Crisis in Six Scenes

Mały ekran od dłuższego czasu przyciąga uwagę wielkich twórców kinowych. Tym razem doszło do kolaboracji Amazona z samym Woodym Allenem. Mistrz komedii zrealizował krótki serialik z sześcioma odcinkami toczącymi się w latach 60., podczas rewolucji społecznej.

crisis_in_six_scenes1

Głównym bohaterem jest pisarz Sidney Muntzinger, próbujący zrealizować serial dla telewizji. Mieszka razem z żoną, zajmująca się prowadzeniem terapii małżeńskiej oraz klubem literackim. Spokojne i dość monotonne życie zostaje przerwane, gdy do ich domu włamuje się młoda dziewczyna, Lenny Dale – rewolucjonistka ścigana przez policję.

crisis_in_six_scenes2

Krótka forma i czas trwania (odcinki nie przekraczają nawet 30 minut) powinny sprzyjać seansowi, który bardziej przypomina podzielony film. W zasadzie mamy to, z czego Allen jest znany: trójkąt miłosny, próba ucieczki na Kubę, zderzenie światopoglądowe, próba satyry na mentalność i telewizję. Wiecie, co jednak jest najgorsze? Że to wszystko wygląda jak to siódma woda po kisielu i brakuje tego, co było najmocniejszą bronią Allena: ironiczny humor. I nawet jeśli są tutaj ciekawe pomysły, zostają one brutalnie przerwane i zabite w zarodku. Satyra na telewizję zostaje ograniczona do refleksji, że ogłupia, sceny negocjacji z telewizją są przewidywalne, a animozje wobec Sida oraz Lenny drażnią. Bo ile można słuchać, że ona zżera wszystko, czego on chce. Nawet terapia, gdzie są dwie poróżnione pary nie wypala. Jest też scena pościgu i ucieczki przez skakanie z dachów, ale nawet to nie angażuje. Dopiero finałowe pandemonium, gdzie dochodzi do klinczu wszystkiego ze wszystkimi dochodzi do komediowej eksplozji, ale to za mało, by mówić o udanym tytule. Wszystko jakieś takie błahe – nawet jazzowa muzyka w tle nie oddziałuje tak mocno jak kiedyś.

crisis_in_six_scenes3

Aktorsko jest bardzo, BARDZO średnio. Nie pomaga udział samego Allena w roli głównej, który gra typowego Allena – neurotycznego paranoika, mającego obsesję na punkcie wszystkiego i wszystkich. Tylko, że stało się to tak irytujące, że oglądanie Woody’ego na ekranie sprawia niemal ból istnienia. Nieco lepsza jest Elaine May jako żona Kay, która tak naprawdę jako jedyna wydaje się rozsądną postacią, chociaż jej próby terapeutyczne są dość… ekscentryczne. I tak najbardziej interesująca w tym całym zestawieniu jest Miley Cirus jako oddana sprawie rewolucjonistka. Prawdziwa baba z jajami, walcząca jednak z całym światem.

crisis_in_six_scenes4

W końcu trzeba to głośno powiedzieć – Woody Allen znalazł się w kryzysie twórczym i ten serial jest tego najmocniejszym dowodem. Mam wrażenie, że mój ulubiony reżyser powinien zrobić sobie krótką przerwę, by odzyskać swoją dawną formę. Omijajcie szerokim łukiem.

4/10

Radosław Ostrowski

Goło i wesoło

Sheffield było kiedyś jednym z najważniejszych przemysłowych miast w Anglii, ale ta perspektywa mocno się zmieniła. Fabryki, gdzie produkowano stal są zamykane, a byli pracownicy nie są w stanie odnaleźć się w nowej rzeczywistości. Jednym z takich ludzi jest cwaniaczek Gaz, razem ze swoim kumplem Davem. Pierwszy jest rozwiedziony i próbuje utrzymać kontakty ze swoim dzieciakiem, drugi ma nadwagę i podejrzewa, że żona go zdradza. Przypadkowo zobaczony plakat oraz poważna sytuacja finansowa zmusza Gaza to podjęcia dość karkołomnego pomysłu – zorganizowania grupy striptizerów, by w ten sposób zarobić kasę. To jednak może okazać się zadaniem trudniejszym niż poprowadzenie polskiej reprezentacji w piłkę nożną.

goo_i_wesoo1

Komedia z erotyką w tle –  takie rzeczy tylko w Anglii. I mimo, ze od premiery minęło prawie 20 lat, film Petera Cattaneo sprawdza się świetnie jako poprawiacz nastroju. Jednak twórcy nie idą w stronę naśmiewania się czy szyderstwa z nieporadności naszych bohaterów, nie mających kompletnie zielonego pojęcia ani o tańcu, ani o rozbieraniu się przed publicznością. Nie jest to też żaden pornos, ale lekka i bezpretensjonalna opowieść o przełamywaniu wstydu oraz przyjaźni, jakiej nie spodziewano by się w takich okolicznościach. Sześciu facetów, którzy czasy swojej atrakcyjności mają zdecydowanie za sobą, decydują się na ten szalony krok nie tylko z powodu zarobku. To doświadczenie pozwala też (z czego nie do końca zdają sobie sprawę) zaakceptować ich samych siebie oraz osoby z najbliższego otoczenia.

