Dolina Krzemowa – seria 2

Po wydarzeniach z poprzedniej serii, firma Pied Piper kierowana przez Richarda Hendricka oraz Ericha Bachmana zaczyna się coraz bardziej liczyć na świecie komputerowym. Jednak pojawia się poważniejszy problem – krótki zastrzyk finansowy może nie wystarczyć i zaczynają szukać bogatego sponsora oraz rozwijać swoja firmę.

dolina_krzemowa_21

Mike Judge i spółka dalej przyglądają się naszym bohaterom z serialu HBO. Dalej obnażane są działania korporacji oraz to jak z tymi regułami mierzą się nie zawodowi biznesmeni, ale kolesie spędzający cały czas przy komputerze i przypadkowo dokonują wielkiej rzeczy (algorytm idealnej konwersji). Przez chwilę niebezpiecznie serial wydawał się zbliżać do „Teorii wielkiego podrywu” (pojawienie się laski w firmie), jednak szybko zostaje to zarzucone. Panowie – jak to w poprzedniej serii – mają rzucane kłody pod nogi i z jednych tarapatów pakują się w drugie. Nowy szef (zmarłego Petera Gregory’ego zastępuje zimna sucz zwana Laurie Beam) nie ułatwia sprawy, a inwestor Ross Hunnemann ma olbrzymiego fioła na punkcie bycia miliarderem – a jakby tego było mało dybie na nich Hooli pod wodzą Gavina Belsona, rywalizującego z nimi o ten sam produkt i oskarżając o kradzież intelektualną.

dolina_krzemowa_22

Humor tak jak w poprzedniej serii, balansuje mocno na granicy dobrego smaku, ale nie jest aż tak ostry jak poprzednio (zwłaszcza w finale), chociaż potrafi rozbawić (negocjacje z inwestorami, gdzie Erlich rzuca mięsem i obraża inwestorów przyszłych, dyktując warunki). I jest to może pokazane w krzywym zwierciadle satyry, to jednak coś może być na rzeczy. Bezwzględność z pomocą prawników, próby zastraszania, stalowe nerwy, awansowanie ludzi niekompetentnych (Bighetti – były członek Pied Piper) – skądś to wszystko znamy, prawda?

dolina_krzemowa_23

Nasi znajomi nadal świetnie sobie radzą i czuć chemię miedzy nimi, a Richard nadal jest zbyt wrażliwym i niezbyt rozważnym facetem w świecie bezwzględnej rywalizacji. Nadal rządzi chamski i ostry Erlich (T.J. Miller), podkręcający atmosferę swoim bezpardonowym zachowaniem. Ciągle na drugim planie iskrzy miedzy satanistą Gilfoylem a Pakistańczykiem Dineshem, a Jared wydaje się być jedynym głosem rozsądku. Jednak największym problemem jest brak czegoś zaskakującego i świeżego, poza nowymi postaciami. Wszystko to wynagradza namacalna chemia miedzy bohaterami (zawodowymi stand-uperami) oraz finał, który komplikuje całą sprawę.

dolina_krzemowa_24

I nadal czeka się z niepokojem na dalszy rozwój wypadków. Nadal uważam, że „Dolina Krzemowa” to udany serial komediowy od HBO. Nadal śmieszy, a to najważniejsze.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Delicatessen

W przyszłości, gdzie świat się rozpadł, znajduje się kamienica, której właścicielem jest rzeźnik Clapet. Poza nim mieszka galeria dość ekscentrycznych bohaterów i tam trafia nowy lokator – cyrkowiec Louison, pełniący rolę złotej rączki. Mężczyzna podkochuje się w córce rzeźnika, wrażliwej Julie. Jednak miłość ta stoi pod znakiem zapytania, gdyż rzeźnik sprzedaje mięso zrobione… z ludzi, a cyrkowiec jest następny w kolejce.

