Zabójcy bażantów

Departament Q, czyli duet policjantów Carl Morck i Assad prowadzący nierozwiązane sprawy powracają. Tym razem jednak sprawa jest trudniejsza – morderstwo dwójki bliźniaków z 1994 roku. Schwytano i skazano sprawcę, niejakiego Bjarne Thogersen, jednak po 3 latach wychodzi z więzienia. Panowie podejmują dochodzenie, gdy prowadzący je gliniarz popełnia samobójstwo.

zabojcy_bazantow1

Pamiętacie „Kobietę w klatce„? Ekipa realizująca pod wodzą reżysera Mikkela Norgaarda kontynuuje ścieżkę poprzednika, czyli skandynawski kryminał na poziomie. Pięknie, ale niepokojące krajobrazy, mroczne tajemnice i dwójka zdeterminowanych gliniarzy na tropie. Dodatkowo mamy środowisko absolwentów szkoły z internatem, gdzie wpływowi ludzie zawiązywali znajomości i oddawali sobie przysługi. Tylko tutaj schemat jest odwrócony – dość szybko dowiadujemy się kto zabił?, jednak najważniejsze jest tutaj działanie wymiaru sprawiedliwości, mianowicie zbieranie dowodów, rozbicie murów milczenia i składanie elementów układanki do kupy. Dodatkowo pojawiają się retrospekcje związane z tajemniczą Kimmie, która wydaje się być kluczowym elementem układanki.

zabojcy_bazantow2

A co odkrywamy po drodze? Pobicia, gwałt, bestialstwo, morderstwo, szantaż – tajemnic jest tu od cholery i stopniowo odkrywamy układankę, by samemu znaleźć poszlaki oraz dowody. A ponury, fatalistyczny klimat pozostaje z nami do samego końca i nie ma miejsca na chwilę oddechu. Pod koniec można zastanawiać się nad logiką wydarzeń, jednak w trakcie seansu wciągnął mnie i to zupełnie nie przeszkadzało.

zabojcy_bazantow3

Nie zawodzą znowu aktorzy, co jest zawsze mocną strona tego (nie wahajmy się tego słowa) cyklu. Nikolas Lie Kaas (klasyczny twardy glina Morck) oraz Fared Fared (bardziej trzymający się przepisów Assad) są tak zgrani, że już bardziej się nie da. Odpowiedni duet gliniarzy, ale i tak film kradnie im świetna Danica Curcic. Kimmie w jej wykonaniu to tajemnicza kobieta ze skomplikowaną i mroczną przeszłością, pełną bólu, przemocy i cierpienia, a jej los zwyczajnie porusza i nie pozwala przejść obojętnie.

zabojcy_bazantow4

„Zabójcy bażantów” to godna kontynuacja poprzednika i jedno jest pewne – o Departamencie Q jeszcze usłyszymy, bo książek o naszych detektywach powstało dużo. Już czekam na następne części, a wy?

7/10

Radosław Ostrowski

Krew i wino

Alex Gates jest biznesmenem handlującym winem. Żona jest ciężko chora, z pasierbem nie ma najlepszego kontaktu, a więcej czasu wole spędzać z kochanką – nianią pewnej rodziny. Jakby problemów było mało, jego firma znajduje się na krawędzi bankructwa. By wyjść z problemów, razem z doświadczonym złodziejem, Victorem Spanskym postanawia ukraść cenny naszyjnik. Wszystko idzie gładko, ale po kradzieży wszystko się komplikuje.

krew_i_wino1

Bob Rafelson był kiedyś (dokładnie w latach 70.) jednym z ważniejszych twórców kina kontestacji. Tym razem postanowił zabawić się w czarny kryminał, tylko w wersji uwspółcześnionej. Intryga się komplikuje, serwując coraz zaskakujące (przynajmniej na papierze) wolty, wszystko obracając się wokół kasy, chciwości oraz drogi, po przejściu której nie ma już odwrotu. Cały problem jednak w tym, że cała ta historia zwyczajnie nie wciąga i jest strasznie przewidywalna. Łatwo domyślić się kolejnych kroków bohaterów, nie czuć ani napięcia, atmosfery zagrożenia, ani wciskanego na siłę fatum krążącego na dramatis personae.

