W krzywym zwierciadle: Witaj, święty Mikołaju

Seria o rodzinie Griswoldów to najbardziej znana rodzinka z serii „W krzywym zwierciadle”. Głównie spędzająca wakacje poza domem, w roku 1989 po raz pierwszy została w domu. Aby spędzić święta Bożego Narodzenia. Trzeba tylko się przygotować: znaleźć drzewko w roli choinki, przygotować dekoracje oraz przyjąć resztę rodziny. Więc co może pójść nie tak? Niespodziewani goście w postaci rodziny kuzyna Eddie’ego, oczekiwanie na premię, skłóceni teściowie. Mam dalej wymieniać?

witaj sw mikolaju1

John Hughes kontynuuje swoją opowieść o rodzince, gdzie głowa to pechowiec i pierdoła do potęgi. Tym razem reżyseruje Jeremiah Chechik, lecz nie ma to żadnego znaczenia, bo cel tego faceta jest jeden: nie przeszkadzać scenariuszowi. A ten opowiada historię znajomą do bólu, czyli jak spędzić Święta z rodziną i nie oszaleć. Wszystko, co może pójść nie tak, idzie nie tak. Każda możliwa katastrofa – od nietrafionych prezentów z zapakowanym kotem, nieproszonych gości, kłótnie, frustracje i utrzymanie swojego stanu psychicznego w ryzach. Sama animowana czołówka, gdzie Mikołaj próbuje wbić do domu z prezentami jest zapowiedzią przyszłych wydarzeń. Jeszcze ta premia świąteczna, co pozwoli mu spełnić marzenie i zbudować basen. Myślicie, że to się uda?

witaj sw mikolaju2

A nasz bohater chce jednej rzeczy i jednej rzeczy tylko chce – spędzić Święta z rodziną w sposób jaki sobie zaplanował. Czyli idealnie. Ale co to właściwie oznacza? To jest najważniejsze pytanie tego filmu, padające między kolejnymi pokręconymi gagami. A kluczowa odpowiedź – nie padająca wprost – jest w scenie, gdy uwięziony na strychu Clark ogląda rodzinną taśmę z Wigilii końca lat 50. Kiedy było się dzieckiem, a wszystko wydawało się proste, ludzie życzliwsi, zaś karp smaczniejszy. Polane jest to humorem słodko-gorzkim, gdzie nie brakuje złośliwości, prostego (może za prostego) slapsticku oraz pełnej ekspresji twarzy Chevy’ego Chase’a. Poczciwina, z którym trudno się nie identyfikować, a nawet współczuć. Sytuację podkręca kuzyn Eddie w wykonaniu brawurowego Randy’ego Quaida, który jest prostym redneckiem, co ma serce większe niż rozum, serwuje najlepsze teksty oraz podnosi poziom wręcz do sufitu.

witaj sw mikolaju3

Nie wszystkie żarty jednak dobrze się zestarzały, jest parę momentów po bandzie (rozmowa z ekspedientką w sklepie odzieżowym – w tej roli zjawiskowa Nicolette Scorsese), a tempo potrafi zwolnić. Niemniej jest tutaj parę sympatycznych momentów, zaś świąteczny klimat robi swoje. Muszę wrócić do innych części tej serii.

6/10

Radosław Ostrowski

Ted Lasso – seria 2

Pamiętacie tego amerykańskiego trenera, co pojechał do Anglii, by kierować klubem z Richmond w Londynie? Cóż, jego pierwszy sezon zakończył się spadkiem do drugiej ligi, ale pojawiła się nadzieja na odwrócenie losu. Głównie dzięki motywowaniu zawodników oraz całej zarządzającej ekipy. Pierwsze mecze kończą się remisami, jednak podczas ósmego dochodzi do tragedii. Strzelający karnego Dani Rojas trafia piłką… psa, będącego maskotką drużyny, co osłabia jego pewność siebie. By pomóc zawodnikowi, zostaje sprowadzona psycholog sportowa, dr Fieldstone.

ted lasso2-1

Pierwsza seria była ogromną niespodzianką, która spotkała się z bardzo entuzjastycznym przyjęciem. Nawet wśród osób niezainteresowanych piłką nożną. Prawdę mówiąc sport jest tutaj pretekstem do opisania relacji między bohaterami. Oraz jaki wpływ ma swój trener na zawodników i poznanych ludzi, próbując zmienić ich w najlepszą wersję siebie. Nawet mimo nieznajomości reguł gry w piłkę nożną. Tutaj jest w zasadzie podobnie, z sezonem jesienno-zimowym. Sportowe mecze nadal są tylko pokazane w kluczowych fragmentach, ale nawet w tych momentach ciągle pojawia się napięcie oraz zaangażowanie. Udaje się cały czas zachować ton między momentami bardziej poważnymi momentami, które są rozładowywane akcentami humorystycznymi.