delicatessen1

Jean-Pierre’a Jeuneta poznałem po raz pierwszy (zapewne jak większość kinomanów) dzięki magicznej „Amelii”, która mnie zwyczajnie oczarowała i zachwyciła. Mało kto jednak pamięta początki reżysera, gdy poznał Marca Caro i zaczęli robić wspólnie filmy, a wszystko zaczęło się od „Delicatessen”. To kino czysto surrealistyczne, zmierzające w stronę groteski oraz pokręconych dziwacznych sytuacji. Dziwaczny jest sam świat, gdzie ludzie przerzucili się na kanibalizm i każdy – niemal – bez sprzeciwu to akceptuje. Więcej, z niecierpliwością czekają na kolejne partie mięsa. Już sam początek zapowiada, ze będzie to dziwaczne kino. Widzimy tam próbę ucieczki kandydata na mięso, która kończy się klęską oraz oryginalną czołówkę.

delicatessen2

Bohaterowie są tutaj różnorodni i intrygujący – samotny cyrkowiec (fantastyczny Dominique Pinon), wrażliwa Julie (czarująca Marie-Laure Dougnac), bezwzględny rzeźnik (brawurowy Jean-Claude Dreyfus), introligator z żoną próbującą popełnić samobójstwo czy mężczyzna mieszkający w piwnicy razem z żabami i jedzący ślimaki. Każdy ma swoje mocne i wyraziste momenty, które zapadają w pamięć (wymyślne próby samobójcze czy dramatyczny finał w łazience).

delicatessen3

Trudno nie zachwycić się stylowymi, utrzymanymi w sepii zdjęciami Dariusa Khondji, odtwarzającymi szaro-burymi kolorami klimat mroku i beznadziei. Również scenografia kamienicy robi ogromne wrażenie, gdzie wiele rzeczy się sypie – od kranu i połamanego stopnia na schodach. I na koniec surrealistyczny humor. Nie zapomnę do końca życia sceny erotycznej, która doprowadzała do tego, że inni mieszkańcy robi swoje rzeczy w tym samym tempie, co kochankowie (jedyne, co w tych scenach widać, to… sprężyny łóżka :))

delicatessen4

Czy w takim świecie jest miejsce na happy end? To musicie sami odkryć, bo „Delicatessen” to pokręcone i oryginalne kino, objawiające nowy talent. Brawo, monsieur Jeunet!!!

8/10

Radosław Ostrowski

Disco Polo

Czy jest ktoś w Polsce, komu musiałbym tłumaczyć, co to jest disco polo, zwane też muzyką chodnikową? Lata 90. to był złoty czas dla tego gatunku, który obecnie dzięki przebojowi „Ona tańczy dla mnie” grupy Weekend przeżywa renesans oraz własną stację telewizyjną. O tych początkach i czasach boomu opowiada debiut Macieja Bochniaka.

Punktem wyjścia jest historia niejakiego Tomka – młodego chłopaka, syna kolejarza. Chce zostać gwiazdą muzyki disco polo i próbuje włączyć do pomocy kolegę Rudego. Razem z koleżanką o ksywie Mikser zakłada kapelę Laser i rusza na podbój Polski. A że droga jest dość wyboista, to już inna kwestia.

disco_polo1

Takich opowieści były setki, jeśli nie tysiące. Wielki sukces, od którego odbija szajba, przychodzi opamiętanie i jeszcze większy sukces. To bajka o spełnieniu i wielkim śnie, który wielu śni u nas (kasa, przyjaźń, laski i mieć wszystko wypasione), ale wymaga to pomysłowości, sprytu i czasami bezczelności. A tego to już nie każdy potrafi. Lata 90. są tutaj pokazane na dwa sposoby: szarą bidę oraz kolorowy, wypasiony kicz w iście amerykańskim stylu z klującymi oczy kolorami. Dalej idzie wszystko jak po sznurku, choć kilka scen jest niesamowicie śmiesznych (m.in. specjalny koncert… w pierdlu i związane z tym perturbacje – od gliniarzy ze strzelbami i taxi helikopterem po osobę samego skazańca o twarzy… Jerzego Urbana czy „gaszenie” koncertu w remizie strażackiej).

