Wśród nocnej ciszy

Przedwojenne miasteczko nadmorskie. To tutaj dochodzi do coraz gwałtowniejszych ataków seryjnego mordercy dzieci. Przy ich ciałach zostawia zabawkę z namalowanym kotkiem. Są już dwie ofiary, a prowadzący śledztwo komisarz Teofil Herman może tylko czekać na błąd zabójcy. Co i tak nie poprawia jego napiętych relacji z synem, Wiktorem. Śledztwo zaczyna się wymykać, aż w końcu pojawia się podejrzany.

wrd_nocnej_ciszy1

W Polsce kryminał (i w ogóle kino gatunkowe) uważany jest za coś gorszego i niepoważnego. Ale to nie zrażało naszych filmowców do mierzenia się z kinem gatunkowym. Tak też w 1978 roku zrobił Tadeusz Chmielewski – uznawany za specjalistę od komedii, postanowił się zmierzyć z powieścią Ladislava Fuksa i zrealizował dziwaczną mieszankę kryminału z dramatem psychologicznym. Bo tak naprawdę liczą się dwa wątki, których spoiwem jest komisarz Teofil Herman. Samo śledztwo poprowadzone jest w klasyczny sposób: analiza dowodów i ciągłe rozmowy ze świadkami, czasami nie da się uniknąć szantażu (mocna rozmowa z żoną podejrzanego), a poszlaki są bardzo wątłe. Za to imponuje wręcz szczegółowość w pokazywaniu paru technik jak tworzenie portretu rysownika czy – największa niespodzianka – rozmowa z głuchoniemym wywiadowcą. Powoli zaczyna być budowany klimat grozy i niepokoju, a zimowa aura tylko potęguje atmosferę psychozy strachu (próba linczu na gazowniku). Nie ma tutaj popisywania się dynamiczną akcją, a fatalizm losu wydaje się być gwoździem do trumny dla naszego bohatera.

wrd_nocnej_ciszy2

Drugi wątek (kto wie, czy nie ważniejszy) to relacja ojca z synem – młodym, nadwrażliwym chłopcem, pragnącym wyrwać się z miasteczka. Wiktor dla ojca jest wspomnieniem po zmarłej żonie, a bardzo surowe wychowanie w pruskim stylu (dyscyplina, ślepe posłuszeństwo, oschłość i kary) coraz bardziej zaczyna ich od siebie oddalać. Chłopiec chce akceptacji i miłości ojca, ale jednocześnie czuje do niego nienawiść, doprowadzając do całkowitej zmiany dochodzenia. Więcej wam nie zdradzę, ale zakończenie wywraca wszystko do góry nogami.

wrd_nocnej_ciszy3

Reżyser mocno odtwarza realia przedwojennej Polski i nie mam na myśli tylko umundurowania policjantów. Imponuje przede wszystkim praca scenografów (nie da się zapomnieć mieszkania preparatora zwłok, które budzi prawdziwe przerażenie) oraz skupienie na drobnych detalach w postaci pudełek zabawek dla dzieci czy dawnych aparatów fotograficznych. Wszystko to oddano z pietyzmem, skupieniem na szczegół, budując bardzo wiarygodny świat. A jednocześnie twórcy unikają pokazywania makabrycznych szczegółów (samych morderstw nie widzimy).

wrd_nocnej_ciszy4

Do tego całość jest znakomicie zagrana. Wybija się przede wszystkim Tomasz Zaliwski w roli zdeterminowanego komisarza Hermana. Surowy i bezwzględny wobec wszystkich, ceni sobie przede wszystkim lojalność i posłuszeństwo, stawiając prawo na pierwszym miejscu. Syna zaś wychowuje w starym, pruskim modelu, przez co staje się oschłym, pozbawionym wrażliwości człowiekiem. Po drugiej stronie jest Piotr Łysak (Wiktor) – młody, nadwrażliwy chłopak, pragnący zostać marynarzem i pragnący akceptacji rodzica. Ten duet dynamizuje ten film, przez co nawet te spokojniejsze fragmenty mają podskórne napięcie. Trudno też nie docenić niezawodnego Henryka Bistę (śledczy Stefan Waniek), Bolesława Smelę (preparator zwłok Rastor) oraz Jerzego Bończaka (morderca Stopek), którzy wnoszą do filmu tajemnicę i autentyczność.

Gdyby ktoś mi powiedział, że Chmielewski zrobi kiedyś świetny kryminał, wyśmiałbym go w twarz. Jednak „Wśród nocnej ciszy” nie tylko zaskakuje swoim precyzyjnym wykonaniem, ale także bardzo mroczną atmosferą i skupioną na detalach intrygą. Wielu może zniechęcić tempo, ale warto dać szansę temu zapomnianemu i niedocenionemu dziełu Chmielewskiego.

