniej dopieprzyć, lepiej wykorzystać pewnych aktorów (m.in. Rafał Rutkowski czy Ewa Błaszczyk), ale i tak jest bardzo przyzwoicie – do wzruszeń, do śmiechu, dla kasy. A monolog Tomka w telewizji powinien być przesłaniem dla wszystkich ludzi, szukających drugiej połówki. Choćby dla tego fragmentu warto odwiedzić tą planetę.

7/10

Radosław Ostrowski

Listy do M. 2

Pierwszą część „Listów do M.” wspominam bardzo ciepło – to była jedna z fajniejszych komedii ostatnich lat na polskich ekranach. Mimo product placementu i wrzucaniu co modnych przebojów, była autentycznie zabawna oraz momentami wzruszająca. Druga część, robiona przez innego reżysera (Mitję Okorna zastąpił Maciej Dejczer) i innych scenarzystów, niestety, cierpi na tzw. syndrom sequela. Niby jest więcej wszystkiego, ale tak naprawdę nic się nie dzieje.

listy_do_m_21

Wracają nasi starzy znajomi, ale od tego czasu zmieniło się wiele: Karina napisała powieść i rozwiodła się ze Szczepanem, obecnie taksówkarzem. Mikołaj nadal jest radiowcem, mieszka z Doris oraz synem Kostkiem, ale jeszcze nie zdecydował się na pierścionek, proszenie o rękę itp. Mel, jak to Mel, mimo tego, iż ma syna, nie zmienił się w ogóle – nadal naciąga na kasę i podrywa mężatki. Jest jeszcze Małgorzata, szefowa Mikołaja, która ciężko choruje. Chociaż zebrano kasę na operację dla niej, nie chce się na nią zdecydować. Ale jest też nowy bohater – trębacz Redo, podejmujący wybór między obecną narzeczoną Moniką a poznaną po latach pierwszą miłością.

listy_do_m_22

Jak widać, miłości jest tutaj sporo i to w różnych odcieniach. Bywa poważnie, stara się być momentami lekko, ale poczucie humoru nagle wyparowało. Pamiętam z pierwszej części rozbrajające teksty Mela i Mikołaja (kolejno Tomasz Karolak i Maciej Stuhr), którzy kradli film całej reszcie obsady. W tej części najlepszy jest Karolak jak próba zrobienia „Złego Mikołaja” na naszym podwórku oraz absolutnie poważny Piotr Adamczyk (ten Szczepan jest taki zadziorny, że trudno go nie polubić). Reszta postaci (z nowymi twarzami – Maciejem Zakościelnym a.k.a. Drewienko oraz Martą Żmudą-Trzebiatowską) sprawia wrażenie znudzonych i nie zainteresowanych swoimi postaciami. Dodatkowo nie mają specjalnie czego grać. Wszystko jest tu aż nadto poważne, jest więcej reklamy pewnej stacji, która produkowała ten film i jest tak mdło, że bolą zęby. I co tam robi Piotr Głowacki, snujący się po tym mieście?

listy_do_m_23

Chciałbym powiedzieć coś dobrego o drugich „Listach”, ale zwyczajnie nie potrafię. Owszem, zdjęcia są ładne, muzyczka niezła, ale to wielkie rozczarowanie. Ganianie za owcą po markecie było mało zabawne. Jak na komedię było zbyt poważnie, a nie o to w tym gatunku chodzi.

listy_do_m_24

5/10

Radosław Ostrowski

 

Sklep na rogu

W Budapeszcie znajduje się sklep z galanterią, którego właścicielem jest starszy pan o nazwisku Matuschek. Najstarszym i najlepszym pracownikiem jest Alfred Kralik, a wszystko działa tam jak w zegarku. Pewnego dnia do sklepiku przychodzi młoda kobieta – Klara Nowak, która poszukuje pracy. Zostaje ona przyjęta, a miedzy nią a Kralikiem dochodzi do spięć. Oboje też dostają listy od tajemniczych wielbicieli: „drogich przyjaciół”, którzy jeszcze się nie widzieli. Przypadkowo Alfred odkrywa, że tą osobą piszącą do niego jest Klara.

