Śmierć nadejdzie dziś

Wyobraźcie sobie taką sytuację, że budzicie się w dzień swoich urodzin. Po przebudzeniu czujesz się jakbyś był sparingpartnerem braci Kliczko, pamięć dnia wczorajszego praktycznie nie istnieje i jesteś aroganckim bucem. A że masz dziś urodziny, przypomina ci dzwonek telefonu i jakoś młody, pryszczaty gnojek. Wieczór zapowiada się na fajną imprezę, ale pojawia się osobnik w masce twarzy bobaska i wbija ci nóż. Lecz zamiast skończyć w kostnicy, otwierasz oczy i masz poczucie deja vu. Znowu ten sam pokój, ten sam chłopak, ten sam dzwonek. Co tu się wyrabia?

happy_death_day1

Pomysł z „Dnia świstaka”, czyli zapętlenia jednego dnia non stop, jest sam w sobie świetny. Był w komedii (w/w), był film wojenny („Na skraju jutra”), teraz przyszła pora na film horror und groza. Film Christophera Meloni wykorzystuje koncept umierania aż do nieskończoności, by ugrać dwie pieczenie na jednym ogniu. Po pierwsze, by poprowadzić grę z widzem w kwestii tożsamości mordercy, będącego ciągle o krok przed naszą Tree. Kim jest? Dlaczego to robi? To, jak reżyser podrzuca tropy (maski porozrzucane, obecność seryjnego mordercy w szpitalu uniwersyteckim), robi wrażenie, ale twórcy nie traktują tego tytułu absolutnie poważnie. Elementy horroru (nieznany morderca, pomysłowe zgony, sceny filmowane nocą czy budująca napięcie muzyka) bardziej pasują choćby dla serii „Krzyk”, stanowiąc dodatkowe źródło humoru i pokazując cudzysłów całego przedsięwzięcia. Właśnie, humor tutaj oparty jest i na ironicznych tekstach, wykorzystaniu repetycji, nawet zachowania Tree w sytuacji sam na sam z mordercą polegających na krzyczeniu oraz uciekaniu przed delikwentem.

happy_death_day2

Z drugiej strony to młodzieżowa historia dziewczyny, dla której szansa ponownego przeżywania tego samego dnia staje się szansą do zmierzenia się z samą sobą oraz zmianą pewnych postaw. O dziwo, przemian z imprezowej, zołzowatej jędzy w fajną dziewuchę jest przekonująca, mimo pozornie absurdalnego założenia, dając sporo satysfakcji. Nawet bardziej poważniejsze wątki związane ze stratą matki i relacją z ojcem, nie są zbyt przeszarżowane, o co byłoby bardzo łatwo.

happy_death_day3

Postawiono tutaj na kompletnie nieznane twarze i to był kolejny strzał w dziesiątkę. Aktorzy grają dobrze, nawet z pewnym luzem (świetna jest Jessica Rothe, wyglądająca jak młodsza siostra Blake Lively) i dystansem, wpasowując się do konwencji horroru z przymrużeniem oka.

happy_death_day4

To lekkie i bardzo przyjemna rozrywka, stanowiąca zgrabną zabawę konwencją horroru. Choć bywały znacznie zabawniejsze („Zombieland”, „Krzyk”) albo znacznie bardziej makabryczne („Martwica mózgu”) i mimo wykorzystania klisz z kina młodzieżowego (romans z nauczycielem, grupa zrzeszająca chude laski, nerdy, sexy chłopak), film Meloniego daje wiele frajdy oraz satysfakcji. Jak dobrze przygotowany drink.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Był sobie pies

Jaki jest pies, każdy widzi. Wiele powstało filmów o tych czworonogach uważanych za najlepszych przyjaciół dwunożnych istot zwanych ludźmi. I poznajemy takiego jednego pieseła, który z każdą śmiercią przechodzi do ciała kolejnego pieska, spotykając po drodze nowych właścicieli.

byl_sobie_pies1

Lasse Hallstrom i pies to połączenie już znane w kinie, co pokazał „Mój przyjaciel Hachiko”. „Był sobie pies” ma wydaje się podobny cel, czyli pokazanie jak silne więzi może stworzyć człowiek z psem. Cały myk polega na tym, że wszystko poznajemy z perspektywy… psa. Psa, który tak jak każda istota, próbuje rozgryźć o co w tym całym życiu tak naprawdę chodzi. Brzmi banalnie? Może i tak, ale reżyser potrafi poruszyć, nawet jeśli historia wydaje się mało zaskakująca. Początek to ucieczka oraz pierwsze wcielenie – rudy retriever nazwany Bailey, spotykający na swojej drodze Ethana, młodego chłopca. I przez większą część filmu twórcy skupiają się na tej relacji: przez dzieciaka aż po okres liceum, by w finale wrócić do tej postaci już jako dorosłego, dojrzałego mężczyzny.