goo_i_wesoo2

Sam humor nigdy nie przekracza granicy dobrego smaku, a kilka scen (podrygiwanie w pośredniaku czy sceny przygotowań) to małe perełki. Klimat współtworzy też świetna muzyka, składająca się głównie z hitów lat 70. oraz bardziej współczesne. Może i niektóre gagi (kradzież towaru ze sklepu) mogą wydawać się ograne, a interesujące relacje (Gaza z synem czy Dave’a z żoną) są ledwo liźnięte (tylko półtora godziny filmu), ale to wszystko jest bardzo solidnie zrealizowane, a bohaterów trudno nie polubić.

goo_i_wesoo3

Ale czy może być inaczej, jeśli są zagrani przez takich aktorów. Wybija się tutaj zdecydowanie fenomenalny Robert Carlyle jako mózgowiec Gaz, dla którego to może być okazja naprawy kontaktów ze swoich synem. Jest nakręcony jak rakiety, bardzo pewny siebie i pozbawiony kompleksów, ale z nieuporządkowanym życiem. Drugą petardą jest tutaj znakomity Tom Wilkinson jako Gerard. Pozornie to facet z wyższej sfery, eleganckim domem, ale to człowiek wstydzący się swojego bezrobocia – zawsze elegancko ubrany i wywyższający się, okazuje się porządnym i fajnym facetem. Zdeterminowany, ambitny oraz utalentowany specjalista od tańca. Poza nimi są tutaj świetni Mark Addy (mający nadwagę oraz kompleksy Dave), Paul Barber (mający problemy z biodrem pan Koń), Steve Huison (trębacz Lomper) i Hugo Speer (postrzelony Guy), tworzący imponujący konglomerat.

goo_i_wesoo4

Nikt nie spodziewał się, że ten film okaże się takim sukcesem, ale „Goło i wesoło” to jedna z tych brytyjskich komedii, które na pewno sprawią, że poczujecie się lepiej. A panie może troszkę inaczej spojrzą na swoich facetów. Wtedy mogłoby być goło i wesoło.

7/10

Radosław Ostrowski

Szarże

John Winger to typowy facet, który jest typowym looserem. Pracuje jako taksiarz na pół etatu, niby robi fotografie, niby ma dziewczynę, ale wszystko się sypie. Auto zostaje mu skradzione, rzuca pracę, dziewczyna rzuca jego i nie płaci za lokum. Mieszka tam ze swoim kumplem i współlokatorem – nauczycielem angielskiego dla cudzoziemców, Russellem Ziskeya. Namawia kumpla, żeby razem poszli do wojska, gdyż tam jest super i laski lecą na wojaków. Na miejscu okazuje się, że nie jest to tak fajnie, jak pokazały reklamy tv. Sadystyczny i twardy sierżant Hulka, banda nieudaczników jak oni, ale są za to dwie fajne dziewuchy z żandarmerii, więc może chłopaki dadzą sobie radę?

szarze1

Komedia z wojskiem w tle to zawsze interesujący pomysł, pod warunkiem, że lubi się koszarowy humor. A najbardziej armia padała ofiarą żartów w latach 80., co widać w takich filmach jak „Szpiedzy tacy jak my” czy opisywanej tutaj komedii Ivana Reitmana z 1981 roku. Niby jest to standardowy zestaw gagów i schematyczna opowieść w stylu: od dupy wołowej do najlepszego wojaka. Nie zabrakło wojskowego drylu, robienia pompek, niekompetentnych dowódców w postaci kapitana Stillmana, marzącym o zrobieniu kariery czy twardego sierżanta, niedającego sobie w kaszę dmuchać. Humor jest odrobinę ironiczny (dialogi Wingera i Ziskeya), niepozbawiony pieprznych fragmentów (walka z laskami w kisielu czy odwiedzenie mieszkania generała przez naszych bohaterów i dziewuszki z żandarmerii – prawie jak w „Seksmisji” 😉 ). I to działa nadal.

szarze2

Jednak prawdziwą perłą jest tutaj scena, gdy nasi wojacy podśpiewują „Do Wah Diddy Diddy” czy niesamowity pokaz podczas apelu przed generałem. Można to oglądać w nieskończoność i to nadal będzie śmieszyć. Jednak wtedy Reitman zmienia ton, wysyłając naszych chłopaków do Niemiec, gdzie mają przetestować wojskowy superpojazd. Wtedy pojawiają się strzelaniny, pościgi – kradzież sprzętu – i stereotypowe pokazanie rosyjskich wojaków jako gupich, tępych gierojów, a nasi cwani amerykańscy ciapacze, przebijają ich sprytem oraz sprzętem (co potem okazało się prawdą).

