Rzeka ocalenia

Jesteśmy w małym miasteczku leżącym gdzieś na pograniczu amerykańsko-kanadyjskim. Jest to mała okolica, gdzie ludzie żyją dość spokojnie, wiążąc koniec z końcem. Kimś takim jest też Ray – samotna matka z dwójką dzieci. Ojciec poszedł zaszaleć, gdyż jest nałogowym hazardzistą i znów go wcięło. I to przed świętami Bożego Narodzenia. Przypadek, a właściwie kradzież samochodu, doprowadza do nawiązania znajomości z Lilą – Indianką, zajmującą się przemytem ludzi.

rzeka_ocalenia1

Courtney Hunt tak naprawdę zrealizowała pełnokrwisty dramat, a nie rasowy kryminał, jak można było się spodziewać. Najważniejsze są tutaj losy naszych bohaterek, które nie potrafią spełnić swoich marzeń w sposób uczciwy. Dlatego panie chcąc związać koniec z końcem, by spłacić długi lub odzyskać swojego dzieciaka, zabranego dawno temu. I jeszcze jest zima, która potęguje poczucie beznadziei, depresji. Troszkę klimatem przypominało „Do szpiku kości”, które też działo się w małym miasteczku, też była tajemnica oraz aura beznadziei i walki mimo wszystko. Walki o przetrwanie i utrzymanie się na powierzchni. Sam scenariusz to bardziej obserwowanie otoczenia oraz krótkie, aczkolwiek intensywne sceny przemytu. Od połowy atmosfera robi się coraz gęstsza, m.in. dzięki nie do końca racjonalnemu zachowaniu. Bo żeby zostać torbę tylko dlatego, że przemyca się parę Pakistańczyków (wiadomo, każdy ciapaty to potencjalny terrorysta, a może mieć ze sobą bombę) – ok, rozumiem, spanikowała. Pewnie wiele osób by tak pomyślało, ale to wyglądało po prostu fałszywie i nieprzekonująco. Tak samo jak finał, gdzie… a nie, tego wam nie zdradzę.

rzeka_ocalenia2

Troszkę niepewny scenariusz, reżyseria dość konsekwentna, jednak bardzo wolne tempo oraz dość monotonne sceny działają nużąco. I tak naprawdę, gdyby nie świetna Melissa Leo film rzuciłbym w diabły. Ray w jej wykonaniu to zdesperowana kobieta, walcząca niemal ze wszystkimi – podłym losem, starszym synem nie do końca posłusznym. W oczach widać ból, bezsilność, ale i determinację. Nawet jeśli miałoby to kosztować życie. Drugą taką postacią jest Lila (mocna Misty Upham) – pozbawiona dziecka kobieta. Obie wiele przeszły i dostały mocno po dupie od życia, ale nie poddają się, mają tą drobną iskierkę nadziei, że jeszcze będzie lepiej. Być może dlatego między nimi czuć tak silną chemię, która wybija film od reszty.

rzeka_ocalenia3

Nie jest to film łatwy, lekki i przyjemny, tylko kolejny portret Ameryki jako „kraju nie dla starych ludzi”. Widziałem takich tytułów wiele, ale i ten potrafi chwycić za gardło. Szkoda, że robi to dopiero w drugiej połowie.

6/10

Radosław Ostrowski

Pakt z diabłem

Amerykanie kochają swoich gangsterów, którzy są otoczeni niemal kultem, a filmy o nich zawsze są interesujące dla filmowców. „Chłopcy z ferajny”, „Ojciec chrzestny”, „Dawno temu w Ameryce” czy ostatni „Legend” to potwierdzenie tego nurtu. Do tego próbuje też wejść „Pakt z diabłem” powoli rozkręcającego się reżysera Scotta Coopera.

pakt_z_diabem1

Pomysł jest diablo intrygujący: James „Whitey” Bulgar to drobna płotka, będąca właścicielem nocnego klubu w latach 70. w Bostonie. Gdy go poznajemy pomaga młodemu wykidajle, dostającemu w łeb od dawnych kumpli. Ale Jimmy chce coraz więcej, coraz bardziej, jednak przeszkadzają mu w tym konkurenci z włoskimi korzeniami. I nawet mimo posiadania wpływowego brata-senatora. Wtedy do Bostonu wraca dawny znajomy Jimmy’ego, obecnie agent FBI, John Connolly. Mężczyzna proponuje gangsterowi deal: zostanie informatorem FBI w zamian za nietykalność. Bulgar idzie na to, wykorzystując swoje koneksje do eliminacji konkurencji.