byl_sobie_pies2

Ale jednocześnie Hallstrom nie boi się pokazywać mroku oraz ludzkiej podłości, bo relacja ze zwierzęciem zależy w dużej części od samego człowieka, jego nastawienia, tego jak traktuje oraz czego wymaga. Po drodze będzie zarówno wiele zabawy i frajdy (wyciągnięcie połkniętej monety), ale i znacznie poważniejszych kwestii: rozstań, śmierci, przemijaniu oraz pustki. Choć kolejne wcielenia nie są aż tak rozbudowane, to potrafią poruszyć – czy to relacja z policjantem Carlosem, zakończona dramatycznym pościgiem za porywaczem lub z bardzo samotną Mayą, która dzięki zwierzakowi poznaje… męża. A nasz psiak próbuje nas zrozumieć oraz znaleźć sens życia.

byl_sobie_pies3

Zrealizowane jest to solidnie, bez jakiegoś wielkiego błysku, ale chyba nie o to chodziło. Hallstrom jest szczery, a niektóre refleksje naszego narratora (fantastyczny Josh Gad, w polskiej wersji – Marcin Dorociński) potrafią rozbawić jak z całowaniem (że niby pan naszego psa szukał w niej… pożywienia, a im bardziej się starał, tym bardziej nie znajdował) czy próba nauczenia kota bycia psem. W tle towarzyszy bardzo liryczna muzyka Rachel Portman, zdjęcia też wyglądają ładnie, a i aktorzy grają całkiem nieźle.

byl_sobie_pies4

„Był sobie pies” to proste, wzruszające kino familijne, adresowane do zdecydowanie młodego odbiorcy, który być może będzie chciał mieć swojego czworonoga. Ciepły, refleksyjny, ale w żaden sposób naiwny czy infantylny.

7/10

Radosław Ostrowski

Wojna płci

Rok 1972 to czas, kiedy w tenisie na topie była Billie Jean King – młoda (przed 30-tką) i ambitna kobieta, dla której ten sport jest jej największą miłością. Oprócz tego ma męża oraz parę koleżanek po fachu. Wszystko zaczyna się w momencie, gdy nasze panie postanawiają założyć WTA, ponieważ nie zgadzają się na nierówne płace (ośmiokrotnie mniejsze niż mężczyźni). Jednocześnie poznajemy niejakiego Bobby’ego Riggsa – kiedyś bardzo utytułowanego tenisisty, obecnie pracownika firmy oraz nałogowego hazardzisty. I to właśnie on proponuje zagranie meczu między nim a King. Kobieta jednak odmawia, ale kiedy obecna rakieta numer jeden (Margaret Court), przegrywa pojedynek z Riggsem, kobieta postanawia przyjąć wyzwanie.

wojna_plci1

„Wojna płci” to próba sklejenia poważnego tematu równouprawnienia w bardziej tragikomiczną konwencję. Zanim jednak dojdzie do przygotowań tego pojedynku, mającego zmienić oblicze świata (a to miał być tylko zwykły mecz), minie bardzo dużo czasu. Dokładniej, jakieś pół filmu. Po drodze zaczynamy coraz bardziej poznawać główne dramatis personae, ich motywacje, charaktery oraz problemy z jakimi muszą się zmierzyć. Z jednej strony to kwestia równouprawnienia (zarobki, szacunek) oraz walki – symbolicznej, ale jednak – z szowinizmem oraz seksizmem, z drugiej poczucie pustki, odnalezienie siebie na nowo i hazard. Tylko, ze z tych interesujących elementów powstał film – w najlepszym wypadku – bardzo letni.

wojna_plci2

Cała ta opowieść nie angażuje, oglądałem troszkę na zimno, a te najciekawsze wątki są ledwo liźnięte i miejscami wykorzystujące ulubione narzędzie filmowców, czyli łopatę (finałowa scena czy pyskówki między Billie a niejakim Jackiem Kramerem – wpływowym związkowcem tenisa). Do tego (jak w przypadku „Wielkich oczu”) jest troszkę za dużo błazenady ze strony Briggsa, co z jednej strony pasuje na zasadzie kontrastu między pajacującym Briggsem a wręcz śmiertelnie poważną Jean. Z drugiej strony jednak to osłabia siłę rażenia tego filmu, chociaż nie przekracza to granicy przesady jak w „Wielkich oczach”.

