Pani z przedszkola

Głównym bohaterem jest Krzysztof Myśliwski – pisarz, który ma jeden bardzo, bardzo poważny problem, a mianowicie nie staje mu wiadomy organ. Dlatego idzie do psychiatry, z którym cofa się do źródeł przyczyny zastanej sytuacji. Trafiamy do lat 60., gdy mały Krzyś bał się ludzi i nie chciał iść do przedszkola. Dlatego szedł razem z mamą i wtedy pojawiła się pani Karolina – młoda i atrakcyjna pani przedszkolanka, który wywróci ich życie do góry nogami.

pani_z_przedszkola1

Marcin Krzyształowicz sławę osiągnął znakomitej „Obławie”, ale tym razem postanowił zrobić lżejszy i przyjemniejszy film. „Komedię jakiej nie było” – jak zapowiada dystrybutor. I rzeczywiście, czegoś takiego nie widziałem. Zamiast śmiechu byłem smutny i przygnębiony jak główny bohater, a punkt wyjścia jest żenujący. Dalej jest po prostu nierówno, nie śmiesznie (z dwoma wyjątkami) i po prostu idiotycznie. Miesza się tutaj wszystko – epoki, miejsca, rzeczywistości (pojawia się nawet komiksowa wstawka – pozbawiona sensu), wywołując całkowity mętlik, że tak naprawdę nie wiemy i nie chcemy wiedzieć, co się dzieje na ekranie. I nic, nie robiło na mnie wrażenia, poza tym jak można spieprzyć tak – wydawałoby się – prostą historię. Nie pomaga tutaj ani dobrze zrobiona scenografia oraz kostiumy, oddająca ducha czasów PRL-u, ani przyzwoite zdjęcia. Jak na komedię jest to zbyt poważne kino, które tak naprawdę pada ofiarą dystrybutora.

pani_z_przedszkola2

Reżysera nie jest w stanie uratować znana i gwiazdorska obsada, ale nie dlatego, ze zadanie ich przerosło, tylko z powodu jakości materiału. Zarówno Agata Kulesza, jak i Adam Woronowicz w rolach rodziców, którzy nadają na różnych falach nie do końca są przekonujący. Drugim irytującym elementem jest narracja z offu – nadęta, intelektualna i sprawiająca wrażenie na siłę lekkiej (głos Cezarego Morawskiego tez robi swoje in minus). Łukasz Simlat ograniczony jest do roli „ciała” swojego bohatera. Częściowo sytuację ratuje brawurowa Krystyna Janda w roli twardej babci, która życie dobrze zna i ma kilka scen. To samo można powiedzieć o Marianie Dziędzielu jako terapeucie, ale na tym plusy się kończą.

„Pani z przedszkola” to niestety, nieudolna i mało zabawny film komediowopodobny. Pewnie wielu widzów zobaczy troszkę więcej niż ja, ale na mnie to nie działa. Kompletna żenada i strata czasu. Oj, nie mam ostatnio dobrej ręki do polskich filmów. I będę musiał coś z tym zrobić, choć na pewno nie będzie to wizyta u terapeuty.

pani_z_przedszkola5

3/10

Radosław Ostrowski

Postrach nocy

Horror to gatunek z tradycjami tak długimi, że mało kto je tak pamięta. Pytanie czy można wymyślić coś nowego w tego typu historii, jeśli sięgniemy po tak klasycznego przedstawiciela grozy jak wampira? O dziwo się da, co pokazał w 1985 roku Tom Holland, reżyser znany jako twórca  laleczki Chucky.

postrach_nocy1

Poznajcie Charliego Brewstera – młodego chłopaka, który lubi namiętnie oglądać horrory, ale jeszcze bardziej lubi koleżankę ze szkoły, Amy. Ale dziewczyna nie należy do „łatwych” – innymi słowy, zawsze kończyło się na całowaniu. Do miasteczka, gdzie mieszka nasz bohater wprowadza się nowy sąsiad, niejaki Jerry. W tym samym czasie dochodzi do serii morderstw młodych kobiet, a Charlie przypadkowo dokonuje szokującego ukrycia – jego sąsiad jest wampirem. Tylko jest jeden mały problem: nikt mu nie wierzy.