sklep_za_rogiem1

Pamiętacie pewnie taki film „Masz wiadomość” z Tomem Hanksem i Meg Ryan? Twórcy inspirowali się nakręconą w 1940 roku komedią Ernsta Lubitscha, o której wam opowiem. Sam reżyser był uważany za twórcę realizującego ciepłe i subtelne komedie o charakterze uniwersalnym. Pozornie ta historia wydaje się naiwna, ale wywołuje uśmiech na twarzy, gdy poznajemy całą intrygę, ale nie to jest największą siłą filmu. Subtelny, delikatny humor (dialogi inteligentne) miesza się tutaj z poważnymi sprawami jak kryzys gospodarczy, samotność, zdrada małżeńska czy próba samobójcza. Niuanse i subtelność realizacyjna (skupienie na detalu jak w scenie, gdy dłoń Klary szuka listy w skrytce pocztowej czy finał z padającym śniegiem), nadaje temu filmowi uroku oraz poczucie bezpretensjonalnej rozrywki na wysokim poziomie.

sklep_za_rogiem2

Swoje robi tutaj przede wszystkim fantastyczny duet James Stewart/Margaret Sullivan. On jest poważny i inteligentny, ona wygadana (udaje się jej sprzedać słabe pudełko na cygara z pozytywką) i zadziorna. Nie znoszą się w pracy, ale okazują się wrażliwymi i serdecznymi ludźmi, którzy szukają drugiej połówki. Między tą dwójką jest bardzo mocno odczuwalna chemia, choć kłócą się jak tylko się da. Aktorsko trudno się do kogokolwiek przyczepić, nawet epizody są wyraziste – zabawny chłopiec na posyłki Pepi (William Tracy), fałszywy subiekt Vadas (Joseph Schildkraut) czy skromny przyjaciel Kralika, Pirovitch (Felix Bressart)  mają swoje pięć minut.

sklep_za_rogiem3

Lubitsch bardzo pewnie opowiada tą historyjkę, ale ma to swój urok. A mimo upływ lat film ogląda się z niekłamaną przyjemnością, bo – jak pewnie niektórzy wiedzą – pewne rzeczy nie starzeją się nigdy.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Słowo na M

Wallace jest niedoszłym lekarzem po rozstaniu z dziewczyną. Od roku nie spotyka się z nikim i pracuje przy pisaniu instrukcji. Chantrey z kolei jest rysowniczką i od 5 lat ma chłopaka Bena pracującego w ONZ. Poznają się u imprezie u jej kuzyna, a jego przyjaciela – Allana. Zostają przyjaciółmi, ale – jak poniekąd wiemy lub nie – przyjaźń między kobietą a mężczyzną czasami staje się czymś większym.

slowo_na_m1

Brzmi jak banalna komedia romantyczna? Film Michaela Downsa wpisuje się w tą konwencję, jednak robi to w troszkę inny sposób niż przyzwyczaili nas do siebie twórcy. Jak ognia unikają banalności, słodzenia oraz amerykańskiego lukru. Nasi bohaterowie są młodzi, niekoniecznie pięknie, ale nie bogaci, nie mieszkają w wypasionych willach, nie jeżdżą samochodami za miliony dolców itp. A co dostajemy w zamian? Film, w którym ironia i cynizm miesza się z wrażliwością oraz romantyzmem – jak nasz główny bohater. Humor jest tutaj cierpki, ale też nie brakuje sytuacyjnych gagów (zdjęcie za dużej sukienki przez Wallace’a czy „wypadek” Bena), obyczajowych obserwacji oraz odrobiny pieprzu (scena na plaży, gdzie nagle znikają… gacie). Całość jest też ładnie sfotografowana (Toronto wygląda bardzo ładnie), muzyka współgra świetne z wydarzeniami ekranowymi i całość ani razu nie wchodzi w oceany idiotyzmu. Cała relacja między nasza dwójką budowana jest za pomocą rozmów z ich przyjaciółmi, pełna subtelności i niejednoznacznych odpowiedzi na pozornie łatwe pytania. O miłość, wspólne życie, przyjaźń, jak nasze lęki i obawy rzutują na życie.