8/10

Radosław Ostrowski

Czerwony kapitan

Na zwrot „czeski kryminał” trudno zareagować poważnie, nawet jeśli jest to zrobione na słowackim rewirze. Detektyw Richard Krauz jest na Słowacji wręcz bohaterem narodowym, stworzonym przez popularnego autora Dominika Dana, którego losy rozchodzą się w (5 milionowej Słowacji) ponad pół milionowym nakładzie. Więc adaptacja jednej z części cyklu musi zostać zekranizowana. Padło na siódmą część cyklu, czyli „Czerwonego kapitana”.

czerwony_kapitan1

Bratysława, rok 1992. Czas, kiedy jeszcze Czechosłowacja istniała i jest już po zmianie ustroju. Ale czy jest lepiej, bezpieczniej, spokojniej? Richard Krauz pracuje w wydziale zabójstw, gdzie od paru lat zajmuje się trupami. Jednak pewnego dnia zdarza się dość dziwna sprawa: znaleziono kości na cmentarzu. Zanim zaczniecie się śmiać i powiecie, że tam są przecież tylko kości, to te mają ślady tortur (igły pod paznokciami, gwóźdź na głowie). Ofiarą był kościelny Karol Krochner, zmarły w 1985 roku. Dostając tę sprawę Krauz otwiera puszkę Pandory.

czerwony_kapitan2

Co jak co, ale debiutujący Michał Koller garściami czerpie z estetyki czarnego kryminału. Mamy fatalistyczną aurę, mroczny klimat, pełen krwi i przemocy (tutaj nikt się nie patyczkuje), ostatniego sprawiedliwego w postaci Krauza, a wszystko zahacza o reprezentantów dawnej władzy: byłych ubeków, próbujących pociągać jeszcze za sznurki oraz umoczony w te konotacje Kościół katolicki. Każdy ma wiele za uszami, a intryga jest tak zamotana, że bardzo łatwo się w tym można pogubić. Bo akcja zapieprza niczym królik na Duracelu i nie pozwala nam pomyśleć. Spotkania z tajemniczymi osobnikami, analiza faktów, kluczowe teczki kompromitujące ważne persony, wreszcie nerwowe starcia fizyczne. Kollar wie, jak trzymać w fotelu, co jest zasługą świetnych zdjęć Kacpra Fertacza, troszkę zanurzonych z żółtawym brudzie. Czasami jednak dzieje się wiele zbiegów okoliczności (dostanie się do archiwistki na dworcu czy schwytanie Czerwonego Kapitana), a kilka wątków ledwo liźnięto. Niemniej ogląda się to naprawdę nieźle.

czerwony_kapitan3

Jest tylko jedno, zasadnicze ale: kto do k***y nędzy wpadł na pomysł, by ten film zdubbingować? Głosy w polskiej wersji (także Macieja Stuhra w roli Krauza) brzmią po prostu sztucznie, jakby liczyła się szybkość zgrania z „kłapaniem” na ekranie, a i to nie zawsze wychodzi. Mimo, że dobrano niezłych aktorów (Andrzej Blumenfeld, Andrzej Chudy, Tomasz Dedek czy Dariusz Toczek), to nie zawsze się to zgrywa z emocjami malowanymi na twarzy i brzmi słabo. Gdyby całość była pokazana z napisami, ocena byłaby lepsza.

czerwony_kapitan4

Ale i tak wyszedł kawał bardzo przyzwoitego kryminału, inspirowanego troszkę „Psami” Pasikowskiego. Ma to swój klimat i jest pewnie zrealizowany, jednak odradzam seans z polskim dubbingiem (jeśli chcecie zaoszczędzić sobie bólu uszu). I czekam na kolejną część.

6/10

Radosław Ostrowski

Prosta historia o morderstwie

Wszystko zaczyna się bardzo gwałtownie: trupy, krew, policja. Do mieszkania wpada młody chłopak i… koniec. A wtedy, by poznać wszystko cofamy się do tyłu. Trafiamy do małego miasteczka, Strzelec. Tutaj wszyscy wiedzą o sobie wszystko. I to tutaj mieszka rodzina Lachów, której (prawie) męscy właściciele zostają policjantami. Jacek zostaje przydzielony do patrolu razem z ojcem Romanem. Tylko, że tatuś nie jest zbyt idealnym człowiekiem, delikatnie mówiąc. Towarzyszy mu kilka procentów, a i przypierdolić z piąchy potrafi. Najczęściej żonie. Kiedy oboje zostają znalezieni martwi, Jacek próbuje wyjaśnić sprawę. I wbrew tytułowi, nie jest to prosta historia.

prosta_historia_o_morderstwie1

A wszystko to postanowił opowiedzieć Arkadiusz Jakubik, którego talent aktorski nie podlega żadnej dyskusji. By nie było wcale tak prosto, jak się tylko wydaje, reżyser zaburza chronologię, gdzie mamy dwa wątki. Pierwszy dotyczy morderstwa obojga rodziców, druga dotyczy domu. A dokładnie przemocy domowej, gdzie pojawia się alkohol – demon jeszcze przez nikogo nie ujarzmiony. Aż chce się odruchowo powiedzieć – Dom zły. Skojarzenie ze Smarzowskim nasuwa się automatycznie i nie powinno dziwić, w końcu Jakubik to ulubiony aktor twórcy „Wołynia”. Ale paralele nie dotyczą tylko tematyki – jest podobnie rwany montaż (sceny śledzenia czy pościgów), niemal kręcone z ręki zdjęcia pełne mroku oraz deszczu (jedna z ulubionych zagrywek twórców kryminału). Wątek kryminalny wydaje się dość mało wyraziście zarysowany (postacie nie są zbyt rozbudowane), ale i tak dobrze się go ogląda. Mocniej się robi podczas walki naszego bohatera o życie matki z dala od ojca-alkoholika. Do tego osadzenie w kontekście małego miasta, gdzie wszyscy znają wszystkich oraz ich tajemnice – taka decyzja wymagałaby odwagi, by zmierzyć się z nieuniknionym napiętnowaniem. Tym większa szkoda, że to się kończy tak tragicznie (to nie jest spojler), ale samo rozwiązanie intrygi satysfakcjonuje.