disco_polo2

Bochniaka trzeba też pochwalić za pokazanie różnych nieczystych zagrywek działających w tym szołbiznesie (za którym, oczywiście, stoi mafia – myślicie, że odpuściliby taką kasę?). Jeśli nie będziesz posłuszny, to jednym słowem zmniejszana jest sprzedaż materiału, a jak to nie pomoże, to „kradniemy” nazwę i zmieniamy skład zespołu. Delikatne ostrze satyry jest dobitniejsze niż w „Polskim gównie”. A i sama muzyka to jedna jazda na sentymencie (przynajmniej dla mnie – ze zmienionymi aranżacjami Michała Nosowicza) i przyjemnie się tego słuchało – tylko nie mówcie o tym nikomu ;).

disco_polo3

Więc w czym jest problem? Przewidywalna fabuła to po pierwsze. Po drugie, nie ma tutaj próby rozgryzienia fenomenu tej muzyki – dlaczego ona jest taka nośna i skąd te rekordowe miliony sprzedanych kaset magnetofonowych i płyt CD? Dodatkowo reżyser jeszcze wrzuca pewne aluzje i odniesienia do bardziej ambitnych filmów, co może wywołać dysonans (drążenie ropy z „Aż poleje się krew”, pościg z ciężarówką prawie jak w „Pojedynku na szosie” czy duet ubrany na biało z „Funny Games”).

disco_polo4

W całej tej konwencji odnaleźli się aktorzy, którzy grają troszkę „stereotypowe” postacie, ale są w tym wiarygodni. Kompletnie zaskoczył Dawid Ogrodnik (a zwłaszcza jego barwa głosu), który sprawiał wrażenie wyluzowanego i ambitnego chłopaka – Tomka. Niezgorszy był Piotr Głowacki (bardziej stąpający przy ziemi Rudy) i Joanna Kulig (wokalistka Gensamina). Ale powiedzmy to sobie wprost – ten film skradł im Tomasz Kot. Producent Daniel Polak w jego wykonaniu z jednej strony jest komediową petardą („Jak się Polakowi podoba, to znaczy, że każdemu Polakowi się spodoba„) i postacią kompletną. Krzykliwy, czerwony gajer, polskie wąsy i to zabójcze spojrzenie – niby idiota, ale posiadający władzę i wolę działania.

Nie jest to aż tak świetny film, jaki mógłby być, ale też nie ma specjalnie powodu do wieszania psów. „Disco Polo” to bajka – kolorowa, dynamicznie zmontowana i chwytliwa. Jak muzyczny przebój. Pytanie tylko czy zostanie w głowie na długo?

6/10

Radosław Ostrowski

Pani z przedszkola

Głównym bohaterem jest Krzysztof Myśliwski – pisarz, który ma jeden bardzo, bardzo poważny problem, a mianowicie nie staje mu wiadomy organ. Dlatego idzie do psychiatry, z którym cofa się do źródeł przyczyny zastanej sytuacji. Trafiamy do lat 60., gdy mały Krzyś bał się ludzi i nie chciał iść do przedszkola. Dlatego szedł razem z mamą i wtedy pojawiła się pani Karolina – młoda i atrakcyjna pani przedszkolanka, który wywróci ich życie do góry nogami.

pani_z_przedszkola1

Marcin Krzyształowicz sławę osiągnął znakomitej „Obławie”, ale tym razem postanowił zrobić lżejszy i przyjemniejszy film. „Komedię jakiej nie było” – jak zapowiada dystrybutor. I rzeczywiście, czegoś takiego nie widziałem. Zamiast śmiechu byłem smutny i przygnębiony jak główny bohater, a punkt wyjścia jest żenujący. Dalej jest po prostu nierówno, nie śmiesznie (z dwoma wyjątkami) i po prostu idiotycznie. Miesza się tutaj wszystko – epoki, miejsca, rzeczywistości (pojawia się nawet komiksowa wstawka – pozbawiona sensu), wywołując całkowity mętlik, że tak naprawdę nie wiemy i nie chcemy wiedzieć, co się dzieje na ekranie. I nic, nie robiło na mnie wrażenia, poza tym jak można spieprzyć tak – wydawałoby się – prostą historię. Nie pomaga tutaj ani dobrze zrobiona scenografia oraz kostiumy, oddająca ducha czasów PRL-u, ani przyzwoite zdjęcia. Jak na komedię jest to zbyt poważne kino, które tak naprawdę pada ofiarą dystrybutora.