pakt_z_diabem2

Wydaje się to brzmieć jak interesujący film gangsterski? Bulger był pierwowzorem Franka Costello z „Infiltracji”, co pokazuje ogromny potencjał tej postaci. Problem w tym, że reżyser nie do końca wykorzystuje potencjał w tym układzie: gangster-agent-polityk. Pierwszy wykorzystuje swoje konotacje do bezkarnej eliminacji swoich wrogów oraz poszerzanie swojego terytorium, drugi w zamian chce zdobyć haki na mafię oraz coraz bardziej zafascynowany swoimi nowymi przyjaciółmi, zaczyna szastać forsą, trzeci udaje z kolei, że o niczym nie wie i przymyka oko. Najgorsze w tym wszystkim jest jednak to, ze twórcy bardziej skupiają się na pokazywaniu kolejnych scen eliminacji wrogów Bulgera, pokazaniu mrocznej strony jego charakteru, porąbanego psychopaty, zmierzając do oczywistego i przewidywalnego finału: od bycia nikim, wejściu na szczyt po spektakularny upadek. Jak w dokumencie, a najciekawsze momenty, próbujące pokazać bardziej prywatne oblicze gangstera, zostają potraktowane po macoszemu (ciężka choroba syna, która go złamała i żona, która po tym wydarzeniu nigdy się nie pojawia, brak informacji o kochankach).

pakt_z_diabem3

Same sceny gangsterskie są całkiem niezłe, chociaż tempo jest bardzo spokojne, wręcz usypiające. Zaułki, speluny, ukryte domy – to tworzy klimat, podobnie jak stylizacja i odtworzenie realiów lat 70. i 80. Problem jednak w tym, że ten film kompletnie nie angażuje, a w rękach sprawniejszego reżysera byłby po prostu kozacki. Sytuację próbuje ratować Johnny Depp i daje radę, ale jest jeden problem – koszmarny make-up, przez który bardziej wygląda na wampira niż mafioza. W scenach, gdy nie zabija i nikomu nie grozi robi większe wrażenie, zaskakując swoim bardziej ludzkim obliczem. Drugim ważnym graczem jest agent Connelly w wykonaniu Joela Edgertona – skromny, wyciszony i bezgranicznie lojalny wobec gangstera, z czasem szpanuje hajsem, stając się zbyt pewnym siebie gnojkiem. Reszta obsady jest solidna, mimo zaangażowania takich aktorów jak Benedict Cumberbatch (Billy Bulgar), Kevin Bacon (agent Charles McGuire), Corey Stoll (Fred Wyshak) czy Peter Saarsgaard (Brian Holloran).

pakt_z_diabem4

Dla mnie „Pakt z diabłem” to strasznie zmarnowany potencjał, dodatkowo spłaszczający postać Bulgara jako kolejnego gangstera-psychopatę, jakich było wielu. Przeciętna biografia, która mimo solidności, zwyczajnie nie porywa, nudzi i nie przedstawia niczego nowego w mafijnej tematyce. Coś tu mocno nie zagrało.

5/10

Radosław Ostrowski

Śledztwo w sprawie obywatela poza wszelkim podejrzeniem

Włoski komisarz wydziału zabójstw zostaje przeniesiony do służb specjalnych. Ale w dniu zmiany wakatu dokonuje morderstwa swojej kochanki, Augusty Terzi. Dlaczego to robi? Kobieta go upokorzyła? Zazdrość? Odtrącenie? Nie. Zabił, bo chciał zabić i by sprawdzić czy znalazłby się jako osoba poza wszelkim podejrzeniem. Dlatego też zostawia wszelkie tropy, by skierowano na niego podejrzenia.

sledztwo1

Kryminał z poza mainstreamowego nurtu, dodatkowo zaangażowany politycznie – to niebezpieczna mieszanka. Zwłaszcza, że jest to produkcja sprzed ponad 45 lat przez zapomnianego w naszym kraju Elio Petri. Sama intryga jest prosta jak konstrukcja cepa, a samo morderstwo dostajemy na dzień dobry. Celowo zostawiane odciski palców, dzwonienie po zabójstwie, wreszcie świadek – można odnieść wrażenie, że nasz komisarz oszalał. To wszystko jest jednak celowym i konsekwentnym działaniem, o czym zaczynają przypominać nam wplecione w całość retrospekcje, pokazujące relacje komisarza z denatką. Kobieta nie ukrywała zainteresowania osobami przy władzy, prowokowała i była zafascynowana pracą naszego bohatera, dlatego chce „być przesłuchiwana” i fotografuje się do póz denatek z śledztw. Atmosfera wydaje się być bardzo spokojna, ale robi się tutaj gęsto – wszelkie tropy oraz próby zwrócenia swojej uwagi (podrzucenie paczki do znajomego dziennikarza, namówienie przechodnia do kupienia tych samych krawatów) intrygują, prowokują do myślenia, prowadząc do przewrotnego i zaskakującego finału.

sledztwo2

Jednocześnie Petri oskarża oraz trafnie portretuje czasy, w których toczy się akcja. Są to czasy, gdy w młodych osobach z poglądami na lewo krzyczały i upominały się o podstawowe prawa obywatelskie. Czasy, gdy policja i tajne służby bezkarnie podsłuchiwały, brutalnie przesłuchiwały (psychologiczny terror) oraz przejmowały korespondencję – tą skierowaną do Stalina, Mao i innych komunistów. bezkarność i brutalność służb wydaje się jedynym sposobem utrzymywania porządku w państwie. A jednocześnie jest tutaj ciągle mowa o obywatelach, tym co mogą i nie mogą. Nie wiem, jak wy, ale dostrzegłem to, że dzisiaj też się o tym słyszy? Prawda?