postrach_nocy2

W zasadzie film z jednej strony trzyma się konwencji klasycznego horroru, z drugiej zaś uwspółcześnia go, stając się pastiszem. Jest wszystko, co w ikonografii wampirycznej być powinno – kły, pazury, trumna i zamiłowanie do krwi. A że wampiry jeszcze mają siłę uwodzenia, to czyni sprawy skomplikowanymi. Z dzisiejszej perspektywy, film Hollanda nie wywołuje takiego przerażenia jak w dniu premiery, jednak jest tutaj kilka klimatycznych zdjęć jak nocna ucieczka „Szajby” za Jerrym czy sekwencja w dyskotece (tutaj jest też napięcie erotyczne). Swoje robi także elektroniczna muzyka oraz trzymającą w napięciu finałowa konfrontacja (z przyzwoitymi efektami specjalnymi) z obowiązkowym finałem w piwnicy.

postrach_nocy3

Nieźle w tą konwencję wpisują się też aktorzy. Najbardziej wybija się demoniczny i charyzmatyczny Chris Sarandon, czyli wampir Jerry oraz Roddy McDowell jako aktor Peter Vincent, będący parodią profesora van Helsinga, tylko w wydaniu tchórzliwym. Młodzi aktorzy wypadają przyzwoicie, zwłaszcza neurotyczny William Ragsdale grający główną rolę.

postrach_nocy4

Jako horror nie do końca sprawdza, jednak pozostaje całkiem niezłym pastiszem. Podobnie jak remake sprzed 4 lat z Colinem Farrellem i Davidem Tennantem.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Francuski minister

Arthur Vlamick jest młodym i ambitnym japiszonem, który dostaje posadę u samego szefa dyplomacji, ministra Alexandre’a Taillarda de Vormsa. Jego zadaniem jest pisanie przemówień dla ministra, co nie jest wcale takie proste.

francuski_minister1

Polityka zawsze była celem satyry, także tej filmowej. Nowe dzieło francuskiego mistrza, Bertranda Taverniera oparte jest na komiksie z 2010 roku, gdzie szyderczo pokazano działania dyplomacji francuskiej. Cała intryga skupia się na przygotowaniu przemówienia dla ministra na szczycie ONZ. Jednak problemem staje się temperament ministra, którego myśli pozostają zagadką dla wszystkich, a jego obecność wywołuje jeszcze większy chaos (widać to m.in. latającymi kartkami, gdy wchodzi). Jakby tego było mało, dzieją się różne trudne rzeczy – kryzysy zagraniczne, porwania, konflikty w Afryce. Na wszystko musi być przygotowana mowa, pytanie, notatka itp. Jednak żaden minister nie jest tak zmienny jak de Worms. Reżyser punktuje absurdy biurokratyzacji, zabawy w podchody i niesnaski personalne – dodatkowo całość okraszona jest cytatami z Heraklita, nakręcającymi absurdalność całej sytuacji.  I jak tu w ogóle pracować, funkcjonować i oddychać? Problemem może być zbyt pora liczba absurdów na ekranie oraz słowny humor, ale Tavernier trzyma rękę na pulsie i jest w stanie mieszać powagę z groteską.

francuski_minister2

Do tego jeszcze ma brawurowego Thierry Lhermitte’a. De Worms (mocno wzorowany na Dominique’u de Villepinie – szefie MSZ w latach 2002-2004) sprawia wrażenie pewnego siebie, inteligentnego polityka, jednak tak naprawdę jest lubiącym skupiać na siebie uwagę, niekompetentnym idiotą, którego gadulstwo jest nieznośne (rozmowa z noblistką, Molly Hutchinson tylko to potwierdza), a ważniejsze poza czytaniem jest używanie markerów w książkach. Równie dobry jest Raphael Personnaz jako Vlamick – inteligentny i ambitny w zderzeniu z chaosem politycznym sprawia wrażenie bezradnego i słabego człowieka. Mimo słabości, podejmuje walkę z wiatrakami i potrafi wzbudzić sympatię. Nawet pomoc pragmatycznego i opanowanego Claude’a Maupasa (świetny Niels Arestrup) okazuje się niewystarczająca.

francuski_minister3

„Francuski minister” jest inteligentną oraz ciętą satyrą polityczną, która jest zrozumiała nie tylko dla mieszkańców Żabolandii. Tylko trzeba dać szansę. Chociaż, czy politycy zasługują na drugą szansę?