Pochwalić za to można odtworzenie klimatu oraz realiów lat 70. – te fryzury, te bardzo wyraziste stroje czy fragmenty imitujące relację telewizyjną pasują do tej epoki. To są też czasy, gdy pewne odchylenia za ogólnie przyjętych norm społecznych nie były akceptowane (ale to już minęło, prawda?), a kobiety nadal były traktowane jako osoby tylko do kuchni i łóżka, bo mają za słabą psychikę oraz nie radzą sobie z presją.

wojna_plci3

Jeśli coś potrafi skupić uwagę to główne role. Znakomita jest Emma Stone – kompletnie niepodobna do siebie (co jest zrozumiałe), ale idealnie weszła w skórę Billie Jean, która jest bardziej męska niż niejeden mężczyzna. Pewna siebie, twarda, nie pozwalająca sobą pomiatać, ale też i bardzo delikatna, zagubiona. A wszystko to pokazane bardzo delikatnie, powściągliwie, bez fajerwerków. Steve Carell zaś jako Briggs też jest świetny, dodając wiele humoru, ale jego motywacja jest nie do końca jasna. Naprawdę był „szowinistyczną świnią” czy to była tylko medialna kreacja znudzonego ryzykanta, próbującego na nowo zdobyć sławę? I stąd ten cały cyrk? To intryguje, a kilka scen (rozmowa z żoną czy wizyta u terapeuty zakończona zabawną puentą) pokazuje troszkę kogoś więcej niż tylko pajaca. Reszta postaci to tak naprawdę tylko tło, choć zapełnione znanymi twarzami jak Sarah Silverman (Gladys Heldman), Bill Pullman (Jack Kramer), Andrea Riseborough (fryzjerka Marilyn) czy Elisabeth Shue (żona Briggsa), których przyjemnie się ogląda.

wojna_plci4

„Wojna płci” miała potencjał na mocne kino z feministycznym zacięciem, ale zmarnowała go. Całość ratuje fantastyczne aktorstwo na pierwszym planie, klimat epoki oraz sceny finałowego pojedynku, okraszone dość dynamicznym montażem. Po twórcach „Małej Miss” liczyłem na coś więcej.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Pusty i głupi gest

Film jest próbą pokazania postaci Douga Kinneya. Nic wam nie mówi to nazwisko? A nazwa „National Lampoon”? to było w latach 70. najpopularniejsze czasopismo satyryczne, gdzie pisali ludzie kierowani przez Kinneya oraz kolegi ze studiów, Henry’ego Bearda. A wszystko to zaczęło wywracać amerykańską komedię do góry nogami.

pusty_i_glupi_gest2

Film Davida Waina wyprodukowany przez Netflixa jest oparta na biografii Kinneya. I muszę przyznać, że wreszcie udało się skleić dobry film. Nie jest to jednak stricte klasyczna biografia, tylko czysta komedia, gdzie znajomość postaci z tego okresu nie będzie stanowić żadnego problemu. Ale jednocześnie twórcy bawią się tą konwencją (obecność narratora, łamanie czwartej ściany, zabawa chronologię), co bardzo oddaje wywrotowy charakter naszego bohatera. Imponujące wrażenie robi droga od pierwszych tekstów na studiach, będących parodiami książek literatury aż po wielkie nakłady do realizacji pierwszych filmów („Menażeria”, „Golfiarze”) i nagłej śmierci. Wszystko to tworzy bardzo przyjemny koktajl, gdzie mamy masę absurdalnych pomysłów, zgrabnych żartów (szybko pokazywany spis rzeczy, które zmieniono względem prawdziwych wydarzeń), ale i zaskakująco gorzkich obserwacji. Bo reguły szołbiznesu są bardzo okrutne, a jeśli się nie wyrabiasz, to możesz wejść w ciemną stronę sławy: alkohol, narkotyki. Wtedy ceną może być poczucie wypalenia, ciągłe udowadnianie swojej wartości, wreszcie autodestrukcja i zagubienie.

pusty_i_glupi_gest1

Te dwa elementy, czyli komediowe żarty oraz wręcz egzystencjalny dramat są wygrywane bez cienia fałszu, nie doprowadzając do zaburzenia balansu. Można się przyczepić tego, że aktorzy nie są fizycznie podobni do postaci, w jakie się wcielają, ale nawet to zostaje obśmiane.