szarze3

Na szczęście to jedyna wada tej miejscami wariackiej komedii, której najmocniejszą kartą jest Bill Murray. To jeden z tych aktorów, których vis comica ma siłę elektrowni atomowej. Pyskaty, krnąbrny, napalony ciapak – wszystko, co tu robi Murray jest bombowe, a jego zblazowane spojrzenie jest nie do podrobienia. Aktora wspiera nieodżałowany Harold Ramis – tutaj jako ten spokojniejszy, mądrzejszy i zaradniejszy, a i tak zgadza się na różne pomysły Johna. I jeszcze to afro na głowie – 🙂 Dodatkowo jest ciekawy drugi plan, gdzie błyszczy Warren Oates jako twardy niczym stal sierżant Hulka – nie do zdarcia, nie do zniszczenia. Nawet pocisk moździerza to pikuś. Poza nim pojawia się kilka znajomych twarzy z tego okresu – John Candy (misiowaty Ox), Judge Reinhold (Elmo), John Diehl (Cruiser) czy ładniutka Sean Young (żandarm Louise).

szarze4

„Szarże” to nie jest może tak ostre i szydercze kino w rodzaju „MASH”, ale nie o to tu chodziło. Mimo lat, nadal śmieszy i to bez znajomości kontekstu epoki. Porządny scenariusz, rozbrajające gagi oraz fenomenalny duet Murray-Ramis to rękojmia dobrej zabawy, gdzie śmiech będzie nam bardzo towarzyszył.

7/10

Radosław Ostrowski

Eddie zwany Orłem

Skoki narciarskie stały się w Polsce strasznie popularne, odkąd pojawił się słynny skoczek z Wisły, co wąsy miał i na imię Adam. Jednak ta dyscyplina sportowa funkcjonowała od dawna, a wielu zawodników stało się legendami – Jens Weissflog, Matti Nykanen, Sven Hannawald. Ale był też jeden wyjątkowy zawodnik, któremu Matka Natura odmówiła talentu, za to dała determinację i wolę walki, nazywał się Michael Edwards, ale w świadomości wszystkich zapamiętany był jako Eddie Orzeł.

eddie_orzel1

Już jako dzieciak chciał być olimpijczykiem, tylko nie mógł znaleźć dla siebie odpowiedniej dyscypliny sportowej. Wytrzymanie pod wodą, rzut oszczepem, w końcu jazda na nartach – zawsze się to kończyło kontuzjami (głównie kończyn dolnych) i wyrzuconymi w błoto pieniędzmi. Aż pewnego dnia, gdy miał iść do pracy doznał olśnienia, postanowił zostać skoczkiem narciarskim, mimo kompletnego braku doświadczenia oraz przygotowania. Podczas zgrupowania w Garnisch poznaje niejakiego Bronsona Peary’ego – kierowcę pługu i pijusa, ale kiedyś był to obiecujący amerykański skoczek. Mężczyzna, chcąc mieć święty spokój, staje się trenerem zdeterminowanego Eddie’ego.

eddie_orzel2

Film Dextera Fletchera (aktora znanego z takich produkcji jak „Porachunki” czy „Kompania braci”) postanowił opowiedzieć historię, którą niby dobrze znamy z tysiąca produkcji sportowych: z góry skazaną na przegraną zawodnik bierze udział w wielkim wydarzeniu i wygrywa. Powiedzmy, chociaż wygraną nie będzie tutaj medal olimpijski, ale szacunek innych ludzi. Ponieważ jest to brytyjska produkcja, więc została okraszona wyspiarskim humorem (świetne sceny treningowe, gdy wybicie z progu zostaje porównane do… seksu czy początkowe sceny pokazujące zmagania sportowe Eddie’ego jako dziecka), z kolei sceny samych skoków wyglądają niemal jak transmisja telewizyjna. Mimo znanego kierunku, udało się sprawić, że kibicujemy naszemu bohaterowi, a sceny sportowe trzymają w napięciu. Zarówno pierwszy skok ze skoczni 70 m, jak i finałowy na olimpiadzie z 90 m („Na Dzikim Zachodzie szykowaliby ci trumnę, gdy już byś tam wszedł”) podkręca adrenalinę, chociaż twórcy grają znaczonymi kartami. A jednak film mi się podobał, gdyż przypomina – być może po raz tysięczny – że nigdy, ale to nigdy nie należy się poddawać i walczyć o realizację swoich marzeń, nawet nie mając sojusznika.

eddie_orzel3

Dodatkowo wszystko jest wyreżyserowana pewną rękę, z dowcipnymi dialogami oraz ejtisową w duchu muzyką. Dodatkowo jest to wdzięcznie, naturalnie zagrane. Podoba mi się młody Taron Egerton, który powoli wybija się na nową gwiazdę – po „Kingsman” znowu tworzy świetną postać ambitnego, starającego się udowodnić swoją wartość Orła. Początkowo może sprawiać wrażenie idioty biorącego się za zadanie ponad swoje możliwości, ale upór wywołał we mnie sympatię, a radość po oddaniu skoku (uznane za małpowanie) było autentyczną frajdą. Klasę potwierdził Hugh Jackman w (stereo)typowej roli trenera z tajemnicą, ale też mądrością oraz charyzmą. Chemia między tą dwójką jest mocna, nakręcająca ten film i budząca moje skojarzenia… z „Ed Woodem” Burtona, gdzie też dwóch bohaterów potrzebowało siebie nawzajem, by móc osiągnąć sławę, stając się przyjaciółmi. Drugi plan nie specjalnie wybija się z tłumu, ale zawsze przyjemnie było zobaczyć Jima Broadbenta (komentator BBC) i drobny epizod Christophera Walkena (Warren Sharp).