ted lasso2-2

Oczywiście, w centrum pozostaje Ted w wykonaniu Jasona Sudeikisa, który robi rzeczy wręcz nieprawdopodobne. Ma w sobie ciągle ten potężny urok oraz dawkę amerykańskiego optymizmu, jednak jeszcze zyskuje w dwóch ważnych momentach: podczas rozmów z rodziną przez internet, a drugi raz przy rozmowach z terapeutką. Dr Fieldstone (świetna Sarah Niles) jest odporna na urok Teda – nawet wypiekane ciastka nie robią na niej wrażenia, liczy się szczera rozmowa. Ta relacja może wydawać się przewidywalna: od nieufności po moment wyznania ciężkiej tajemnicy. I ten ostatni moment potrafi poruszyć, serwując jedną z wielu niespodzianek. A wierzcie mi, jest tego o wiele więcej: od ćwiczenia choreografii tanecznej by pożegnać psychiatrę przez alter ego Teda – Leda Tasso po pogrzeb ojca właścicielki klubu, korzystanie z portalu randkowego oraz trenowanie przez Roya Kenta piłkarskiej drużyny 8-latek i roli eksperta w telewizji. Bardzo w stylu Roya kurwa Kenta (Brett Goldstein znowu błyszczy).

ted lasso2-3

Każda z postaci ma swoje pięć minut, by wykazać się i zaprezentować z najlepszej strony. Nawet jeśli nie poznajemy za bardzo ich historii (Holender Jan Mass mówiący to, co myśli), wypowiedziane jedno zdanie mówi wiele o ich charakterze: lojalności, wątpliwościach, zaangażowaniu czy stresie. Co do zawodników, najwięcej czasu poświęca się Jamie’emu Tartowi (Phil Dunster) oraz pochodzącemu z Nigerii Samowie Obisayanie (Toheeb Jimoh). Pierwszy jest synem marnotrawnym, próbującym wrócić do gry, znienawidzony przez resztę drużyny. Zaczynamy poznawać jego trudną relację z ojcem, co zmieniło go w palanta, powoli stając się istotnym członkiem drużyny. Z kolei drugi zaczyna zwracać swoją uwagę skutecznością, stając się mocnym strzelcem i wokół niego toczą się dwa wątki: próba kupienia go przez ekscentrycznego miliardera z afrykańskiego, zaś drugi wokół tajemniczej rozmówczyni z portalu randkowego.

ted lasso2-4

Ja jeszcze nie wspomniałem o związku Kenta z Keeley, który – jak każda relacja – ma lepsze i gorsze dni, ale ostatecznie wszystko idzie ku dobremu czy asystencie trenera o imieniu Nate oraz jak powoli zaczyna mu woda sodowa uderzać. Tu się dzieje dużo, ale nigdy nie miałem poczucia przesytu czy przeładowania. Wątki nie są urywane, zaś zakończenie jest satysfakcjonujące, zostawiając po drodze otwartą furtkę na ciąg dalszy. Wszyscy grają co najmniej bardzo dobrze, a twórcy ciągle potrafią zaskoczyć zabawą formą (równoległy montaż, gdzie słyszymy wyznanie Teda i Rebeki na przemian) czy zmianą klimatu. Są tutaj dwa niespodziewane odcinki – świąteczny, skupiony na spędzaniu Wigilii z dwoma wątkami kapitalnie poprowadzonymi (Święta w dmu Higginsa, który przyjmuje piłkarzy spoza UK oraz problem nieświeżego oddechu u siostrzenicy Kenta) i jeden odcinek skupiony na nocnym powrocie trenera Bearda do domu (mocno surrealistyczny w klimacie „Po godzinach” Scorsese).

ted lasso2-5

Ciągle jestem zdumiony, że pozornie prosty serial jak „Ted Lasso” potrafi oczarować, chwytać za serce, rozbawić i wzruszyć. I to wszystko bez popadania w przesadę, w żadną ze stron, co nie jest wcale takie łatwe. Sudeikis & spółka prowadzą narrację w sposób wręcz wzorowy, dając dawkę pozytywnej energii na dzisiejsze czasy oraz podsyca apetyt na kolejną serię.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Arachnofobia

Doświadczony producent filmowy Frank Marshall z Amblin Entertinment doszedł do wniosku, że po współpracy ze Stevenem Spielbergiem sam weźmie za kamerę i spróbuje sił jako reżyser. I tak w roku 1990 pojawiła się „Arachnofobia” – pierwsza produkcja nowego studia pod Disneyem zwanego Hollywood Pictures. Wsparty przez Spielberga oraz Kathleen Kennedy Marshall zmieszał horror z komedią, inspirując się monster movies oraz „Ptakami” Hitchcocka.