prosta_historia_o_morderstwie2

Do tego Jakubik ma dobrą rękę do aktorów. Kolejny raz zaskakuje Filip Pławiak (Jacek), którego trudno nie polubić. Zdeterminowany, uparty, dbający o rodzinę, ale mający swoją tajemnicę i udaje pasujący do wizerunku romantycznego twardziela, przejmując niejako inicjatywę jako „ojciec”. Dobrze się prezentuje w tej kurtce i z tym pistoletem. Jeszcze większe wrażenie robi Andrzej Chyra, czyli Roman. Walczący z własnymi demonami, nie potrafiący wyrazić swojej miłości do rodziny, a to wszystko pokazane jednym spojrzeniem oraz mową ciała. Tak samo nie mogłem odwrócić oczu od Kingi Preis, czyli związanej w toksycznej relacji z mężem. Na tym trójkącie opiera się całe kino, jednak trudno nie zapomnieć drobnych ról Eryka Lubosa (mechanik Marcin), Marka Kasprzyka (komendant) czy Andrzeja Konopki (prokurator).

prosta_historia_o_morderstwie3prosta_historia_o_morderstwie4

Troszkę żałuję, że nie widziałem debiutu reżyserskiego Jakubika („Prosta historia o miłości”), ale jednego jestem pewny. Mam nadzieję, że reżyser jeszcze nie raz pokaże się po tej stronie kamery, gdyż zaskakuje swoim talentem. Czekam na więcej.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Uznany za niewinnego

Rozat „Rusty” Sabich pracuje jako asystent prokuratora okręgowego, Raymonda Horgana. Jego życie jest pełne osobistych sukcesów – macy wygranych spraw, a także prywatnego (żona, syn). Wszystko idzie jak po maśle, prawda? Aż pojawia się dzień jego kolejnej sprawy. Tym razem chodzi o morderstwo Carolyn Polhaous – koleżanki z biura, zajmującej się zbrodniami na tle seksualnym. Jednak im bardziej mężczyzna próbuje dojść do prawdy, coraz więcej dowodów zaczyna go obciążać. Aż w końcu Rusty zostaje oskarżony o morderstwo.

uznany_za_niewinnego1

Alan J. Pakula tym razem miesza dramat sądowy z kryminałem, gdzie stawiane są ważkie pytania o naturę sprawiedliwości. Jednocześnie ciągle serwowane są kolejne tropy i poszlaki w sprawie morderstwa, gdzie nie do końca wiadomo kto zabił. Tropów i poszlak jest kilka: dawne sprawy, tajemnicze dochodzenie w sprawie korupcji, zazdrosny kochanek (a było ich wielu). Ale wszystko i tak sprowadza się do jednego podejrzanego, ale czy aby na pewno? Śledztwo oraz to, jak odbija się na życiu Sabicha, robi wrażenie, podobnie jak sądowe potyczki, gdzie tak naprawdę wszystkie sztuczki są dozwolone. Bo czy nie jest ironią fakt, że wystarczą pomówienia i poszlaki, oparte na zawiści, by doprowadzić do procesu? A wyrok zdobywa się czasami za pomocą wyciągania brudnych tajemnic, by nie zniszczyć reputacji? To, że zawód oparty na manipulacji (złe słowo: interpretacji) materiału dowodowego, nie jest niczym nowym, jednak Pakula zręcznie bawi się tropami, poszlakami, wskazówkami. Nie ma tutaj wyścigów, gonitwy czy zawodów w strzelanie, jednak trudno odmówić napięcia.

uznany_za_niewinnego2

Prawdziwymi perłami są tutaj sceny z procesu, gdzie Rusty wspierany przez mecenasa Sandy’ego Sterna, walczą w niemal krzyżowym ogniu pytań. Niemal do samego końca pojawiają się wątpliwości co do winy/niewinności bohatera. Bo fakt, że został uznany za niewinnego nie oznacza, że oskarżony był niewinny. Aż do bardzo przewrotnego finału, gdzie dochodzi do ciekawej wolty, zniszczonej (troszkę) przez wyłożenie kawy na ławę. Ale i tak wyszło świetne kino, z klimatycznymi zdjęciami oraz rytmicznym montażem.

uznany_za_niewinnego4

Pakula dodatkowo wykorzystuje Harrisona Forda do roli człowieka, delikatnie mówiąc niezbyt kryształowego, co było dość odważnym posunięciem. Aktor sprawia wrażenie człowieka zagubionego, lecz całkowicie pewnego swojej niewinności i długo się główkowałem czy to była może maska, mająca nas wszystkich wywieść w pole, co byłoby świetnym mykiem. Ale sami musicie się przekonać, czy mu wierzycie. Poza Fordem film kradnie dla siebie znakomity Raul Julia jako obrońca Stern. Zawsze opanowany, spokojny, chłodno podchodzący do sprawy, gdzie podczas procesu tak świetnie odbija piłeczki (przesłuchanie koronera czy przełożonego Sabicha to prawdziwe perełki), że sprawia to wielką frajdę. Także trudno oderwać wzroku od Grety Scacchi jako ofiery – niemal klasyczna femme fatale, która wykorzystuje mężczyzn dla własnych celów.

uznany_za_niewinnego3

Film zaczyna się i kończy monologiem bohatera wygłaszanym z offu, gdzie widzimy pustą salę sądową, a kamera kieruje się/oddala od ławy przysięgłych, stanowiąc bardzo zgrabną klamrę. „Uznany za niewinnego” byłby rewelacyjnym filmem, gdyby nie przegadany (ale nadal robiący wrażenie) finał, zaś Pakula kolejny raz wodzi za nos  z gracją żonglera. Pychotka.