eddie_orzel4

Pozornie „Eddie zwany Orłem” to kolejna opowieść o walce do realizacji swoich marzeń i schematyczna opowieść od zera do bohatera. Jednak widać, że twórcy włożyli w nią wiele serca, a kilka scen (rozmowa w windzie z Matti Nykenenem) zostanie w pamięci na długo. Tak się robi dobry feel-good movie.

8/10

Radosław Ostrowski

Excentrycy, czyli po słonecznej stronie ulicy

Ciechocinek, rok 1957. Tak jak teraz, tak i wtedy była to miejscowość wypoczynkowa, pełna uzdrowisk. I w tym czasie między śmiercią Stalina a wchodzącym Gomułką, przyjeżdża do kraju imigrant z Londynu, muzyk Fabian Apanowicz. Marzy tylko o jednym – grać swing, bo cóż innego zostało. I tak z grupka zapaleńców tworzy orkiestrę swingową, odnosząc sukcesy. Do składu dołącza jako wokalistka siostra Fabiana, Wanda oraz tajemnicza Modesta.

excentrycy1

Powieść Włodzimierza Kowalewskiego – olsztyńskiego pisarza to barwny portret lat 50., gdy do naszego szarego kraju wszedł kolor, a to dzięki przybyszowi ze zgniłego zachodu. Niby nic nowego, ale w rękach Janusza Majewskiego opowieść ożyła. Udało się dokonać niemożliwego – stworzyć zabawną, lekką, ale i poważną opowieść o tych czasach, gdy polityka bez pytania wchodziła do domu. Nawet w takich drobnych sprawach jak muzyka swingowa. Fabiana i jego cichych wspólników (milicjanta, stroiciela fortepianu, lekarza, kierownika knajpy) zaczyna łączyć muzyka, stając się fundamentem przyjaźni. Humor jest tutaj bardzo subtelny, delikatny, oparty czasami na rzadko się pojawiających wulgaryzmach (pani Bayerowa) oraz muzyce, piosenkach. Dodatkowo reżyser rozwija jeden watek sensacyjno-szpiegowski, ale robi to tak jakby przy okazji, że nie psuje to dobrego wrażenia, a smaczkiem jest pewna estetyka noir. Fabian w płaszczu i z krawatem wygląda bardziej jak prywatny detektyw, co jest przyjemnym widokiem.

excentrycy2

Reżyser wiernie odtwarza realia PRL-u lat 50., gdzie nie brakowało małych knajpek, gdzie grali młodzi pasjonaci muzyki i to jakiej – Gershwin, Ellington, Porter. Niby te standardy fanom klasycznego jazzu są znane, jednak nie w tym kraju, gdzie wszystko można spieprzyć. Partie muzyczne, czyli wszelkiego rodzaju koncerty, stają się – trochę wbrew intencjom Apanowicza – oddechem wolności i tęsknotą za normalnością, chociaż nie jest to sugerowane wprost. Wykonane są one znakomicie, aranżacje autorstwa Wojciecha Karolaka, wprawiają w przyjemny nastrój i jak to jest zaśpiewane (w dodatku płynną angielszczyzną). Czyżby można było zrobić amerykański sen w polskim wydaniu? Mimo gorzkiego finału intrygi, Majewski nie pozbawia bohaterów optymizmu i zwyczajnego robienia swojego.

excentrycy3

Majewskiego w tej wizji wspierają – nie zawaham się użyć tego słowa – wspaniali, tworząc wyraziste postacie, czasami mając do dyspozycji kilka minut czasu. O Macieju Stuhrze nie jestem w stanie powiedzieć złego słowa, a postać Fabiana to pasjonata, kochający muzykę ponad wszystko. Ponad politykę, ojczyznę, kobietę. Chociaż to ostatnie wcale nie jest takie oczywiste, gdy pojawia się Modesta. Natalia Rybicka (wyrosła nam ta dziewczyna z „Żurka”) wygląda niczym klasyczna femme fatale, a śpiewa tak, że nie da się oderwać oczu i uszu, tworząc aurę tajemnicy wokół siebie. Tak samo warto wspomnieć Sonię Bohosiewicz, czyli Wandę – siostrę Fabiana. Niepozorna, chorowita, garbata i bojąca się śmierci kobieta, na scenie zmienia się nie do poznania – energiczna, przebojowa, zawłaszczająca sobie scenę. I jeszcze dawno nie widziana Anna Dymna, czyli Bayerowa – samotna, zgaszona pesymistka, która zostaje „referentem do spraw sanitarnych w komórce kulturalno-oświatowej” (po naszemu babką klozetową), kradnąc jedną sceną cały film.