sledztwo3

Można na początku odczuć lekką dezorientację, jednak surowa reżyseria Petriego oraz dociekliwy scenariusz wynagradzają te zaległości. Plus jeszcze wielki Gian Maria Volante w roli komisarza. Postać tak trudna i skomplikowana, że nie wiadomo co powinno się wobec niej czuć. Pogardę? Współczucie? Zdumienie? Podziw? To człowiek kochający władzę i lubiący czerpać z niej swoją siłę, ale widać, że coś z nim jest nie tak. Motywacja jego zbrodni może wydawać się mętna, ale trudno nie oprzeć się wrażeniu, że praca i poczucie bezkarności naznaczyły jego charakter. Uwielbia być w centrum uwagi, jest powściągliwy, jeśli chodzi o emocje, by potem wybuchnąć niczym odrzucone dziecko, w dodatku manipulator. Cała reszta obsady też jest bardzo wyrazista, ale to Volante kradnie ten film wszystkim.

sledztwo4

„Śledztwo…” mimo upływu lat pozostaje mocnym oskarżeniem na bezkarność policji oraz ludzi władzy, upojonych nią, nie potrafiących bez niej oddychać. Dodatkowo z ironiczną muzyką Ennio Morricone oraz płynną pracą kamery, broni się godnie przed upływem czasu. Bo takich komisarzy jest wielu i nie odeszli wraz z systemem totalitarnym.

8/10

Radosław Ostrowski

Podejrzani

Sprawa miała być prosta jak konstrukcja cepa. Był sobie statek, a w nich narkotyki warte 91 milionów dolarów – spora kasa. To tłumaczy dlaczego na tym okręcie i w jego okolicy znaleziono 27 truposzy. Jest jeden ciężko ranny świadek, ale jest nieprzytomny i nie może zeznawać. Jest jeszcze „Pleciuch” Kint – kuśtykający facet, który też był tam i widział wiele. Złożył zeznania w prokuraturze w zamian za nietykalność, jednak agent Urzędu Celnego Dave Kujan chce go przesłuchać. Wszystko zaczęło się sześć tygodni wcześniej „Pleciuch” pojawił się na konfrontacji razem z czterema prawdziwymi zbirami: Deanem Keatonem, Fredem Fensterem, Seanem McNamusem oraz Toddem Hockneyem.

podejrzani1

Po tym filmie każdy wiedział kim jest Bryan Singer. Obecnie znany z serii filmów o mutantach („X-Men”) zaczął skromnym kryminałem, który okazał się rewelacją roku 1995 roku. O czym tak naprawdę są „Podejrzani”? O tym, że wszystko może być mistyfikacją i oszustwem, że prawdy nie moglibyśmy dostrzec nawet, gdyby stanęła tuż przed naszymi oczami i krzyczała prosto w oczy. Ale przede wszystkim to historia jednego genialnego człowieka – Keysera Soze. Kim jest ten facet? To człowiek legenda, podobno posiadający nadprzyrodzone moce. Ten człowiek wie wszystko o wszystkich, ludzi zmienia jak rękawiczki, a bezwzględność i konsekwencja są znane każdemu.

podejrzani2

Reżyser opiera wszystko na opowieści Kinta, który szczątkowo opowiada historię balansującą mocno na granicy prawdopodobieństwa, że można wątpić w jej sens, aurą tak mroczną jakby wyjętą z rasowego horroru. I kiedy wydawało mi się, że wiem wszystko, następowała tak gwałtowna wolta, powodująca kompletną dezorientację. Nie potrafiłem skleić elementów układanki aż do przewrotnego, diabelskiego finału. Przecież największą sztuczką Szatana, było wmówienie światu, że nie istnieje, prawda? I jeszcze to tempo oraz genialnie zainscenizowane sceny akcji – pierwszy, gładki napad na skorumpowanych gliniarzy wożących pasera, drugi skok zakończony strzelaniną, porwanie adwokata pana Soze czy finałowa konfrontacja na statku. Wszystko jest to zrealizowane w sposób iście mistrzowski, a Singer nie wypowiada ani jednego zbędnego słowa. To nie zdarza się zbyt często w kinie.

podejrzani3

Singer genialnie prowadzi, scenariusz precyzyjny i przewrotny jak diabli, do tego rewelacyjna praca kamery, montaż oraz gęsty klimat. Aktorzy nie mogli tego spieprzyć i nie spieprzyli. Nie sposób zapomnieć wielkiego Kevina Spacey – jako Pleciuch sprawia wrażenie wystraszonego, niepewnego siebie faceta, obdarzonego niewątpliwie sprytem oraz pomysłowością. To jego był pomysł z czystym napadem. Drugi w kolejne jest magnetyzujący Gabriel Byrne – walczący o zerwanie z przeszłością Keaton, ale jednocześnie najbardziej doświadczony z całej piątki. Ma wiele za uszami, ale powierzyłbym mu swoje życie. Widać, że mu zależy na życiu, ale jak każdy zostaje wpuszczony w pole. Jest jeszcze próbujący dość do prawdy agent Kujan (fantastyczny Chazz Palminteri) – upierdliwy, zdeterminowany oraz mający sporą wiedzę, która mu się nie przyda oraz enigmatyczny, ale zawsze opanowany Kobayashi (nieodżałowany Pete Postlethwaite), sprawiający wrażenie potężniejszego, niż się to wydaje.

podejrzani4

„Podejrzani” to w zasadzie destylat inteligentnego kryminału. Wcześniej widziałem go raz, ale pamiętałem pojedyncze kadry, włącznie z pokazaniem samego Keyzera Soze w płomieniach. Ale i tak mnie zaskoczył – precyzyjnym wykonaniem, kapitalnym aktorstwem oraz wielokrotnie demolowanego scenariusza, gdzie nic nie jest takie, jakim się wydaje. I nie będzie grzechem, jeśli nazwę ten film opus magnum Bryana Singera. Zresztą ocena mówi wszystko.