8/10

Radosław Ostrowski

Kradzież na South Street

Poznajcie Skipa. Skip to drobny złodziejaszek, zajmujący się kradzieżami damskich torebek. Któregoś wieczoru, jak zawsze, robi swoją mała robótkę, sprytnym ruchem zabierając portfel z torebki. Nie spodziewał się jednak, że jej zawartość ściągnie mu na głowę aż tyle osób. Okazuje się, że w torebce należącej do Candy znajdował się mikrofilm, zawierający wzór chemiczny. To tajemnica państwową, zdobyta przez komunistów, dlatego pierwotni właściciele (rękami Candy), jak i policja chcą odzyskać film.

kieszonkowiec1

Tym razem Samuel Fuller bawi się w czarny kryminał, robiąc to z maestrią godną prawdziwych profesjonalistów. Skromny budżet nie jest dla niego żadnym problemem, a intryga jest tutaj bardzo piętrowa. Półświatek, wywiad, komuniści, policja – to wszystko tworzy zespół naczyń połączonych, balansując na granicy uczciwości i bandytyzmu. Wszystko się obraca wokół mikrofilmu, który jest klasycznym McGuffinem, żadnych skrętów wobec naszych bohaterów. Fuller nie bawi się w półśrodki, chociaż scen przemocy nie ma zbyt wiele. Nie brakuje zgniłego, zepsutego miasta, nie do końca działających zgodnie z prawem gliniarzy, uwodzicielską femme fatale (Candy i ta jej sukienka!!!), no i w końcu nasz Skip. Mimo twarzy anioła i krótkich blond włosów, to cyniczny twardziel, polegający na własnym sprycie oraz kompletnym braku zaufania.

kieszonkowiec2

Mimo tego reżyser uważnie portretuje środowisko, gdzie drobne cwaniaczki nieco trzymają się razem i próbują wiązać koniec z końcem. Nie zawsze uczciwie, ale ceny wzrosły. Najmocniej to widać w postaci Moe (znakomita Teresa Ritter), znającej wszystkich złodziejaszków, ale też posiadająca swój własny honor. Parę razy pojawia się patriotyczna gadka o współpracy dla kraju i walce z komunistami, ale zostaje to rozładowane ironicznym humorem. Za pomocą płynnych zdjęć i dość szybkiego montażu (finałowa bijatyka na metrze) trzyma w napięciu, podkręcając klimat.

kieszonkowiec3

W zasadzie przeszkadzały mi dwie rzeczy. Pierwsza to udźwiękowienie podczas bijatyk – te ciosy brzmią z dzisiejsze perspektywy strasznie archaicznie. Drugą rzeczą jest wpleciony wątek miłosny między naszym Skipem a Candy – wynikająca tak nagle i gwałtownie, że aż trudno było mi w to uwierzyć. Nie kłuje to jednak aż tak mocno, gdyż jest to zgrabnie zabrane. Cwaniakowaty Richard Widmark ma taką pewność siebie, że zawsze jest w stanie spaść na cztery łapy. Widać to podczas rozmów z gliniarzami, gdzie w zasadzie wydaje się wyluzowany, bezczelny, niegłupi. Partnerująca mu Jean Peters potrafi oczarować i dobrze się odnajduje w roli zaplątanej w tym układzie między chłopakiem a Skipem. To gwałtowne uczucie między tą dwójką z czasem przekonuje i nie czuć tego fałszu.

kieszonkowiec4

Na razie „Kradzież…” to najlepszy film Fullera, który został zrobiony pewna ręką, nadal potrafi trzymać w napięciu do końca. Mimo czasów realizacji (jeszcze Kodeks Hayesa funkcjonował), godnie się starzenie, co jest zasługą świetnego aktorstwa oraz niezawodnej reżyserii. Technicznie nadal potrafi zaskoczyć (sceny kradzieży, bijatyki), pokazując mroczną stronę miasta. Zapomniana perła lat 50.

8/10

Radosław Ostrowski

Samuel_Fuller

Aż do piekła

Gdzieś na teksańskim wygwizdowie mieszka dwóch braci. Toby jest rozwiedziony, ma dwóch synów i długi do spłacenia, z kolei Tanner niedawno wyszedł z więzienia za napad na bank. Bracia mają jeszcze jeden poważny problem – ranczo, które należało do ich zmarłej matki jest obciążone tak dużą hipoteką, że może dojść do przejęcia przez bank. Jak to spłacić skoro na ranczu nie ma nic cennego? Toby wpada na prosty plan – spłacić bandycki bank, okradając ich filie i płacąc ich forsą. Na ich trop wpada policja.