excentrycy4

Jeśli chodzi o panów, solidność potwierdził Adam Ferency (Habertas) i Wiktor Zborowski (Stypa) jako wspólnicy Fabiana w muzycznej zbrodni, ale i tak na kilka minut skradł film Wojciech Pszoniak jako mający obsesję na punkcje pederastii pan Zuppe. Niepozorny staruszek, zawsze elegancko ubrany, robi niesamowitą furorę, a jego wywody wprawiają w śmiech. Tak samo drobne epizody Mariana Dziędziela (towarzysz Kułak) i Mariana Opanii (generał radziecki).

excentrycy5

Janusz Majewski troszkę zaskoczył, kręcąc tak energiczny i pozytywny film. „Excentrycy” są świetni technicznie, przyjemni niczym klasyczny koktajl, a styl nie dominuje nad fabułą. I to wszystko zrobił 85-latek. Pozazdrościć formy.

8/10

Radosław Ostrowski

Marsjanin

Za kilka lat będzie możliwe wysłanie załogi na Marsa. Ekspedycja Hermasa podjęła się zadania założenia bazy na Czerwonej Planecie, zawiezieniu próbek i powrocie na Ziemię. Jednak podczas przymusowego powrotu (burza piaskowa), jeden z astronautów, botanik Mark Whitney, obrywa fragmentem satelity i utracono z nim kontakt. Uznany za zmarłego Mark cudem przeżył i sam na Marsie musi przetrwać. Zwłaszcza, że najwcześniej astronauci wrócą za 4 lata. Jak żyć?

marsjanin1

Nie wiem, czy jesteście fanami Ridleya Scotta, ale ja tego reżysera bardzo sobie cenię. To jeden z najlepszych technicznie twórców, precyzyjnie skupiający się na detalu oraz stronie plastycznej, specjalizujący się w blockbusterach. Ale od czasu „American Gangster” angielski twórca błąka się i zaczyna nudzić i rozmieniać się na drobne („Prometeusz”). Adaptacja powieści Andy’ego Weira wydawała się być szansą na powrót do formy, jednak efekt jest umiarkowany.

Sama historia wydaje się być uwspółcześnioną, kosmiczną wersją „Robinsona Crusoe”. Samo w sobie nie jest to niczym złym, gdyż samotność na planecie daje spore pole do popisu. Niekoniecznie w celu przeprowadzenia filozoficznej refleksji, ale choćby w celu zrealizowania dobrego kina rozrywkowego, trzymającego w napięciu do końca. Scott nie do końca chce być poważny, dlatego pozwala sobie na żarty i żarciki Marka, komentującego swoją walkę. Z jednej strony to fajne rozwiązanie, gdyż pozwala uniknąć patosu i zbyt poważnego, depresyjnego ciężaru, ale jak wiemy, nadmiar lekkości może doprowadzić do osłabienia wagi sytuacji, a stawka całej gry (uratowanie i ściągnięcie astronauty z powrotem) przestaje mieć znaczenie. „Marsjanin” to ten drugi przypadek, a jeśli chodzi o arsenał dowcipu najlepiej wypadają wplecione w fabułę przeboje ery disco (co prawda nie ma Bee Gees, ale jest Abba, Donna Summer i David Bowie). Wyjątkiem w budowaniu napięcia są finałowe sceny, troszkę przypominające mi… „Grawitację„.

marsjanin2

Dodatkowo poza Markiem, obserwujemy działania NASA. Próby odnajdywania rozwiązania przypominało mi podobne sceny z „Apollo 13„, gdzie gra też szła o wysoką stawkę. A że wszystko musi się udać, staje się to jasne od początku. Przecież to amerykański astronauta, a jak wiadomo, każdy Jankes to urodzony MacGyver, który zawsze znajdzie rozwiązanie. Nie ma jedzenia? Wystarczy stworzyć plantację ziemniaków. Brak kontaktu z NASA? Trzeba poszukać łazika z 1996 roku i użyć systemu szesnastkowego. Coś naszemu bohaterowi, za łatwo wszystko idzie, przez co trudno było przejąć się jego losem, chociaż grający tytułową rolę Matt Damon dobrze wywiązuje się ze swojego zadania.

marsjanin3

Ale trzeba przyznać jedno – Mars wygląda majestatycznie, co jest zasługą świetnych zdjęć Dariusza Wolskiego. Czerwona Planeta skontrastowana z budynkami NASA i gabinetami robi ogromne wrażenie i buduje klimat alienacji. I to jest spory plus.