pani_z_przedszkola2

Reżysera nie jest w stanie uratować znana i gwiazdorska obsada, ale nie dlatego, ze zadanie ich przerosło, tylko z powodu jakości materiału. Zarówno Agata Kulesza, jak i Adam Woronowicz w rolach rodziców, którzy nadają na różnych falach nie do końca są przekonujący. Drugim irytującym elementem jest narracja z offu – nadęta, intelektualna i sprawiająca wrażenie na siłę lekkiej (głos Cezarego Morawskiego tez robi swoje in minus). Łukasz Simlat ograniczony jest do roli „ciała” swojego bohatera. Częściowo sytuację ratuje brawurowa Krystyna Janda w roli twardej babci, która życie dobrze zna i ma kilka scen. To samo można powiedzieć o Marianie Dziędzielu jako terapeucie, ale na tym plusy się kończą.

„Pani z przedszkola” to niestety, nieudolna i mało zabawny film komediowopodobny. Pewnie wielu widzów zobaczy troszkę więcej niż ja, ale na mnie to nie działa. Kompletna żenada i strata czasu. Oj, nie mam ostatnio dobrej ręki do polskich filmów. I będę musiał coś z tym zrobić, choć na pewno nie będzie to wizyta u terapeuty.

pani_z_przedszkola5

3/10

Radosław Ostrowski

Postrach nocy

Horror to gatunek z tradycjami tak długimi, że mało kto je tak pamięta. Pytanie czy można wymyślić coś nowego w tego typu historii, jeśli sięgniemy po tak klasycznego przedstawiciela grozy jak wampira? O dziwo się da, co pokazał w 1985 roku Tom Holland, reżyser znany jako twórca  laleczki Chucky.

postrach_nocy1

Poznajcie Charliego Brewstera – młodego chłopaka, który lubi namiętnie oglądać horrory, ale jeszcze bardziej lubi koleżankę ze szkoły, Amy. Ale dziewczyna nie należy do „łatwych” – innymi słowy, zawsze kończyło się na całowaniu. Do miasteczka, gdzie mieszka nasz bohater wprowadza się nowy sąsiad, niejaki Jerry. W tym samym czasie dochodzi do serii morderstw młodych kobiet, a Charlie przypadkowo dokonuje szokującego ukrycia – jego sąsiad jest wampirem. Tylko jest jeden mały problem: nikt mu nie wierzy.

postrach_nocy2

W zasadzie film z jednej strony trzyma się konwencji klasycznego horroru, z drugiej zaś uwspółcześnia go, stając się pastiszem. Jest wszystko, co w ikonografii wampirycznej być powinno – kły, pazury, trumna i zamiłowanie do krwi. A że wampiry jeszcze mają siłę uwodzenia, to czyni sprawy skomplikowanymi. Z dzisiejszej perspektywy, film Hollanda nie wywołuje takiego przerażenia jak w dniu premiery, jednak jest tutaj kilka klimatycznych zdjęć jak nocna ucieczka „Szajby” za Jerrym czy sekwencja w dyskotece (tutaj jest też napięcie erotyczne). Swoje robi także elektroniczna muzyka oraz trzymającą w napięciu finałowa konfrontacja (z przyzwoitymi efektami specjalnymi) z obowiązkowym finałem w piwnicy.

postrach_nocy3

Nieźle w tą konwencję wpisują się też aktorzy. Najbardziej wybija się demoniczny i charyzmatyczny Chris Sarandon, czyli wampir Jerry oraz Roddy McDowell jako aktor Peter Vincent, będący parodią profesora van Helsinga, tylko w wydaniu tchórzliwym. Młodzi aktorzy wypadają przyzwoicie, zwłaszcza neurotyczny William Ragsdale grający główną rolę.