az_do_smierci1

Pozornie wydaje się być to kolejną kryminalną opowiastką z banksterami w tle. Ale David MacKenzie jest za sprytny i za cwany, by dać nam taką prostą historyjkę. Wszystko jest ubrane w westernowy sztafaż – mamy piękne plenery Teksasu, pełne równin i nizin, starych wiatraków, kowbojskie stroje (strażnicy Teksasu) oraz ludzi mówiących z charakterystycznym akcentem Południa USA. Ale ten świat nie daje żadnej nadziei na lepsze jutro, bo wszystko jest zabierane przez banki – chciwe jak zawsze. Bieda niczym grzech przekazywana jest z pokolenia na pokolenia, a amerykański sen jest dla naiwniaków. I wtedy by upomnieć się o swoje, starając się zapewnić byt, stajesz się wyjętym spod prawa. Wszystko toczy się dość spokojnym, wręcz wolnym rytmem. Reżyser dość szybko odkrywa karty, ale nie oznacza to kompletnego braku zainteresowania – na dzień dobry dostajemy napad, chociaż sam jego przebieg nie zostanie nam pokazany. Z drugiej strony trwa pościg Strażnika Teksasu Marcusa Hamiltona, zbliżającego się na emeryturę, wspieranego przez zastępcę, pół-Indianina, pół-Meksykanina, Alberto. Te sceny nie są pozbawione docinków i ironicznego poczucia humoru.

az_do_smierci2

Z jednej strony reżyser krytykuje system i chciwość banków, ale także ostrzega: od momentu przejścia na ciemną stronę ponosisz odpowiedzialność za wszystko, co z tego wyrośnie. Nawet jeśli nie pociągnąłeś za spust. Obydwaj bracia będą musieli się z tym zmierzyć, zwłaszcza podczas ostatniego napadu, gdy dochodzi do strzelaniny oraz pościgu. MacKenzie konsekwentnie buduje napięcie, by w finale doprowadzić do gwałtownej eksplozji. To także, a może przede wszystkim opowieść o braterstwie oraz męskiej przyjaźni.

az_do_smierci3

Wszystko to jest oparte także na fantastycznym aktorstwie. Film bezczelnie zawłaszcza sobie Jeff Bridges w roli szeryfa – pozornie zmęczonego życiem, ale doświadczonego i piekielnie inteligentnego człowieka, próbującego powoli oswoić się z nowym życiem. Fason trzyma niezawodny Ben Foster, którego ikry pozazdrościłby niejeden twardziel. I jeszcze Chris Pine kojarzony raczej z rolami ładnych chłopaczków, zrywa ze swoim emploi, budując bardzo wiarygodną postać spokojnego, opanowanego Toby’ego.

az_do_smierci4

Pozornie „Aż do piekła” to kolejny portret mało znanego oblicza USA, gdzie sen stał się koszmarem i walką o przetrwanie. Westernowy sztafaż z jednej strony wyraża tęsknotę za dawnymi, prostymi czasami, z drugiej pokazuje siłę męskiej przyjaźni. Mocna rzecz i niegłupie kino.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Angol

Poznajcie niejakiego Wilsona. To niepozorny, zmęczony życiem starszy pan, co przyjechał do Los Angeles. Jednak jego celem nie są wakacje. Przybył, bo dostał wiadomość od swojego kolegi, że jego córka Jessica zginęła w wypadku samochodowym. Nie wierzy w to i próbuje na własną rękę wybadać sprawę. Niedawno wyszedł z więzienia, więc problemy z osobami będącymi w półświatku nie są niczym nowym. Trafia na trop w postaci niejakiego Terry’ego Valentine’a – promotora muzycznego, który był jej chłopakiem.

angol1

Steven Sobderbergh to taki reżyser, który lubi bawić się formą, przez co jego filmy sprawiają wrażenie kina artystycznego. Nie inaczej jest w lekko arthouse’owym „Angolu”, który opowiada o starym temacie jak świat – zemście i dojściu do prawdy. Sama intryga nie należy do specjalnie zaskakujących, ale reżyser parę razy dokonuje kilku wolt. Siła jest przede wszystkim montaż – mamy kilku sekundowe przebitki scen, które później odegrają kluczową rolę. Widzimy jak Wilson siedzi w samolocie, potem rozmawia z kumplem Edem (synchronizacja mowy z obrazem jest celowa), a następnie przebywa w pokoju hotelowym. Czy nagle pojawia się ujęcie w nocy, gdzie widzimy podniesione ręce człowieka leżącego na ziemi. Dodatkowo jeszcze mamy retrospekcje utrzymane w innej kolorystyce, powtarzające się ujęcia, ale nie wywołuje to chaosu i dezorientacji. Soderbergh wierzy w inteligencję widza, a samą akcję pokazuje w dość nietypowy sposób. Albo dzieje się ona poza zasięgiem kamery (strzelanina w warsztacie), przewija się gdzieś w tle (zepchnięcie ochroniarza przez Wilsona podczas przyjęcia) ewentualnie jest ona krótka i mało efekciarska (finałowa konfrontacja). Nad wszystkim unosi się duch kina europejskiego.

angol2

Z jednej strony mamy słoneczne Los Angeles skrywające brudy i zbrodnię, a z drugiej jest bardzo liryczna muzyka z przeplatanymi utworami lat 60. To wszystko tworzy bardzo melancholijny klimat do opowieści, która jest dość umowna. Soderbergh nie bawi się w stylistykę noir i nie tworzy głębokiego, refleksyjnego kina. Chociaż wykorzystane w formie retrospekcji fragmenty debiutu Kena Loacha mogą sugerować coś zupełnie innego.