10/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Wizyta inspektora

Rok 1912, Anglia. Powoli prasa wysyła wieści, że wkrótce zbliża się wojna. Ale w rezydencji rodu Birlingów – miejscowych fabrykantów, jest spokój i radość, gdyż trwa uroczystość zaręczynowa. Córka rodu ma wziąć ślub z Gerardem Croftem – również przedsiębiorcą z wysokiego rodu. Jednak ten nastrój sypie się jak domek z kart, a wszystko z powodu przybycie inspektora Goole’a. Mężczyzna prowadzi śledztwo w sprawie samobójstwa dziewczyny – Evy Smith, która wcześniej pracowała w fabryce Birlingów.

inspektor1

Jak trudno przenieść na ekran sztukę teatralną, wie niemal każdy reżyser, który próbował dokonać tego wyczynu. Jednak telewizja próbowała takich wysiłków wielokrotnie, tak jak w przypadku tego tytułu z zeszłego roku opartego na sztuce J.B. Priestleya z 1945 roku. Tak jak sztuka toczy się ona w jednym miejscu (rezydencja wieczorem), gdzie mamy kilka postaci obok siebie – rodzinę, przyszłego zięcia oraz inspektora. Niby wszystko oparte jest na dialogu i po pewnym czasie łatwo przewidzieć kierunek zdarzeń, ale atmosfera jest tak gęsta, że czeka się z zainteresowaniem na rozwój wypadków. Twórcy pozwalają nam obserwować te zdarzenia, dzięki retrospekcjom podczas przesłuchania całej rodziny, dzięki czemu nie ma miejsca na znużenie. Imponuje warstwa wizualna – stylowe zdjęcia, wiernie prezentująca epokę scenografia oraz budującą mroczny klimat muzyka, troszkę przypominająca dokonania Michaela Nymana.

inspektor2

Żeby jednak nie było tak słodko, jest jedna poważna wada – owszem, wiernie odtworzono tło i mentalność tamtej epoki, gdzie wyzysk był na porządku dziennym, każdy człowiek miał liczyć na siebie, a jedno zdarzenie wywołuje całą lawinę. Tak dramatyczny splot wydarzeń wydaje się dość mało prawdopodobny i aż dziwne, że nikt z rodziny nie zwrócił uwagi na tą kobietę. Chociaż co ja tam wiem, tutaj mamy rodzinę może nie patologiczną, ale każdy z członków ma wiele na sumieniu – alkoholizm, niewierność, przywiązanie do pieniądza oraz pozorów. Dodatkowo ostatnia mowa inspektora jest dość mocno „socjalistyczna” i wywołała we mnie wątpliwości co do tego, kim tak naprawdę była ta postać. I to właśnie zakończenie, pokazujące to, co się dzieje po wyjściu inspektora wywołuje największy zamęt w głowie, ale to musicie sami się przekonać.

inspektor3

Aktorstwo jest tutaj pierwszorzędne i każdy tutaj ma swoje duże pole do popisu – władcza Miranda Richardson (pani domu), twardy Ken Stoll (pan domu) czy widziana tylko w retrospekcjach Eva Smith (kompletnie mi nieznana Sophie Rundle) to postacie, wobec których trudno przejść obojętnie. Jednak i tak pozostają w cieniu doskonałego Davida Thewlisa. Jako inspektor skupia swoją uwagą, chociaż w zasadzie tylko patrzy (bardzo uważnie i wnikliwie) oraz mówi (spokojnie i bez krzyku, z jednym małym wyjątkiem) – sprawia wrażenie wszechwiedzącego, przynajmniej jeśli chodzi o tą rodzinę. Ciemno ubrany w kapeluszu, Thewlis magnetyzuje i zmusza bohaterów do zastanowienia się nad swoimi czynami oraz wzięciem odpowiedzialności za wszystko. To mocna rola, nie dająca zapomnieć o sobie.

inspektor4

Niby nie jest to nic nowego, ale „Wizyta inspektora” jest tym, co fani kryminałów lubią – pomysłową intrygę oraz wyraziste aktorstwo z kilkoma woltami w tle. Mimo tekstu sprzed ponad 50 lat, nadal daje do myślenia i trafnie pokazuje życie na początku XX wieku.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Maigret zastawia sidła