Sama historia zaczyna się w Wenezueli, gdzie zorganizowano ekspedycję naukową dr Athertona. Tam zostaje odkryty nowy gatunek pająka. W trakcie wyprawy ofiarą ośmionoga zostaje fotograf, ale sprawca nie zostaje wykryty. Winą za śmierć miała ponieść gorączka, na którą mężczyzna chorował. Następnie przenosimy się do małego miasteczka w Kalifornii, skąd pochodził nieboszczyk. Tam też trafia dr Ross Jennings razem z żoną i dziećmi. Przenieśli się z San Francisco, by odetchnąć od miejskiego zgiełku, a Jennings miał przejąć praktykę po miejscowym lekarzu. Ten jednak nie zamierza przejść na emeryturę, więc sprawy się komplikują. Jakby tego było mało, w okolicy dochodzi do niewyjaśnionych zgonów.

arachnofobia1

Sam film mocno inspiruje się dziełem Spielberga, z klimatem pozornego spokoju, gdzie wszystko płynie swoim rytmem. Ale pojawienie się morderczego pająka zmienia atmosferę, nie idąc ku makabrze. Reżyser balansuje między strachem a komedią, płynnie zmieniając ton, nawet w ciągu jednej sceny. Co mnie zaskoczyło, to fakt, że dałem się złapać i parę razy podskoczyłem. Czy to wynika z samej obecności pająka w kadrze? Pewnie tak, zwłaszcza w sposobie filmowania. Napięcie idzie gwałtownie zwłaszcza w finale, gdzie nasz protagonista – lekarz z arachnofobią – musi zmierzyć się ze swoim największym lękiem. Kapitalnie zrobiona scena z armią zwierząt nadal potrafi zadziałać jako horror.

arachnofobia2

Pomaga w tym wszystkim świetne aktorstwo. Przede wszystkim to popis Jeffa Danielsa jako dr Jenningsa – lekarza z arachnofobią, racjonalisty, pozwalającego sobie na odrobinę sarkazmu i skonfrontowanego z mentalnością małego miasteczka (symbolem jego jest dr Metcalf). Całość jednak kradnie rozbrajający John Goodman w roli eksterminatora Delberta. Jest jedyną osobą z odpowiednim sprzętem, serwującego najlepsze teksty oraz dodającego sporo lekkości (i ta muzyka, gdy się pojawia – cudo). A i drugi plan z wieloma charakterystycznymi twarzami (m.in. Juliana Sandsa oraz Petera Jasona) też się sprawdza więcej niż solidnie.

arachnofobia3

Nie jest to najstraszniejszy film grozy ever, ale jeśli chcecie swojemu młodszemu rodzeństwu trochę strachu, można od niego spokojnie zacząć. Czysto rozrywkowe kino, dostarczające frajdy. A o to chodzi. Jeden z lepszych filmów Spielberga, który nie jest przez niego nakręcony.

7/10

Radosław Ostrowski

Poradnik łowczyni potworów

Biblioteka platform streamingowych zazwyczaj służy do serwowania różnego rodzaju filmowego śmiecia – kiedyś wrzucanego od razu na video. Tanie, tandetne, czasem celowo dziadowskie, okraszone znanymi twarzami. Lub nie, głównie adresowane dla nastoletnich widzów. Więc po co ja to oglądam? Bo czasem zdarza się, że trafi się na coś bardziej znośnego albo nawet przyzwoitego. Ale film Rachel Talalay nie jest w stanie do tego poziomu się przebić. Troszeczkę zabrakło.

Ale po kolei. „Poradnik łowczyni potworów” oparty jest na powieści Joe Ballariniego (także napisał scenariusz) i skupia się na Kelly. Dziewczyna jako dziecko miała wizje koszmarów, które niemal ożywały każdej nocy. Najgorsze jest to, że rozpowiedziała to i dzięki temu dostała ksywę Bestiara. Jest też traktowana jako dziwadło w szkole. No i ma typowe problemy nastolatki: podoba jej się chłopak, ale jest zajęty, ma tylko jednego kumpla oraz zamiast pójść na imprezę, trafia do domu dzianej szefowej mamy jako opiekunka dla jej syna. Obostrzenia i zakazy są wobec niego większe niż wobec wielu krajów świata. Szykuje się bardzo ciężka noc, zwłaszcza że pojawia się koszmar z jej dzieciństwa, a dzieciak zostaje porwany. I tak poznaje opiekunkę o imieniu Liz, która okazuje się członkinią tajnego stowarzyszenia opiekunek walczących z potworami.