Jednak poza Damonem, drugi plan jest dość stereotypowy. Jeff Daniels jest unikającym ryzyka szefem NASA, który bardziej dba o swój tyłek i reputację firmy, niczym korporacyjny szef, Chiwetel Ejiofor to racjonalny inteligencik, szukający rozwiązania, z kolei załoga Marka to znane i cenione twarze ograniczone do drobnych epizodów. I jest jeszcze Sean Bean, niemal działający na własną rękę, pomocnik dyrektora (spojler: tym razem nie ginie), na którego zawsze miło popatrzeć.

marsjanin4

Mimo wad i narzekań, „Marsjanin” jest dobry krokiem wykonanym przez Scotta. Bardzo kameralne (co przy budżecie 100 mln dolców zaskakuje), niepozbawione dowcipu, solidnie zagrane i technicznie bez zarzutu, w końcu to Scott. Jednak po takim reżyserze, należy oczekiwać znacznie, znacznie więcej. I liczę, że Anglik przebudzi się niczym Moc w „Star Wars”.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Żebro Adama

Adam Bonner jest asystentem prokuratora w Nowym Jorku, a jego żona Amanda pracuje jako prawniczka. Wydają się zgodnym i udanym małżeństwem. Jednak to wszystko może runąć, z powodu pracy. Oboje dostają sprawę kobiety oskarżonej o próbę zabicia swojego męża z powodu nakrycia in flagranti u boku innej kobiety.

zebro_adama1

Starsze komedie, czyli te sprzed lat 40, 50 lat z dzisiejszej perspektywy mogą wydawać się niestrawną ramotką, nie wytrzymującą próby czasu. Na szczęście, od każdej reguły są wyjątki jak ta produkcja George’a Cukora. Choć od jej premiery minęło ponad 55 lat, ma ona swój bezpretensjonalny urok dawnych lat. Może i oparta jest na stereotypowych bohaterach, ale jest to największa siła napędzająca cała akcję i silne źródło humoru, eleganckiego oraz przyjemnego dla ucha. Jednak poza dialogami oraz kilkoma niezłymi gagami (prokurator podniesiony przez siłaczkę w sądzie), reżyser stawia dość ważne pytania w sprawie relacji kobiety i mężczyzny. A dokładniej ich równości, chociaż twórcy skupiają się na kwestii małżeństwa – jak powinna działać ta relacja, kto powinien „nosić spodnie”, kto „być szyją” i czy jest możliwa zgodność, mimo różnic światopoglądowych? I czy w ogóle równość między płciami tak naprawdę istnieje?

zebro_adama2

Drugim mocnym punktem jest duet Katherine Hepburn-Spencer Tracy, który cudownie ogrywa wszelkie stereotypy damsko-męskie. Ona jest twardą, postępową feministką, on staroświeckim mężem, wracającym po pracy do domu. Oboje się kłócą, walczą na sali sądowej, jednak oboje kochają się i żyć bez siebie po prostu nie potrafią. Cała reszta obsady, aczkolwiek bardzo dobra – ze szczególnym wskazaniem Judy Holliday w roli oskarżonej (jej rozmowa z obrończynią – rewelacja) oraz inteligentnym Davidem Waynem (kompozytor Kip) – jest tak naprawdę tylko tłem dla tej zabójczej pary.

zebro_adama3

Chociaż realizacyjnie jest to już troszkę archaiczne kino, to jednak „Żebro Adama” pozostaje bezpretensjonalną i uroczą (to jest odpowiednie słowo) komedią zrealizowaną w starym stylu. I mimo lat, daje ciągle do myślenia.

7/10

Radosław Ostrowski

Stalag 17

Grudzień 1944. Tytułowy Stalag 17 to obóz jeniecki znajdujący się gdzieś w okolicy Dunaja, a znajdują się sami sierżanci. Jednym z nich jest obrotny oraz cwany J.J. Sefton, który jest zdystansowany wobec całego otoczenia. Nie pomaga mu to specjalnie, bo w stalagu jest zdrajca, donoszący Niemcom o wszelkich tajemnicach. Przekonanie to potęguje się w momencie nieudanej ucieczki Manfrediego i Johnsona.

stalag_17_1

Nakręcenie filmu o obozie jenieckim kilka lat po zakończeniu II wojny światowej może wydawać się karkołomnym przedsięwzięciem. Jednak Billy Wilder w 1952 roku podjął się tego ryzyka, dodatkowo idąc w stronę nie do końca poważnego tonu. I w zasadzie trudno ten film jednoznacznie ocenić. Bo z jednej strony bardzo przekonująco jest przedstawione jak łatwo można oskarżyć człowieka bez jednoznacznych dowodów. Wtedy „Stalag” jest pełnokrwistym dramatem oraz studium ludzkich zachowań. Oskarżenie, szczucie i izolacja – taka jest cena oskarżeń, wynikających ze sprytu, handlowania z Niemcami (za papierosy można zdobyć niemal wszystko). Problem jednak zaczyna się, gdy pojawiają się elementy humorystyczne oraz próby realistycznego pokazania życia w obozie. Apele, spacery, próby ucieczki, listy od rodzin itp. – niby nic wielkiego, jednak są tutaj pewne uproszczenia.