krew_i_wino3

Ciężka reżyseria, stylowe zdjęcia oraz średnie aktorstwo. Jack Nicholson sprawia tutaj wrażenie znużonego i zmęczonego, ale Rafelson był przyjacielem aktora. Jak wiadomo, przyjacielowi się nie odmawia. Jennifer Lopez (kochanka) po prostu ładnie wygląda, a Stephen Dorff (pasierb) jest strasznie drewniany. Wyjątkiem jest trzymający fason Michael Caine jako bezwzględny złodziej Victor – śmiertelnie chory (efekt palenia) i pragnący o życiu w dostatku.

krew_i_wino2

„Krew i wino” miało być filmem neo-noir, ale coś tutaj nie zagrało i miałem poczucie przekombinowania. Ładna wydmuszka, która jest tylko pusta w środku.

5/10

Radosław Ostrowski

Dziewięć królowych

Argentyna, a dokładnie Buenos Aires. To właśnie tutaj działa młody oszust o imieniu Juan, ale na razie jest początkującym kanciarzem. Podczas próby swojego kantu z wymianą w sklepie zostaje zgarnięty przez policjanta. Tylko po wyjściu policjant okazuje się oszustem i to jednym z najlepszych, Marcosem zwany. Prosi Juana, by pomógł mu zrobić wielki kant – sprzedać zrealizowane przez starego oszusta, fałszywki słynnych znaczków Dziewięć Królowych, a celem jest skompromitowany polityk, który ma zostać deportowany do innego kraju. Dlatego cała akcja musi być zrealizowana w jeden dzień.

9_krolowych1

Rzadko zdarza mi się poznać produkcje spoza mojego filmowego „trójkąta Bermudzkiego” (USA, Anglia, Polska), tym bardziej byłem ciekawy argentyńskiego kryminału z roku 2000 nakręconego przez Fabiena Bielinsky’ego. I jest to wydawałoby się kolejna filmowa historia z kantem i oszustem pokroju „Żądła”, „Przekrętu doskonałego” czy „American Hustle”, tylko osadzona w realiach Buenos Aires. Tam każdy w mniejszym lub większym stopniu oszukuje – od drobnych cwaniaczków po prezesów i banki. Jednak nie nazwałbym tego filmu krytyką systemu i nie doszukiwałbym na siłę głębszych treści – to lekka i bezpretensjonalna rozrywka, gdzie widzimy kolejne kanty, intryga komplikuje się, a finał jest przewrotny. Klimat buduje też dość reporterska praca kamery, który pokazuje zarówno „brudne” ulice jak i hotelowe pokoje.

9_krolowych2

Jednak siła jest tutaj świetna gra aktorska mało znanych twarzy. Mocno odczuwalna jest chemia miedzy Ricardo Darinem (doświadczonym Marcosem, który ma od cholery długów) i Gastonem Paulsem (cwanym, chociaż młodym Juanem), która jest siłą napędową tego filmu. Granica między zaufaniem, nieufnością, podstępem i szacunkiem coraz mocniej się zamazuje, a relacja między duetem oszustów jest bardziej skomplikowana niż labirynty tego świata. I czuć, że gra idzie o dużą stawkę.

9_krolowych3

Dobrze skrojone, pomysłowe i fajne kino rozrywkowe. I broń Boże, nie oglądajcie amerykańskiego remake’u, bo jest zbyt łopatologiczny.

7/10

Radosław Ostrowski

Co cię nie zabije

W Bostonie mieszka dwóch bliskich kumpli – Paulie McDougan i Brian Relly. Obaj panowie już od dziecka współpracowali z miejscowym półświatkiem, działając w mniejszych robotach typu zastraszanie, kradzieże itp. I tak już 15 lat, nadal będąc kumplami i czując pewne rozczarowanie, postanawiają spróbować czegoś na własną rękę – handel narkotykami. Jednak to sprowadza na nich poważne kłopoty.