slowo_na_m2

Reżyser pewnie tez prowadzi aktorów, zdając się całkowicie na ich charyzmę i wychodzi na tym dobrze. Pozytywnie zaskakuje Daniel Radcliffe, który konsekwentnie próbuje pokazać, że jest kimś więcej niż tylko czarodziejem z Hogwartu i jest przekonujący. Równie dobra jest Zoe Kazan jako Chantrey – troszkę neurotyczna i wyciszona dziewczyna, która mocno trzyma się ziemi. Może nie jest seksbombą, ale jej urok jest potężny. I co najważniejsze, jest między nimi widoczna chemia, a to jest klucz w tego typu produkcji. Poza nimi na drugim planie najbardziej błyszczy wyborny Adam Driver – Allan w jego wykonaniu jest jednocześnie facetem z bogatym życiem erotycznym, ale też potrafi zaskoczyć trafną obserwacją oraz dojrzałością. Każdy z bohaterów ma tutaj więcej niż jedna twarz, co jest sporym plusem – nawet Rafe Spall (Ben – chłopak Chantrey) nie jest tutaj kimś, kogo można zaszufladkować jako konkurenta dla naszego Wallace’a.

slowo_na_m3

Kanadyjczycy zapatrzyli się tutaj w tradycje i wzorce brytyjskie, co jest wielkim plusem. Słodko-gorzka komedia, która ma coś więcej do powiedzenia niż żarty. Tak się robi inteligentne kom-romy.

slowo_na_m4

8/10

Radosław Ostrowski

Magia w blasku księżyca

Stanley Crawford jest iluzjonistą, który zajmuje się demaskowaniem fałszywych medium w czasach przedwojennych. Jego stary przyjaciel Howard prosi go o pomoc. Trafił na tajemniczą Amerykankę o imieniu Sophie Baker, która działa jako medium u rodziny Cathridge’ów, nie mogąc znaleźć żadnych słabych punktów. Stanley wyrusza do Francji, by obalić oszustkę.

magia_w_blasku_ksiezyca1

Woody Allen to jest jeden z niewielu reżyserów, których filmy oglądam w ciemno. Ale nawet w przypadku reżysera takiej klasy, zdarza się nakręcić film słabszy i rozczarowujący. I „Magia…” niestety wpisuje się do tej drugiej grupy. Sama intryga jest prowadzona dość wolno i nawet jest w tym odrobina uroku, jednak wnioski o magicznej stronie miłości to nie jest to, czego się spodziewałem po Allenie. Idzie to wszystko w dość przewidywalnym sznurku, co powoduje pewne zmęczenie. Nie jest w stanie tego ukryć ani piękna strona plastyczna (ładna stylizacja i plenery), ani warstwa muzyczna utrzymana w typowej dla Allena mieszanki jazzu i muzyki klasycznej. Nawet dialogi pozbawione są błysku oraz humoru, choć zderzenie świata optymizmu z cynizmem, racjonalizmu i mizantropii z magia oraz urokiem dawało spore pole do popisu.

magia_w_blasku_ksiezyca3

Sytuację częściowo próbują aktorzy i grający główne role Colin Firth z Emmą Stone grają po prostu czarująco. On – twardo trzymający się ziemi racjonalista do szpiku kości ze sporym ego, ona – czarująca i świadoma swojego uroku. A jak wiadomo, przeciwieństwa się przyciągają. Solidny poziom trzyma Simon McBurney (Howard Burkam) oraz Eileen Atkins (ciocia Vanessa).

magia_w_blasku_ksiezyca2

Allen ma to do siebie, że jego filmografia jest jak sinusoida. Raz idzie w gorę, by gwałtownie nagle spaść w dół. „Magia…” to znacznie lżejsza rozrywka, która dla mnie jest troszeczkę za lekka i zbyt słaba jak na produkcję mistrza. Może następnym razem się uda.