7/10

Radosław Ostrowski

Seks według Eda

Ed Cole chce podjąć pracę jako nauczyciel, jednak problemem jest brak wolnych miejsc. Dlatego Ed dorabia sobie w sklepie z ptysiami i tym podobnymi słodkościami. W końcu idąc do związku nauczycielstwa (a raczej ich amerykańskiego odpowiednika), udaje się dostać posadę w szkole, do której uczęszczają mniejszości (czarni i Latynosi), gdzie Ed ma uczyć podczas zajęć dodatkowych. Pod wpływem incydentu, mężczyzna decyduje się na wychowanie seksualne.

sex_ed1

Komedia z seksem? To jest zawsze niebezpieczne połączenie, które zazwyczaj kojarzy się z rynsztokiem, wulgarnością, co jest nieuniknione. Reżyser próbuje sięgnąć po ten temat i chce, by było zabawnie. Najlepszy dowcip jest taki, że to działa, mimo pewnych pikantnych sytuacji (zobaczenie swoich najlepszych kumpli – kobietę i faceta razem, w łóżku czy skorzystanie z usług profesjonalistki, który okazuje się facetem) oraz dość balansującego na granicy smaku gagów (pytania dzieci o sprawach seksu – niektóre rozbrajająco poniżej pasa), ale jestem zaskakująco zadowolony z seansu. Zdecydowanie nie jest to film dla młodego widza. Nie brakuje kilku obyczajowych obserwacji oraz pokrzepienia osób mających problem ze spełnieniem, jednak nie należy tego traktować jako przewodnika po seksie. Samej golizny tutaj nie ma, a kilka razy zdarzyło się zaśmiać. Nie jest to jednak poziom specjalnie wielki, tylko propozycja w sam raz na rozluźnienie po cięższym dniu.

sex_ed2

Jednak to wszystko nie zagrałoby, gdyby nie grający główną rolę Haley Joel Osment. Jako chłopiec widział martwych w „Szóstym zmyśle”. Gdy dorósł, stał się pulchny i w tym filmie gra troszkę ciapowatego prawiczka, który ma uczyć seksu. Brzmi jak popis kaskaderski, ale to zaskakująco dobrze działa i nie czuć w tym fałszu. Równie naturalnie wypadli młodzi aktorzy, mianowicie dzieci – rozbrajająco śmieszne. No i jeszcze jest bardzo apetyczna Lorenza Izzo (Pilar, siostra jednego z uczniów), która dodaje walorów wizualnych, że się tak wyrażę, a także rozbrajający Matt Walsh (Washout z amerykańskiego ZNP).

sex_ed3

Jak wspomniałem, „Seks według Eda” to nie jest film, który wywoła wstrząs światopoglądowy, odmieni oblicze świata czy doprowadzi do przyśpieszenia badań nad Parkinsonem. Wątpię tez, by spopularyzował pigułkę „dzień po”. Wiedzy na temat seksu też nie poszerzy, ale całkiem miło spędziłem czas.

5,5/10

Radosław Ostrowski

Wywiad ze Słońcem Narodu

Korea Północna jak wszyscy wiemy jest krajem pełny spokoju i ładu. Wszyscy mieszkańcy są tam szczęśliwi, nie ma głodu i nędzy, mimo sankcji ze strony zgniłego Zachodu. A po co im bron nuklearna? Oczywiście po to, żeby się bronić. I właśnie do tego kraju przybywa niejaki Dave Skylark – prowadzący satyryczny program telewizyjny „Wieczór ze Skylarkiem” oraz jego producent Aaron Rapaport. W sprawę angażuje się CIA, żeby wykorzystać sytuację do usunięcia Kim Dzong Una.