stalag_17_2

I nie chodzi o bimbrownię, wyścigi koni stanowiące rozrywkę czy scenę indoktrynacji za pomocą „Mein Kampf” (najzabawniejsza scena filmu), ale momenty ocierające o czysty absurd. Tylko tak można nazwać scenę, gdy dwóch jeńców udając malowanie farbą docierają do żeńskiej części obozu i dostają za to tylko reprymendę zamiast kulki w łeb. Podobnie jest z postacią feldfebla Schultza, który jest bardzo dowcipny, wyluzowany oraz jowialny wobec tego wesołego baraku. Podejrzewam, ze mogło to wynikach z próby zabliźnienia ran po II wojnie światowej, a dzisiaj fanów obozowych opowieści może rozdrażnić ta schizofrenia stylistyczna.

stalag_17_3

Muszę jednak przyznać, że dobrze się to oglądało. Wątek poszukiwania zdrajcy trzyma w napięciu, chociaż dość szybko dowiadujemy się jak ją przekazywane informacje, ale nie wiemy przez kogo. Akcenty humorystyczne odbieram jako próbę zachowania względnej normalności wobec bierności oraz prób ucieczki. Stąd m.in. podglądanie Rosjanek czy taneczna zabawa świąteczna – naprawdę śmiałem się z tego i to bardzo.

„Stalag” jest też bardzo dobrze zagrany, a z całej tej ferajny najbardziej wybija się wspaniały William Holden. Cyniczny, obrotny Sefton wzbudza zarówno podziw swoją pomysłowością, jak i zawiść wśród kolegów. Jednak mimo niepatriotycznej postawy jest w porządku i wzbudza sympatię swoją szorstką elegancją, a próby dojścia do prawdy muszą budzić respekt. Reszta aktorów też bardzo dobra (ze świetnym Otto Premingerem jako komendantem obozu) i odnajdująca się w swoich rolach.

stalag_17_4

„Stalag” troszkę się zestarzał, ale jak każdy prekursor gatunku – nadal potrafi być interesujący. To dobre kino z silnym akcentem komediowym, co może się nie spodobać wielu osobom. Mi to nie przeszkadzało czerpać frajdy z seansu.

7/10

Radosław Ostrowski

Dziewczyna warta grzechu

Nowy Jork to piękne miasto, gdzie zdarzyć może się dosłownie wszystko. Tu tutaj przyjeżdża reżyser teatralny Arnold Albertson i umawia się w hotelu z prostytutkami. I tak trafia na dziewczynę – Isabellę Peterson zwaną też Izzy, która marzy o byciu aktorką. Arnold proponuje jej 30 tysięcy dolarów za zerwanie z fachem. Następnego dnia Izzy pojawia się na próbie do sztuki, gdzie ma zagrać… prostytutkę.

dziewczyna_warta_grzechu1

Nowy Jork, relacje damsko-męskie, jazzowa muzyka w tle – brzmi jak dzieło Woody’ego Allena? Tak mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka. Tym większe zaskoczenie, że za „Dziewczynę wartą grzechu” odpowiada młody, utalentowany reżyser Peter Bogdanovich, lat 76. Z tym młodym, to może przesadziłem, ale energii i weny mógłby mu pozazdrościć niejeden młodzieniaszek. „Dziewczyna” to klasycznie zbudowana farsa, oparta na humorze sytuacyjnym oraz qui pro quo. Układy i relacje między bohaterami ciągle ulegają dynamicznym zmianom – kto, z kim, kogo itp. Miłości, zdrady, obsesje i wpadki, a także nieprawdopodobne zbiegi okoliczności. Iskrzy tutaj od żartów i zabawnych scen, ale reżyser jeszcze polewa sosem ekscentryczności swoich bohaterów. A czego tutaj nie ma – postrzelona terapeutka, prywatny detektyw, mający obsesję na punkcie Izzy podstarzały sędzia. Od całości bije takie ciepło oraz lekkość formy, że nie było możliwości nie zaśmiać się. Tempo jest utrzymane, gagi i dialogi celne, cięte, a poczucie bezpretensjonalne zabawy przeniosło się na mnie.

dziewczyna_warta_grzechu2

Dodatkowo udało się dobrać znakomitych aktorów, którzy dali z siebie maksimum. Owen Wilson potwierdza swój potencjał komediowy i jako troszkę ciapowaty reżyser, wplątany w dziwaczne relacje z kobietami. Prawdziwą perłą jest tutaj Imogen Poots, której urok był porażający. Izzy może i jest troszkę naiwna jako prostytutka-romantyczka, ale w tej konwencji bardzo dobrze się odnajduje i iskrzy między nią a resztą ekipy. Ale jeśli chodzi o vis comica, nic nie było w stanie przebić Jennifer Aniston jako neurotycznej psychoterapeutki Jane. To, jakie gafy strzela podczas terapii jest niepojęte i bardzo śmieszne. W ogóle tutaj drugi plan jest przebogaty i pełen wyrazistych ról (Rhys Ifans, Kathryn Hahn, Will Forte, Cybil Shephard czy pojawiający się w epizodzie sam Quentin Tarantino), które razem mają siłę rażenia bomby atomowej.