5,5/10

Radosław Ostrowski

Terminal

Wiktor Naworski pochodzi z europejskiego kraju zwanego Krakozją. Właśnie przyjechał do Nowego Jorku, kiedy to w jego ojczyźnie dochodzi do zamachu stanu, czyli jego paszport nie jest legalny. A więc nie może wejść do USA, ale nie może też wrócić do domu. Co więc mu zostaje? Zamieszkać w terminalu lotniska, próbując jakoś przetrwać.

terminal1

Steven Spielberg postanowił tym razem sprzedać na bajkę o zaradności człowieka w sytuacji ekstremalnej. Ponieważ nasz bohater jest w klatce, ale swoim poczciwym charakterem, dobrocią i sprytem potrafi znaleźć sposób, by zdobyć pieniądze (wózki), podjąć prace i wreszcie poznać pewną kobietę. A przy okazji, wyjaśni się sprawa z tajemniczą puszką, zaprzyjaźni się z paroma imigrantami (Hindus, Latynos). Wszystko to mocno uproszczone, bajkowe i mało realistyczne, bazujące też na nieprawdopodobnych zbiegach okoliczności. Nic więcej nie powiem, ale jestem totalnie rozczarowany – zwłaszcza, że Navorski ma kilka okazji by zwiać z lotniska, jednak ich nie wykorzystuje. Najlepszy moment to sam początek filmu, gdzie masz bohater dowiaduje się o całej sytuacji dzięki telewizorom, gdyż znajomość języka angielskiego nie jest zbyt dobra. Wrażenie obcość potęgowane jest przez sterylno-szklany wygląd terminalu, świetnie pokazany przez zdjęcia Janusza Kamińskiego.

terminal2

Z całej obsady zdecydowanie wybija się nie Tom Hanks (tutaj naprawdę niezły, choć zbyt kryształowy) ani Catherine Zeta-Jones (stewardesa, która nie do końca wie czego chce), ale świetny Stanley Tucci jako nieprzyjazny i uparty Frank Dixon, kierownik lotniska. I jego obecność wnosi życie to tego nudnego dziełka. Sorry, Steven, miło całej sympatii nie jestem w stanie strawić tego tzw. filmu.

terminal3

4/10

Radosław Ostrowski


Ani słowa więcej

Są pewne filmy, które na skutek pewnych okoliczności są odbierane inaczej. „Ani słowa więcej” zostanie zapamiętany jako ostatni film w dorobku Jamesa Gandolfiniego ps. Tony Soprano. Ale czy poza tym, ma coś więcej do zaoferowania? Tak, bo jest to słodko-gorzka komedia o ludziach po 50-tce.

Eva jest masażystka, która ma córkę wyjeżdżającą na studia, z czym sobie absolutnie nie radzi. Albert jest łysiejącym grubasem, pracującym w bibliotece multimedialnej, gdzie archiwizuje stare programy telewizyjne. Oboje poznają się na pewnej imprezie i później zaczynają się spotykać. Tylko czy coś z tego wyjdzie? Bo są dwie przeszkody. Po pierwsze, oboje są po rozwodzie i sparzyli się na poprzednich związkach. Po drugie, jedną z klientek Evy – poetka Marianne jest… byłą żoną Alberta. I co wtedy?

ani_slowa1

No właśnie. Nicole Holofcaner, reżyserująca ten film to specjalistka od niezależnego kina. I taki jest też najnowszy film – to słodko-gorzka komedia pełna wnikliwych obserwacji oraz refleksji na temat małżeństwa, ale jest ona pełna ciepła i osadzona gdzieś na przedmieściach, wśród tak zwanych przeciętnych ludzi. Trudno odmówić uroku i klimatem trochę to przypomina filmy Woody’ego Allena (choć nie ma tu aż tak błyskotliwego humoru), co nie jest w żadnym wypadku wadą. I pokazuje też jak bardzo szkodliwa może być czyjaś opinia na temat swojego byłego (zwłaszcza, gdy z nich chodzisz). Niby wydaje się, ze w ten sposób można ominąć wpadek, ale to tylko komplikuje sytuację. A wszystko pokazane w sposób ciepły, mądry i zabawny. Naprawdę.