Twórcy parę razy zaskakują montażem (rozstanie Douga z pierwszą żoną w formie… komiksowych kadrów, sposób realizacji okładek), w tle grają piosenki z epoki. Wrażenie też robi scenografia (siedziba redakcji), kostiumy z epoki oraz fryzury, co bardzo pozwala wejść w klimat lat 70. i 80. Ale kiedy trzeba, film potrafi wejść w dramatyczne tony, chwytając za gardło.

pusty_i_glupi_gest3

Swoje też robi świetne aktorstwo. Największe wrażenie robi Will Forte (Doug) oraz Martin Mull (narrator, czyli starszy Doug). Z jednej strony Doug to inteligentny, sypiący bon-motami jak asem z rękawa, ale też to facet naznaczony rodzinną tragedią, nie spełniający oczekiwań rodziców. Ta dziwna mieszanka błyskotliwości z brakiem akceptacji ma zaskakującą siłę ognia, jakiej nikt się nie spodziewał. Na drugim, bardzo bogatym, planie wybija się kompletnie nie do poznania Domhnall Gleeson, czyli Henry Beard. Druga połówka składu założycielskiego, ma w sobie z jednej strony wiele luzu, dystansu, otwartości na pomysły, z drugiej jest tym bardziej odpowiedzialnym, mądrzejszym, opanowanym facetem. Razem z Forte aktor tworzy bardzo mocny duet. Z pań najbardziej wybija się Emma Rossum (druga partnerka Douga, Kathlyn Walker), dodając wiele powagi do całego filmu.

pusty_i_glupi_gest4

„Pusty i głupi gest” to zaskakująco dobra komedia oraz jedna z bardziej przełamujących schematów dla kina biograficznego, co nie jest częste. Dowcipne, ale i miejscami gorzkie kino pokazuje do czego może doprowadzić sława oraz chęć rozśmieszania ludzi.

7/10

Radosław Ostrowski

Kacperiada

W Polsce robienie filmów dla dzieci miało długie tradycje, lecz coś ostatnio brakuje tego typu produkcji. Sytuację próbuje zmienić serial „Kacperiada” według opowiadań Grzegorza Kasdepke. Każdy odcinek to osobna historia, a wszystko skupia się wokół Kacpra. A jakie przygody może mieć 6-letni chłopiec, mieszkający z matką – weterynarzem oraz ojcem, pisarzem? O dziwo, jest tego troszkę.

kacperiada1

Pierwszy dzień w szkole, jak mówić prawdę, by nie sprawić przykrości, zgubienie kluczy oraz opanowanie bałaganu, jak naprawić plac zabaw czy znalezienie pewnego skarbu. Wszystkie te opowieści są pokazane w sposób daleki od infantylności, nachalnego dydaktyzmu, ale zrobione z głową, ciepłem oraz bardzo niewymuszonym humorem. Spoiwem łączącym odcinki jest ulubiony bohater naszego protagonisty, czyli Muchomściciel („pół człowiek, pół mucha, pół mściciel”), będący parodią herosów filmów superbohaterskich. A jednocześnie to wszystko jest takie życiowe, problemy takie jak posiadanie nowych rzeczy (kalosze), kwestia listu do św. Mikołaja (tłumaczenie o elfiej poczcie – perełka), przyjaźni z dziewczyną, bycie królem imprezy oraz komunikacji z rodzicami – skąd my to wszystko znamy?

kacperiada2

Sama animacja to mieszanka prostej kreski z trójwymiarowymi postaciami. Wszystko to sprawia wrażenie ręcznie rysowanego tworu, który może spodobać się dzieciom. Nie jest on ani kiczowaty, ani monotonny kolorystycznie. Także muzyka sprawia wrażenie zrobionej przez dziecko, dodając lekkiego klimatu. Zrobione jest to naprawdę miło dla oka oraz ucha.

kacperiada3

Także aktorzy ze swoimi głosami stworzyli wyrazista postaci. Najbardziej w pamięć zapada Matylda Damięcka w roli tytułowej – brzmi ona jak chłopiec, co jest pewnym zaskoczeniem. Bywa zadziorny, uparty i ciekawy świata jak każdy dzieciak. Ale jeszcze lepszy jest Marcin Hycnar jako ojciec, mający w sobie wiele z dziecka, ale próbujący być dla swojego dziecka bardziej kumplem niż surowym ojcem. Jednak całość kradnie Grzegorz Pawlak w roli wszystkich postaci z kreskówki o Muchomścicielu – zarówno jako sympatyczny protagonista z lekko charakterystycznym „ł”, jak i bardzo zblazowany, jakby od niechcenia mówiący Magister ciemności oraz wiele drobnych postaci. Kompletnie nie do poznania.