Można w zasadzie powiedzieć, że „Poradnik” to taka nastoletnia wersja historii w stylu „Facetów w czerni” czy „Pogromców duchów”. Gdzie są wszelkiego rodzaju monstra, potężne duchy czy czarownice, choć więcej się o nich mówi niż pokazuje. Zupełnie jakby to był wstęp do większej serii (jeśli w ogóle powstanie). Mimo skromnego budżetu, udało się stworzyć barwne lokacje i wszystko okraszone niezłymi efektami specjalnymi. Ładnie to wygląda, w tle pojawiają się sympatyczne numery popowe, a kolejne komplikacje są pokonywane dość łatwo. ALE wszystko ciągnie w dół ta cała nastoletnia otoczka – przewidywalna, wtórna i w zasadzie zbędna. Bardziej mnie interesowała cała zabawa w walkę z potworami oraz wszystkie bajery (scena zdobywania elementów do broni przez telefon – cudeńko).

Zagrane jest to poprawnie, bez jakiegoś szału z mniej znanymi twarzami. Najbardziej wybijają się dwie kreacje: Oona Laurence jako liderka zespołu Liz oraz Tom Felton jako główny antagonista, Wielki Guignol. Pierwsza jest zadziorna, charyzmatyczna i twarda kobietka, co nie daje sobie w kaszę dmuchać, ale to niezapomniany Draco kradnie ten film. Ukryty pod charakteryzacją aktor gra w sposób mocno przerysowany, ale widać jak wiele ma frajdy z grania tej postaci i ta energia się przenosi na widza. Bez niego ten film nie byłby taki znośny.

Sam film wywołuje bardzo mieszane uczucia. Bo wychodzi z tego całkiem sympatyczny film, o którym zapomni się dość szybko. Czuć mocno, że jest to produkcja skierowana dla młodszego odbiorcy (widać to w humorze czy muzyce), stare pierdziele jak ja mogą potraktować najwyżej jako guilty pleasure z niewykorzystanym potencjałem.

5,5/10

Radosław Ostrowski

Horror w Wesołych Bagniskach

Rok 1923, czyli już po wojnie polsko-bolszewickiej. Tytułowe Wesołe Bagnisko to dworek znajdujący się gdzieś na wschodzie Polski, otoczony wielkimi bagnami, gdzie wejść (i wyjść) można za pomocą dużej kładki. Tutaj podczas wizyty Sowietów doszło do tragedii. Pani dworu oraz jej zięć obwiniają o wszystko niejakiego Jerzego Wawickiego. Mężczyzna dostaje zaproszenie do dworu nie wiedząc, że jest to zastawiona pułapka.

To jeden z mniej znanych filmów w dorobku Andrzeja Barańskiego, który znany był z portretowania życia na prowincji. Ale adaptacja powieści Michała Choromańskiego to mieszanka tajemnicy, thrillera oraz groteskowego poczucia humoru. Nie jest też stricte horrorem, choć atmosfera niepokoju oraz mroczna tajemnica potrafi czasem złapać za gardło. Co tak naprawdę stało się we dworze? Jaką rolę miał w tym wszystkim Wawicki? I czy zapach bagien naprawdę wywołuje kiłę?

Reżyser powoli odkrywa całą układankę, pozwalając działać dość ekscentrycznym i pokręconym bohaterom. Od księdza proboszcza lubiącego miód (cudny Roman Kłosowski) oraz jego siostrzeńca, badającego gaz bagienny (solidny Grzegorz Damięcki) przez lubiącego wypić, melancholijnego dziedzica (rozbrajający Krzysztof Kowalewski), demoniczną, twardą teściową (kradnąca cały film Nina Andrycz) po przebywającego na dworze komisarza NKWD (straszno-śmieszny Alosza Awdiejew) oraz bardziej eleganckiego, światowego Wawickiego (świetny Jan Frycz). Wszyscy grają bardzo teatralnie, lecz idealnie pasuje do tej wariackiej, groteskowej konwencji.

Ale „Horror w Wesołych Bagniskach” nie jest stricte horrorem, choć ma wiele elementów tego typu kina. Od plastycznych zdjęć Dariusza Kuca z bardzo szerokimi plenerami i retrospekcjami w kolorze żółci po nerwowo-smyczkową muzykę Henryka Kuźniaka – nastrój działa bardzo. Tylko, że pod tym wszystkim skrywają się losy ludzi nieszczęśliwych, samotnych oraz zbyt pokręconych, by traktować ten film całkiem poważnie. Być może dlatego tak mało się o nim mówi, bo był zbyt zakręcony oraz doprowadzony do granicy przesady. Nie brakuje w nim przewrotek oraz zaskoczeń, zaś ostatecznie rozwiązanie w pełni satysfakcjonuje.