angol3

Ale jeśli miałbym wskazać najmocniejszy punkt filmu byłby to znakomity Terence Stamp. Jego Wilson to uparty, zdeterminowany i nie cackający się z nikim twardziel, chociaż nie sprawia takiego wrażenia na pierwszy rzut oka. Ale spójrzcie w jego oczy – pełne gniewu, bólu i woli walki. To postać, która zna tylko świat przemocy, zabijania i krwi, tylko to jest sensem jego życia. Poza nim na drugim planie mamy wyrazistego Luisa Guzmana (przyjaciel Ed), śliczną Lesley Ann Warren (przyjaciółka Jessiki, Elaine), ale i tak liczy się Peter Fonda – pozornie elegancki i czarujący Valentine, ale tak naprawdę niepewny siebie, strachliwy. Konfrontacja między tą dwójką jest interesująca, ale pozbawiona fajerwerków.

angol4

„Angol” jest jednym z ciekawszych, niestandardowych kryminałów od Soderbergha. Zabawa formą nie przeszkadza w śledzeniu intrygi, która wciąga. Ma to swój specyficzny klimat, trzyma za pysk i robi swoją robotę. Gotowi na spotkanie z Wilsonem?

7,5/10

Radosław Ostrowski

Sokół maltański

Sam Spade jest prywatnym detektywem mieszkającym w San Francisco. Prowadzi agencję razem z Milesem Archerem. I pewnego dnia, jak to bywa w tej profesji, dostaje zwykłe zlecenie. Pojawia się kobieta, który prosi o pomoc w odnalezieniu siostry. Jej miejsce ukrycia zna pewien niebezpieczny facet nazwiskiem Thursby. Ale zlecenie kończy się śmiercią Archera. Spade próbuje ugryźć, co tak naprawdę jest grane i odkrywa drugie dno całej sprawy.

sok_maltaski1

Debiutujący w 1941 roku John Huston był pierwszym filmowcem, tworzącym czarny kryminał. Przenosząc na ekran powieść Dashiella Hammeta nie wiedział, że dokonuje rewolucji. Czyli co dostajemy? Skorumpowane miasto, gdzie stróże prawa to idioci, ludzie są chciwy tak bardzo, że w imię tej chciwości są gotowi popełnić morderstwo, każdy człowiek jest dwulicowy, kobiety fatalne, a wygrywa osoba z większym sprytem. Ta miejsca dżungla jest elegancko sfotografowana na czarno-białej taśmie. Popełniłem jednak jeden błąd, że przed obejrzeniem filmu przeczytałem książkę, przez co znałem przebieg całej intrygi. A wszystko tak naprawdę skupia się wokół figurki ptaka oblanego złotem i kosztownościami, dla niepoznaki pomalowanego na czarno. I dla niego wszyscy są w stanie kłamać, oszukiwać, walczyć. Toczy się to wszystko dość spokojnym rytmem, jednak ciągle dochodzi do zmian wydarzeń, pojawienie się nowego gracza wywołuje komplikacje aż do przewrotnego finału, piętnującego (zgodnie z kodeksem Hayesa oraz duchem nowego gatunku) chciwość oraz zbrodnie, która musi zostać ukarana. I nawet czarny humor nie jest w stanie usunąć fatalistycznego klimatu.

sok_maltaski3

Sama historia prowadzona jest pewną ręką, chociaż wszystkiego dość łatwo można się domyślić. Huston szybkim sposobem prowadzenia kamery unika teatralności (także przenosząc akcję poza biura i pokoje), ale nie wszystko wytrzymało próbę czasu. Drażnić może muzyka, ale taka konwencja obowiązywała w tym czasie. Także wszelkie sceny bójek (pierwsza konfrontacja Spade’a z Cairo) wypadają sztucznie. Pewną rekompensatą może być finał ze świetnym ujęciem sprawcy przewożonego hotelowa windą zamknięta niczym kraty więzienne.

sok_maltaski2

To właśnie tutaj swoją ikoniczną postać stworzył niejaki Humphrey Bogart. Spade w jego wykonaniu jest niejako archetypem klasycznego „czarnego” detektywa – cynicznego twardziela, ukrywającego pod maską faceta z zasadami. W każdej sytuacji wychodzi cało, dzięki prowokowaniu i kłóceniu przeciwników, z dużą pewnością siebie oraz szelmowskim uśmiechem (z nieodłącznym papierosem w ręku). Jeśli do tego dodamy niewyparzoną gębę, mamy ideał. Poza nim tutaj najbardziej wyróżniają się dwie postaci: Joel Cairo oraz mózg całej operacji, Kasper Gutman. Pierwszy, prowadzony przez Petera Lorre’a, to elegancko ubrany dżentelmen z laską oraz silnym zagranicznym akcentem. Ten drugi (wyborny Sydney Greenstreet) sprawia wrażenie jowialnego, inteligentnego faceta z klasą oraz świetnie wyrażającego się. Słuchanie tej postaci należy do największej frajdy. Największy problem jednak miałem z Mary Aston wcielającą się w zleceniodawczynię oraz sprawczynię całego zamieszania.  Już jej pierwsze wejście oraz nadekspresja w głosie sprawiała wrażenie sztuczności, fałszu oraz oszustwa. Kolejne sceny tylko utwierdzały mnie w przekonaniu, mimo iż wyglądało to troszeczkę lepiej.

sok_maltaski4

Czy poza wartością historyczną „Sokół maltański” może stanowić interesujące kino? Mimo upływu lat broni się ponurym, cynicznym klimatem oraz świetną rolą Bogarta. Także przyjemnie poprowadzona intryga może dać wiele satysfakcji. Chociaż pojawiło się wielu lepszy lub gorszych imitatorów stylu noir, dzieło Hustona dało mi sporo rozrywki.