kacperiada4

Mam nadzieję, że więcej osób zobaczy „Kacperiadę”, bo tak dobrej produkcji dla młodego widza po prostu nie było od dawna. Inteligentna, zabawna, szczera i bez nadmiernego moralizatorstwa. Szkoda, że to tylko 13 odcinków po niecałe 10 minut. Oby powstało więcej.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Mój staż w Kanadzie

Kanadyjska dzielnica Quebec. To tutaj pracuje obecnie deputowany Steve Guibord, kiedyś bardzo obiecujący hokeista, którego karierę złamała… awiofobia. Obecnie mieszka razem z żoną, która prowadzi leśną szkółkę oraz idącą na studia córką. Swoje biuro ma w sklepie z bielizną, a wszystko poznajemy z perspektywy stażysty z Haiti. I spokojne życie deputowane wywraca się do góry nogami, z powodu choroby jednej z posłanek, a Guibord musi zdecydować czy Kanada powinna interweniować zbrojnie. Niezdecydowany deputowany postanawia przeprowadzić konsultacje społeczne.

moj_staz_w_kanadzie1

Satyra polityczna to gatunek bardzo trudny do zrealizowania oraz dość popularny w świecie. Ale nie wśród polskich filmowców (ciekawe, dlaczego? Przecież kochamy politykę.). dlatego opowiem wam o tym kanadyjskim dziele Philippe’a Falardeau. Tym razem twórca „Pana Lazhara” opowiada o politycznym dylemacie, gdzie nasz bohater zaczyna lawirować. Problemy coraz bardziej się zaogniają, lokalni mieszkańcy bardziej dbają o swoje interesy (miejscowi Indianie, kierowcy, blokady). Ale konsultacje nie są wcale proste – widzimy manipulację, próby targów (miejsca pracy, propozycja objęcia urzędu ministra) oraz próby wybrnięcia z tego impasu. Poseł jest atakowany przez wszystkich: od lewa do prawa, a nawet jego zdjęcie jest wykorzystane przez pacyfistów. Wszystko jest zaskakująco trafne, miejscami nie pozbawione złośliwości oraz humoru (głównie sytuacyjnego). A do tego widzimy młodego, idealistycznego stażystę z Haiti, gdzie trwa gorączkowa dyskusja o tych wydarzeniach.

moj_staz_w_kanadzie2

Niby znamy te mechanizmy zwane polityką z nieczystymi, etycznymi zagrywkami, ale reżyser nie szydzi z bohatera, ale pokazuje jak podejmowanie takich decyzji nie jest wcale takie proste. Bo jak pogodzić interesy tak sprzeczne ze sobą: rynki pracy, weterani, Indianie. Cokolwiek zrobi nasz bohater (poczciwy Patrick Huard), będzie źle, ale szybko udaje się zdobyć sympatię tego sympatycznego polityka. Jego rozmowy ze stażystą, Souvenirem Pascalem (świetny Irdens Exantus), pełnym ideałów, podniecenia oraz cytowania klasyków filozofii mają w sobie prawdziwy ogień.

moj_staz_w_kanadzie3

Z jednej strony to lekkie, dowcipne kino polityczne, z drugiej nie pozbawione trafnych obserwacji mechaniki władzy. Zakończenie sugeruje ciąg dalszy, którego nie mogę się doczekać. Ciekawe, jak by to wyglądało w Polsce.

7/10

Radosław Ostrowski

Thor: Ragnarok

Pamiętacie Thora? To taki koleś, który rzuca swoim młotem, robi rozpierduchę i zawsze pakuje się w jakieś tarapaty. Najczęściej przez swojego braciszka, Lokiego, który czuje się niedoceniony albo chce mieć władzę nad Asgardem. Ale tym razem Thor ma dużo, dużo większy problem, bo przychodzi siostrzyczka, o której istnieniu braciszkowie nie wiedzieli. Hela to bogini śmierci, która robi rozpierduchę, niszczy młot Thora, a sam bóg piorunów wypada z gry.