ani_slowa2

Wspomniany już Gandolfini gra tutaj świetnie swoją postać, mocno zrywając swoje emploi twardziela. Jest on ciepły, autoironiczny i uroczy na swój sposób. Partneruje mu znana ostatnio z „Figurantki” Julia Louis-Dreyfus, która dorównuje mu kroku, tworząc bardzo zgrabny duet pozbawiony złudzeń i naiwności. Pytanie czy jest szansa na udany związek między nimi? Na drugim planie za to błyszczą będące w formie Catherine Keener (zmanierowana Marianne) i Toni Collette (gadatliwa Sarah), które wnoszą swoją cegiełkę do tego filmu.

ani_slowa3

Świetny przykład na to, że można zrobić komedię, która nie jest głupia czy naiwna. „Ani słowa więcej” to bardzo nietypowa komedia romantyczna, która mocno idzie pod prąd. Inteligentna, zabawna i ciepła – ostatnio coraz bardziej mi się takie tytuły podobają.

7/10

Radosław Ostrowski

Ona

Zrobić film o miłości (jakakolwiek to jest konwencja) jest bardzo trudno, bo czy można powiedzieć coś nowego w tym temacie, który spędza sen z powiek człowieka niemal od samego początku jego istnienia? To jest w zasadzie samograj, który ma tyle klisz i schematów, że nie da się już nic nowego opowiedzieć. W ostatnim czasie takimi wartymi uwagi tytułami były „Miłość Larsa” i „500 dni miłości”. Do tego grona aspiruje najnowszy film Spike’a Jonze’a „Ona”.

Poznajcie Theodore’a – ma wąsy, rozwodzi się ze swoją żoną i zajmuje się pisaniem listów za innych. W takiej filmie, przez Internet. Wracając z pracy zauważa reklamę systemu operacyjnego OS 1, który ma za zadanie zaspokajać ludzkie potrzeby. Mężczyzna kupuje, wgrywa i tak powstaje Samantha, w której… zakochuje się.

ona1

I co wy na to? Brzmi jak SF? Ale to nie do końca ta szufladka. Komedia romantyczna? Niby tak, ale też niespecjalnie, bo one są naiwne, proste i banalne. Dramat? To już bliżej. Trudno opisać związek człowieka z SI, dlatego reżyser traktuje technologię jak osobę. Element codziennego życia, co teraz jest absolutnie normalnym – rozmawiamy przez słuchawki, mieszkamy w sterylnych domach przy komputerze. To nie jest taka odległa przyszłość, to kwestia kilku(nastu) lat, gdy będziemy mieli swoich wirtualnych partnerów.

Reżyser ubiera to w dość wyraźne kolory, nie oszczędza nam smutku i poczucia przygnębienia (potęgowanego przez muzykę i stonowane zdjęcia), ale też daje pewna nadzieję, że jeszcze jest szansa na akceptację. Tylko ze jest to zajebiście ciężkie. Nie brakuje tutaj psychologicznej wiarygodności i rozważań na temat relacji w ogóle. Co z tego, że Samanthy nie widać, ale chemia między nią a Theodorem jest wręcz namacalna. Tylko czy ta miłość ma szansę przetrwać? Bo nie obejdzie się bez spięć i kłótni. Bo z emocjami jest tak, że nie jesteśmy ich w stanie zawsze nazwać i nie ma mowy o zamknięciu ich w jakiejkolwiek szufladzie czy całkowitej izolacji. Musi nastąpić pewien przełom, jest jeszcze nadzieja.