Tytuł nie oddaje w pełni charakteru, bo to bardziej groteskowy thriller ze zbyt barwnymi postaciami, by uznać za konwencjonalny film. Barański niby idzie w znane środowisko, ale w zupełnie innym tonie. Intrygujące, choć zapomniane dzieło.

7/10

Radosław Ostrowski

Złote runo

Nazwisko Kondratiuk otwiera bardzo jednoznaczne skojarzenia z bardzo autorskim, specyficznym kinem, gdzie główne role grają naturszczycy. Tak jest przynajmniej w filmach Andrzeja, ale i Janusz miał parę takich produkcji. Raz panowie połączyli robiąc „Złote runo”, które Janusz Kondratiuk nakręcił, zaś Andrzej napisał scenariusz i efekt… to czysty Kondratiuk.

W zasadzie fabuła sobie płynie gdzieś w tle, skupiając się na kapitalistycznej Polsce lat 90. i na dwóch bohaterach z różnych światów. Pierwszy to Rysiu – mężczyzna w wieku średnim, co bardziej pije sobie piwko, ma mnóstwo czasu i w zasadzie nic specjalnego do roboty. Drugim jest Stefan – wiekowo zbliżony do Rysia, ale bardziej oblatany biznesmen. Większego kontrastu chyba się nie da pokazać, ale ten drugi potrzebuje pierwszego do pewnej robótki. Najpierw jednak organizuje „test”, mający sprawdzić jak silny żołądek ma Rysiek. Mężczyzna nie zadaje żadnych pytań, więc wszystko idzie gładko i dopiero późnym wieczorem poznajemy prawdziwy cel: przemyt diamentów przez żołądek podczas jazdy pociągiem do Niemiec.

Wszystko tutaj opiera się na dialogach, gdzie mowa potoczna i powiedzonka przeplatają się z dłuższymi, bardziej refleksyjnymi rozmowami. O czym? O życiu, mówiąc najprościej. O najbliższych, o kapitalizmie, pracy, szczęściu, zagranicy – co chcesz, tu znajdziesz. Ku mojemu zdumieniu, jest tutaj mieszanka śmiechu i refleksji, jaką pamiętam z „Wniebowziętych”. I tak jak tam, mamy duet bohaterów, którzy dostają szansę na zmianę swojego losu. Czyli, żeby nie być biednym. Tylko, czy to aby rozwiązanie problemu? Bo ostatnie minuty mogą zasiać ziarno wątpliwości i pokazać, że upragniony raj to kolejna klatka. I nawet śpiewanie „Say OK” oraz tańce z egzotycznymi paniami wydają się zbyt ładnym obrazkiem.

Ale to wszystko by nie zadziałało, gdyby nie rewelacyjny duet pierwszoplanowy. Himilsbacha i Maklakiewicza nie ma wśród nas od dawna, jednak pojawili się ciekawi zmiennicy: Zbigniew Buczkowski (Rysio) oraz debiutujący na ekranie Zbigniew Mazurek (Stefan). Czuć tutaj chemię mimo – a może dzięki – kontrastowi obydwu postaci, cudownie drewnianych, a jednak naturalnych. Paradoks, nie?

Widać mały budżet, film w jednym miejscu niebezpiecznie zbliża się ku niskim lotom (ale nigdy tam nie sięga), a duet Kondratiuków nadal trzyma formę i uważnie obserwuje nową rzeczywistość. Może „Złote runo” nie stało się klasyką jak produkcje z lat 70., niemniej to kawał bardzo interesująco, nieoczywistego kina. Ale nie dla każdego.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Ostatnie takie trio

Zaczyna się wszystko wręcz banalnie: trzech muzyków przyjeżdża na wieś, by zagrać na weselu. Tak zaplanował pan młody, dodatkowo zapłacił, więc trzeba przybyć. Trio tworzą trębacz Karol, skrzypek Cygan oraz perkusista Młodziak. Po drodze zostają zaczepieni przez jakiegoś mężczyznę, który ma do nich sprawę. Karol, będący niejako liderem grupy, zostaje porozmawiać, zaś reszta przybywa do stodoły. Kiedy trio już pojawia się razem okazuje się, że tajemniczy nieznajomy daje dużą kasę za zagranie jednej melodii.