postrach_nocy4

Jako horror nie do końca sprawdza, jednak pozostaje całkiem niezłym pastiszem. Podobnie jak remake sprzed 4 lat z Colinem Farrellem i Davidem Tennantem.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Francuski minister

Arthur Vlamick jest młodym i ambitnym japiszonem, który dostaje posadę u samego szefa dyplomacji, ministra Alexandre’a Taillarda de Vormsa. Jego zadaniem jest pisanie przemówień dla ministra, co nie jest wcale takie proste.

francuski_minister1

Polityka zawsze była celem satyry, także tej filmowej. Nowe dzieło francuskiego mistrza, Bertranda Taverniera oparte jest na komiksie z 2010 roku, gdzie szyderczo pokazano działania dyplomacji francuskiej. Cała intryga skupia się na przygotowaniu przemówienia dla ministra na szczycie ONZ. Jednak problemem staje się temperament ministra, którego myśli pozostają zagadką dla wszystkich, a jego obecność wywołuje jeszcze większy chaos (widać to m.in. latającymi kartkami, gdy wchodzi). Jakby tego było mało, dzieją się różne trudne rzeczy – kryzysy zagraniczne, porwania, konflikty w Afryce. Na wszystko musi być przygotowana mowa, pytanie, notatka itp. Jednak żaden minister nie jest tak zmienny jak de Worms. Reżyser punktuje absurdy biurokratyzacji, zabawy w podchody i niesnaski personalne – dodatkowo całość okraszona jest cytatami z Heraklita, nakręcającymi absurdalność całej sytuacji.  I jak tu w ogóle pracować, funkcjonować i oddychać? Problemem może być zbyt pora liczba absurdów na ekranie oraz słowny humor, ale Tavernier trzyma rękę na pulsie i jest w stanie mieszać powagę z groteską.

francuski_minister2

Do tego jeszcze ma brawurowego Thierry Lhermitte’a. De Worms (mocno wzorowany na Dominique’u de Villepinie – szefie MSZ w latach 2002-2004) sprawia wrażenie pewnego siebie, inteligentnego polityka, jednak tak naprawdę jest lubiącym skupiać na siebie uwagę, niekompetentnym idiotą, którego gadulstwo jest nieznośne (rozmowa z noblistką, Molly Hutchinson tylko to potwierdza), a ważniejsze poza czytaniem jest używanie markerów w książkach. Równie dobry jest Raphael Personnaz jako Vlamick – inteligentny i ambitny w zderzeniu z chaosem politycznym sprawia wrażenie bezradnego i słabego człowieka. Mimo słabości, podejmuje walkę z wiatrakami i potrafi wzbudzić sympatię. Nawet pomoc pragmatycznego i opanowanego Claude’a Maupasa (świetny Niels Arestrup) okazuje się niewystarczająca.

francuski_minister3

„Francuski minister” jest inteligentną oraz ciętą satyrą polityczną, która jest zrozumiała nie tylko dla mieszkańców Żabolandii. Tylko trzeba dać szansę. Chociaż, czy politycy zasługują na drugą szansę?

7/10

Radosław Ostrowski

Seks według Eda

Ed Cole chce podjąć pracę jako nauczyciel, jednak problemem jest brak wolnych miejsc. Dlatego Ed dorabia sobie w sklepie z ptysiami i tym podobnymi słodkościami. W końcu idąc do związku nauczycielstwa (a raczej ich amerykańskiego odpowiednika), udaje się dostać posadę w szkole, do której uczęszczają mniejszości (czarni i Latynosi), gdzie Ed ma uczyć podczas zajęć dodatkowych. Pod wpływem incydentu, mężczyzna decyduje się na wychowanie seksualne.