thor31

Poprzednie części Thora były troszkę bardziej poważne, mroczne i ciężkie, a jedynka wręcz szekspirowski. Ale tym razem postanowiono zatrudnić nowozelandzkiego wariata, czyli Taikę Waititi. Niezależny filmowiec i Marvel? To brzmi jak szaleństwo, ale efekt jest bardzo interesujący. „Ragnarok” jest komedią, która mogłaby śmiało postawić na półce obok… „Strażników Galaktyki”. Jest znacznie więcej humoru niż można by się było spodziewać. Czuć to już na samym początku, gdy nasz heros zostaje uwięziony, a potem dzieje się cyrk. Loki podszywający się za Odyna, Heimdall zostaje wygnany, Hela jest prawdziwą twardzielką, a rozgardiasz panuje ogromny. Do tego Thor jeszcze trafia na arenę gladiatorów i niczym Spartakus musi powalczyć o swoją wolność. I tak jak poprzednie część, to dalej historia dojrzewania tego łobuza w odpowiedzialnego przywódcę, mierzącego się z kłamstwami oraz rodzinnymi tajemnicami.

thor32

A w tle tego wszystkiego ma dojść do Ragnarok, czyli mitycznego końca świata oraz totalnego wysadzenia Asgardu w pizdu. Wizualnie jest na bogato, wali kolorami po oczach, a kilka scen (retrospekcja, gdzie wojska Walhalii walczyły z Helą) jest wręcz malarskich. Wszystkie poważniejsze wątki są rozładowywane poczuciem humoru (postać lekko tępego Skurge’a, który zmienia stanowisko jak chorągiewki czy wszystko z dr Strange’m), włącznie z całym wątkiem wokół Arcymistrza i pojedynków na arenie. Tutaj dochodzi do decydujących wydarzeń, jest nawet wiele rzeczy z buddy movie, trochę mroku (ale nie za dużo), polane kiczem z muzyką a’la lata 80. na czele. A finał jest wręcz spektakularny, czyli typowy dla Marvela (sceny po napisach sugerują, że Thor zmierzy się z Thanosem).

thor33

Wreszcie znalazł się w tej postaci Chris Hemsworth, dodając bardzo dużo luzu oraz dystansu wobec tej postaci. Nie brzmi tak podniośle i jest bardziej ludzki niż boski (narcyz, złośliwiec, dbający o reputację), co jest dla mnie największym plusem. Charakteru za to nie stracił Loki (życiówka Toma Hiddlestone’a), który nadal jest takim cwaniakiem, działającym na dwa fronty. I wreszcie jest charakterny łotr, znaczy się łotrzyca w postaci Heli (cudowna Cate Blanchett), planująca się odegrać za dawne winy. Ale film za to kradnie fantastyczny Jeff Goldblum jako troszkę elokwentny, cwany, podstępny i złośliwy Arcymistrz oraz sam reżyser jako kamienny wojownik Korg.

thor34

Chociaż początek jest dość powolny i spokojny, „Ragnarok” nabiera rozpędu doprowadzając do ekstremum. Człowiek-Młot nabiera nowych mocy i jest jeszcze bardziej niebezpieczny niż się można spodziewać. Nie wiem, co tym razem wymyślą twórcy MCU z Thorem, ale czekam na to.

8/10

Radosław Ostrowski

Strażnicy Galaktyki vol. 2

Pamiętacie taką bandę niby herosów zwaną „Strażnikami Galaktyki”? Wydawałoby się, że po wydarzeniach z pierwszej części, będą mieli choć troszkę wolnego. Ale już na początku muszą ochronić bardzo potężne bateryjki od obrażalskich i strasznie napuszonych Złotoczubków. Wszystko byłoby fajnie, gdyby nie wredny Rocket, który musiał – po prostu MUSIAŁ – podwędzić te baterie. Uciekając przed nimi trafiają na niejakiego Ego, co okazuje się być… ojcem Petera Quilla. Napatoczy się jeszcze Nebula, stary ziom Yondu i… znowu trzeba ratować Galaktykę.

straznicy_galaktyki_21

James Gunn znowu wsiada za stery tej wariackiej przygodowej komedii w duchu Kina Nowej Przygody. Nadal w tle leci muza z lat 70. i 80., jest rozmach space opery a’la „Gwiezdne wojny”, przenoszenie się z miejsca na miejsce, wybuchy, strzelaniny. Może i fabuła jest dość pretekstowa, gdzie powoli zaczynamy odkrywać kolejne elementy układanki, przez co na początku można poczuć się zdezorientowanym. Akcja zasuwa z szybkością pędzącej rakiety, eksplozje są jeszcze bardziej widowiskowe, rozpierducha jest epicka, a strona wizualna maksymalnie kiczowata, nasycona kolorami. Innymi słowy, jest na bogato.