slonce_narodu2

Ten film stał się głośny, jeszcze zanim pojawił się w kinowej dystrybucji, a wszystko z powodu domniemanego ataku hakerów z Korei Północnej, którzy włamali się do serwerów dystrybutora filmu, Sony Pictures Entertainment. Jednak bardziej pachnie to wszystko pomysłową kampanią promocyjną wynikająca raczej z wątpliwej jakości dzieła Evana Goldberga i Setha Rogena. Jak jest naprawdę? Prawda jest raczej po środku, ale jedno jest pewne – „Wywiad” jest bardzo specyficzną komedią, która nie jest dla każdego. Poza zabawą popkulturą i szyderstwem z gwiazd szołbiznesu (rozmowa z Eminemem, który przyznaje się do homoseksualizmu), twórcy w krzywym zwierciadle pokazują przywódcę Korei Północnej. Owszem, bywa porywczy i nie boi się użyć siły, ale też bardzo lubi grać w kosza, słuchać Katy Perry i ma ciągoty gejowskie, pozostając sprytnym manipulatorem. Twórcy jednocześnie starają ubrać się całość w konwencję pastiszu kina szpiegowskiego, gdzie zamiast agenta 007 mamy dwóch geeków, kompletnie nieudolnych (szkolenie CIA – jedna z najzabawniejszych scen), jednak jakiś cudem potrafią wyjść z każdej niezręcznej sytuacji.

slonce_narodu1

Poczucie humoru jest jak już wspomniałem specyficzne – poza zgrywą z przywódcy Korei i gwiazd szołbiznesu USA, zdarzają się momenty na granicy dobrego smaku (odgryzanie ręki czy zabezpieczenie przesyłki od CIA za pomocą wsadzenia go w… odbyt), ale bilans zaskakująco wychodzi na plus. W końcu, filmowcy mogli pokazać ciemne strony Korei (głodujących, obozy koncentracyjne), jednak aż tak daleko Goldberg z Rogenem nie idą, jednocześnie czasami jadą po bandzie (scena wywiadu oraz strzelanina tuż po).

slonce_narodu3

Największym atutem tego wariactwa jest chemia między grającymi główne role Jamesem Franco i Sethem Rogenem. Obaj tworzą dość pokręcony duet dwóch pajaców, mających w głównie oglądalność, wyrywanie lasek – innymi słowy to ostatni ludzie na Ziemi, którzy mogliby dokonać zamachu na dyktatora. Duet potrafi też wygrać także kloaczny humor, co też jest zaletą. Na drugim planie najbardziej błyszczy Russell Park jako koreański przywódca. Kim nie jest tutaj demonicznym przywódcą, tylko zmuszonym do grania twardego i nieustępliwego słabeuszem, kreowanym na Boga. Na szczerość pozwala sobie tylko w sytuacji sam na sam ze Skylarkiem, chociaż tego nie można być pewnym na 100%.

slonce_narodu4

Powiem krótko: z dużej chmury jest mały deszcz, bo „Wywiad…” nie jest aż tak szkodliwy wobec Kima jak mogło by się to wydawać, ani tak słaby, by użyć tej dość nietypowej metody promocji. To całkiem niezła komedia, choć trzeba naprawdę dużej tolerancji na głupotę, by ją przełknąć i się bawić. Uważajcie tylko.

6/10

Radosław Ostrowski

Martwica mózgu

Jest rok 1958. W Nowej Zelandii mieszka zdominowany przez matkę, niezdarny Lionel. Chłopak zakochuje się w ekspedientce ze sklepu, Paquicie, a raczej ona w nim pod wpływem swojej matki-wróżbitki. Jednak matka Lionela zaczyna szpiegować parę. Gdy pojawiają się w zoo, matka zostaje pogryziona przez małposzczura. Od tej wypadki toczą się błyskawicznie, gdyż kobieta zmienia się w zombie.