ostatnie takie trio2

Film Jerzego Obłamskiego to bardzo kameralna produkcja zrealizowana dla Telewizji Polskiej. Niemal w całości – poza przyjazdem do wsi – osadzona jest w jednym miejscu. Czyli w weselnej stodole, gdzie zespół przygotowuje się do występu. Ostatniego, jak zapewnia pan Karol, bo coraz ciężej jeździć bez jednej nogi na rowerze. A i zdrowie już nie takie jak kiedyś. Przed występem panowie nie tylko szykują instrumenty, ale przede wszystkim prowadzą rozmowy. Skupienie się na dialogach oraz osadzenie wszystkiego w jednym miejscu może sprawić wrażenie, że nie film a spektakl teatralny oglądałem. Dialogi są pyszne, pełne bon-motów, pokazują zarówno charaktery naszych postaci, jak i światopogląd. Ale czy można było oczekiwać innego od Andrzeja Mularczyka, który sztukę dialogu opanował do perfekcji. To wszystko służy pokazaniu ślubu, gdzie… panna młoda raczej nie podejmuje decyzji z własnej woli.

ostatnie takie trio1

I ta sytuacja prowokuje nasze trio do rozważań na temat miłości oraz życia. Młodziak (solidny Mirosław Otrębus) jest naiwnym romantykiem, co swoją wiedzę czerpie z gazet. Cygan (fantastyczny Zbigniew Zapasiewicz) jest cynicznym pijusem i pechowcem, któremu zdarzają się najgorsze rzeczy – od stratowania przez byka po upadek spadochroniarza. Jako jedyny podskórnie czuje, że za zleceniem grania melodii może kryć się coś niebezpiecznego. Z kolei Karol (wyborny Ryszard Ronczewski) jest równie cyniczny jak Cygan, ale o wiele twardszy i trzymający się swoich zasad, choć niewiele z tego ma. Interakcje między nimi oraz podskórnie budująca napięcie muzyka Andrzeja Korzyńskiego to najlepsze, co „Trio” ma do zaoferowania.

ostatnie takie trio3

Jak zakończy się cała heca? Przekonacie się sami po 40 minutach seansu. Niby niewiele, ale czas wykorzystany jest bardzo efektywnie, a kwestia czy ślub brać z wyrachowania i presji otoczenia, czy podążając za głosem serca zawsze będzie aktualna. Skromna perełka polskiej telewizji, która zasługuje na uwagę. Mam nadzieję, że zostanie też poddana rekonstrukcji lub digitalizacji, bo jakość dźwięku oraz obrazu jest dość nierówna.

7/10

Radosław Ostrowski

Książę w Nowym Jorku 2

Sequeloza to choroba trawiąca kinematografie z całego świata. Czasami powstaje kontynuacja, która nie tylko zarabia kasę, lecz jest po prostu udanym filmem. Ale to jest rzadko spotykane cacko. Dlatego nie do końca byłem pewny, co myśleć o planach kontynuacji „Księcia z Nowego Jorku”. Troszkę uspokoiły mnie informacje, że za kamerą będzie odpowiadał Craig Brewer. Twórca „Nazywam się Dolemite” dając szansę na stworzenie fantastycznych ról Eddiemu Murphy’emu oraz Wesleyowi Snipesowi. Obaj panowie ją wykorzystali, ale o tym już mówiłem. Wróćmy do Księcia.

Druga część toczy się 30 lat później, zaś Akeem nadal jest księciem, żyje z tą samą żoną i ma trzy piękne córeczki. Niestety, tron może rządzić tylko mężczyzna – przerąbane. Jakby było mało problemów, to ojciec umiera, zaś ku granicom czai się generał Izzy. To wojskowy watażka, którego siostrę nasz przyszły król porzucił przed ślubem. Więc wojna może wisieć w powietrzu. Ale jest pewne wyjście: okazuje się, że Akeem ma nieślubnego syna w Queens. Ale czy uda się przekonać młodego do bycia następcą tronu Zamundy?

Jeśli opis fabuły brzmi wam znajomo, to fabuła jest zmodyfikowaną wersja oryginału. Różnica jest taka, że tym razem to syn naszego bohatera trafia do Zamundy i tam musi się odnaleźć. Lavelle – tak ma na imię chłopak – jest typowym reprezentantem pokolenia millenialsów. Czyli mieszka z matką, nie może znaleźć pracy i samodzielność jest absolutnie mu obca. On musi dojrzeć i przejść drogę jaką miał bohater pierwszej części. Problem w tym, że Zamunda nie jest aż tak ciekawym miejscem jak Queens w oryginale. Jasne, wygląda ona imponująco (scenografia i kostiumy to najmocniejszy punkt filmu), czuć tutaj piniądz, ale brakuje jakiegoś większego zarysowania. Zderzenie nowojorskiego stylu życia z bogatym życiem w Zamundzie (bardzo konserwatywnej) miał spory potencjał komediowy. Ale nawet to zostaje zaprzepaszczone, idąc ogranymi kliszami. Za dużo powtórek z oryginału i za mało od siebie (może oprócz ZNN).