straznicy_galaktyki_22

Jednocześnie Gunn poza śmieszkowaniem i rzucaniem popkulturowych aluzji, kawałów oraz wizją świata tak nieprawdopodobną, ze głowa mała bardziej skupia się na interakcji między bohaterami. Próby naprawy rodzinnych więzi (Star-Lord i Ego, Gamora i Nebula) oraz tych przyjacielskich (Strażnicy) zmuszają do pewnych refleksji, konfrontacji z samym sobą (relacja między Rocketem a Yondu) oraz bardziej rozbudowane tło bohaterów czyni ten film znacznie bardziej interesującym od poprzednika. Zaczyna zależeć nam na tych bohaterach, którzy zaczynają przepracowywać pewne traumy: poczucie odrzucenia, strata najbliższych, rywalizacja między rodzeństwem.

straznicy_galaktyki_23

Druga część nie jest tak mocno powiązana z resztą MCU, co dla mnie jest bardzo dużym plusem, ale dopiero w połowie zaczyna się krystalizować cała historia. Oczywiście, finał to troszkę potyczka dwóch nieśmiertelnych (do pewnego momentu) facetów, następuje kumulacja rozwałki w niemal spektakularnym stylu, podkręcone miejscami absurdalnym humorem, ale to jest zrobione z takim sercem, że trudno przejść obojętnie (mimo powtarzania niektórych gagów). A ostatnia scena (przed napisami, bo po napisach jest ich kilka) jest wręcz wzruszająca.

straznicy_galaktyki_24

Aktorzy lepiej czują swoje postacie i troszkę poważniej je rysują. Nawet ten cwaniak Star Lord (Chris Pratt), którego początkowo mógłbym uznać za nieślubnego syna Hana Solo, próbuje rozgryźć to, kim jest, skąd się wziął i jest to wygrywane bez fałszu. Podobnie jak próba stworzenia związku z Gamorą (świetna Zoe Saldana – jedyna myśląca w tej ekipie). Świetny jest też Kurt Russell jako Ego – ojciec-planeta (wiem, jak to dziwnie brzmi) bardzo zgrabnie balansuje między powagą, luzem i grozą. Podobnie furiacko-bezczelny Rocket (głos Bradley Coopera fantastycznie pasuje), skrywający w sobie nieufność, niedowartościowanie oraz odtrącanie innych. Dla mnie jednak film bezczelnie kradnie Drax (życiowa rola Dave’a Bautisty), mieszającego prostolinijność z sucharowymi żartami (ten jego śmiech) i pewnego rodzaju skromnością oraz Yondu (świetny Michael Rooker), czyli największy kozak w tej wersji Galaktyki, też posiadający głębszą historię i nową płetwę na punka. Jest jeszcze wiele ciekawszych ról oraz barwnych epizodów, ale te odkryjcie sami podczas seansu.

Pierwsza część to była dla mnie bezpretensjonalna rozrywka na granicy pastiszu space oper. Dwójka jest nadal świetną zabawą, z bardziej wyrazistymi oraz rozbudowanymi portretami psychologicznymi. Relacje są bardzo przekonujące, mimo sporej dawki humoru i luzu. Czekam na kolejne przygody tych bohaterów mimo woli.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Król polki

Jest rok 1990, kiedy Polska od niedawna stała się w pełni niepodległym krajem. Ale nie o tym opowiada ten film, lecz o pewnym imigrancie z kraju nad Wisłą, co chciał spełnić amerykański sen. Kimś takim jest Jan Lewan – właściciel sklepu z pamiątkami oraz szefem orkiestry, specjalizującej się w polce. Wszystko idzie dość powoli, są długi i małe zyski, aż w końcu wpada na pewien prosty pomysł – inwestowanie w niego, a w zamian 12% zysków.