martwica1

Peter Jackson kojarzony jest dzisiaj ze stworzeniem kinowego Śródziemia, bazując na powieściach Tolkiena. Jednak zanim do tego doszło, w 1992 roku nakręcił pokręcony i strasznie krwisty komedio-horror. Efekt? Makabra, miłość, czarny humor, zombie, talizmany oraz hektolitry krwi – ta mieszanka nie dla wszystkich może zadziałać. Cel jest dość prosty – trzeba zrobić wszystko, by zombiaki nie opuściły domu, bo wtedy będzie niewesoło. Jak pokonać żywego trupa, gdy nie mamy żadnych broni palnych? Nie pomaga zakopanie, lekarstwa, trucizna ani ciosy karate. A jak zostaniesz pogryziony, będziesz jednym z nich. Jackson bierze z klasyków kina grozy, jednak polewa to tak duża ilością krwi, że osoby o słabszych żołądkach mogą tego nie wytrzymać (zwłaszcza finału). Wielkie wrażenie robi tutaj charakteryzacja – wygląd zombie wywołuje obrzydzenie i niechęć, a metody zabijania mogą wywoływać śmiech (hurtowa likwidacja za pomocą noży czy starcie na cmentarzu z księdzem-karateką).

martwica2

Tak naprawdę film Jacksona jest opowieścią o miłości oraz próbie wyrwania się spod wpływu zazdrosnej matki. To tak naprawdę przez jej wścibstwo i próbę kontroli dochodzi do całej lawiny krwawych i zabawnych scen (pogrzeb), gdzie reżyser idzie po bandzie. Jeśli nie boicie się hurtowej ilości krwi, powyjmowanych kończyn oraz zombie seksu, to jesteście w domu. Dodajmy do tego przyzwoite aktorstwo oraz wręcz rzeźnickie zakończenie, a otrzymamy pokręcony i szalony komedio-horror. Ja się bawiłem całkiem nieźle, ale ostrzegam – nie jest to produkcja dla każdego.

martwica3

6/10

Radosław Ostrowski

Mroczne cienie

XVIII-wieczny Liverpool. Tam do Ameryki wpłynął ród Collinsów, gdzie założył własne miasto i zbudował morskie imperium. Ich syn, Barnabas przejmuje interesy, jednak jego szczęśliwy los, odwraca się od niego. A to z powodu Angelique – służącej, w której się zakochał i złamał jej serce. Nie przewidział jednak, że kobieta jest wiedźmą i rzuciła klątwę na cały jego ród. Barnabas zostaje przemieniony w wampira i zakopany żywcem w trumnie. Przypadkowo zostaje odnaleziony po niemal 200 latach i próbuje przystosować się do nowych czasów, a także przywrócić blask swojej dawnej fortunie.

mroczne_cienie1

Tim Burton przez ostatnie lata raczej prezentuje zniżkę formy, zachwycając jedynie stroną wizualną. Tym razem postanowił przenieść na ekran koncepcje ze starego (i popularnego w USA) serialu z lat 60., gdzie do rodziny trafia dawny przodek-wampir. Problemem „Mrocznych cieni” jest tak naprawdę w jakim tonie ma być utrzymana cała historia. Bo niby to horror, niby komedia (czasami pikantna), niby kino familijne – miesza się wszelkie konwencje, ale żadna z nich nie zostaje wygrana do samego końca. Jako horror ma mroczny klimat (stylowe zdjęcia Bruno Delbonnela – zwłaszcza nocne ujęcia w lesie) i imponującą scenografię domostwa Collinsów, jednak nie trzyma w napięciu, nie strasząc. Największym źródłem humoru jest zderzenie XVIII-wiecznej mentalności i języka Barnabasa do realiów lat 70., choć dalej bywa różnie z poziomem żartów. Sama intryga dość wolno się wlecze i idzie w przewidywalnym kierunku (konfrontacji wampira z wiedźmą), a finał tylko połowicznie zadowala.

mroczne_cienie2

Reżyser zmierza w oczywistym kierunku oraz rozpoznawalnym stylu, jednak coraz bardziej czuć zmęczenie materiałem – przewijają się tu sprawdzone motywy (szaleństwo, odmienność), jak i bardziej kojarzony z produkcjami Wesa Andersona portret dysfunkcyjnej rodziny. Wszystko to już znam z innych filmów Burtona i zwyczajnie brakuje tutaj czegoś świeżego, oryginalnego oraz po prostu dobrego.