W paryskiej dzielnicy Montmartre szaleje seryjny morderca. Zabija kobiety, zawsze robi to nocą, jest precyzyjny i nigdy nie ma świadków, ale prasa jak i wysocy przedstawiciele wymiaru sprawiedliwości naciskają. Jednak doświadczony nadinspektor Maigret nadal próbuje. Przełom paradoksalnie nastąpił po piątym morderstwie oraz rozmowie z przyjacielem, psychologiem. Śledczy wpada na pomysł zorganizowania zasadzki, angażując policjantki w cywilu, by sprowokować mordercę.

maigret1

Cykl Georgesa Simenona o nadinspektorze Julesie Maigrecie był we Francji równie popularny jak serie Agathy Christie o Poirocie, więc filmowa adaptacja książek była tylko kwestią czasu i na przestrzeni lat powstało wiele adaptacji, w których tą postać grali m.in. Charles Laughton, Jean Gabin i Michael Gambon. Ale w tym roku zadania podjęła się brytyjska telewizja ITV, tworząc film będący niejako pilotem telewizyjnej serii. Łączyć będzie postać Maigreta oraz scenarzysta Stewart Harcourt. I trzeba przyznać, że jest to stylowa produkcja, która ma wszelkie atrybuty kryminału: śledztwo, nieuchwytny morderca, brudne i mrocznie miasto oraz ciężki klimat. Twórcy nie stawiają na zawody strzeleckie, pogonie czy krwawe jatki tylko psychologiczną grę, analizę dowodów (w końcu to powojenny Paryż). Wielu może przeszkadzać wolne tempo dochodzenia, ale jak wiadomo – coś za coś. Intryga nie jest może skomplikowana, ale konsekwentnie poprowadzona i sprawnie opowiedziana, tropy są mylone, dziennikarze wredni oraz żądni krwi (jak zawsze), a w tle gra stylowy jazz.

maigret2

Jedyna rzecz, która strasznie mi przeszkadzała to scena pogoni za mordercą. Nie chodzi o to, że jest wolna czy nie pasująca do całości, ale fakt, że została nakręcona kamera cyfrową, przez co wygląda po prostu brzydko. Już we „Wrogach publicznych” było widać, że stylizacja retro i kamera cyfrowa nie pasują do siebie. W innym miejscach zarówno praca kamery, jak i warstwa scenograficzna jest porządnie zrobiona.

maigret3

Także aktorstwo jest tutaj na przyzwoitym poziomie – w końcu to brytyjska telewizja. Zarówno detektywi (Shaun Dingwall, Colin Mace, Leo McStar), jak i sędzia śledczy Comeleau (Aidan McArdle) są z jednej strony stereotypowi jak to tylko możliwe, a z drugiej na tyle wyraziści, by ich zapamiętać. jednak najważniejsza jest tutaj trójka postaci, czyli Maigret, podejrzany oraz… jego matka. Zacznę od podejrzanego, czyli Marcela Moncina. Świetny David Dawson bardzo przekonująco pokazuje opanowanego, ale nie potrafiącego uwolnić się spod wpływu kobiet mężczyznę, mordującego bezbronne kobiety. Równie wyborna jest Fiona Shaw jako toksyczna, despotyczna i trzymająca pełną kontrolę nad dorosłym dzieckiem matkę.

maigret4

Ale i tak największym asem jest sam Maigret, grany przez… Rowana Atkinsona. Tak, to nie jest pomyłka. Przyznaję, że miałem pewne wątpliwości, co do wyboru tej postaci, ale ryzyko się opłaciło. Atkinson na poważnie jest po prostu znakomity – powściągliwy, pewny siebie, inteligentny i opanowany (te drobne spojrzenia oraz spokojny głos), bazujący na swojej wiedzy, doświadczeniu oraz wsparciu kolegów. Jednak kilka tropów (jak się potem okazało mylnych) kazało mi zwątpić w umiejętności Maigreta, ale okazało się to zmyłką i aktor bardzo pozytywnie zaskakuje.

maigret5

Następny film o nadinspektorze z Paryża będzie dopiero w grudniu, ale warto czekać. To eleganckie, stylowe kino z widocznym telewizyjnym budżetem, jednak tutaj taka forsa nie jest potrzebna. Jest klimat, mrok, interesująca rozgrywka oraz bardzo ciekawe aktorstwo. To wystarczy.

7/10

Radosław Ostrowski

Ripper Street: Tajemnica Kuby Rozpruwacza – seria 3

UWAGA! Tekst zawiera spojlery!

Od ostatnich wydarzeń minęły 4 lata, a w Whitechapel nadal panoszy się zło. Czyli jest 1895 – inspektor Reid coraz bardziej zamknięty w sobie śledczy, spędza więcej czasu w swoim archiwum niż na ulicy tropiąc zbrodniarzy. Na dodatek zmarła mu żona i pokłócił się z kapitanem Jacksonem, przez co posterunek nie ma lekarza, a sierżant Drake przeniósł się do Manchesteru, gdzie awansował na inspektora. A była już żona kapitana, Long Susan, teraz jest szefową Obsidian – potężnej korporacji, próbującej zmienić oblicze Whitechapel. A wszystko zaczyna się od napadu na pociąg, który kończy się katastrofa kolejową i śmiercią 55 osób.