sex_ed1

Komedia z seksem? To jest zawsze niebezpieczne połączenie, które zazwyczaj kojarzy się z rynsztokiem, wulgarnością, co jest nieuniknione. Reżyser próbuje sięgnąć po ten temat i chce, by było zabawnie. Najlepszy dowcip jest taki, że to działa, mimo pewnych pikantnych sytuacji (zobaczenie swoich najlepszych kumpli – kobietę i faceta razem, w łóżku czy skorzystanie z usług profesjonalistki, który okazuje się facetem) oraz dość balansującego na granicy smaku gagów (pytania dzieci o sprawach seksu – niektóre rozbrajająco poniżej pasa), ale jestem zaskakująco zadowolony z seansu. Zdecydowanie nie jest to film dla młodego widza. Nie brakuje kilku obyczajowych obserwacji oraz pokrzepienia osób mających problem ze spełnieniem, jednak nie należy tego traktować jako przewodnika po seksie. Samej golizny tutaj nie ma, a kilka razy zdarzyło się zaśmiać. Nie jest to jednak poziom specjalnie wielki, tylko propozycja w sam raz na rozluźnienie po cięższym dniu.

sex_ed2

Jednak to wszystko nie zagrałoby, gdyby nie grający główną rolę Haley Joel Osment. Jako chłopiec widział martwych w „Szóstym zmyśle”. Gdy dorósł, stał się pulchny i w tym filmie gra troszkę ciapowatego prawiczka, który ma uczyć seksu. Brzmi jak popis kaskaderski, ale to zaskakująco dobrze działa i nie czuć w tym fałszu. Równie naturalnie wypadli młodzi aktorzy, mianowicie dzieci – rozbrajająco śmieszne. No i jeszcze jest bardzo apetyczna Lorenza Izzo (Pilar, siostra jednego z uczniów), która dodaje walorów wizualnych, że się tak wyrażę, a także rozbrajający Matt Walsh (Washout z amerykańskiego ZNP).

sex_ed3

Jak wspomniałem, „Seks według Eda” to nie jest film, który wywoła wstrząs światopoglądowy, odmieni oblicze świata czy doprowadzi do przyśpieszenia badań nad Parkinsonem. Wątpię tez, by spopularyzował pigułkę „dzień po”. Wiedzy na temat seksu też nie poszerzy, ale całkiem miło spędziłem czas.

5,5/10

Radosław Ostrowski

Wywiad ze Słońcem Narodu

Korea Północna jak wszyscy wiemy jest krajem pełny spokoju i ładu. Wszyscy mieszkańcy są tam szczęśliwi, nie ma głodu i nędzy, mimo sankcji ze strony zgniłego Zachodu. A po co im bron nuklearna? Oczywiście po to, żeby się bronić. I właśnie do tego kraju przybywa niejaki Dave Skylark – prowadzący satyryczny program telewizyjny „Wieczór ze Skylarkiem” oraz jego producent Aaron Rapaport. W sprawę angażuje się CIA, żeby wykorzystać sytuację do usunięcia Kim Dzong Una.

slonce_narodu2

Ten film stał się głośny, jeszcze zanim pojawił się w kinowej dystrybucji, a wszystko z powodu domniemanego ataku hakerów z Korei Północnej, którzy włamali się do serwerów dystrybutora filmu, Sony Pictures Entertainment. Jednak bardziej pachnie to wszystko pomysłową kampanią promocyjną wynikająca raczej z wątpliwej jakości dzieła Evana Goldberga i Setha Rogena. Jak jest naprawdę? Prawda jest raczej po środku, ale jedno jest pewne – „Wywiad” jest bardzo specyficzną komedią, która nie jest dla każdego. Poza zabawą popkulturą i szyderstwem z gwiazd szołbiznesu (rozmowa z Eminemem, który przyznaje się do homoseksualizmu), twórcy w krzywym zwierciadle pokazują przywódcę Korei Północnej. Owszem, bywa porywczy i nie boi się użyć siły, ale też bardzo lubi grać w kosza, słuchać Katy Perry i ma ciągoty gejowskie, pozostając sprytnym manipulatorem. Twórcy jednocześnie starają ubrać się całość w konwencję pastiszu kina szpiegowskiego, gdzie zamiast agenta 007 mamy dwóch geeków, kompletnie nieudolnych (szkolenie CIA – jedna z najzabawniejszych scen), jednak jakiś cudem potrafią wyjść z każdej niezręcznej sytuacji.