mroczne_cienie3

Sytuacji nawet nie ratuje przyzwoite aktorstwo. Etatowy współpracownik Burtona, Johnny Depp powoli zaczyna skręcać w stronę autoparodii, wygląda groteskowo (chyba tak miało być), a zmanierowany głos arystokraty wywoływał irytację. Podobnie wypadła Helena Bohnam Carter, tym razem jednak na drugim planie jako dr Hoffman. Najjaśniejszym blaskiem błyszczy Eva Green jako klasyczna femme fatale – apetyczna, seksowna i przebiegła Angelique, która sieje strach. Kontrastem dla niej jest głowa rodziny Collinsów, Elizabeth. Grająca ją Michelle Pfeiffer jest jednocześnie łagodna, ale i twardo stąpająca po ziemi kobieta walcząca o swoje.

mroczne_cienie4

Kryzys coraz bardziej dosięga Burtona, a „Mroczne cienie” tylko potwierdzają słabszą dyspozycję Amerykanina. Trudno powiedzieć, czy reżyser przełamie brak weny, ale rzeczywiście cień nad nim jest wielki i nie wiadomo jak dalej potoczy się kariera tego zdolnego reżysera.

6/10

Radosław Ostrowski

Tusk

UWAGA!

Tekst zawiera spojlery.

Z czym wam się kojarzy Kanada? Ze spokojem, nudą, Winnipeg oraz tym, że są w przeciwieństwie do Amerykanów jakieś 10 lat do tyłu (kto oglądał „Jak widziałem wasza matkę”, wie o czym mówię). A także z tego, że jest tam spora banda idiotów. Ich przedstawiają dwaj prezenterzy radia internetowego – Teddy i Wallace z Non-See Party. Ten drugi wyrusza do kanady, by przeprowadzić wywiad z internetową gwiazdą, jednak na miejscu okazuje się, że osobnik nie żyje. Przypadkowo nasz radiowiec znajduje notkę z intrygującą treścią i tak poznaje Howarda Howe’a, co mocno zmieni jego życie.

tusk3

Jak można z tego opisu, film Kevina Smitha nie jest biografią Donalda Tuska. Nawet dziadka z Wehrmachtu tu nie znajdziecie (jest co prawda wspominany Adolf Hitler, jednak to tyle w tym temacie). Sam początek wydaje się typową komedią w stylu Smitha (nieprzyzwoite żarty, niepozbawione wulgarności i ciosów poniżej pasa, ale to nadal zabawne), jednak dalej humor staje się coraz bardziej smolisty, atmosfera mroczniejsza i na granicy obrzydzenia. Sama intryga (która rozkręca się po 30 minutach) mogła powstać tylko w chorym umyśle – stworzenie człowieka, który fizycznie i mentalnie przemieni się w morsa budzi odrazę i poczucie wstrętu. Napięcie jest tutaj budowane bardzo powoli, jednak całość jest tak strasznie groteskowa i surrealistyczna, że nie było możliwością powstrzymania się od śmiechu (walka morsów czy opowieści Howe’a). Pomieszana chronologia pozwala na bliższe poznanie głównych bohaterów, którzy jednak nie wzbudzają do końca naszej sympatii.

 

W cała tą pokręconą konwencję wpisali się aktorzy. Znakomity jest Michael Parks w roli Howe’a – początkowo sprawia wrażenie interesującego gawędziarza, jednak pod tym wszystkim skrywa się szaleniec z chorym pomysłem. Przypomina on stara prawdę, że najbardziej przerażający jest człowiek. Sekundują mu bardzo dobrzy Justin Long (niewierny i arogancki Wallace) oraz powracający do gry Haley Joel Osmond (misiowaty Teddy). I kiedy wydaje się, że już nic ciekawego nie może się zdarzyć, pojawia się detektyw Guy LePointe, grany przez… Guya LePointe (to żart Smitha, tak naprawdę LePointe nazywa się Johnny Depp). Dziwaczny detektyw z bardzo charakterystycznym akcentem, jest tak przerysowany, jakby wzięty z innej opowieści, wnosząc i tak dużą dawkę humoru.

tusk4

Takiego oblicza Smitha się nie spodziewałem. Niby horror, niby dramat, niby komedia. Zgrywa i groteska idą tutaj ręka w rękę z obrzydliwością i poczuciem niesmaku. Ostrzegam, ten koktajl nie wszystkim się spodoba, ale jeśli macie twarde żołądki i chorą wyobraźnię, „Tusk” jest dla was idealną propozycją.