ripper_street_31

BBC potrafiło robić mocne seriale kryminalne i nie inaczej było z „Ripper Street”. Jednak po drugiej serii, stacja zdecydowała się serial skasować. Na szczęście BBC One otrzymało wsparcie od Amazona, dzięki czemu mogliśmy poznać dalsze losy naszych ukochanych bohaterów. A Whitechapel nadal jest skażone złem i to najohydniejszym: dziecięca prostytucja, nielegalne aborcje, wymuszenia, próby ochrony browaru przemocą, potężne korporacje naginające prawo, handel bronią. A wszystko to w czasach, gdy słowo antykoncepcja było niezgodne z prawem, kobieta zaś była posłuszna mężowi, od którego woli zależał jej los. Nie to, co teraz 😉 Twórcy bardzo przekonująco odtwarzają mentalność epoki wiktoriańskiej, gdzie konwenanse decydowały o wszystkim, zachowując realizm, brud i pokazując Whitechapel jako miejsce wręcz przeklęte, z którego nie można się wyrwać, nie brudząc sobie rąk. I pozornie każdy odcinek to osobna historia, jednak są pewne wątki w tle – śledztwo w sprawie katastrofy (udaje się schwytać sprawców, ale nie zleceniodawcę), cudownie odnaleziona córka inspektora Reida, wreszcie dziennikarskie śledztwo Freda Besta, które zaprowadzi go na dno.

ripper_street_32

Jest mrocznie, każde śledztwo zaskakuje, tak samo jak wykorzystywanie nowinek technicznych (odciski palców, dokładne badania ciał), a jednocześnie nie pozbawione ciętego humoru oraz naturalistycznej przemocy. Jest mrocznie, strasznie i niepokojąco, ale zawsze trzyma w napięciu do samego końca. Może zakończenie wydaje się zbytnim (jak na ten tytuł) happy endem, na którym mogłaby się cała historia skończyć, ale powstała seria 4. Na nią jednak przyjdzie czas.

ripper_street_33

Nadal jest to serial z najwyższym poziomem aktorskim, co jednak nie powinno dziwić. Kolejny raz klasę pokazuje Matthew Macfadyen w roli niezmordowanego stróża prawa, inspektora Reida. Coraz mocniej widać jaki wpływ ma na niego ta praca, jak go niszczy, jednak nadal udaje mu się zachować bystrość umysłu oraz umiejętnie wnioskować fakty i dowody. Zamach na jego życie mocno go osłabił (bóle głowy, chodzenie o lasce), a pojawienie się córki przywraca światło do jego życia. Drugim mocnym bohaterem pozostaje Bennett Drake (rewelacyjny Jerome Flynn) – bardziej używający umysłu zamiast pięści i z wręcz gołębim sercem. Ta przemiana bardzo pozytywnie zaskakuje, tak samo jak trzeciego twardziela, czyli kapitana Jacksona (Adam Rothenberg). Ten facet z głęboką wiedzą medyczną kiedyś chętniej najpierw sięgał po broń i pakował się w większe tarapaty, teraz częściej pije i nie wiąże się z nikim na stałe. Ta przyjaźń wielokrotnie jest wystawiana na próbę, a sceny z udziałem tej trójki dają największą satysfakcję.

ripper_street_34

Jednak drugi plan nadal jest niezawodny i nie ważne czy jest to twardy, chociaż już powoli szykujący się do emerytury inspektor Abberdine (Clive Russell), węszący afery dziennikarz Best (David Dawson) czy spokojny sierżant Artherton (David Wilmot), ale i tak wszystkim czas kradnie MyAnna Buring, czyli twardo idąca po swoje Susan Hart. Spokojna, opanowana i godnie znosząca różne ciosy, ale nie pozbawiona bezwzględności. Z nowych postaci zdecydowanie wyróżnia się Ronald Capshaw (John Hefferman) – śliski prawnik, balansujący na granicy prawa, cyniczny i zdeprawowany. Kontrastem dla niego jest posterunkowy Grace (Josh O’Connor), dopiero uczący się swojej profesji.

ripper_street_35

Cóż mogę więcej powiedzieć? Twórcom udało się utrzymać poziom poprzednich serii, co nie jest taki proste, a technicznie nadal to robi wrażenie, z dbałością o szczegóły. Takich rzeczy nie powstydziłby się hollywoodzki tytuł. Już nie mogę się doczekać kolejnej serii.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Wielki sen

Philip Marlowe to jeden z najbardziej rozpoznawalnych prywatnych detektywów tzw. czarnego kryminału. Elegancko ubrany, zawsze z papierosem w ustach oraz kieliszkiem gorzały w ręku oraz cynicznym spojrzeniem na świat – archetyp amerykańskiego gliniarza. Dostaje kolejną sprawę – wydawałoby się prostą jak konstrukcja cepa. Ktoś szantażuje córkę bogatego człowieka, generała Sternwooda. Zlecenie polega na pozbyciu się szantażysty.