slonce_narodu1

Poczucie humoru jest jak już wspomniałem specyficzne – poza zgrywą z przywódcy Korei i gwiazd szołbiznesu USA, zdarzają się momenty na granicy dobrego smaku (odgryzanie ręki czy zabezpieczenie przesyłki od CIA za pomocą wsadzenia go w… odbyt), ale bilans zaskakująco wychodzi na plus. W końcu, filmowcy mogli pokazać ciemne strony Korei (głodujących, obozy koncentracyjne), jednak aż tak daleko Goldberg z Rogenem nie idą, jednocześnie czasami jadą po bandzie (scena wywiadu oraz strzelanina tuż po).

slonce_narodu3

Największym atutem tego wariactwa jest chemia między grającymi główne role Jamesem Franco i Sethem Rogenem. Obaj tworzą dość pokręcony duet dwóch pajaców, mających w głównie oglądalność, wyrywanie lasek – innymi słowy to ostatni ludzie na Ziemi, którzy mogliby dokonać zamachu na dyktatora. Duet potrafi też wygrać także kloaczny humor, co też jest zaletą. Na drugim planie najbardziej błyszczy Russell Park jako koreański przywódca. Kim nie jest tutaj demonicznym przywódcą, tylko zmuszonym do grania twardego i nieustępliwego słabeuszem, kreowanym na Boga. Na szczerość pozwala sobie tylko w sytuacji sam na sam ze Skylarkiem, chociaż tego nie można być pewnym na 100%.

slonce_narodu4

Powiem krótko: z dużej chmury jest mały deszcz, bo „Wywiad…” nie jest aż tak szkodliwy wobec Kima jak mogło by się to wydawać, ani tak słaby, by użyć tej dość nietypowej metody promocji. To całkiem niezła komedia, choć trzeba naprawdę dużej tolerancji na głupotę, by ją przełknąć i się bawić. Uważajcie tylko.

6/10

Radosław Ostrowski

Martwica mózgu

Jest rok 1958. W Nowej Zelandii mieszka zdominowany przez matkę, niezdarny Lionel. Chłopak zakochuje się w ekspedientce ze sklepu, Paquicie, a raczej ona w nim pod wpływem swojej matki-wróżbitki. Jednak matka Lionela zaczyna szpiegować parę. Gdy pojawiają się w zoo, matka zostaje pogryziona przez małposzczura. Od tej wypadki toczą się błyskawicznie, gdyż kobieta zmienia się w zombie.

martwica1

Peter Jackson kojarzony jest dzisiaj ze stworzeniem kinowego Śródziemia, bazując na powieściach Tolkiena. Jednak zanim do tego doszło, w 1992 roku nakręcił pokręcony i strasznie krwisty komedio-horror. Efekt? Makabra, miłość, czarny humor, zombie, talizmany oraz hektolitry krwi – ta mieszanka nie dla wszystkich może zadziałać. Cel jest dość prosty – trzeba zrobić wszystko, by zombiaki nie opuściły domu, bo wtedy będzie niewesoło. Jak pokonać żywego trupa, gdy nie mamy żadnych broni palnych? Nie pomaga zakopanie, lekarstwa, trucizna ani ciosy karate. A jak zostaniesz pogryziony, będziesz jednym z nich. Jackson bierze z klasyków kina grozy, jednak polewa to tak duża ilością krwi, że osoby o słabszych żołądkach mogą tego nie wytrzymać (zwłaszcza finału). Wielkie wrażenie robi tutaj charakteryzacja – wygląd zombie wywołuje obrzydzenie i niechęć, a metody zabijania mogą wywoływać śmiech (hurtowa likwidacja za pomocą noży czy starcie na cmentarzu z księdzem-karateką).