Ale żeby uwiarygodnić tą dość futurystyczną historię, poza scenariuszem i odpowiednia realizacją, reżyser musi mieć odpowiednią obsadę, która nada wiarygodności. I to się udało. O Joaquinie Phoenixie wiadomo, ze nie boi się wyzwań i po raz kolejny nie zawiódł. Świetnie wcielił się w postać inteligentnego, ale trochę nadwrażliwego i „połamanego” faceta, który boi się/nie potrafi kochać innych kobiet (te spojrzenia mówią więcej niż słowa). Relacja z Samantha początkowo przypomina – jakby to ująć – niezobowiązującą zabawę. Ale powoli to zaczyna się zmieniać i stopniowo zachodzi w nim pewne otwarcie się i umiejętność „wyzwolenia” się (zakończenie). W realnym świecie ten facet drażniłby prawie wszystkich, ale Phoenix potrafi wyzwolić współczucie i odrobinę (niewielką, ale jednak) sympatii dla tego pokręconego egzemplarza. Drugą mocną postacią „fizyczną” jest sąsiadka Amy (świetna Amy Adams), która pojawia się raptem kilka razy i w bardzo stonowany sposób pokazuje swoją bohaterkę – przyjaciółkę bohatera. Ale czy tylko przyjaciółkę? Poza nimi są jeszcze mocne epizdoy Rooney mary (Catherine, ex-żona) i Olivii Wilde („randka”).

ona2

Ale nie można zapomnieć o jeszcze jednej osobie, choć to słowo jest pewnym nadużyciem. SI, czyli Samantha to prawdopodobnie najlepsza rola Scarlett Johansson (może dlatego, że użycza tylko swojego głosu?). Kim jest Ona? Na początku to trochę dziecko głodne świata i chęci odkrywania go. Nie pragnie zniszczyć i wymordować całej ludzkości, jak 99% podobnych „osób” z innych produkcji. Z czasem staje się przyjaciółką, kochanką, pragnie być człowiekiem, ale mimo uzyskania podobnego poziomu „skomplikowania”, nie jest w stanie tego dokonać. Wszelkie emocje są pokazane w sposób bezbłędny – od fascynacji, przez nieśmiałość do wątpliwości i niezrozumienia. Tylko czy ta relacja ma szansę na więcej?

ona3

Jedni powiedzą, ze „Ona” to jeden z najoryginalniejszych filmów ostatnich lat, drudzy nazwa go kompletnym absurdem i dziełem porąbanego. Mnie ta historia w jakiś sposób dotknęła i na pewno zostanie na długo w mojej pamięci. Pytanie tylko, ile osób zgodziłoby się na posiadanie wirtualnego partnera?

8/10

Radosław Ostrowski

Czas na miłość

Tim to młody, rudowłosy chłopak, który mieszka z rodzicami w Kornwalii. Poza tym jest bardzo nieśmiałym i niepewnym siebie młodzieńcem, który jeszcze nie ma dziewczyny. Po imprezie sylwestrowej, gdy kończy 21 lat dowiaduje się od ojca, ze potrafi podróżować w czasie (jak wszyscy mężczyźni w rodzinie). Ale tylko może się przenieść do chwil ze swojego życia. W końcu Tim wyjeżdża do Londynu, by zacząć pracę jako prawnik, zamieszkując u przyjaciela ojca – Harry’ego. Az pewnego wieczora idzie na randkę i poznaje ją – Mary. Ale dokonuje jednej drobnej zmiany i musi innym sposobem ja zdobyć.