7/10

Radosław Ostrowski

Legend

Każdy kraj ma swoich ulubionych mafiozów, których sława i reputacja przeszła do historii. W Londynie lat 60. było dwóch niebezpiecznych zbirów – bracia bliźniacy Kray. Dzieliło ich wszystko, a łączyły więzy krwi. Reggie był przystojnym, opanowanym i inteligentnym dżentelmenem, a Reggie był psychicznie chorym zbirem z pulchną twarzą oraz gejem. I tak one nie były w stanie go wyleczyć.

legend1

Reżyserujący całość Brian Helgerand bardziej znany jest jako scenarzysta, który zrobił takie dzieła „Tajemnice Los Angeles”, „Rzeka tajemnic” czy „Człowieka w ogniu”, więc podejście w stronę kina gangsterskiego wydawało się logicznym posunięciem. Czuć tutaj garściami inspiracje dziełami Scorsese czy brytyjską klasyką gatunku. I chociaż wiemy jak to się skończy, to i tak oglądałem z niekłamaną frajdą. Przede wszystkim jest tutaj stylowo – imponuje tutaj scenografia. Wyglądu klubów, knajp i spelun (ładnie sfotografowane przez Dicka Pope’a) trudno się przyczepić. Tak samo jak kostiumów, muzyki z epoki, jak i drugiego planu, pełnego wyrazistych zbirów, zakapiorów oraz nieprzyjemnych gęb. Widać, że z tymi ludźmi nie warto zadzierać – faceci nie bojący zabijać. Wszystko to poznajemy z perspektywy kobiety – Frances Shea, która jest zauroczona Reggie’m, co akurat mnie nie dziwi. Ale sam film taki wybitny nie jest, chociaż ma swój klimat. To kompletna mieszanka: z jednej strony gangsterka (pranie pieniędzy, zabijanie), z drugiej melodramat w starym stylu, a z trzeciej smolista komedia, a z czwartej konflikty między braćmi. Są one nieuniknione, co widać od rozmowy z psychiatrą. I nie można odnieść wrażenia, że reżyser próbuje złapać kilka srok za ogon, przez co żaden z wątków tej wydawałoby się epickiej (trwającej dwie godziny) historii. Ale – paradoksalnie – wcale mi to nie przeszkadzało. Wsiąkłem w ten klimat Londynu, gdzie gliniarze, gangsterzy, politycy mieszają się w tej układance.

legend2

Dodatkowo reżyser ma dwa mocne asy w talii, które wnoszą ten film na wyższy poziom – Toma Hardy’ego oraz… Toma Hardy’ego. Jeden aktor w dwóch rolach i jest on po prostu rewelacyjny. Zarówno, gdy jest bardziej stonowanym, powściągliwym Reggiem, jak i psychopatycznym Ronem. Każdego gra inaczej, od fizycznej postury przez barwę głosu aż po mimikę. Obydwaj bracia są mocną mieszanką wybuchową, chociaż łączy ich toksyczna relacja, która musi zakończyć się dla nich źle, chociaż były powody, by Rona zwyczajnie skasować. Poza tym duetem trudno oderwać wzrok od ślicznej Emily Browning (Frances), chociaż nie dostała zbyt wiele do pokazania oraz trzymający fason David Thewlis (Leslie Payne) z Christopherem Ecclestonem (inspektor Nippon Read).

legend3

„Legend” nie zostanie legendą kina gangsterskiego jak „Ojciec chrzestny” czy „Chłopcy z ferajny”, ale takiego Toma Hardy’ego nie widziałem od dawna. I dla jego podwójne roli absolutnie warto zapoznać się z tym dziełem. Nawet jeśli to kalka znanych dzieł.

7/10

Radosław Ostrowski

Fargo – seria 2

Druga seria „Fargo” to oddzielna historia w porównaniu do poprzednika, ale jest kilka elementów spajających ją z poprzednią częścią. Tym razem głównym bohaterem jest Lou Solverson – ojciec policjantki Molly, a cała akcja rozgrywa się w pamiętnym roku 1979. Nasz Lou jest iglarzem oraz komendantem posterunku policji w Louverne, małym miasteczku w Minnesocie leżącym obok Fargo, gdzie zawsze dzieje się wiele. Wszystko zaczęło się od dziwacznego morderstwa gdzieś w przydrożnej jadłodajni.

fargo_21

Tam miał się spotkać Rye Gerhardt – najmłodszy syn mafijnej rodziny Gerhardtów, zajmujących się dystrybucją oraz handlem narkotykami. Mężczyzna (w porównaniu do narwanego Todda oraz rozsądnego Niedźwiedzia) jest niespełna rozumu i planuje zrobienie spółki ze swoim kumplem, właścicielem sklepu z maszynami do pisania. Problem w tym, że wspólnik ma wyrok i tylko sędzina może odhaczyć zawieszenie i odpalić maszynkę z kasą. Spotkanie jednak zmienia się w krwawą jatkę. Czy mogło się inaczej skończyć, gdy na wariata ze spluwą używasz środka na owady. Po drodze jeszcze Rye skasował kucharza i dobił kelnerkę, próbującą uciec. I nic by się nie stało, gdyby nie fakt, iż Rye zobaczył… latający spodek, a na koniec zostaje potrącony przez Bogu ducha winną kosmetyczkę – Peggy Blomkvist, żonę rzeźnika Eda. To jednak tak naprawdę mały pikuś, bo Gerhardtowie mają zostać przejęci przez mafię z Kansas City. Całą operacją ma dowodzić Mike Milligan, a zaginięcie Rye’a odtwiera puszkę Pandory pełną granatów, karabinów oraz trupów.