Także mamy za mało obecności w Nowym Jorku, choć odniesień jest mnóstwo – od salonu fryzjerskiego przez pastora-erotomana – nawet są użyte fragmenty oryginału. Z kolei humor jest tutaj bardzo niezdecydowany: niby chce być niepoprawny politycznie i po bandzie, z drugiej delikatny oraz subtelny. Przez co film stoi w rozkroku, balansując czasem na granicy żenady. A w tym wszystkim jest przesłanie o chodzeniu za głosem serca oraz dostosowywaniu się do nowych czasów. Bajzel totalny, choć jest parę fajnych momentów jak pogrzeb króla.

Obsada robi, co może, by wycisnąć z tej materii życie. Eddie Murphy z Arsenio Hallem nadal grają kilka postaci, zaś w swoich podstawowych karnacjach (Akeem i Semmi) mają swoje momenty przebłysku. W ogóle stara ekipa trzyma fason, lecz z nowych postaci bronią się dwie: dość dosadna Leslie Jones (matka Lavelle’a) oraz kradnący szoł Wesley Snipes. Ten drugi jako generał Izzy niby wydaje się groźny, ale w tym strachu jest groteskowy i przerysowany.

Niestety, ale drugi Książę jest w zasadzie powtórką z rozrywki pozbawioną świeżych pomysłów, ze zbyt znanymi gagami. To nawet nie jest odgrzewany kotlet, jest to lekko ucharakteryzowany trup, co wygląda niepoważnie. Ma parę fajnych scen, lecz jako całość tkwi w oceanie przeciętności.

5/10

Radosław Ostrowski

Książę w Nowym Jorku

Jeśli myślicie, że bycie członkiem rodziny królewskiej jest cudowne, to macie jakieś pokręcone wyobrażenia. Dla księcia Zamundy Akeema bardziej to przypomina złotą klatkę. Nawet jak ma 21 lat – to początek znajomości z tym dżentelmenem – nie może niczego robić sam. Dosłownie niczego: umyć się, ubrać, wyjść na zewnątrz. Nawet przyszłą żonę mu narzucono, co mu bardzo nie odpowiada. Udaje się jako przekonać ojca, by wyjechać na 40 dni za granicę. W tajemnicy przed ojcem razem ze służącym chce wykorzystać okazję do znalezienia swojej żony. A gdzie? Oczywiście, w USA, dzielnicy Nowego Jorku zwanej Queens. W końcu nazwa zobowiązuje, prawda?

Pierwszy „Książę” z 1988 roku był komedią z prostą, ale efektywnie poprowadzoną opowieścią. W zasadzie można powiedzieć, że jest to komedia romantyczna. Z tą różnicą, że nie poznajemy od razu kim może być potencjalna druga połówka. Wszystko widzimy z perspektywy naszego księcia, które chce być bardziej samodzielny. W każdym aspekcie swojego życia – to się chwali. Humor początkowo wydaje się bazować na zderzeniu dwóch światów. Z jednej strony Zamunda wyglądająca bardzo bogato, wręcz bajkowo. Czyżby tak miałby wyglądać raj? Dzikie zwierzęta chodzące swobodnie, imponujący pałac, służba. Ale to wszystko złota klatka, gdzie masz swoje narzucone zadanie, bez możliwości podejmowania samodzielnych działań. A z drugiej strony szybko trafiamy do Nowego Jorku, tylko że biedniejszej strony. I o dziwo nasz bohater (w przeciwieństwie do służącego, co za bardzo lubi luksus i bogactwo) odnajduje się jak ryba w wodzie. Albo po prostu ma dużo szczęścia.

Choć poszukiwania wybranki serca nie są łatwe (szybko zmontowane sceny spotkań w knajpach). To daje pole do popisu dla stworzenia barwnych postaci – fryzjer i jego klienci, pokręcony pastor – bez przekraczania granicy dobrego smaku. Ale parę bluzgów zostaje rzuconych, więc nie jest to zbytnio dzieło dla całej rodziny. Dodatkowo jest wiara w amerykański sen, że uczciwą pracą dojdziesz do wszystkiego (nawet jeśli skopiujesz swoją sieć restauracji w stylu McDonald’s). Nawet zdobyć dla siebie idealną partnerkę, pod warunkiem, że nie będziesz narcystycznym dupkiem. No i miliony dolców też się przydadzą. 😉 Może i brzmi to bajkowo, zaś finał troszkę odlatuje, niemniej nadal to działa.