co_cie_nie_zabije2

Brian Goodman jest bardziej kojarzony jako aktor, grający mniejsze role w takich produkcjach jak „Monachium”, „Ostatni bastion” czy „Blow”, ale postanowił spróbować swoich sił jako reżyser. Pozornie wydaje się to kolejna kryminalna opowieść o próbie wyjścia na swoim oraz awansie w hierarchii gangsterki. Haracze, kradzieże, czasami absurdalne pomysły (porwanie psa znienawidzonej żony). Potem jednak kumple postanawiają pójść na własną rękę, jednak to nie jest takie proste – konkurencja nie śpi, szefowie chcą procentu od interesu i dodatkowo Brian uzależnia się od narkotyków, a jeszcze ma rodzinę na utrzymaniu. No i jest policja, która nie odpuszcza. Goodman serwuje nam kilka wolt (z odsiadką w więzieniu włącznie), skupiając się przede wszystkim na Brianie oraz jego próbie wyrwania się z zaklętego, bandyckiego kręgu. I czy to w ogóle jest możliwe, gdy o pracę jest ciężko, a kontakt z rodziną jest niemal znikomy?

co_cie_nie_zabije1

Samy strzelanin, pościgów czy scen akcji nie ma tutaj zbyt wiele. Są one jedynie dekoracją, częścią tła tego świata – brudnego, szarego, gdzie ciężko jest wytrzymać. Dylematy te przypominają kino moralnego niepokoju, które Amerykanie ubierali w różne gatunki, w czym mistrzem był m. in. Sidney Lumet. Trudno się tu do czegoś przyczepić, bo historia porusza i jest kilka scen trzymających za gardło. Może troszkę przeszkadzać zakończenie, jednak nie jest ono nachalnie hollywoodzkie.

co_cie_nie_zabije3

Film Goodmana (gra on też gangstera Pata) to przede wszystkim popis Ethana Hawke’a oraz Marka Ruffalo. Ten pierwszy jest samotnym mężczyzną, spędzającym czas z innymi kobietami, bywa porywczy i narwany, ale to ten drugi zapada najbardziej w pamięć. Nie znający innego życia niż z szemranymi interesami, unikający odpowiedzialności, ale jednocześnie kochający swoją żonę (zaskakująca i wiarygodna Amanda Peet) oraz dzieci. Wydaje się poważniejszy, wyciszony, ale także bezsilny, bezradny i bojący się następnego dnia – złożona, przekonująca postać, potwierdzająca wielki talent aktora. I dla tej kreacji jest to film absolutnie godny uwagi.

7,5/10

Radosław Ostrowski

To było morderstwo

Agatha Christie nie bez przyczyny nazywana jest królową kryminału, która potrafiła stworzyć trzymającą w napięciu, zaskakującą i inteligentną rozrywkę. Jej najbardziej znany bohaterem jest „mały Belg o jajowatej głowie”, czyli Hercules Poirot, który zepchnął w cień drugą, nie mniej popularną postać – pannę Jane Marple. Starsza kobieta, zaczytana w kryminałach i działająca jako detektyw-amator doczekała się wielu adaptacji. Ta, o której chcę wam opowiedzieć rozpoczęła czteroczęściowy cykl filmowy zrealizowany przez reżysera George’a Pollocka.

to_bylo_morderstwo1

Film zaczyna się dość spokojnie – widzimy pannę Marple wsiadającą do pociągu i odjeżdżającą. Po drodze pojawia się pociąg jadący po przeciwnym torze. Niby nic dziwnego i właściwie typowy element kolejowego krajobrazu. Do czasu, kiedy panna Jane widzi kobietę duszoną przez nieznanego (i niewidocznego przez okno) sprawcę. Starsza pani zgłasza sprawę policji, jednak ani ciała, ani sprawcy nie udało się znaleźć. To jednak nie jest w stanie zbyć panny Marple, która postanawia na własną rękę wyjaśnić sprawę i odkrywa, że ciało mogło zostać umieszczone w rezydencji Ackenthorpe’ów. Dlatego postanawia zatrudnić się jako służąca w rezydencji.

to_bylo_morderstwo2

Intryga pozornie wydaje się prosta i typowa dla dorobku Christie: zamknięta przestrzeń, masa podejrzanych, mylne tropy i morderca, który odzywa się, popełniając kolejne zbrodnie. Reżyser okazuje się być solidnym rzemieślnikiem, który wie jak wciągnąć, powoli buduje intrygę, czasami podrzuci lekko ironicznym humorem. Czarno-biała taśma jeszcze bardziej potęguje klimat tajemnicy i (czasami) grozy, gdzie widzimy tylko niecałą sylwetkę czy wchodzimy do ciemnego pomieszczenia. Ogląda się to z zainteresowaniem i nawet ja byłem zaskoczony rozwiązaniem, które dało sporo satysfakcji.