7/10

Radosław Ostrowski

Marsjanie atakują!

Kosmici najbardziej znani na ekranie z tego, że z tylko sobie wiadomych powodów chcą zaatakować naszą planetę, by zmieść ją w pył. Nie inaczej jest w pochodzącej z 1996 roku produkcji Tima Burtona. Sama historia jest prosta jak konstrukcja cepa – Marsjanie, głosząc pokój, idą na wojnę. Oczywiście, największy cios biorą na siebie Amerykanie, a dokładnie prezydent James Dale, który musi wybrać… jaki krawat nałożyć na siebie.

marsjanie_atakuja_1

Sam film ma dość luźną konstrukcję (kilkoro postaci, których wątki przeplatają się ze sobą), a formą przypomina kino spod znaku Eda Wooda (nawet latające spodki wyglądają podobnie), tylko zrobione za większy budżet. Mimo tego efekty specjalnie wyglądają tandetnie – wystarczy zobaczyć na to jak wyglądają kosmici. Jednocześnie pod szyldem tandetnego kina SF, Burton tworzy bardzo satyryczne i groteskowe spojrzenie na swoich rodaków. Obrywa się zarówno liberalnym intelektualistom, którzy w sposób dość pokojowy próbują załagodzić konflikt, jak i narwanym prawicowym generałom oraz redneckom wierzącym w argumenty siły. A metoda pokonania kosmitów to największy, a jednocześnie banalny żart tego całego przedsięwzięcia (oczywiście, nie zdradzę). Najmocniejszy i najzabawniejszy film jest wtedy, gdy powaga miesza się z dowcipem, co widać na przykładzie sceny pierwszego kontaktu (patetyczna muzyka, podniosłe słowa, relacja mediów oraz… kompletna rozwałka jako ciąg dalszy) czy podczas ucieczki z Las Vegas.

marsjanie_atakuja_2

Nie brakuje też ogranych klisz jak dwójki dzieciaków, którzy dzięki grom komputerowym są w stanie eliminować wrogów, rednecków zbrojących się do walki za pomocą strzelb i karabinów czy naiwnych polityków. Głupota, cwaniactwo i próba zarobku kończy się śmiercią, a przetrwa tylko ten, kto ma więcej sprytu oraz działa w czystych, konserwatywnych intencjach. Sami Marsjanie są po prostu istotami o prymitywnym guście, marzący tylko o niszczeniu i destrukcji, co jest tak ludzkie. Prawda?

marsjanie_atakuja_3

Reżyserowi udało się też zebrać gwiazdorską obsadę, która świetnie odnajduje się w tej groteskowej konwencji. Największe brawa należą się świetnemu Jackowi Nicholsonowi, który gra aż dwie postacie – naiwnego i troszkę bezradnego prezydenta USA (stawiającego na dyplomacje oraz lepsze wyniki w sondażach) oraz cwanego właściciela kasyna Arta Landa, próbującego zbić kapitał na inwazji. Dzieli ich zarówno barwa głosu, charakter oraz osobowość, co świadczy o warsztacie Nicholsona. Zresztą interesujących postaci jest kilka: szef sztabu prezydenta (zabawny Martin Short) stawiający na sondaże, naukowiec wierzący w uczciwe intencje Marsjan (Pierce Brosnan z fajką w ustach), uznająca Marsjan za kosmicznych ekologów Barbara Land (rozbrajająca Annette Bening) czy pozbawiona gustu Pierwsza Dama (Glenn Close). Drobnych epizodów jest tu zresztą bardzo dużo i nie starczyłoby miejsca na wymienienie wszystkich, jednak jest parę niespodzianek jak Tom Jones w roli… Toma Jonesa.

marsjanie_atakuja_4

Burton świadomie idzie w stronę pastiszu oraz kiczu, co dla osób spodziewających się gwałtownych ataków śmiechu mogło rozczarować. Ale i tak „Marsjanie atakują!” jako kino z przymrużeniem oka, sprawdza się naprawdę dobrze. Tylko trzeba znaleźć odpowiednie podejście, bo inaczej będziecie rozczarowani.