dziewczyna_warta_grzechu3

Słynny w latach 70. Bogdanovich przypomina o sobie z hukiem oraz stylem, w czym pomogli mu figurujący jako producenci Wes Anderson oraz Noah Baumbach. Lekka, bezpretensjonalna i zabójczo śmieszna komedia. Mam nadzieję, że reżyser nie powiedział jeszcze ostatniego słowa i znów pokaże się z najlepszej strony.

dziewczyna_warta_grzechu4

7,5/10

Radosław Ostrowski

Gracze – seria 1

Spencer Strasmore kiedyś był jednym z najlepszych graczy futbolu amerykańskiego. Ale kontuzja przekreśliła szansę na większą karierę. Obecnie pracuje jako menadżer w firmie zajmującej się inwestowaniem w firmie niejakiego Andersona. Próba spieniężenia swoich znajomości, okaże się drogą wyboistą i skomplikowaną.

gracze1

Nowa produkcja HBO stworzona przez Stephena Levinsona to tragikomedia skupiająca się na sportowcach. Zwłaszcza na tych, którzy muszą na nowo odnaleźć się w świecie bez sportu, piłki i tej całej stadionowej wrzawy. Kimś takim jest Spencer, który – choć już nie zawodnik – zna to środowisko od podszewki. Dodatkowo jednak poza nim, mamy tutaj trójkę graczy, którzy przechodzą ewolucję z odcinka na odcinek: otoczony nie najlepszymi doradcami i szastający pieniędzmi Vernon Littlefield, zdolny, lecz impulsywny Ricky Jarrett oraz będący na emeryturze Charles Greene, próbujący odnaleźć się w nowym otoczeniu. Mimo ważkich problemów oraz trafnych obserwacji świata sportowego, jest to bardzo lekka i zabawna produkcja spod znaku HBO. Nie brakuje bluzgów, absurdalnych sytuacji (impreza na statku, gdzie dochodzi m.in. do seksu z… matką jednego z zawodników), ale też i aluzji zrozumiałych dla fanów sportu. Cóż, futbol amerykański, nie jest zbyt popularny w naszym kraju, a sumy pieniędzy, o które toczy się gra są dość astronomiczne, jednak pojawiają się też inne, równie zabawne sytuacje (panika Spencera przed badaniem i zaskakująca reakcja po ich wynikach), a ograne wątki i schematy takie jak rywalizacja o numer koszulki czy szantaż są tutaj poprowadzone naprawdę z głową.

gracze2

Technicznie jest to naprawdę dobra produkcja, ze świetnie dobranymi piosenkami (głównie spod znaku rapu), idealnie wpasowany do poszczególnych scen. Dodatkowo mamy słoneczne Miami, piękne kobiety oraz lekki klimat. Ale żeby nie było tak słodko, jest kilka wad. „Gracze” to przede wszystkim męski świat, gdzie kobiety w zasadzie są albo wspierającymi żonkami, albo seksownymi kociakami, spełniającymi fantazje seksualne. Stanów pośrednich nie stwierdzono, parę wątków to niewypały (m.in. agent Jason poznający przyszłego męża swojej mamy), ale z odcinka na odcinek było coraz lepiej, fabuła rozkręcała się i nawet małe wpadki nie były w stanie przeszkodzić z czerpaniu sporej frajdy z oglądania.

gracze3

Aktorsko, „Gracze” to popis Dwayne’a „The Rocka” Johnsona, mającego więcej do zagrania niż zwykle. Spencer w jego interpretacji to wiarygodny bohater – opanowany i spokojny facet, który chce jak najlepiej dla swoich klientów. Staje się ich mentorem, choć sam musi zmierzyć się ze swoimi problemami (bólem, lekami i przykrościami, które zrobił innym), zachowując pełny luz oraz lekkość.

gracze4

Reszta bohaterów też ma swoje pięć minut, z czego najciekawszych jest aż dwóch. Pierwszy to Ricky Jarrett (bardzo dobry John David Washington), który jest świetnym graczem, jednak bywa bardzo impulsywny i nie do końca wierny swojej dziewczynie. Powoli jednak zaczyna aklimatyzować się z grupą i jest w stanie pokonać swoje demony (to akurat są bardzo zabawne sceny). Drugi jest Charles Greene (Omar Miller) – doświadczony, przechodzący na emeryturę zawodnik. Aktor wiarygodnie pokazuje jego rozterki związane z powrotem na boisko oraz strach, czy da radę. Vernon jest najmniej interesującym bohaterem, jednak grający go Donovan W. Carter dobrze oddał jego niedoświadczenie oraz ignorancję. Wynika to jednak z młodego wieku oraz złego otoczenia. Za to najbardziej trudnym do oceny bohaterem jest partner Spencera, Joe Krutel. Z jednej strony oddany przyjaciel, z drugiej impulsywny, nie zawsze trzeźwo myślący choleryk, który jest kolejnym ładunkiem komediowym.

gracze5

Mimo pewnych niedoskonałości, „Gracze” to dobry i lekki serial, gwarantujący bezpretensjonalną rozrywkę. Już nie mogę doczekać się drugiej serii.

7/10