wielki_sen1

Tak prezentuje się fabuła „Wielkiego snu” Raymonda Chandlera – mistrza gatunku. Świetnie przyjęta książka prędzej czy później musiałaby zostać zekranizowana. Zadania tego podjął się Howard Hawks – wszechstronny reżyser kojarzony w naszym kraju głównie z realizacji westernów („Rzeka Czerwona”, „Rio Bravo”). Wszystko jest tutaj zgodne z prawidłami gatunku: cyniczny twardziel z gołębim sercem i ciętym humorem, femme fatale, tajemnice rodzinne, szantaż, barwny półświatek, zdrady i brudne, skorumpowane miasto, gdzie tylko spryt pozwala przetrwać. Razem z Marlowem uczestniczymy w zapętlonej intrydze, próbując domyślić się kto tak naprawdę pociąga tu za sznurki. Wszystko to jest bardzo stylowo sfotografowane na czarno-białej taśmie, co tylko potęguje mroczny klimat filmu. Reżyser skupia się na detalach, oszczędza brutalnych scen (Kodeks Hayesa nie pozwalał na kilka rzeczy takich jak seks, krew i przemoc), jednak aura tajemnicy pozostaje do samego końca.

wielki_sen2

Nie można też zapomnieć o dialogach, nie pozbawionych dwuznacznych aluzji (rozmowa Marlowa z bibliotekarką o książkach czy spotkanie detektywa z panią Rutledge o koniach), które nawet teraz pozostają jasne i czytelne. Można troszkę przyczepić się do teatralności formy – bardzo oszczędnej ilości lokalizacji, mała ilość aktorów w scenie, ale w żadnym wypadku nie jest to archaiczne. Wręcz przeciwnie, kryminał ten trzyma w napięciu i kilka razy zaskakuje. Zderzeni balansują na granicy prawdopodobieństwa, a ja próbowałem nadążyć za nitkami intrygi.

wielki_sen3

„Wielki sen” poza świetną reżyserią i intrygującym scenariuszem, broni się także aktorsko. Nie można zapomnieć Humphreya Bogarta w ikonicznej roli Marlowe’a. Jest taki jak opisałem na początku – cyniczny, zgorzkniały samotnik, niepozbawiony sprytu oraz szybko kojarzący pozornie niepasujące do siebie elementy układanki. Jak to możliwe po wypiciu tylu głębszych? Nie ma pojęcia, ale ta szorstka aparycja ma swój urok. A kiedy na ekranie pojawia się Lauren Bacall, czyli pani Ruthledge, wtedy na ekranie pojawiają się iskry. Charakterem przypomina Marlowe’a – chodząca własnymi drogami kobieta, dbająca o swoją niezależność. Ale – jak każda piękna kobieta – skrywa brzydką tajemnicę, będącą clue całej opowieści. Poza tym duetem nie brakuje barwnych postaci: krnąbrnej i ukrywającej się pod maską niewinności Carmen (olśniewająca Martha Vickers), podstępnego Eddie’ego Marsa (świetny John Ridgley), niepozorny, acz honorowy Harry Jones (Elisha Cook Jr.) czy zaufany przyjaciel, detektyw Ohls (Regis Toomey).

wielki_sen4

„Wielki sen” nie bez przyczyny stał się klasykiem czarnego kryminału obok „Podwójnego ubezpieczenia” czy „Trzeciego człowieka”. Klimat, aktorstwo, świetna reżysera – wszystkie klocki pasują do siebie i mimo 70 lat na karku, za nic nie chce się zestarzeć. To się tylko chwali.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Bosch – seria 2

Wydawałoby się, że po wydarzeniach z poprzedniej serii, nie zobaczymy już więcej detektywa Harry’ego Boscha. Jednak policja z Los Angeles nie jest w stanie sobie poradzić bez naszego bohatera. Harry wraca po pół roku, by podjąć się trudnej sprawy – znaleziono w bagażniku limuzyny zwłoki Anthony’ego Allena, amerykańskiego producenta filmów porno. Sposób dokonania zabójstwa sugeruje, że były to mafijne porachunki. Bosch razem z partnerem, Jerrym Edgarem bada sprawę, a trop prowadzi do Las Vegas.

bosch21

Tak jak w poprzedniej serii, także i tutaj jest jeszcze jeden wątek, prowadzony niezależnie od głównego wątku i wydaje się być z nim nie powiązany. To sprawa związana z synem zastępcy komendanta Irvinga, George’a trzymającego z podejrzanymi kolegami z pracy. Dodatkowo jeszcze (ale sporadycznie) pojawia się dla Boscha szansa na rozwiązanie starej sprawy sprzed lat, czyli morderstwa swojej matki. Pilnujący całości Eric Overmeyer (czyli jedna druga kultowego „Prawa ulicy”) trzyma rękę na pulsie, by wszystkie wątki trzymały się kupy. Nawet poboczne wątki, czyli polityczne ambicje Irvinga czy prywatne życie Boscha nie są tak schematyczne jak poprzednio. Zwłaszcza, że była żona Boscha (przypadkowo) zostaje wplątana w całe dochodzenie.

bosch22

Twórcy zgrabnie mieszają tropy, wprowadzają zaskoczenia, dialogi są więcej niż niezłe, a nad wszystkim czuć klimat niemal klasycznego czarnego kryminału. Ale jednocześnie przyglądają się pracy gliniarza, gdzie czasami różne komórki tej samej służby – wewnętrzny, narkotyki, federalni zamiast pomagać, bardziej skupiają się na sobie, niepotrzebnie komplikując sobie sprawy. Stąd taki spory brak zaufania, mataczenia, brudy. Wszystko to się ogląda ze sporą ciekawością, a kilka krótkich scen akcji (strzelanina przed bankiem, obława na głównego podejrzanego z granatami w działaniu) trzyma za gardło, z kolei finał – nawet dla mnie – był sporym zaskoczeniem.