Ale najbardziej na mnie działał ten wątek romantyczny, czyli powoli ewoluująca relacja Akeema z córką McDowella. Pierwszego gra Eddie Murphy, który może nie wali słowami z prędkością karabinu maszynowego, nadal jednak ma w sobie masę uroku i charyzmy. Panią McDowell za ma to aparycję uroczej Shari Headwell, która ma wiele wspólnego z naszym księciem. Chce być silną, niezależną kobietą, nie znoszącą fałszu oraz pozerstwa. Chemia między nimi z każdą sceną rośnie, a sama relacja nabiera kolorów. Na drugim planie błyszczy rozbrajający Arsenio Hall (Semi), który kradnie każdą scenę oraz majestatyczny James Earl Jones (ojciec Akeema). Jakby tego było mało, Murphy z Hallem wcielili się w parę innych postaci, których nie da się rozpoznać pod niesamowitą charakteryzacją.

„Książę w Nowym Jorku” jest jedną z tych komedii lat 80-tych, których czas się nie ima. Ciągle zabawna, świetnie zrobiona, z Eddiem Murphy w najwyższej formie, choć zaskakująco stonowany (jak na swoje możliwości). Tak się robi komedię z głową i bez żenady. Wiecie, że niedawno powstała kontynuacja? Nie mogę się doczekać.

8/10

Radosław Ostrowski

Kolejny film o Boracie: Tłusta łapówka dla amerykańskiego reżimu, by naród kazachski znów być wielki

Pamiętacie Borata? Niedawno obejrzałem poprzednią część, która jednak nie podeszła mi za bardzo. Była zbyt chamska i obleśna, zaś rola satyrycznego spojrzenia na poprawną politycznie Amerykę nie sprawdziła się w cholerę. Kiedy pojawiły się informacje od sequelu przygód dziennikarza z Kazachstanu, nie byłem specjalnie zainteresowany. Szum jednak był zbyt silny, a nominacje do Oscara w dwóch istotnych kategoriach (scenariusz adaptowany i aktorka drugoplanowa) były sygnałem. Sygnałem, że być może nie należy tego tytułu ignorować.

Co się zmieniło w życiu Borata po tych 14 latach? Cóż, wiele, ale nie na lepsze. Odsiaduje wyrok w gułagu za skompromitowanie kraju, stracił żonę, dom i dzieci. Oprócz swojej córki, Tutar, która traktowana jest gorzej niż bydło. Ale premier kraju daje naszemu bohaterowi szansę na rehabilitację. Ma wyruszyć do US & A i wręczyć prezent osobie z otoczenia samego McDonalda Trumpa. Prezentem tym jest… małpi minister kultury/gwiazda porno. Sprawy się komplikują, Borat trafia do kraju z opóźnieniem, zaś zamiast małpy w skrzyni jest… jego córka. Co z tym fantem zrobić?

Powiem to od razu, by rozwiać wszelkie wątpliwości: „Kolejny film o Boracie” jest DUŻO lepszy od poprzednika. Być może wynika to z faktu, że sequel ma… fabułę. Nie jest tylko zbiorem scenek pokazującym nieporadność naszego bohatera, a silnie odczuwalne jest zderzenie dwóch światów. Do tego Borat jest rozpoznawalną postacią, co zmusza go do stosowania kamuflażu. To daje sporo zabawnych sytuacji, jednak o wiele lepiej „Borat” działa jako satyra na Amerykę czasów Trumpa. Prostych rednecków, widzących świat czarno-biały, z teoriami spiskowymi oraz większą niechęcią do demokratów niż wirusa. Czyli blisko im mentalnie do Kazachstanu, choć nie ze wszystkim (bardzo ograniczone prawa kobiet, które w ojczyźnie Borata są pozbawione samodzielności). Plus jeszcze feminizm, Żydzi, Rudolf Giuliani, aborcja i inne ostre jazdy.

Ale prawdziwym sercem tego sequela jest relacja Borata z Tutar, która angażuje i wnosi wiele świeżości do tego sequela. Sacha Baron Cohen znowu błyszczy jako Borat, choć nie przeprowadza żadnych wywiadów. Tutaj stawka jest bardziej osobista a aktor pokazuje przekonująco sprzeczne emocje bohatera. Największą niespodzianką jest jednak Maria Bakalova, której obecność daje kopa. Dziewczyna kradnie ten film swoją szczerością w naiwności oraz powolnym budzeniu swojej prawdziwej wartości i emancypacji. Cudownie napisana postać.

Kolejny przykład tego, że nawet pozornie bezsensowne pomysły mają sens. Drugi „Borat” jest mniej rubaszny i żenujący jak poprzednik, przez to bardziej zabawny. Mocniej wybrzmiewa satyryczne spojrzenie na Amerykę oraz jej ciemną stronę życia, zaś finał pokazuje jak wiele może osiągnąć tak niewielu. Podobno części trzeciej nie będzie, ale nie obraziłbym się, gdyby Cohen zmienił zdanie.

7/10

Radosław Ostrowski