krol_polki1

Netflix po raz kolejny przedstawić interesującą fabułę, która potrafi parę razy zaskoczyć. Tym razem jest to prawdziwa historia finansowego przekrętu zrealizowanego przez Polaka. I są typowe dla naszego kraju elementy jak wódka, bursztyn, stroje ludowe czy kiełbasa. Wszystko to, co widzimy wydaje się wręcz nieprawdopodobne, kolejny raz mając na celu piętnowanie ludzkiej chciwości. Wszelkie próby wyjścia na czysto z tarapatów wydają się szalone – trasy koncertowe, płyty, radio, telewizja, wreszcie wycieczki do Watykanu oraz wybory Miss Pensylwanii. Ale w końcu to wszystko musiało doprowadzić do katastrofy, jednak to wszystko potraktowano w sposób dość lekki, wręcz komediowy. Być może dlatego te bardziej dramatyczne akcenty nie wybrzmiewają z taką mocą, jak powinny (wypadek autobusu z zespołem czy wredna teściowa), jednak reżyserka woli pokazywać naszego bohatera z sympatią, życzliwością niż wrogością.

krol_polki2

To wszystko nie byłoby tak sympatyczną produkcją, gdyby nie tytułowy bohater grany przez świetnego Jacka Blacka. Aktor bardzo przekonująco pokazuje bohatera jako człowieka chcącego odnieść duży sukces i osiągnięcia swojego amerykańskiego snu. Jednak trudno pochwalić metodę opartą na tworzeniu piramidy finansowej. Paradoksalnie jednak kibicowałem temu człowiekowi, licząc na wykaraskanie się z tarapatów. Black zdominował cały film, chociaż drugi plan pod wodzą Jacki Weaver (twardo stąpająca po ziemi teściowa) oraz Jasona Schwartzmana (klarnecista Mickey) ma swoje chwile chwały.

krol_polki3

„Król polki” na pewno nie do końca wykorzystuje potencjał opowieści o „poczciwym” krętaczu, próbującemu osiągnąć sukces. To sympatyczne, lekkie i czasami zaskakujące losy człowieka, aż wprawiające w zakłopotanie. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że troszkę ten bohater został wybielony i pewne rzeczy przemilczano. Z drugiej strony, jak nie polubić Lewana?

6/10

Radosław Ostrowski

Stacja kosmiczna ’76

Kosmos zawsze interesował ludzi, bo tam działy się zawsze rzeczy nie stworzone. Ale parę lat temu pewien reżyser postanowił zrobić film SF w stylu retro. Tak bardzo retro, że pokazuje  komputery jako duże, wręcz OGROMNE maszyny zajmujące cały pokój, pomieszczenia były wręcz sterylnie białe, a statki kosmiczne niemal żywcem przypominają te z „2001: Odysei kosmicznej”.

stacja_kosmiczna1

Nakręcona przez Jacka Plotnicka „Stacja kosmiczna 76” jest pastiszem kina SF z lat 70., co widać i słychać od samego początku. Nawet świadomie tandetne efekty specjalne (wygląd asteroidów, ręcznie rysowane sylwetki planet) są elementem wizji reżysera, który opowiada o załodze pewnej stacji gdzieś w nieodgadnionym kosmosie. Sama fabuła jest bardzo pretekstowa, a punktem wyjścia jest przybycie nowej asystentki kapitana Glenna. Niby zapowiadana jako komedia, „Stacja” bardziej jest gorzką obserwacją samotności, niedostosowania oraz duszenia się w relacjach międzyludzkich. Mamy dowódcę, który ukrywa swój homoseksualizm, toksyczny związek mechanika z nadużywającą valium kobietą (mają razem dziecko – Słoneczko) czy małżonków trzymających zamrożoną… teściową. To bardzo smutny film, gdzie najważniejsza jest interakcja, odkrywanie kolejnych tajemnic oraz prób radzenia sobie przez postacie. Nawet pozwala się na odrobinę delikatnego humoru, niepozbawionego lekkiej ironii, jednak twórcy traktują swoje postacie z sympatią, bez szyderstwa czy kpiny.

stacja_kosmiczna2

Tylko, że nie jest to humor dla wszystkich i nawet mnie zdarzało się przynudzić, bo nie jest łatwo wejść w ten dziwaczny klimat. Parę razy się odbijałem, jakbym oglądał program, w którym ktoś notorycznie pali najlepsze dowcipy. Nawet fajnie grający aktorzy pod wodzą zaskakująco sztywnego Patricka Wilsona na czele nie zawsze będą w stanie przekonać, chociaż te rozedrgane, skrywane emocje potrafią nawet poruszyć.

stacja_kosmiczna3

Dziwne to kino, któremu warto dać szansę, by sprawdzić z czym to się je. Takiego retro filmu SF nie trafia się zbyt często, co może być dość odświeżającym i ciekawym doświadczeniem.

6/10

Radosław Ostrowski