bosch23

Aktorsko nadal trzyma wysoki poziom, a Titus Welliver potwierdza tylko, że jest najlepszym Harry’m Boschem, na jakiego stać telewizję. Twardy glina, dla którego liczy się rozwiązanie sprawy i dorwanie sprawcy – innymi słowy, człowiek z powołaniem. Poza nim najbardziej się wybija niezawodny Lance Reddick jako zastępca Irving – pozornie chłodny i opanowany, ale do czasu. Cieszą większe role Sarah Clarke (Eleanor Wish, ex-żona Boscha) i Madison Lintz (Grace, córka), za to prawdziwymi perłami są świetne role Jeri Ryan (Veronica Allen) oraz Matthew Lillarda (gangster „Lucky”), ubarwiając mocno drugi plan razem z Brentem Sextonem (ochroniarz Carl Nash, który ma swoją mroczną tajemnicę) i James Ransome („umoczony” Eddie Arceneaux).

bosch24

Druga seria „Boscha” jest bardziej dopracowana i ma ciekawszą intrygę niż pierwsza część. Pozostaje mi mieć tylko nadzieję, że poziom zostanie zachowany, a nasz dzielny gliniarz jeszcze powróci.

bosch25

8/10

Radosław Ostrowski

Mr. Holmes

Wszyscy znamy mieszkańca pewnego domu na Baker Street 221B. Miał on twarze wielu aktorów tak znanych jak Basil Rathborne, Jeremy Brett, Christopher Plummer czy ostatnio Benedicta Cumberbatcha. Jednak w tym roku reżyser Bill Condon postanowił zaryzykować i nakręcić własną wersję opowieści o genialnym detektywie, dając mu twarz Iana McKellena. Czy to ryzyko się opłaciło?

mr._holmes1

Wyobraźcie sobie Holmesa, który nie pracuje już jako prywatny detektyw i został… pszczelarzem, gdzieś w wiosce zabitej deskami. Ciężko to przyjąć do wiadomości, prawda? Dodatkowo mieszka z gosposią oraz jej synem, Rogerem. Naszego detektywa prześladuje sprawa sprzed ponad 30 lat, czyli tuż po I wojnie światowej. Do detektywa przychodzi niejaki pan Kelmot, który podejrzewa, iż jego żona jest pod urokiem swojej nauczycielki muzyki. Sherlocka sprawa ta po latach prześladuje, a pamięć u 93-letniego detektywa już nie taka mocna jak kiedyś.

mr._holmes2

I tutaj reżyser ogrywa postać naszego detektywa, którego tak dobrze znamy. Owszem, nadal jest inteligentnym, troszkę narcystycznym człowiekiem, posiadającym silny intelekt i znającym zachowania ludzi, jednak jego najmocniejszy atut zawodzi. Sama akcja jest zepchnięta na drugi plan, jednak twórcy ubarwiają ją za pomocą podwójnej retrospekcji – samego śledztwa, jak i późniejszych poszukiwań żółtokrzewu w Japonii, gdzie pomaga mu pan Umezaki. Nie ma tutaj szybkiego tempa, masy trupów czy strzelania – tu jest eleganckie, dokładnie prowadzone śledztwo oraz rozwiązanie ostatniej zagadki. Ta nietypowa konstrukcja ma zaciekawić i pokazać zmagania naszego bohatera ze starością, przemijaniem oraz radzeniem sobie z samotnością, co jest naprawdę świetnym rozwiązaniem, odświeżającym archetyp klasycznego detektywa.

mr._holmes3

Dodatkowo Condonowi pomaga w tym bardzo dobry Ian McKellen, nadający swojemu bohaterowi elegancji (scena w parku, gdzie podszywa się za jasnowidza oraz sceny jego dedukcji to perełki) współczesnej detektywistyki, ale też pokazując jego bezsilność oraz częściowe pogodzenie się ze stanem rzeczy za pomocą spisywania, a także medycyny alternatywnej. Kamera przez większość czasu pokazuje twarz aktora – zmęczoną, pełną zmarszczek i porusza się dość ociężale. Partnerujący aktorowi Laura Linney (dość surowa, choć oddana pani Munro), jak i młody Milo Parker (Roger) są świetni, zwłaszcza chłopiec traktujący Holmesa jak ojca, którego odejście mocno naznaczyło jego życie. Ten duet nakręca i mimo dość oczywistego szlaku, ogląda się dobrze.

mr._holmes4

„Mr. Holmes” fanów kryminalistyki rozczaruje, a miłośników detektywa z Baker Street może znużyć swoim tempem. Jednak nie można nie docenić próby odświeżenia znanego bohatera oraz pokazania w miarę „prawdziwego” portretu, co potrafi oczarować. Fani Holmesa na pewno go obejrzą, ale trzeba sporo cierpliwości. Jeśli ją macie, to zaryzykujcie.

7/10

Radosław Ostrowski