martwica2

Tak naprawdę film Jacksona jest opowieścią o miłości oraz próbie wyrwania się spod wpływu zazdrosnej matki. To tak naprawdę przez jej wścibstwo i próbę kontroli dochodzi do całej lawiny krwawych i zabawnych scen (pogrzeb), gdzie reżyser idzie po bandzie. Jeśli nie boicie się hurtowej ilości krwi, powyjmowanych kończyn oraz zombie seksu, to jesteście w domu. Dodajmy do tego przyzwoite aktorstwo oraz wręcz rzeźnickie zakończenie, a otrzymamy pokręcony i szalony komedio-horror. Ja się bawiłem całkiem nieźle, ale ostrzegam – nie jest to produkcja dla każdego.

martwica3

6/10

Radosław Ostrowski

Mroczne cienie

XVIII-wieczny Liverpool. Tam do Ameryki wpłynął ród Collinsów, gdzie założył własne miasto i zbudował morskie imperium. Ich syn, Barnabas przejmuje interesy, jednak jego szczęśliwy los, odwraca się od niego. A to z powodu Angelique – służącej, w której się zakochał i złamał jej serce. Nie przewidział jednak, że kobieta jest wiedźmą i rzuciła klątwę na cały jego ród. Barnabas zostaje przemieniony w wampira i zakopany żywcem w trumnie. Przypadkowo zostaje odnaleziony po niemal 200 latach i próbuje przystosować się do nowych czasów, a także przywrócić blask swojej dawnej fortunie.

mroczne_cienie1

Tim Burton przez ostatnie lata raczej prezentuje zniżkę formy, zachwycając jedynie stroną wizualną. Tym razem postanowił przenieść na ekran koncepcje ze starego (i popularnego w USA) serialu z lat 60., gdzie do rodziny trafia dawny przodek-wampir. Problemem „Mrocznych cieni” jest tak naprawdę w jakim tonie ma być utrzymana cała historia. Bo niby to horror, niby komedia (czasami pikantna), niby kino familijne – miesza się wszelkie konwencje, ale żadna z nich nie zostaje wygrana do samego końca. Jako horror ma mroczny klimat (stylowe zdjęcia Bruno Delbonnela – zwłaszcza nocne ujęcia w lesie) i imponującą scenografię domostwa Collinsów, jednak nie trzyma w napięciu, nie strasząc. Największym źródłem humoru jest zderzenie XVIII-wiecznej mentalności i języka Barnabasa do realiów lat 70., choć dalej bywa różnie z poziomem żartów. Sama intryga dość wolno się wlecze i idzie w przewidywalnym kierunku (konfrontacji wampira z wiedźmą), a finał tylko połowicznie zadowala.

mroczne_cienie2

Reżyser zmierza w oczywistym kierunku oraz rozpoznawalnym stylu, jednak coraz bardziej czuć zmęczenie materiałem – przewijają się tu sprawdzone motywy (szaleństwo, odmienność), jak i bardziej kojarzony z produkcjami Wesa Andersona portret dysfunkcyjnej rodziny. Wszystko to już znam z innych filmów Burtona i zwyczajnie brakuje tutaj czegoś świeżego, oryginalnego oraz po prostu dobrego.

mroczne_cienie3

Sytuacji nawet nie ratuje przyzwoite aktorstwo. Etatowy współpracownik Burtona, Johnny Depp powoli zaczyna skręcać w stronę autoparodii, wygląda groteskowo (chyba tak miało być), a zmanierowany głos arystokraty wywoływał irytację. Podobnie wypadła Helena Bohnam Carter, tym razem jednak na drugim planie jako dr Hoffman. Najjaśniejszym blaskiem błyszczy Eva Green jako klasyczna femme fatale – apetyczna, seksowna i przebiegła Angelique, która sieje strach. Kontrastem dla niej jest głowa rodziny Collinsów, Elizabeth. Grająca ją Michelle Pfeiffer jest jednocześnie łagodna, ale i twardo stąpająca po ziemi kobieta walcząca o swoje.

mroczne_cienie4

Kryzys coraz bardziej dosięga Burtona, a „Mroczne cienie” tylko potwierdzają słabszą dyspozycję Amerykanina. Trudno powiedzieć, czy reżyser przełamie brak weny, ale rzeczywiście cień nad nim jest wielki i nie wiadomo jak dalej potoczy się kariera tego zdolnego reżysera.

6/10

Radosław Ostrowski