7/10

Radosław Ostrowski

Sok z żuka

Państwo Maitlandowie to dość spokojna rodzinka mieszkająca w dużym domu, są szczęśliwi, ale dziecka brakuje im do szczęścia. Spędzają właśnie urlop w swoim domu, ale podczas zakupów wpadają do rzeki i giną. Dowcip polega jednak na tym, że jako duchy wracają do swojego domu i nie mogą go opuścić, bo… powiedzmy ze nie będzie zbyt fajnie. Tylko, że do ich domu wprowadzają się nieprzyjemni żywi ludzie, zmieniający ich przyjemny domek w totalne dziwadło. Więc trzeba ich wypędzić. Ale jak?

sok_z_zuka1

Po swoim pełnometrażowym debiucie, Tim Burton dostał spory kredyt zaufania od Warner Bros., którzy pozwolili mu nakręcić, kolejny wariacki film, który można – nawet trzeba – nazwać czarną komedią, będącą odwróceniem „Egzorcysty”, gdyż to duchy chcą wypędzić żywych. Sprawa jest o tyle trudna, że nikt ich nie widzi, a umiejętność opanowania poradnika dla nieboszczyków idzie im pod górkę. Dodatkowym problemem jest fakt, ze nowi lokatorzy są chciwi i będą próbowali na straszeniu zbić kapitał, a to już nietajne. Reżyser jak zawsze ma pokręcone i surrealistyczne wizje, które jest w stanie pokazać bardzo sugestywnie. Wystarczy wspomnieć słynną poczekalnię w zaświatach, gdzie zmarli czekają na rozmowę z kuratorem czy kompletnie przemeblowany dom Maitlandów z dziwacznymi i zagadkowymi rzeźbami budzącymi grozę. Jednak Amerykanin nie byłby sobą, gdyby nie pozwolił na odrobinę czarnego i smolistego humoru (m.in. próby straszenia), tworząc naprawdę przyjemną rozrywkę, która dość szybko się rozkręca z bardzo przewrotnym finałem.

sok_z_zuka2

Poza scenografią (u Bartona zawsze zrobioną z fasonem i klasą), „Sok z żuka” posiada znakomitą muzykę Danny’ego Elfmana, a także bardzo pewnie dobrane piosenki (z „Jump In the Line” Harry’ego Bellfaonte na czele), co jest uczta dla ucha.

sok_z_zuka4

Także pod względem aktorskim film trzyma dobry poziom. Zarówno Alec Baldwin jak i Geena Davis w rolach nieboszczyków bezskutecznie próbujących wykurzyć nowych lokatorów są naprawdę dobrzy i zabawni w swojej nieporadności, co też jest sporym źródłem humoru. Tak naprawdę szoł ukradła im dwójka aktorów. Po pierwsze, urocza Winona Ryder, czyli Lydia Deetz, córka nowych lokatorów. Zawsze ubrana na czarno, ponura i niekochana przez swoich rodziców, jest też jedyną widzącą Maitlandów, nawiązując z nimi silna więź. No i on – brawurowy Michael Keaton w roli tytułowej. Choć pojawia się dość krótko (może z 15 minut), rozsadzał ekran swoją szaloną osobowością jako niekonwencjonalny bioegzorcysta, który nie tylko serwuje najlepsze teksty (pełne dwuznaczności), ale tez jest cwanym manipulatorem z własnym celem. Jednak nie można odmówić mu skuteczności, co tylko potwierdza, że moralność i etyka nie idą ze sobą ręka w rękę.

sok_z_zuka3

„Sok z żuka” to Burton dowcipny, czasami nieobliczalny, z dziką wyobraźnią, która czasami jest w stanie odwrócić uwagę od fabuły. Jednak tak naprawdę następny film miał uczynić z reżysera wizjonera.

7/10

Radosław Ostrowski