to_bylo_morderstwo3

Ale największą frajdę dało mi obserwowanie Margaret Rutherford w roli panny Marple. Energiczna, sprytna i inteligentna starsza pani jest bardziej skuteczna od policji, co wynika raczej nie z doświadczenia zawodowego, ile pasji czytelniczej. Znajomość schematów literatury kryminalnej pozwala rozwikłać zawiłe i skomplikowane łamigłówki, zawstydzając inspektora policji Craddocka (dobry Charles Tigwell). Z drugiego planu najbardziej wybija się świetny James Robertson Justice (nerwowy nestor rodu Ackenthorpe’ów) oraz łobuzerski Ronnie Raymond (Alexander).

to_bylo_morderstwo4

Solidny kryminał, który ma styl, elegancję oraz jest lekką rozrywką na poziomie. Ciekawe czy następne części cyklu są tak udane.

7/10

Radosław Ostrowski

Anatomia morderstwa

Małe miasteczko Iron Riot, gdzie życie toczy się dość wolno i spokojnie. I tutaj mieszka kiedyś bardzo ceniony adwokat Paul Biegler, były pracownik prokuratury. Zamiast być w sali sądowej, czas spędza na łowieniu ryb. Przynajmniej do czasu, gdy dostaje sprawę i to nie byle jaką. Oskarżony o morderstwo zostaje porucznik armii USA, Frederick Manion. Zabił właściciela baru, Barneya Quilla, który miał zgwałcić jego żonę. Biegler ostatecznie decyduje podjąć się obrony porucznika i decyduje się na nietypową linię obrony – chwilową niepoczytalność.

anatomia_morderstwa1

Mało kto ze współczesnych widzów kojarzy nazwisko Otto Preminger, jednak w latach 40. i 50. był jednym z ważniejszych reżyserów kina gatunkowego w USA (ze wskazaniem na kryminały). „Anatomia morderstwa” to najbardziej znany film tego Austriaka z dyplomem doktora prawa. Cała opowieść poznajemy z perspektywy spłukanego obrońcy, który posiada jednak spore doświadczenie. Wszystko widzimy tylko z jego perspektywy, nie ma miejsc na retrospekcje, łamanie chronologii czy pokazania prawdziwego przebiegu wydarzeń. Preminger umieszcza nas jako ławników i podczas procesu serwuje dowody przekazywane przez obie strony i sami musimy ocenić sytuację. Nie ma jednoznacznych i niezbitych dowodów, ale pewne sytuacje dają sporo do myślenia – postawa barmana (Alphonse’a Paquette’a), który coś ukrywa czy samo zachowanie żony, która mimo aresztowania męża, nie rezygnuje z przebywania w barach czy flirtowaniu z innymi mężczyznami. To nie daje jednoznacznego rozstrzygnięcia sprawy.

anatomia_morderstwa2

Wisienką na torcie są tutaj sceny procesu, który zaczyna się po godzinie seansu. I mimo powagi sprawy (morderstwo, gwałt), reżyser pozwala sobie troszkę na luz i wprowadza sporo humoru (nawet więcej niż Billy Wilder w „Świadku oskarżenia”). Wynika to niejako z moralności i norm czasów, w których realizowano ten film. Słowa takie jak gwałt, sperma, majtki były uznawane za „brudne” zwroty, a reakcja publiczności na użycie tego ostatniego słowa (gwałtowny śmiech) współgra z tym, co czułem w trakcie sprawy. Mimo tej lekkości, każde słowo i zeznanie jest tutaj na wagę słowa – odbijanie piłeczek odbywa się w szybkim tempie, a utarczki słowne i trzymanie się przepisów zdaje się być ważniejsze niż ustalenie prawdy. Ale czy ona tak naprawdę kogoś obchodzi? Preminger polemizuje tutaj z Lumetem i pokazuje największa lukę systemu prawniczego – manipulowanie i dowolność interpretacyjną każdego materiału dowodowego.

anatomia_morderstwa3

Mimo tego, że znakomicie się bawiłem w dojściu do prawdy, „Anatomia” nie jest w mojej ocenie arcydziełem. Z czego to wynika? Z dwóch poważnych powodów. Pierwszy to mało wiarygodna (i z dzisiejszej perspektywy śmieszna) przemiana współpracownika Parnella McCarthy’ego – miejscowego pijaczka w trzeźwego i dociekliwego pracownika. Wtedy może stwierdzenie i powiedzenie, że nie będę pił gorzały wystarczyłoby do wytrzeźwienia, ale dzisiaj jest abstrakcyjne. Druga kwestia to pojawienie się (niczym deus ex machina) ostatniego świadka, który rzuca nowe światło na sprawę – ograna i przewidywalna klisza. Można to było lepiej rozegrać. To jednak drobiazgi, nie psujące zbyt mocno wrażenia z seansu, a te pozostają bardzo silne.

anatomia_morderstwa4

Reżyser jednak trzyma rękę na pulsie i pozwala cieszyć się (niemal) precyzyjnym scenariuszem oraz znakomitym aktorstwem. Grający główną role James Stewart trzyma klasę w roli mecenasa Bieglera, który wykorzystuje wszystkie sztuczki (poza tymi nieczystymi) do obrony swojego klienta. Upór, solidne przygotowanie, konsekwencja w trakcie procesu oraz charyzma aktora sprawiają, ze kibicujemy mu z całych sił. Ale Stewartowi film ukradli inni aktorzy. Wyborny jest tutaj przede wszystkim George C. Scott jako zastępca prokuratora Dancer, który pomaga przy sprawie prokuraturze. Opanowany, inteligentny i bezwzględny, a także bardzo pewny siebie prawnik stanowi silny kontrast z poczciwym Bieglerem. No i jeszcze państwo Manion, których trudno rozgryźć. On (świetny Bez Gazzara) sprawia wrażenie opanowanego, wyciszonego, jednak bardzo zazdrosnego wobec swojej żony. Ona (niezawodna Lee Remick) nie boi się flirtować i zachowywać swobodnie wobec innych mężczyzn oraz alkoholu. Nie sprawia wrażenia ofiary, co budzi wątpliwości w sprawie.

anatomia_morderstwa5

Nadal najlepszym dramatem sądowym dla mnie pozostaje „12 gniewnych ludzi” Sidneya Lumeta, jednak „Anatomia…” Premingera jest filmem co najmniej bardzo dobrym. Trafnie oddaje realia epoki i zawiera w sobie więcej odcieni szarości niż można było się spodziewać. Inteligentne, trzymające w napięciu kino, którego dzisiaj już się nie robi tak często i z taką maestrią.

8/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Top Dog

W slangu „top dog” oznacza charyzmatycznego przywódcę. Kimś takim na pewno jest Billy Evans – dowodzący chuligańskim gangiem Acton Casuals. A wiadomo czym się zajmują kibole – wszystkim, co nie jest związane z meczem, czyli bójkami z innymi kibolami, demolowaniem lokali oraz szerzeniem zła. Wszystko się komplikuje, gdy Billy postanawia ochronić pub należący do jego wujostwa, które płaci haracz powiązanemu z Irlandczykami, Mickey’owi Evansowi. Dochodzi do silnego spięcia, które może skończyć się tylko w jeden sposób.

top_dog2

Film Martina Kempa to brytyjska produkcja, która podgląda życie kibola. Realistyczna praca kamery, krew, bluzgi i dramat. Mimo iż nasz bohater, to sprawiający wrażenie upartego osła, który nie jest w stanie zejść z raz obranej drogi (wiadomo, honor nie pozwala), kibicowałem mu. Twórcy jednak nie epatują przesadnie przemocą, ale nie jest to w żadnym wypadku laurka. Ponury klimat jest potęgowany tutaj agresywną muzyką, mocnymi scenami akcji (bójki na ulicy, demolka knajp czy trzymający w napięciu finał), a także wyrazistymi postaciami. Drugim, dość ciekawym wątkiem, jest prywatne życie Billy’ego, który chce chronić swoją żonę i dziecko, ukrywając swoją działalność. Wszystko to jest prowadzone bardzo spokojnie, a przyjaźń żony Billy’ego z żoną jego kumpla pozwala złapać oddech od mrocznego i brutalnego męskiego świata. I to kobiety okazują się tymi rozsądnymi, twardo stąpającymi po ziemi osobami.

top_dog1

Plusem jest też dobra gra aktorska (brytyjski akcent też świetnie się sprawdza – słowo „fuck” nie brzmiało piękniej w żadnym innym języku). Najlepszy jest tutaj Leo Gregory, czyli Billy Evans. Jest on prymitywnym i upartym sukinsynem, wiernym prostym zasadom: uczciwość, lojalność i szacunek tylko wobec swoich kumpli. Nie boi się sięgać po argumenty siły oraz lekceważy swoich wrogów, za co musi zapłacić. Podobną postacią jest Mickey (Ricci Hartnett) – prymitywny i wulgarny przywódca gangu, działający siłą i przemocą. Poza tą dwójką należy wyróżnić świetnego Georgie Russo (Graham Hawkins – przyjaciel Billy’ego), niezawodny Jason Flemyng (złomiarz Dan) oraz Lorraine Stanley (Julie, żona Evansa).

top_dog3

Brutalne, brytyjskie kino ocierające się o gangsterkę. Do bólu realistycznie, bez słodzenia, pitolenia i znieczulenia. Raz na jakiś czas trzeba obejrzeć coś takiego.

7/10

Radosław Ostrowski

Fotograf

Moskwa – tam właśnie mieszka Natasza Sinkina, niepokorna i uparta oficer rosyjskiej milicji. Po incydencie (pobiła ważną personę w Rosji za śmiertelne potrącenie) staje przed komisją dyscyplinarną i za kare odbywa badania u psychiatry, docenta Dmitriewa. Parę godzin później zostaje zabrana przez agentów FSB pod wodza majora Lebiadkina. Docent został zamordowany przez ściganego od 9 lat seryjnego mordercy „Fotografa”. Trop prowadzi do Legnicy lat 70., gdzie żył chłopiec o imieniu Kola, który nie potrafił mówić swoim głosem, tylko imitował innych.

fotograf1

Waldemara Krzystka znam z jego ostatnich dokonań (nagrodzona Złotymi Lwami „Mała Moskwa” oraz ubrane w konwencję kina sensacyjnego „80 milionów”), czyli solidnego i dobrego kina. Tym razem postanowił się zmierzyć z kryminałem oraz kolejny raz zaprasza nas do swojej małej ojczyzny – Legnicy. Pojawiamy się tam dopiero w drugiej połowie filmu, wcześniej będąc w Moskwie.

fotograf3

Dochodzenie, wzajemna nieufność, kłamstwa, karierowiczostwo, nierozliczone sprawy polsko-rosyjskie – reżyser próbuje w swoim filmie zarówno pobawić się kino gatunkowe, jak i przedstawić stosunki między Polską a Rosją. I na tym drugim polu radzi sobie całkiem przyzwoicie – realia systemu budowanego na kłamstwie, gdzie nie można było mówić na głos wszystkiego, a robienie kariery było celem samym w sobie odtworzono dokładnie, a oszczędna scenografia dobrze oddaje wizualną stronę tego okresu (retrospekcje przeplatające się z dochodzeniem). I działania FSB są pewnym ciekawym – choć niewykorzystanym –  wątkiem. Praktycznie nieograniczeni, mający wszędzie swoich informatorów, nawet jeśli deklarują współpracę z polską policja, to nie mówią wszystkiego, działając na własną rękę. Jakby czuli się w swoim domu. Czyżby to była jakaś sugestia reżysera?

 

fotograf2

Jednak jako kino gatunkowe, „Fotograf” zwyczajnie kuleje. Po pierwsze, dość szybko odkrywamy kto zabija. Samo w sobie to nie jest żadnym błędem, a twarzy naszego mordercy nie poznajemy nigdy. Ale pojawia się drugi błąd: brak napięcia, a to jest w tym gatunku niewybaczalna zbrodnia. Dodatkowo jeszcze reżyser niepotrzebnie miesza i komplikuje cała historię, miesza wątki (problem z wychowaniem syna, który staje się przeszkodą w drodze do kariery, praca FSB, odkrywanie kart z przeszłości Koli – jego mimikra może niejako posłużyć za symbol postawy Polaków i obywatel ZSRR wobec siebie nawzajem), przez co można poczuć się kompletnie zagubionym. Dodatkowo jeszcze całość psuje zakończenie – niejasne i mętne, które niczego nie wyjaśnia, zostawiając w stanie kompletnego oszołomienia.

fotograf4

Krzystek ma ambicje niemal kręcić kino międzynarodowe, co było już widać w „Małej Moskwie”, gdzie niemal dominowali aktorzy rosyjscy. Tu jest podobnie i o dziwno, mimo że nie są to doskonałe postacie, bo zbudowane na klasycznych kryminalnych kliszach, prezentują się najlepiej. Nieźle radzi sobie Tatiana Arntgolis jako twarda i buńczuczna Natasza, jednak jej umiejętności łączenia elementów układanki budzi zastanowienie. Jak to możliwe, że milicjantka z drogówki jest w stanie posklejać elementy, których od 9 lat nie może doświadczony major FSB? Coś mi tutaj nie klei się. Lepszy jest Aleksandr Bałujew jako zmęczony i doświadczony major Lebiadkin, dociekliwie prowadzący dochodzenie oraz Elena Babenko jako wszechwładna i bezwzględna prokurator Sokołow – oschła kobieta, traktująca swojego syna jak „przeklętego”. Polscy aktorzy ograniczeni są do epizodów, jednak nie zapadają za mocno w pamięć (wyjątkiem jest Tomasz Kot jako były wojskowy Bauman). Najbardziej irytował mnie Adam Woronowicz, którego – wydawałoby się prosta – rola policjanta Kwiatkowskiego staje się dla niego zadaniem ponad ludzkie siły, zwłaszcza intonacja wypowiadanych przez niego słów brzmi sztucznie, podobnie z „podstarzałą” Sonią Bohosiewicz.

fotograf5

„Fotograf” to film, który przełamuje dobrą passę Waldemara Krzystka. Nudny, chaotyczny, ze sporym potencjałem, który zostaje brutalnie zniszczony i zaprzepaszczony. Reżyseria najbardziej zawodzi, intryga jest przekombinowana i nawet aktorzy nie są w stanie tego wybronić. Pozostaje mieć tylko nadzieję, że był to tylko wypadek przy pracy.

5,5/10

Radosław Ostrowski

Hiszpanka

Jest grudzień 1918 roku. Polska od miesiąca jest niepodległym krajem, który jeszcze o wolność musi troszkę powalczyć. Z Londynu przybywa do Poznania Ignacy Jan Paderewski, by objąć tekę premiera odrodzonego kraju. Pruskiej armii mocno się ta sytuacji nie podoba i za wszelką cenę muszą zatrzymać Paderewskiego. Wynajmują słynnego spirytystę i telepatę, doktora Abuse. Czy Polakom uda się uchronić przyszłego premiera? Grupa polskich mediów decyduje się zatrudnić drugiego zdolnego telepatę – Rudolfa Funka.

hiszpanka1

Próba zrobienia w Polsce kina szalonego, pokręconego, bawiącego i żonglującego gatunkami. Łukasz Barczyk – enfant terrible kina polskiego – tym razem postanowił opowiedzieć o polskiej historii, bazując na elementach czystej fikcji, gdzie w tle pojawiają się postacie historyczne. Sensacyjna intryga, steampunkowa estetyka i teatralne aktorstwo – mieszanka Lyncha, Gilliama i jeszcze na siłę można tu dodać Wesa Andersona. Największym problemem tego filmu dla mnie jest to, że sam nie wie o czym ma być. Watki sensacyjne, szpiegowskie, fantastyczne i historyczne (w tle przygotowania do powstania wielkopolskiego) mieszają się ze sobą, ale cała akcja jest prowadzona tak wolno, ze nie udaje się Barczykowi wciągnąć i utrzymać w napięciu czy zainteresować.

hiszpanka2

Trudno się przyczepić do warstwy wizualnej – reżyser dopieszcza detalami (kostiumy i scenografia robi wielkie wrażenie – wygląd Poznania), kamera ma kilka świetnych ujęć (wejść młodej pary do hotelu czy zastawiona pułapka na Abuse w jachcie), ale czasami nietypowa perspektywa podawana tutaj zbyt często („żabia” perspektywa czy zniekształcenia) działa tutaj odstraszająco. Sytuacje próbuje jeszcze twórca ubarwić intertekstualnymi gierkami, gdzie można złapać cytaty z innych scen (użycie mocy Abuse wobec niedowierzającego oficera jak w „Gwiezdnych wojnach” czy Paderewski tropiący muchę niczym Walter White z „Breaking Bad”) jak i elementów szarad (groteskowe spektakle reżyserowane przez niejakiego Stanisława Kybryka czy obecność Tiedemana z Hakaty). Jednak to wszystko jeszcze bardziej rozsadza ekran, nie stanowiąc żadnej spójności. Dodatkowo jeszcze zakończenie wprawia w kompletny mętlik.

hiszpanka3

Jak wspominałem aktorstwo jest tutaj świadomie teatralne, a postacie przerysowane. Wielu może zdenerwować zmodulowany głos kilku bohaterów (bardzo niski i niewyraźny), ale tak naprawdę każdy wczuwa się w konwencje i poziom jest dość równy. Jednak najbardziej spodobali mi się: demoniczny Crisplin Glover (potężny dr Abuse) oraz lekko ironiczny Jan Peszek (przedsiębiorca Tytus Ceglarski). Także podejście do spraw patriotycznych dalekie jest od słodzenia oraz martyrologii, za co należy się plus.

hiszpanka4

Grany przez Peszka przedsiębiorca mówi w filmie: „Droga ta impreza (…) Polska.” To zdanie idealnie pasuje też do „Hiszpanki”, która jest po prostu nierówna. Pogmatwana i skomplikowana intryga miesza się z trudnym odbiorem oraz brakiem napięcia. Nierówne kino i (bardzo) ambitna porażka. A mógł z tego powstać film w stylu nowego „Sherlocka Holmesa”.

5,5/10

Radosław Ostrowski

Dochodzenie

Vincent LaMarca jest policyjnym detektywem pracującym w Nowym Jorku, gdzie odnosił wielkie sukcesy. Teraz jednak trafia mu się trudne dochodzenie – zabójstwo narkotykowego dilera „Picasso” z Long Beach, gdzie się wychował detektyw. Dodatkowym problemem jest fakt, że zamieszany w zbrodnię jest jego syn, z którym nie ma najlepszego kontaktu.

dochodzenie1

Film Michaela Catona-Jonesa jest próbą zmieszana dwóch elementów niepasujących do siebie – antyczny grecki dramat oraz amerykańska wiarę w danie drugiej szansy człowiekowi. O dziwo, efekt okazał się więcej niż przyzwoity. Wielu może się nie spodobać powolne tempo całej opowieści, która jest pełnokrwistym dramatem z wątkiem kryminalnym. Plusem zdecydowanie jest fatalistyczny klimat, budowany też ze względu na miejsce akcji – Long Beach. Kiedyś to miejsce tętniło życiem, teraz podupadające (świetna scenografia), wyniszczone, pełne ćpunów, dilerów i gangów. Miejsca pozbawionego duszy i pełnego demonów, z którymi każdy musi walczyć. Cała intryga jest konsekwentnie poprowadzona i opowiedziana, łańcuszki układanki zaczynają pasować. Sama zagadka kryminalna jest banalna i na samym początku wiemy kto zabił, ale nie o to tu chodzi. Reżyser wykorzystuje ten wątek do opowieści o starych, niezabliźnionych ranach oraz próbie przełamania fatum krążącym nad rodem LaMarca. Jedyna rzecz, która może mocno irytować to hollywoodzkie zakończenie, które niepotrzebnie łagodzi siłę, jaką miałaby ta produkcja. Jest „zaledwie” dobrze, ale mogło być lepiej.

dochodzenie2

Stonowanie całej opowieści służy też aktorom, który dopasowali się do całej opowieści. Najbardziej błyszczy bardzo dobry Robert DeNiro, którego powściągliwy styl idealnie pasuje do postaci naznaczonego przeszłością detektywa. Głęboko tłumi ból, samotność i zgorzknienie, ale także całkowite oddanie się pracy, gdzie odnajduje się bez problemu. Świetna jest Frances McDormand, która jest partnerką Vince’a – twardą, niezależną kobieta, która jednak najbardziej pragnie stabilizacji. Relacja między nimi wyróżnia ten film od setki innych policyjno-kryminalnych opowieści. Jest jeszcze bardzo mocny drugi plan z solidnym Jamesem Franco (zagubiony i bezsilny ćpun Joey, syn Vincent’a) i piekielnie dobrym Williamem Forsythem (bezwzględny Spyder) na czele.

dochodzenie3

Caton-Jones potwierdza tym filmem opinię solidnego rzemieślnika, niepozbawionego ambicji. Mroczne, klimatyczne kino, próbujące być czymś więcej niż tylko kryminałem. Czasami się udaje takie połączenie.

dochodzenie4

7/10

Radosław Ostrowski