fargo_23

Noah Hawley znowu to zrobił: nakręcił wciągający serial kryminalny, gdzie czuć ducha braci Coen. Dodatkowo osadzenie wszystkiego w realiach lat 70. stworzyło bardzo ciekawy klimat. Nadal jest zima, sporo śniegu (nie wszędzie jednak), a każdy bohater tej układanki chce wyjść z zastanej sytuacji za pomocą sprytu, siły lub zdrowego rozsądku. Nie zawsze jednak będzie to możliwe, bo raz rozpoczętej spirali przemocy, odkręcić się nie da. Tutaj najważniejsza jest rozgrywka między Milliganem a Gerhardami, sprowadzająca się do strzelanin, zasadzek oraz brutalnej walki o przetrwanie. Peggy z Edem, niejako wbrew sobie zostają wplątani w tą mordownię i też próbują ocalić skórę z tej absurdalnej sytuacji. I też nie mogą się już z tego wycofać, a punktem krytycznym staje się pozbycie się ciała najmłodszego z rodu Gerhardów.

fargo_22

Sam Hawley miesza tutaj wątki, retrospekcje (pierwsze zabójstwo widziane przez nestora rodu Gerhardów, Otto czy młodość Indianina Hanzee’ego), scenki będące jedynie dodatkiem do humoru (kręcenie filmu o masakrze w Sioux Falls), a nawet futurospekcje (sen Betty, gdzie widzimy jej rodzinę z 2006 roku). Bawi się tutaj formą (dzielenie ekranu niczym w komiksie), wodzi za nos i myli tropy, prowadząc do nieuchronnej konfrontacji, a kilka scen (próba oblężenia posterunku czy rewelacyjna strzelanina między gliniarzami chroniącymi Blomkvistów z Gerhardtami) trzyma skutecznie za gardło i nie puszcza. Nawet sam Ronald Reagan się pojawia, by powalczyć o nominację prezydencką.

fargo_24

Jednocześnie odtwarza mentalność epoki, gdzie kobieta była tylko (lub aż) wsparciem dla męża, który miał robić karierę, prowadzić interesy i decydował o wszystkim. Czuć też mocno echa afery Watergate, mocno niszczącą zaufanie społeczeństwa do rządu, stając się silnym źródłem wielu teorii spiskowych oraz fascynację UFO. Dla wielu pojawienie się w kluczowych miejscach statku kosmicznego może wywołać silne poczucie dezorientacji, bo nie zostaje to mocno wyjaśnione. Wszystko jednak ogląda się to znakomicie, a wyważenie scen akcji z drobnymi obyczajowymi obserwacji oraz czarnym humorem działa piorunująco.

fargo_25

Ponieważ jest to nowe rozdanie, nie zobaczymy tutaj twarzy znanych z poprzedniej części. Nie znaczy to, że nie ma tutaj komu kibicować i brakuje wyrazistych postaci. Na pierwszy plan zdecydowanie wysuwają się Blomkvistowie – zwykli, szarzy ludzie z prostymi marzeniami. Ale przypadek (los, UFO) ma inny scenariusz. On (świetny Jesse Plemons) to taki sympatyczny poczciwina, sterowany przez miotającą się i szukającą spełnienia się żonę (rewelacyjna Kirsten Dunst). Oboje sprawiają wrażenie nierozgarniętych do końca, ale to ludzie znajdujący się w sytuacji mocno przerastającej ich możliwości. Rozsądek jako jedyny zachowuje tutaj Lou. Grającego jego starszą wersję Keith Carradine’a zastąpił znakomity Patrick Wilson, który koncertowo portretuje człowieka dbającego zarówno o swoją rodzinę (żona choruje na raka), przeżył wojenne piekło i kieruje się swoją intuicją. Co najważniejsze, zawsze trafia w sedno, chociaż bywa bezsilny wobec zdarzeń (próba wykorzystania Blomkvistów jako przynęty wobec mafii z Kansas), mając za wsparcie teścia gliniarza (rzadko widziany Ted Danson).

fargo_26

Po drugiej stronie, czyli bandziorów wyróżnia się zdecydowanie Mike Milligan (kompletnie nieznany Bokeem Woodbine) i nie tylko dlatego, że jest czarny oraz fikuśnie się ubiera niczym bohater z „American Gangster”. Ten gangster-filozof potrafi zaskoczyć inteligentną refleksją na temat przewrotności losu, a jednocześnie ma tyle szczęścia, jak nikt inny. Szkoda tylko, że doczekał się tak nieoczywistego finału. Równie wyrazista jest Jean Smart jako kierująca interesem Gerhardtów Floyd – opanowana, wyciszona i wręcz niezłomna, ale nie bojąca się ostrych środków oraz impulsywny i brutalny Dodd (Jeffrey Donovan w formie), z którym lepiej nie zadzierać.

Drugie „Fargo” to po prostu inna historia w porównaniu z poprzednią serią. Lepsza czy gorsza – trudno ocenić. Na pewno nie czułem mocnego zawodu (może poza zakończeniem, które było takie spokojne i bardziej życiowe), a i tak oglądałem z zapartym tchem. Nie wiem jak Wy, ale ja już nie mogę się doczekać trzeciej serii.

8/10

Radosław Ostrowski