czasnamilosc1

Na hasło komedia romantyczna, przychodzi jedno skojarzenie: banalna i naiwna historia o miłości, która kończy się happy endem. Wystarczy dodać parę zabawnych dialogów i gagi, wyrazisty drugi plan, sympatycznych bohaterów (najlepiej granych przez rozpoznawalnych aktorów), zbudować nastrój i coś z tego wyjdzie. Teoretycznie jest to bardzo proste, ale praktyka pokazuje, że jest to diablo trudne. Na szczęście od czego mamy Richarda Curtisa. Scenarzysta kultowych już filmów „Cztery wesela i pogrzeb” i „Notting Hill”, radzi sobie dobrze także przed kamerą. „Czas na miłość” to jego trzeci reżyserski film i chyba najlepszych z nich wszystkich. Po pierwsze, jest naprawdę zabawny, głównie dzięki błyskotliwym dialogom, niepozbawionym ironii. Po drugie, jest on świetnie zrobiony od strony technicznej – ładne zdjęcia, dobrze dobrane piosenki i montaż. Po trzecie, mamy wyrazisty i barwny drugi plan, co w przypadku komedii z Wysp jest już standardem, ale nie czuć tu wrażenia nudy czy zdechłych klisz. Ojciec inteligent, dramaturg-choleryk, postrzelona siostra czy mający problem z pamięcią wuj. Po czwarte, najważniejsze – nie jest to banalna opowiastka, jak to on poznał ja, a potem żyli długo i szczęśliwie, o nie. Nie brakuje tutaj powagi czy nutki goryczy. Podróże w czasie, owszem są fajne, ale nawet one nie są w stanie rozwiązać żadnych poważnych problemów – siostra wpadająca w złe towarzystwo, ojciec umierający na raka, w końcu wychowywanie dzieci. Reżyser bardzo precyzyjnie balansuje między tym co lekkie i zabawne, ale też poważne i zaskakująco mądre, nigdy tej równowagi nie przekraczając.

czasnamilosc2

Jest tutaj kilka scen, do których będę raczej wracał – pierwsza randka z Mary w restauracji w kompletnych ciemnościach (nic nie widać, ale sporo się tam dzieje), Tim i Mary w metrze (zmiany w ich życiu), ślub w deszczu przy piosence „Il Mondo”, wypadek Kit Kat, pogrzeb ojca Tima z „Into My Arms” Cave’a w tle czy ich (ojca i syna) wspólna gra w ping-ponga. To wszystko są takie perełki zarówno pod względem realizacji, jak i scenariusza. Jednak nawet to nie dałoby rady, gdyby nie aktorstwo, które jest naprawdę na poziomie.

Kompletnym zaskoczeniem był dla mnie Domhnall Gleeson (tak, syn Brendana Gleesona – tego aktora znanego mi, m.in. z „in Bruges”) jest bardzo uroczy i sympatyczny jako trochę ciapowaty Tim. Na początku wykorzystuje podróże w czasie, by zdobyć dziewczynę i udoskonalić swoje mniejsze i większe wpadki (pierwszy seks – trzy razy !!! przerabiany, już o wizycie jej rodziców, gdzie on palnął o seksie oralnym nie wspomnę). Ale potem powoli uczy się odpowiedzialności za siebie oraz tego, jak czerpać radość z życia (do tego podróże nie są do końca potrzebne). I ta przemiana jest bardzo ładnie pokazana. Zaś kompletnie powaliła mnie Rachel McAdams, która już wcześniej przykuwała moja uwagę (m.in. rola w „I ze cię nie opuszczę”), ale tutaj jest po prostu WYBORNA. Mary jest mieszanką uroku, ciepła, inteligencji i humoru. Początkowo też wydaje się nieśmiała, ale jej pierwszy uśmiech, pierwsze spojrzenie i gesty – będę szczery, pokochałem ta kobietę i jestem nadal nią zauroczony. Oboje po prostu są cudowni razem i chciało by się mieć takich przyjaciół blisko siebie. Zaś na drugim planie błyszczy niezawodny Bill Nighy (takiego ojca życzyłbym wszystkim dzieciom, nie tylko chłopakom) wspierany przez Richarda Cordery’ego (wujek Desmond, ten trochę nierozgarnięty), Lydię Wilson (lekko postrzelona Kit Kat) oraz bezbłędnego Toma Hollandera (dramaturg Harry – jego powitanie z Timem po prostu bezcenne :)).

czasnamilosc3

Mogła wyjść z tego prosta i lekka komedia, ale reżyser okazał się sprytniejszy i zagrał o wyższą stawkę. Bywa trochę za słodko? Who cares? Takie filmy przywracają mi wiarę, ze można zrobić film zabawny, ale niegłupi, poważny, choć nie depresyjny, poruszający, lecz nie sięgający po tanie chwyty. Tak się robi kino i coś, co nazywamy magią, dla której oglądamy i mam nadzieję, będziemy dalej oglądać filmy.

8/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski