Mr. Holmes

Wszyscy znamy mieszkańca pewnego domu na Baker Street 221B. Miał on twarze wielu aktorów tak znanych jak Basil Rathborne, Jeremy Brett, Christopher Plummer czy ostatnio Benedicta Cumberbatcha. Jednak w tym roku reżyser Bill Condon postanowił zaryzykować i nakręcić własną wersję opowieści o genialnym detektywie, dając mu twarz Iana McKellena. Czy to ryzyko się opłaciło?

mr._holmes1

Wyobraźcie sobie Holmesa, który nie pracuje już jako prywatny detektyw i został… pszczelarzem, gdzieś w wiosce zabitej deskami. Ciężko to przyjąć do wiadomości, prawda? Dodatkowo mieszka z gosposią oraz jej synem, Rogerem. Naszego detektywa prześladuje sprawa sprzed ponad 30 lat, czyli tuż po I wojnie światowej. Do detektywa przychodzi niejaki pan Kelmot, który podejrzewa, iż jego żona jest pod urokiem swojej nauczycielki muzyki. Sherlocka sprawa ta po latach prześladuje, a pamięć u 93-letniego detektywa już nie taka mocna jak kiedyś.

mr._holmes2

I tutaj reżyser ogrywa postać naszego detektywa, którego tak dobrze znamy. Owszem, nadal jest inteligentnym, troszkę narcystycznym człowiekiem, posiadającym silny intelekt i znającym zachowania ludzi, jednak jego najmocniejszy atut zawodzi. Sama akcja jest zepchnięta na drugi plan, jednak twórcy ubarwiają ją za pomocą podwójnej retrospekcji – samego śledztwa, jak i późniejszych poszukiwań żółtokrzewu w Japonii, gdzie pomaga mu pan Umezaki. Nie ma tutaj szybkiego tempa, masy trupów czy strzelania – tu jest eleganckie, dokładnie prowadzone śledztwo oraz rozwiązanie ostatniej zagadki. Ta nietypowa konstrukcja ma zaciekawić i pokazać zmagania naszego bohatera ze starością, przemijaniem oraz radzeniem sobie z samotnością, co jest naprawdę świetnym rozwiązaniem, odświeżającym archetyp klasycznego detektywa.

mr._holmes3

Dodatkowo Condonowi pomaga w tym bardzo dobry Ian McKellen, nadający swojemu bohaterowi elegancji (scena w parku, gdzie podszywa się za jasnowidza oraz sceny jego dedukcji to perełki) współczesnej detektywistyki, ale też pokazując jego bezsilność oraz częściowe pogodzenie się ze stanem rzeczy za pomocą spisywania, a także medycyny alternatywnej. Kamera przez większość czasu pokazuje twarz aktora – zmęczoną, pełną zmarszczek i porusza się dość ociężale. Partnerujący aktorowi Laura Linney (dość surowa, choć oddana pani Munro), jak i młody Milo Parker (Roger) są świetni, zwłaszcza chłopiec traktujący Holmesa jak ojca, którego odejście mocno naznaczyło jego życie. Ten duet nakręca i mimo dość oczywistego szlaku, ogląda się dobrze.

mr._holmes4

„Mr. Holmes” fanów kryminalistyki rozczaruje, a miłośników detektywa z Baker Street może znużyć swoim tempem. Jednak nie można nie docenić próby odświeżenia znanego bohatera oraz pokazania w miarę „prawdziwego” portretu, co potrafi oczarować. Fani Holmesa na pewno go obejrzą, ale trzeba sporo cierpliwości. Jeśli ją macie, to zaryzykujcie.

7/10

Radosław Ostrowski

Detektyw – seria 2

W stanie Kalifornia znajduje się miasto Vinci. I to właśnie tutaj los połączy trójkę kompletnie obcych bohaterów. Skorumpowanego i zmęczonego życiem Raya Velcoro, detektyw Ani Bezzerides z biura szeryfa oraz oficera drogówki, Paula Woodrugha. Połączy ich wspólne dochodzenie w sprawie morderstwa zarządcy miasta, Bena Caspare’a, z którym interesy prowadziło wiele osób.

detektyw_21

Nie będę kłamał twierdząc, że druga seria „Detektywa” była jedną z najbardziej wyczekiwanych propozycji telewizyjnych tego roku, chociaż dość ryzykowna. Mroczna i oniryczną Luizjanę zastąpiła słoneczna Kalifornia, nie pozbawiona mroku oraz brudu. Nic Pizzolato z inną ekipą (Cary’ego Fukunagę zastąpiło kilku reżyserów z Justinem Linem na czele) opowiada inną kryminalną opowieść, która niespecjalnie wyróżnia się spośród innych tytułów. Króla w Żółci i rytualne mordy zastąpiły tajemnicze i brudne układy między policją, mafią i biznesmenami. Narkotyki, prostytucja, korupcja, szantaż, morderstwa – dzieje się tutaj sporo, a mając aż czwórkę protagonistów i tylko 8 odcinków można być pewnym, ze nie wystarczy czasu na wszystko. Tutaj jest największy problem II serii – jest ona przeładowana wątkami, postaciami i zdarzeniami, a intryga komplikuje się do tego stopnia, że trudno połapać się w tym kto, kogo i dlaczego. A walka z układem (jakikolwiek by on nie był) jest z góry skazana na przegraną, gdyż wpływowi i potężni ludzie uczciwymi oraz próbującymi wymierzyć na swój sposób sprawiedliwość, goniąc za prawdą, podcierają sobie dupy.

detektyw_22

Dodatkowo realizacja niespecjalnie powala. Zdjęcia, dialogi (miejscami mocno ocierają się o banał), czołówka i muzyka są ok, montaż też w porządku i trudno się do czegokolwiek przyczepić, ale brakuje błysku poprzedniej części. Czegoś, co b oczarowało, czekając na kolejne rozwiązywanie tajemnic. Tutaj to nie następuje, a śledztwo niejako prowadzone jest przy okazji. Każde z bohaterów mierzy się z własnymi demonami, tajemnicami oraz przeszłością, ale brakuje tutaj głębi. Jeśli coś tutaj miażdży, to bardzo gorzki finał, pozbawiający nadziei i złudzeń.

detektyw_23

Kompletnym zaskoczeniem jest tutaj wysoki poziom aktorstwa, ale to HBO. Świetnie sobie poradził Colin Farrell w roli wypalonego Velcoro, lawirującego między lojalnością wobec kolegów z pracy a gangsterem Frankiem Semyonem. Zmęczony, nieogolony, rozwiedziony i porywczy budzi największą sympatię odbiorcy, która zostaje do samego końca. Równie przekonująca jest Rachel McAdams, będąca twardą gliną z wyraźnym kodeksem moralnym. Jednak pod tą warstwą jest bardzo krucha kobieta, nie ukazująca swoich emocji. Przyzwoity jest Taylor Kitsch jako trzeci detektyw Woodrugh. Widać, że to skryty facet prześladowany przez swoją wojskową przeszłość, jednak trudno uwierzyć w jego emocje, które są bardzo głęboko tłumione i można się ich tylko domyślić. Jednak twórcy mieli jedną castingowa niespodziankę – Vince’a Vaughna. Ten aktor, kojarzony z rolami komediowymi (w nie najlepszych produkcjach tego gatunku) to ostatnia osoba jaką bym obsadził do roli biznesmena z gangsterskimi korzeniami. Ku mojemu zdumieniu Vaughn nie wyglądał ani śmiesznie, ani groteskowo i stworzył pełnokrwistą postać twardego człowieka, bezwzględnie rozprawiającego się ze swoimi wrogami, którzy chcą go załatwić. I jeszcze ma dużą dawkę skrywanej charyzmy. Kto by się spodziewał?

detektyw_24

Tak jak pisałem, II seria „Detektywa” nie powaliła mnie na kolana i nie zahipnotyzowała tak jak poprzednia seria. Było dobrze, ale czegoś mi zabrakło. Miałem poczucie przesytu realizacji i zbytniej hermetyczności, a to w takim gatunku przeszkadza. Może w III serii będzie inaczej, o ile powstanie.

7/10

Radosław Ostrowski

Kafka

Znawcy literatury wiedzą kim był Franz Kafka – niedoceniony austriacki pisarz, żyjący na początku XX wieku. Filmowcy tez przenosili jego dorobek na ekran, jak choćby Orson Welles mierzył się z jego „Procesem” w 1962 roku. Ale mało kto próbował zmierzyć się z jego życiorysem. Wariację na temat autora „Zamku” postanowił pokazać w 1991 roku Steven Soderbergh – świeżo opromieniony sukcesem „Seksu, kłamstw i kaset wideo”.

kafka1

Jest rok 1919, Praga. Kafka za dnia pracuje jako urzędnik w Zakładzie Ubezpieczeń Robotników do spraw Wypadków, a nocami próbuje swoich sił jako literat, rzadko publikując swoje dzieła. pewnego dnia dostrzega, że jego przyjaciel Edward Raban nie przychodzi do pracy. Wieczorem policja odnajduje jego zwłoki wyłowione z Wełtawy i sugeruje, że to było samobójstwo. Jednak Kafka nie wierzy w tą hipotezę i powoli zaczyna szukać prawdy.

kafka2

Żeby dobrze się bawić przy tym filmie, wymagana jest wiedza zarówno o samym życiu Kafki jak i znajomość jego dzieł. Bez tego widz poczuje się zagubiony i nie zrozumie aluzji, cytatów oraz odniesień do Kafki. Soderbergh próbuje stworzyć klimat znany z dzieł Austriaka – pełen surrealizmu, mroku oraz poczucia osaczenia, gdzie logika wymyka się prawom. Intryga powoli i stopniowo jest odkrywana – zaginięcie ludzi, biurokratyczny absurd, tajemnicza grupa anarchistów (nie wiadomo czemu są przeciwni), potężna władza oraz Zamek. Ta instytucja, gdzie zbierane są dokumenty, których się nie udostępnia, jest symbolem bezwzględnej władzy. Jednostka kontra system – starcie odwieczne, odkąd władza istnieje. „Kafka” wciąga, ma dobre dialogi oraz atmosferę niezwykłości potęgowaną przez muzykę Cliffa Martineza. Jednak największe wrażenie robi strona wizualna. To zdjęcia najdobitniej tworzą bardzo mroczny klimat, pokazując Pragę z innej perspektywy – podniszczone kamienice, knajpy, dachy. Dodatkowo operator zmienia perspektywę, przypominając ujęcia z „Trzeciego człowieka”. Szkoda tylko, że rozwiązanie całej intrygi jest takie banalne i błahe – stworzenie nadczłowieka. Można było z tego wycisnąć więcej.

kafka3

Zdecydowanie wybija się tutaj bardzo dobre aktorstwo. Nie mogę się nachwalić Jeremym Ironsem, który bardzo przekonująco zbudował portret zagubionego outsidera jakim był Kafka, który wplątuje się w poważniejszą intrygę. Jego upór i determinacja mieszają się ze strachem, maskowanym obojętnym wyrazem twarzy. Poza Ironsem jest tutaj wyrazisty drugi plan, w którym mamy m.in. Armina Muellera-Stahla (tajemniczy inspektor Grubach), Jerome’a Krabbe (grabarz Bizzlebeck), Iana Holma (złowrogi dr Murnau) czy pojawiającego się po raz ostatni Aleca Guinessa (przełożony Kafki), a każdy z nich zapada w pamięć.

kafka4

Soderbergh dalej robi to, z czego jest znany, czyli eksperymentuje z formą i bawi się historiami. Postmodernistyczna zabawa z „Kafką” wymaga pewnej wiedzy na temat autora i jego książek, by móc czerpać ogromną przyjemność z filmu, ale i bez tego potrafi wciągnąć oraz zaintrygować. Wymagające, ale i satysfakcjonujące kino.

7/10

Radosław Ostrowski

Barwy

Los Angeles jest opanowane i terroryzowane przez gangi, które nawzajem się wykańczają – Czerwonych (zwanych też Krwiakami) oraz Niebieskich (Zmory). Obie grupy zwalczają się i próbują przejąć kontrolę nad handlem narkotykami. By powstrzymać tą falę przemocy, policja powołuje specjalną jednostkę zwaną CRASH (Społeczna Rezerwa do Zwalczania Chuligaństwa). Widzimy to wszystko z perspektywy dwóch członków tej grupy – doświadczonego Boba Hodgesa oraz młodzika Danny’ego McGavina.

barwy1

Dennis Hopper był jednym z najbardziej cenionych aktorów swojego pokolenia, który sporadycznie próbował swoich sił jako reżyser. Nakręcony w 1988 roku, film „Kolory” to była czwarte podejście reżyserskie aktora. Tym razem skupia się na dwóch aspektach: próbie opanowania porządku przez policję, posiadającą ograniczone środki w postaci funkcjonariuszy i broni oraz gangach kontrolującej poszczególne dzielnice, gdzie liczy się lojalność i przywiązanie do swoich barw. Czy jest w ogóle szansa na wyrwanie się z tego kręgu piekła oraz śmierci. Dla młodych szefowie gangów to jedyni ludzie, którzy potrafili się nimi zająć w dzielnicach biedy i nędzy, gdzie uczciwość nie jest najważniejszą wartością. Czy jest w ogóle szansa na normalność?

barwy2

Hopper nie próbuje upiększać zarówno działań policji, jak i członków miejscowych gangów. Granice między dobrem i złem, mocno się zacierają, stawiając obydwie strony konfliktu w klinczu, a próby dojścia do młodych na zasadzie pouczeń czy siłowej konfrontacji kończą się mniejszą lub większą klęską. Przemoc nakręca przemoc, a końca tej wojny o porządek na mieście nie widać. Dzielnice stają się coraz biedniejsze – podniszczone domostwa, graffiti na ścianach. Choć fabuła w sporej części jest pretekstem do pokazania działań obydwu stron, potrafi chwycić i zainteresować do samego finału.

barwy3

Dodatkowo Hopper w rolach głównych obsadził świetnych Roberta Duvalla oraz Seana Penna. Ten pierwszy wciela się w doświadczonego oraz spokojnego glinę, który próbuje rozwiązać tą wojnę za pomocą głównie rozmów, negocjacji oraz próśb. Z kolei grany przez Penna Danny to narwaniec, który wierzy w rozwiązania siłowe oraz bezwzględne traktowanie członków gangu jako bandziorów. Sceny ich sporów są bardzo intensywne i dają wiele do myślenia. Poza nimi na drugim planie przewijają się m.in. Don Cheadle (Rakieta), Damon Wayans (T-Bone) czy Trinitad Silva (Żabol), którzy tworzą mocne tło jako członkowie gangu.

barwy4

„Barwy” to mocny i realistyczny portret walk policji z gangami, w której nie ma zwycięzców. Mimo lat nadal aktualny.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Ziarno prawdy

Trylogia o prokuratorze Teodorze Szackim autorstwa Zygmunta Miłoszewskiego to idealnie skrojony materiał na film, gdzie nie brakuje skomplikowanego dochodzenia, wyrazistych postaci, ironicznego humoru oraz trafnej diagnozy społecznej. Wiedział już o tym Jacek Bromski, który – w dość nieudolny sposób – przeniósł na ekran pierwszą część, czyli „Uwikłanie”. Reżyser wtedy uznał, że jest mądrzejszy i pozmieniał wszystko – od rozwiązania i intrygi, po miejsce akcji i płeć głównego bohatera. Jak można było tak świetną książkę przenieść w tak beznadziejny sposób? Do dziś nie jestem w stanie wytłumaczyć. Dlatego gdy pojawiły się wieści o planach ekranizacji „Ziarna prawdy”, miałem pewne nadzieje, ale i spore obawy.

Tym razem prokurator Teodor Szacki zostaje przeniesiony na zadupie, czyli do Sandomierza. Nie jest to jednak tak pięknie wyglądające miasto jak w „Ojcu Mateuszu”. Zamiast spokoju, ciepła oraz wyciszenia, mamy trupa, znalezionego na ulicy. Ofiarą jest Elżbieta Budnik – działaczka społeczna, żona niezbyt lubianego Grzegorza Budnika. Przy śledztwie prokuratorowi pomaga koleżanka z pracy – Basia Sobieraj oraz stary policyjny wyga Leon Wilczur.

ziarno_prawdy1

Lankosz w przeciwieństwie do Bromskiego, ogląda współczesne kryminały i mocno się na nich wzoruje. Najbardziej widoczne jest podobieństwo do Davida Finchera – od czołówki przez stronę wizualną, pełną mroku i półmroku aż po elektroniczną muzykę. Sandomierz pokazany jest tutaj jako miasto tajemnic, nierozliczonej oraz skomplikowanej przeszłości, gdzie nienawiść do Żydów, nacjonalizm są iskrą zapalną. Pod tym względem Lankosz (razem z Miłoszewskim, który jest współautorem scenariusza) trafnie diagnozują naszą mentalność. Intryga dość wolno, ale konsekwentnie jest poprowadzona (środek bywa troszkę usypiający), dialogi pełne ironicznego humoru, chociaż rozwiązanie całej łamigłówki nie należy do łatwych i zaskakuje. Problemem może być łatwa dezorientacja z powodu nadmiaru tropów, ale na to już nie poradzę.

ziarno_prawdy2

Reżyser zna materię i zaskakująco dobrze prowadzi aktorów, chociaż nie wszystkich. Trudno było dobrze wybrać aktora do roli prokuratora Szackiego, zwłaszcza że jest to dość niesympatyczna postać. Chłodny profesjonalista, zdystansowany i pewny siebie służbista, dla którego prawo jest świętością, traktujący kobiety dość przedmiotowo – jak wzbudzić sympatię u takiego ponuraka? Robert Więckiewicz dobrze oddaje charakter Szackiego, który dobrze odnajduje się tylko podczas prowadzenia śledztwa i chyba nie zależy mu ani na szacunku, poklasku czy prestiżu, ale na wykonaniu swojego zadania. I to jest oddane przekonująco, ale jak takiemu facetowi kibicować? No nie da się. Znacznie ciekawszy jest Jerzy Trela jako miejscowy gliniarz Wilczur, który służy mu za przewodnika po mieście. Także epizody Arkadiusza Jakubika (kolekcjoner broni białej Janek Wiewiórski), Piotra Głowackiego (wariat) czy Jacka Poniedziałka (profiler Klejnocki) zapadają mocno w pamięć.

ziarno_prawdy3

Tego nie da się powiedzieć o rolach żeńskich. Irytująca Aleksandra Hamkało (Klara, kochanka Szackiego) pojawia się tutaj tylko po to, żeby się rozebrać. Owszem, jest na co popatrzeć, ale kiedy zaczyna mówić, to chce się, żeby jak najszybciej się zamknęła. Z Magdaleną Walach problem jest inny – prokurator Barbara Sobieraj po ścięciu materiału wyjściowego (była kluczową postacią w życiu prywatnym Szackiego), jest tutaj zwyczajnie niepotrzebna i zbędna. I te dwa błędy, psują frajdę z oglądania.

ziarno_prawdy4

Gdybym miał porównywać „Ziarno prawdy” do „Uwikłania” Bromskiego, film Lankosza jest jakieś tysiąc razy lepszy. Ale powiedzmy to sobie wprost – reżyser miał bardzo nisko zawieszoną poprzeczkę, więc przeskoczenie jej nie było żadnym problemem. Sam film podobał mi się, jednak książka (jak zawsze) była lepsza. Sami zobaczcie (przeczytajcie), bo wyszedł co najmniej przyzwoity kryminał, nawet jeśli jest kalką tego, co najlepsze.

7/10

Radosław Ostrowski

Rok przemocy

Rok 1981 dla Nowego Jorku był to najbrutalniejszy rok w historii. Nigdy wcześniej ani później nie popełniono aż tylu przestępstw i nie zabito tylu ludzi. I to w tym niepewnym czasie przyszło robić interesy Ablowi Moralesowi – kubańskiemu emigrantowi oraz biznesmenowi, zajmującemu się opałem. A dokładnie sprzedawaniem paliwa. Przeprowadza bardzo ważną transakcję, która przeniesie go do ekstraklasy – chodzi o kupno doków. Wpłaca wstępnie zaliczkę i ma 30 dni na dołożenie reszty, czyli półtora miliona dolarów. Wtedy zaczynają się kłopoty, bo ktoś bije kierowców, zastrasza pracowników i jakby tego było mało – śledztwo prowadzi prokuratura. Bohater ma dwa wyjścia – albo ogłosić bankructwo albo poprosić o pomoc rodzinę żony, czyli członków mafii.

rok_przemocy1

Nazwisko J.C. Chandora nie jest mi obce. Zadebiutował cztery lata temu ekonomicznym thrillerem „Chciwość”, dwa lata temu pokazał starcie Roberta Redforda z morzem („Wszystko stracone”), a teraz wraca z kryminałem o zacięciu społecznym.  Jednak jeśli spodziewacie się efektownych strzelanin, pościgów i eksplozji, to trafiliście pod zły adres. Chandor gra bardzo powoli, rezygnując z efekciarstwa na rzeczy psychologii oraz obserwacji społecznie. Jednak mimo tego braku ogólnie rozumianej akcji, potrafi skupić uwagę i trzyma w napięciu, stawiając na długie kadry, monologi oraz mroczny klimat. Morderstwo, korupcja, zastraszanie – czy można pozostać uczciwym wobec takich zagrożeń? Oto jest pytanie. Chandor nie daje na to pytanie łatwych odpowiedzi, tylko  przygląda się naszemu bohaterowi, będącemu w potrzasku, spychając szukania rozwiązania zagadki, kto stoi za tymi nieszczęściami.

rok_przemocy2

Chandor dba o styl, czasami (głównie nocne ujęcia) przypominają czasem fotografie z sepii.  Z czasem pojawia się napięcie i niepokój związany z następnym posunięciem Abla oraz wyczekiwaniem na moment, w którym pęknie jego charakter. Wiarygodność tego bohatera to zasługa znakomitego Oscara Isaaca (wygląda w tym filmie troszkę jak młody Al Pacino), tworzącego bardzo zniuansowany portret uczciwego biznesmena na rozdrożu. Zawsze opanowanego i skoncentrowanego. W opozycji do niego znajduje się jego żona w wybornej interpretacji Jessiki Chastain. Wyszczekana, bardziej porywcza i cyniczna kobieta z potężnego rodu mafijnego nie jest przyzwyczajona do znoszenia obelg i ataków. Czuć chemię między tą dwójką, tym większa szkoda, że razem pojawiają się tak rzadko, bo iskrzy i to mocno. Poza tym duetem mocno wspierają się świetni Albert Brooks (śliski prawnik Andrew Walsh, przyjaciel rodziny) oraz David Ovoyedo (zdeterminowany służbista prokurator Lawrence), dokładając cegiełkę do całości.

rok_przemocy3

W USA „Rok przemocy” porównywano do dzieł Sidneya Lumeta, który w konwencji kina gatunkowego tworzył kino zaangażowane społecznie. I to podobieństwo czuć w filmie Chandora, który coraz bardziej się rozwija, stając się jednym z najciekawszych reżyserów młodego pokolenia. Czekam na kolejny film.

8/10

Radosław Ostrowski

Kostucha

Na przedmieściach Rzymu zostają znalezione zwłoki prostytutki. Policja prowadzi śledztwo i przesłuchuje osoby, które mogły być w tę zbrodnie zamieszane. Drobny złodziejaszek, naciągacz, żołnierz, dwóch młodych chłopaków. Każda z osób opowiada własną wersję i trzeba wyłuskać kto mówi prawdę, a kto ukrywa swoja winę.

kostucha1

Bernardo Bertolucci miał debiut, który nie zapadł w pamięć i nie jest też wymieniany jako jedna z ciekawszych rzeczy w jego dorobku. Co jest o tyle zastanawiające, że przy pisaniu scenariusza uczestniczył Pier Paolo Pasolini. Pozornie jest to kryminał, jednak wątek śledztwa jest tylko pretekstem do pokazania portretu społeczeństwa włoskiego – tego raczej biedniejszego, próbującego przetrwać do następnego dnia. I te obserwacje spychają dochodzenie na boczny plan, co niestety odbija się zarówno na atrakcyjności, jak i skupieniu uwagi,  mimo iż jest tu kilka postaci. Młody chłopak szukający pracy, cwaniaczek razem z siostrą ściągający długi, zagubiony i włóczący się bez celu żołnierz. Jedne watki są ciekawe i interesujące (dwaj chłopcy chodzący z dziewczynami i szukający pieniędzy na wspólny posiłek czy brata z siostrą), ale kilka jest zwyczajnie nudnych (żołnierz), a żeby było ciekawiej przerywane jest to wszystko przygotowaniami prostytutki do wyjścia na noc.

kostucha2

Plusem są inne, mniej pocztówkowe ujęcia Rzymu (niemal reporterska praca kamery) oraz delikatna, choć troszkę nie pasująca do wydarzeń z ekranu muzyka. Trudno cokolwiek powiedzieć o grze aktorskiej, gdzie widzieliśmy same nieznane twarze. Jest zaledwie poprawnie w tym względzie.

kostucha3

Każdy coś ukrywa, nawet jeśli są to drobne grzeszki – taki wniosek wynika z seansu „Kostuchy”, która miała być chyba takim włoskim „Rashomonem”. Nie ta klasa, nie te emocje – kompletnie nieangażujący i nie wciągający wyszedł debiut Bertolucciemu. Następne filmy jedna będą lepsze. mam taką nadzieję.

kostucha4

5/10

Radosław Ostrowski

nadrabiam_Bertolucciego

Dziura

Historia opowiedziana tutaj jest bardzo prosta, by nie rzecz banalna – czterech więźniów z jednej celi planuje uciec z wiezienia. I wtedy do celi zostaje przeniesiony piąty więzień, niejaki Claude Gaspard, skazany za próbę zabójstwa swojej żony. Pozostali więźniowie, mimo wątpliwości na początku, postanawiają włączyć chłopaka w plan.

Ostatni film francuskiego reżysera Jacquesa Beckera wydaje się pozornie nudna i mało ciekawa. Przestrzeń jest tutaj ograniczona do więziennej celi oraz korytarza do niej, rzadko opuszczają tą przestrzeń. Wyjątkiem od tej reguły jest zrobienie dziury w celi oraz zejście w dół, gdzie znajdują się różne korytarze oraz kanały, gdzie można zwiać na miasto. Wszystko jest tutaj opowiedziane bardzo powoli, co wielu może znużyć, jednak film Beckera ma surowy i mroczny klimat, bazujący na dialogach oraz klaustrofobicznej przestrzeni. Poza ucieczką, jest to opowieść o męskiej przyjaźni, która może powstać nawet w takim miejscu jak więzienie. Spokojne tempo pozwala też bliżej poznać bohaterów, ich motywacje działania oraz ich historie przed odsiadką. Same sceny ucieczki imponują realizmem oraz powolną precyzją działania (kucie, kucie, kucie, walenie, sprawdzanie czy idą strażnicy) – czuć tutaj napięcie, oczekiwanie na ten moment.

Jedyne, co mi troszkę nie pasowało do tego obrazka była pewna – nie wiem jak to do końca określić – swawolne podejście do więźniów. Traktowani są tutaj łagodnie i nawet, gdy ktoś zwinie ich rzeczy, to mają szanse sami wymierzyć sprawiedliwość (kradzież dokonana przez hydraulików), ale to raczej kwestia tego, jak teraz wyglądają więzienia. I ten obrazek mocniej na mnie podziałał.

dziura5

Ale to jedyna poważna rysa w tym mocnym kryminale, choć dość nietypowym. Finał mocno zaskoczył, napięcie było bardzo odczuwalne i do samego końca kibicuje się naszym bohaterom. Dodatkowo świetne aktorstwo naturszczyków robi do dzisiaj ogromne wrażenie. Absolutnie warto zobaczyć.

8/10

Radosław Ostrowski

Dwa dni z życia doliny

Dolina w Los Angeles. To tutaj dwóch zabójców – Dosmo Pizzo i Lee Woods – ma ściągnąć dług od jednego takiego kolesia, Roya Foxxa. Usypiają jego żonę i zamiast zgarnąć kasę, zabijają go. Jakby mało było komplikacji, Lee zabija Dosmo i wysadza auto w powietrze. W sprawę wplątują się dwaj gliniarze z obyczajówki – Wes i Allan. W sprawę, wbrew swojej woli, zostają wplatani marszand i jego asystentka oraz reżyser samobójca (gra go reżyser Paul Mazursky).

Pomieszanie z poplątaniem? Film John Herzfelda to jeden z pierwszych naśladowców „Pulp Fiction”, gdzie mieszają się wątki różnych postaci zazębiają się w jednym zdarzeniu. Sama intryga kryminalna tylko pozornie okazuje się prosta, a reżyser i scenarzysta w jednej osobie robi wszystko, żeby pomieszać, zaskoczyć i wprawić w osłupienie. Tym czasem wszystko okazuje się banalnie proste (pieniądze), a cała ta historia sprawia wrażenie zwyczajnie przekombinowanej neo-noirowej historii. Nic nie jest takie, jakim się wydaje (mega spojler), a wątki poboczne są dodatkiem, czasami zaburzającym intrygę (nieudana próba samobójcza reżysera czy wzięcie zakładników przez Dosmo) i rozładowującymi napięcie humorem. Do tego jeszcze mamy niezłe dialogi (nie pozbawione czarnego humoru) oraz wplecione piosenki, co jest elementem charakterystycznym dla Tarantino, jednak sam film zwyczajnie nie chwycił za gardło.

Nie wiem, co nie zagrało w tej opowieści – czy to nadmiar wątków, przekombinowana i udziwniona na siłę intryga kryminalna, ale aktorzy zrobili wszystko, by uwiarygodnić całość. Dzięki nim ogląda się to przyzwoicie. Jest tu kilka petard, a największą jest James Spader. Lee w jego interpretacji to chłodny profesjonalista, którzy rzadko pozwala sobie na ciętą ripostę, a jego znakiem rozpoznawczym jest mierzenie ostatniej minuty życia zegarkiem. Drugim takim strzałem jest lekko zwariowany Alvin w brawurowym wykonaniu Jeffa Danielsa, a jego monolog o nienawiści do prostytutek to perła. A jeśli chcecie popatrzeć na coś pięknego, to cieszy oko Charlize Theron (Szwedka Helga) i w zasadzie na tym kończą się plusy. Reszta prezentuje się nieźle, z wyjątkiem Teri Hatcher (zasłużona nominacja do Złotej Maliny), której sztuczność i nadekspresyjność zwyczajnie irytowała.

2_dni_z_zycia_doliny5

Niezły kino w stylistyce Quentina T., w którym komedia, gangsterka i dramat mieszają się ze sobą. Nie zawsze wszystko się tu układa w całość i nie porywa wszystko, jednak kilka scen potrafi rozbawić.

6/10

Radosław Ostrowski

Śmiertelnie proste

Zaczyna się klasycznie – właściciel baru Julien Marty wynajmuje prywatnego detektywa, by śledził jego żonę. Odkrywa on, że żona Marty’ego ma kochanka – kolegę z baru, Raya. Mężczyzna jeszcze raz wynajmuje detektywa, żeby zgasić ogień w majtkach swojej żony oraz jej gacha.

smiertelnie_proste1

Debiut braci Coen wydaje się niczym typowym w ich dorobku wpisując się w nurt kryminału, gdzie prosty plan musi się rozsypać, a działanie jednego człowieka wywołuje poważne perturbacje w życiu pozostałych. Początek – nie boję się użyć tego słowa – przebiega dość żmudnie i usypia bardziej niż jakakolwiek kołysanka. Dialogi są bardzo w stylu braci C., a mroczne zdjęcia Barry’ego Sonnenfelda bardziej niż z czarnym kryminałem, przypominał troszkę kino Davida Lyncha, balansującego na granicy rzeczywistości i snu. Tylko w ten sposób jestem w stanie wytłumaczyć irracjonalność zachowań bohaterów, a dokładniej jednego – Raya (irytujący John Getz). Pamiętajcie, jeśli znajdziecie swojego szefa martwego w barze/biurze/urzędzie (niepotrzebnie skreślić), najpierw weźcie pistolet, którym go zabito i schowajcie mu do kieszeni. A że będą tam wasze odciski palców i nie sprawdziliście, czy szef naprawdę nie żyję – to już jest inna kwestia. To akurat jest najskrajniejszy przykład idiotyzmu, a im dalej, tym głupiej – czasami miałem wrażenie, że detale gubiły się twórcom (zapalniczka schowana za rybami), a krwawy finał to jedyna scena trzymająca w napięciu do samego końca.

smiertelnie_proste2

Zdjęcia i muzyka potrafią zbudować klimat, jednak nudna fabuła oraz bardzo średnie aktorstwo działają odstraszająco. W tym ostatnim aspekcie broni się tylko M. Emmett Walsh (detektyw) ze swoimi powiedzonkami, kowbojskim kapeluszem, sprawiającym wrażenie niegroźnego i dowcipnego kolesia. W tej twarzy jednak pojawia się niebezpieczne spojrzenie, precyzyjnie działającego cwaniaka.

smiertelnie_proste3

„Śmiertelnie proste” miało być mocnym wejście, dzięki któremu Coenowie wybili się na szerokie wody. I było czymś takim, jednak z dzisiejszej perspektywy jest on dość archaiczny, a bardzo prosta i przewidywalna intryga działa bardzo nużąco. Po prostu następne filmy braciszków były dużo, dużo lepsze i ciekawsze od debiutu. Widziałem wersję reżyserską.

5/10

Radosław Ostrowski